poniedziałek, 27 czerwca 2016

Odcinek 2070: Clementine Churchill, 1940 rok

List Clementine Churchill do męża, Winstona

Downing Street 10, Whitehall, 27 czerwca 1940 roku
Kochany,
mam nadzieję, że wybaczysz mi, jeśli powiem Ci coś, co moim zdaniem powinieneś usłyszeć.
Jeden z mężczyzn z Twojego otoczenia (Twój oddany przyjaciel) powiedział mi, że istnieje ryzyko, iż Twoi koledzy i podwładni przestaną Cię lubić z powodu Twojego surowego, sarkastycznego i wyniosłego zachowania — wygląda na to, że Twoi asystenci postanowili zachowywać się jak uczniaki i w milczeniu przyjmować wszelką krytykę, a potem wzruszać na to wszystko ramionami. Dowiedziałam się również, że kiedy ktoś prezentuje Ci jakiś pomysł (na przykład podczas konferencji), reagujesz na to w sposób tak pogardliwy, że już wkrótce nikt nie będzie chciał przedstawiać Ci żadnych pomysłów, ani tych dobrych, ani złych. Byłam tym zdziwiona i zaniepokojona, ponieważ przez wszystkie te lata przyzwyczaiłam się, że ludzie, z którymi pracujesz, Cię uwielbiają — kiedy zwróciłam na to uwagę, usłyszałam, że „niewątpliwie chodzi o całe to napięcie”...
Mój drogi Winstonie — muszę przyznać, że ja również zauważyłam zmiany w Twoim zachowaniu: nie jesteś już tak miły jak dawniej.
Clementine i Winston Churchillowie.
W obliczu jakiegoś partactwa to do Ciebie należy podejmowanie odpowiednich kroków — z wyjątkiem Króla, Arcybiskupa Canterbury i Przewodniczącego Izby Gmin możesz wylać z pracy każdego — dlatego też, posiadając tak ogromną władzę, musisz pielęgnować w sobie dobroć, uprzejmość i możliwie jak najwięcej opanowania. Swego czasu często cytowałeś słowa: „On ne regne sur les ames que par le calme” [Sercami rządzić może tylko człowiek opanowany] — nie mogę znieść myśli, że ludzie, którzy służą Krajowi i Tobie, będą Cię podziwiać i szanować, ale nie kochać...
Poza tym drażliwością i grubiaństwem nie osiągniesz wiele. Twoi podwładni nie będą Cię lubić albo przyjmą postawę niewolników — (a bunt w czasie Wojny jest przecież nie do pomyślenia!)
Proszę, wybacz swojej kochającej, oddanej i troskliwej
Clemmie
Napisałam ten list w Chequers w ubiegłą niedzielę, a potem podarłam go i napisałam od nowa.


Listy niezapomniane, oprac. Shaun Usher, tłum. Jakub Małecki, SQN 2015, s. 129–131.

piątek, 24 czerwca 2016

Odcinek 2069: Paul Cézanne, 1874 rok

List Paula Cézanne’a do Camille’a Pissarro

[Aix] 24 czerwca 1874 roku
Mój drogi Pissarro,
Dziękuję panu, że myśli pan o mnie, kiedy jestem tak daleko i nie ma mi pan za złe, że nie dotrzymałem słowa obiecując zobaczyć się z panem w Pontoise przed moim wyjazdem. Malowałem ciągle, od kiedy przyjechałem — pewnej soboty wieczór, z końcem maja. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich pana utrapień. Rzeczywiście, nie wiedzie się panu, w domu wciąż chorzy; mam jednak nadzieję, że kiedy mój list dotrze do pana, mały Georges będzie się już miał dobrze.
Co jednak sądzi pan o klimacie okolicy, w której pan mieszka? Czy nie obawia się pan jego wpływu na zdrowie dzieci? Przykro mi, że okoliczności znowu oddalają pana od malarstwa, wiem dobrze, jakie to wyrzeczenie dla malarza nie móc malować. — Teraz, kiedy znów zobaczyłem Prowansję, myślę, że zadowoli ona pana całkowicie, przypomina bowiem zdumiewająco pańskie studium w pełnym słońcu, latem, przy szlabanie kolejowym.
Przejazd kolejowy w Le Patis, mal. Camille Pisarro, 1783-1784.

[...] Byłbym szczęśliwy, gdyby zechciał mi pan napisać, jak po połogu miewa się pani Pissarro, i poinformować mnie, co dzieje się w Societe coop. [zrzeszenie artystów] Ale rzecz prosta, że nie powinno to być przeszkodą w pańskich zajęciach.
[...] Widziałem się niedawno z dyrektorem muzeum w Aix, który wiedziony ciekawością, spotęgowaną lekturą paryskich dzienników piszących o kooperatywie, zapragnął stwierdzić osobiście, jak wielka zguba grozi malarstwu. Na moje zapewnienia, że produkcja moja nie da mu właściwego wyobrażenia o postępie, jakie poczyniło zło, że musiałby zobaczyć prace wielkich zbrodniarzy z Paryża, oświadczył jednak: „Potrafię zdać sobie sprawę z niebezpieczeństw, na jakie narażone jest Malarstwo widząc pańskie zakusy.” — Co powiedziawszy zjawił się, a kiedy mówiłem mu na przykład, że zamiast modelunku wprowadza pan studium tonów i starałem się wytłumaczyć mu to na naturze, zamykał oczy i odwracał się plecami. Powiedział jednak, że rozumie, i rozstaliśmy się z siebie nawzajem zadowoleni. Jest to zacny człowiek, który zachęcał mnie do wytrwałości, ponieważ cierpliwość jest matką geniuszu, etc. [...]
Oddany panu
Paul Cézanne
Paul Cézanne, Listy, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 119–

środa, 22 czerwca 2016

Odcinek 2068: Tadeusz Boy-Żeleński, 1917 rok

List Tadeusza Boya-Żeleńskiego do Anny Leszczyńskiej

22 czerwca [1917 roku]
Moja droga pani Niusiu!
Dziękuję najserdeczniej za miły list i za pamięć — zawsze z jednaką radością i
Anna Leszczyńska ps. Anna Belina.
dreszczykiem w krzyżach dostaję do rąk kopertę z pismem Niuśki. Wiem od Mamy o pani sukcesach, którymi się bardzo cieszyłem, czemu pani nic nie pisze o swojej działalności? O sobie niewiele mam do doniesienia, mam się jako tako, żyję rozmaicie, ale bardziej z książkami niż z czym innym. Roboty popycham ciągle naprzód, ale druk teraz strasznie się wlecze, przynajmniej w stosunku do mojej niecierpliwości. W tej chwili drukuję 2 tomy Powiastek filozoficznych Woltera, a „trawię” Chateaubrianda, więcej dla własnej ciekawości niż dla jakiegoś celu. Memoires d’outre-tombe są interesujące. Zazdroszczę pani Niusi łódki i wody, czytałem gdzieś w pismach, że podobno w Warszawie jest moda najnowsza opalać ciało w przystani nad Wisłą? Tu gorąca przeraźliwe — mój dom cały od kilku dni na powietrzu, sam zostałem na całe lato na gospodarstwie.
Moja droga Niusieńko — trudno mi opisać, jak bardzo mi jest miła ta twoja niewinna perwersja imaginacji, która tworzy w tobie tyle sympatii i serdeczności dla mnie na odległość. Pozostaje mi tylko marzyć, żeby nigdy ta prześliczna fikcja nie była wystawiona na próbę rzeczywistości! To bez cienia złośliwości piszę, Niusieńko, całkiem po prostu.
Noc zapada w moim baraku — śpiewy smutne przejeżdżających żołnierzy — smutek wszędzie dokoła — gnębi mnie ta atmosfera!
Moje dziecko drogie, pozdrawiam cię najczulej i życzę samych przyjemnych rzeczy, twój bardzo naprawdę oddany
B.

Tadeusz Żeleński „Boy”, Listy, oprac. Barbara Winklowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972, s. 123–124.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Odcinek 2067: Antoni Słonimski, 1937 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki „Król włóczęgów” Hookera i Posta

20 czerwca 1937 roku
Teatr Letni: KRÓL WŁÓCZĘGÓW" (THE VAGABOND KING), komedia w 4 aktach; tekst Brian Hookera i W.H. Posta; muzyka Rudolfa Frimla; przekład W. Szeluty; teksty śpiewne Juliana Tuwima; opracowanie muzyczne Tadeusza Sygietyńskiego; reżyseria Janusza Warneckiego; choreografia Jadwigi Hryniewieckiej; dekoracje Stanisława Jareckiego

Wydawać by się mogło, że libreciści amerykańscy nie powinni nic wiedzieć o Villonie. Niestety, dowiedzieli się i natychmiast napisali The Vagabond King. Bzdura operetkowo-filmowa na temat życia znakomitego poety znalazła zdolnego kompozytora i dzięki dobrej muzyce stała się popularnym widowiskiem. Oczywiście, nie wymagamy od operetki specjalnie inteligentnego scenariusza. Kołysani melodią, szarpani tańcami i kiwani tekstem, nie traktujemy poważnie ani fabuły, ani charakterów. Niestety, dyrekcji teatrów warszawskich przyszedł do głowy szatański pomysł przerobienia tej operetki na komedię muzyczną, czyli ograniczenia części wokalnej na korzyść elementów komediowych. Główna postać tej brechty broni się częstym przechodzeniem w śpiew. Pomysłowy p. Warnecki puścił Villona na scenę i kazał mu tylko gadać. Jeśli rolę Villona dostaje nie śpiewak, ale aktor dramatyczny, i to w rodzaju Damięckiego, zaczyna się poważne nieporozumienie i nieporozumienie to trwa aż do zapadnięcia kurtyny. Zamiast przyjemnej operetki dostajemy pretensjonalne sztuczydło nie mające nic wspólnego ani z Villonem, ani z krzewieniem kultury teatralnej w Polsce. Reżyser podkreślił wszystko, co jest szmirą operową, ukazał całą naiwność libretta. Bardzo niedowcipny tekst został wydobyty jak najstaranniej, podkreślono każdy zły żart i rozwleczono każdą głupią sytuację. Mimo to gdy do głosu przychodziła muzyka, a zwłaszcza gdy brzmiał marsz pięknie śpiewany przez Czaplickiego, publiczność waliła potężne brawa.
Scena z "Króla włóczęgów" (źródło).
Bardzo smacznie odśpiewały swe role pp. Brochwiczówna i Brzezińska. Karin Tiche jako Esmeralda okazała duże poczucie stylu i szczery temperament aktorski. Biedny Znicz robił, co mógł, aby wykrzesać choć trochę wesołości ze swej smutnej roli. Reszta zespołu wałęsała się po scenie, kucała, przewracała koziołki i czyniła bardzo wiele zamieszania, aby stworzyć pozory wesołości. Sztuka zdobyła dzięki temu uznanie galerii. Niektóre powiedzenia nagradzane były huraganami braw. Mnie te powiedzenia nie śmieszyły. Jedno z nich zapamiętałem: „Nie, nie wykąpię się, bo jako arystokrata jestem konserwatystą”. Pisałem już w życiu sporo rzeczy scenicznych, które śmieszyły publiczność, ale gdybym napisał to zdanie, nie liczyłbym nawet na szmerek. Może to ja jestem arystokratą i konserwatystą i dlatego nie rozumiem wymagań nowej publiczności? Jeśli tak, to nie mam racji, bo rację ma zawsze klient, gość, czyli szanowna P.T. Publiczność.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, WAiF 1982, s. 338–339.


sobota, 18 czerwca 2016

Odcinek 2066: Samuel Pepys, 1668 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

18 czerwca 1668 roku
Wstałem wcześnie i do urzędu, gdzie zasiadłem do porządkowania moich
Bilet do teatru, 1732 rok.
papierów, a lord Anglesey przymówił mi parę razy, rzekłbyś, ma coś na myśli wedle tego, żem tak długo wczasował, ale nie dbam o to; myślą, że albo ma do mnie jakąś nieprzyjaźń, albo żywi opinię, żem jest więcej sługą, niż jestem. W południe do domu na obiad, gdzie żona jeszcze w melancholicznym, nadąsanym humorze i płacze, i nie chce oni powiedzieć, o co idzie, ale z niektórych jej słówek dorozumiałem się, że zasłyszała o tym, jakom za jej niebytności chadzał do teatru i co dzień woził damy za miasto. Ale gdy nie chciała ze mną gadać ani do teatru nie chciała ze mną iść, choć nową sztukę dają, tedy poszedłem do urzędu i siła rzeczy odprawiłem. Wieczorem do domu, gdzie na kolacji pan Turner z żoną, Betty Turner, panna Mercer i pan Pelling, i wszyscy ledwie tyle się weselili, ile na to pozwalało złe, melancholiczne usposobienie mojej żony, co mnie gniewało, alem nic nie dał po sobie poznać myśląc, że to najlepszy sposób i że to samo jakoś przeminie. Po kolacji goście poszli, a my spać; aliści moja żona niespokojna przez całą noc, a około pierwszej godziny wylazłszy z łoża poszła do łóżka naszej panny, co mnie zgryzło, jako że płakała i szlochała nie mówiąc mi przyczyny. Po niejakim czasie wróciła do mnie, lecz ustawicznie płacząc; tedym wstał i chciałem przesiedzieć resztę nocy, ale kazała mi wrócić do łóżka; i mało-wiele się pogodziwszy, usnęliśmy.


Dziennik Samuela Pepysa, t. 2, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 338.

czwartek, 16 czerwca 2016

Odcinek 2065: Magdalena Samozwaniec, 1960 rok

List Magdaleny Samozwaniec do Zofii Kossak-Szczuckiej

Kraków, 16 czerwca 1960 roku
Najmilsza moja Zosiu!
Twój list bardzo mnie wzruszył. Nie składam Ci kondolencji z powodu śmierci Twojego
Jadwiga Witkiewiczowa i Witkacy.
zięcia, tak podobno pod każdym względem udanego. To za bolesna sprawa. Natomiast nie wiem, czy wiesz o śmierci biednej Ninki [Jadwigi Witkiewiczowej, żony Witkacego], telefonował do mnie wczoraj Zygmuś z Warszawy. Kucharcia odebrała telefon. Podobno się OTRUŁA!!! Możesz sobie wyobrazić, Zosiuniu, jakie mnie dręczą wyrzuty sumienia. Nie zdajemy sobie sprawy, że ci nieznośni też umierają. Była biedaczka niemożliwa, a ja wobec niej okrutna, ale wiesz, jaka ona była, nie można jej było wpuścić do domu, bo zaraz zaczynała robić porządki i rządzić się.
Czy pamiętasz? Jako małe dziewczynki nazywałyśmy ją „królową dzieci” i ten kompleks królowej pozostał jej do końca życia. Dwa lata temu chciała koniecznie zamieszkać na Kossakówce podczas mojej nieobecności, ale Kucharcia, domowy cerber i opiekun, nie wpuściła jej. Można by rzec, że charakter człowieka jest kowalem jego losu, Kucharcia zakosztowała już tego jej pobożnego egoizmu, gdy mieszkała u nas po wojnie i za nic nie chciała mieć za lokatora po raz drugi tego rodzaju przedziwnej istoty. Poza tym od razu zaczęła robić intrygi między mną a moim mężem. Pocieszam się, jak mogę, ale mnie ta wiadomość dotknęła boleśnie.
Pisałaś w swoim czarującym liście, że tylko ona i ja pozostałyśmy jako twoje siostrzyczki, czy przypuszczałaś wtedy, że czarna płachta, ostatnia żelazna kurtyna, zasłoni ją nam na zawsze! Dobrze, że pozostała nam jeszcze kochana Hania Kruczkiewicz, dobra, mądra, pogodna – byłam u niej niedawno we Wrocławiu. Pomyśl, jakie to dziwne, że każda z tych sióstr ciotecznych i stryjecznych, takie do siebie niepodobne, jak gdyby odrębne rasy!
Zosiu kochana, cieszę się niezmiernie, że tak dużo piszesz, tylko nie opowiadaj, że niewiele lat ci już pozostało! Isia mówiła, że jesteś w doskonałej formie!
Wiesz, wracając do biednej Ninki, jest dla mnie trochę pociechą, że tak dobrowolnie poszła w zaświaty, a nie, że Bóg ją do siebie powołał. Sądzę, że była psychopatką w ostatnim stadium depresji. A przecież nie była ani bezdomna, bo w Krakowie miała ten pokoik u Literatów i z dzieł Witkacego też jej coś kapało. Wszystkiego dowiem się od p. Flukowskiej, w Warszawie, dokąd dziś jadę. Proszę, Zosiu, zatelefonuj do mnie zaraz, jak przyjedziesz do Warszawy. Trzeba się koniecznie widywać. Ściskam Was oboje mocno.
Madzia
Magdalena Samozwaniec, Moich listów nie pal! Listy do rodziny i przyjaciół, oprac. Rafał Podraza, WAB 2014, s. 69–71.


wtorek, 14 czerwca 2016

Odcinek 2064: Juliusz Słowacki, 1837 rok

Z listu Juliusza Słowackiego do matki

Na morzu, 14 czerwca 1837 roku
Moja droga! Od czterdziestu dni jestem na morzu — i mam nadzieję, że za dwa dni wyląduję w Livorno, gdzie będę musiał odbyć dni 30 kwarantanny, nim do Florencji się udam. Tak długo bez żadnej od Ciebie wiadomości! Z niespokojnością zbliżam się do Europy — i te trzydzieści dni, które będę musiał wysiedzieć zamknięty, są dla mnie prawdziwą męką, bo spodziewam się, że we Florencji listy na mnie Twoje czekają. A Ty, droga moja! ile ja Ciebie niespokojnych nabawiłem nocy moją podróżą? Ty mi nieraz wyrzucać musiałaś moją wędrówkę. Tobie się zapewne strasznymi wydawały morza, które ja bez żadnego niebezpieczeństwa przebyłem; piaski afrykańskie, gdzie mi tak było wygodnie jak na spacerze w lekkiej lektyce niesionemu, bo siodło kołysane na wielbłądzie do snu łagodnie kołysze. Lecz Ty wiesz już o mojej podróży, jeżeli, o czym nie wątpię, odebrałaś dwa listy ostatnie, z Bejrutu pisane. Wkrótce może dojdzie rąk Twoich i dziwny płaszczyk tunetański, który przez Odessę wędruje z Kairu. [...]
Wracam z mojej wschodniej podróży zupełnie odarty: i jak Babka mówiła,
Palenie nargili w Indiach, XIX wiek.
spanachawszy manatki. Koszule moje noszą pięć ran Chrystusowych; będę się musiał zupełnie na nowo oszywać i opierać. Wiozę sobie na ranne wstanie zamiast szlafroka płaszcz arabski wełniany; wiozę także dywanik, który mi za pościel służył, w Kairze kupiony. Mam także sziszę, czyli nargille. Jest to rodzaj szklannej lulki, z której się pali tytuń. Składa się z kryształowej butelki, w którą zamiast korka wkłada się gliniany garnuszeczek na tytuń, potem butelka napełnia się wodą i przyprawiony wąż skórzany wyciąga z niej dym przechodzący przez wodę, która ciągle bełkoce i śpiewa jak słowik gardłujący. Z takich lulek palą wschodnie damy i bardzo im z tym ładnie. Ubrany w arabskim płaszczu, siedząc na tureckim dywanie, paląc z wschodniej lulki, będę ranne wizyty przyjmował. Mam jeszcze szkarpetki perskie z różnokolorowej wełny, bardzo gustowne, które mi za meszty służyć mogą. [...]
Bądź zdrowa, droga moja... Oby Twój pierwszy list uspokoił mnie zupełnie! Z jakim biciem serca myślę o tej poczcie, gdzie pójdę szukać wiadomości od Ciebie. Odpędzam od siebie wszystkie złe myśli, ale ta jednostajność morza rodzi przywidzenia i pokazuje oczom duszy dziwne obrazy... Trzeba myśleć, a myśląc nie można być panem imaginacji... Droga! bądź Ty szczęśliwa, zdrowa; niech ta myśl, że Twój J dalekie odbywał podróże, da Ci choć chwilę przyjemnych myśli. Chciałbym kiedyś wszystkiego, com nabył pamięcią, na rozpłoszenie Twoich smutnych myśli użyć — i być Twoją książką wtenczas, kiedy już w innych przyjemności nie znajdziesz... Ściskam Ciebie serdecznie, droga moja, a Ty Filów kochanych uściśnij ode mnie.
Juliusz

Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s. 254–255, 259, 261. 

wtorek, 31 maja 2016

Odcinek 2063: Zofia z Matuszewiczów Kicka, 1812 i 1813 rok

Z dziennika Zofii z Matuszewiczów Kickiej

Dnia 31 maja 1812 roku
Dziś ostatni dzień maja — przeżyłam go tak szczęśliwie! Maj wydaje mi się być w roku tym, czym rok piętnasty w ludzkim życiu. Nic już późn
Portret Adèlie Auguié,
mal. François-Joseph Kinsoen, 1810 rok.
iej nie jest tak świeżym ani w życiu, ani w naturze. Rozsądek dojrzewa, kwiaty się rozwijają, ale już brak tej swobody, tej nadziei dni jasnych, już życie nie tak pachnie, a urok marzeń o chwili obecnej i o chwilach przyszłych — zgaszony. Pory roku wracają i zapewne niejedną jeszcze obaczę wiosnę, równie piękną jak ta, którą przebyłam, ale czy i mnie te wiosny taką samą zastaną, jaką jestem dzisiaj? Będę mędrszą — ale czyż utrata złudzeń jest szczęściem? Własne doświadczenie jeszcze mi na to odpowiedzi nie daje, ale serce jakoś szepce, że nie jest tak dobrze i wygodnie na świecie! Chciałabym was zatrzymać, moje piętnastoletnie majowe wrażenia — ale czy zdołam? W moim wieku na nie liczyć nie można — trzeba iść w życie uzbrojonym w wiosnę, trzeba jej zaczerpnąć dużo i wziąć zapas na drogę. Zdaje mi się, że zapas wzięłam, ale być może, iż mi się tylko zdaje...

Dnia 31 maja 1813 roku
Ale w tym roku... cóż mam powiedzieć? Maj moich lat szesnastu źle się wyda wobec poprzednich. Niebo było wciąż zachmurzone, przez duszę moją również przechodziły chmury. W czasie, który pomiędzy nimi upływał, serce moje było tak zrażone, tak często zmartwione i smutne, że już się mniej łatwo wesołości otwiera, a przeciwnie często przykrości powszednie i boleść smutnych wypadków ogólnych łatwiejszy doń przystęp znajdują. Wprawdzie odczuwam to, co mi się przytrafi dobrego, ale gdy mam zmartwienie, odczuwam je stokroć silniej. Odtąd każdy dzień przyniesie mi jakieś nowe spostrzeżenie, a natomiast zniweczy jakieś złudzenie, każdy — jakąś nadzieję zastąpi wspomnieniem. Więcej jest urojeń niż rzeczywistości. Wszystkie moje sny szczęścia koncentrują się dzisiaj w jednym wyrazie: spokój. Bodaj serce moje nie zaznało nigdy namiętności, które by uwieść je mogły; bodaj życie moje upłynęło spokojnie wśród jednostajności i ciszy!

Z dziennika Zofii z Matuszewiczów Kickiej [w:] Kufer Kasyldy, czyli wspomnienia z lat dziewczęcych, oprac. Danuta Stępniewska i Barbara Walczyna, Nasza Księgarnia 1983, s. 73-74.

wtorek, 24 maja 2016

Odcinek 2062: Francis Kilvert, 1875 rok

Z dziennika Francisa Kilverta

Poniedziałek, 24 maja 1875 roku
Po południu poszedłem do Lanhill. Gdy schodziłem w dolinę przez złote łąki przy
Francis Kilvert
ukwieconych żywopłotach, wzbierała we mnie wielka fala radości. Nie wiem, dlaczego byłem tak szczęśliwy ani czego się spodziewałem, lecz roznosiła mnie szalona radość. Była to jedna z owych najwspanialszych chwil istnienia, długi, pyszny łyk z mocnego, słodkiego pucharu życia. Przyszła nieposzukiwana, niewzywana, obok przełazu na łące, jeden z kwiatów ekstazy, sianych dla nas i znajdowanych nieoczekiwanie obok drogi życia. Nadeszła cicho, nagle, i tak samo minęła, jednak zostawiła po sobie długotrwały blask i splendor, zanikając powoli jak przecudowny zachód słońca. Już na zawsze zapamiętam miejsce i porę, w których napotkało mnie takie wielkie szczęście.

Francis Kilvert, Dziennik 1870–1879, tłum. Jacek Spólny, Zysk i S-ka 2016, s. 363

niedziela, 22 maja 2016

Odcinek 2061: Eugène Delacroix, 1855 rok

Z dziennika Eugène’a Delacroix

22 maja 1855 roku
Dumas kazał mnie spytać z rana, czy będę w domu; odpowiedziałem, że będę o
Młody Aleksander Dumas, mal. Eugéne
Delacroix (?), ok. 1825–1830 rok.
drugiej. Prosi mnie o informacje w sprawach najzupełniej dla publiczności nieużytecznych — jak zabieram się do malowania, co sądzę o kolorze itd. Ażeby przedłużyć rozmowę, zaprosił się do mnie na kolację: przystałem z przyjemnością. Dumas miał jeszcze jakieś sprawy do załatwienia i wrócił dobrze po siódmej, w chwili kiedy na wpół żywy z głodu miałem zasiąść do kolacji sam.
Po kolacji pojechaliśmy dorożką po pewną panienkę, którą Dumas się zajmuje, i razem udaliśmy się, by obejrzeć włoską tragedię i komedię. Jedno tylko skłonić może do obejrzenia podobnego widowiska: pragnienie pogłębienia znajomości języka włoskiego. Nic bardziej nudnego.
Dumas opowiadał mi, że prowadzi właśnie proces, który winien zabezpieczyć mu przyszłość, 800 000 franków na początek, nie mówiąc o reszcie. Biedaka zaczyna już nudzić pisanie nocą i dniem, i niezmienny brak pieniędzy. «Nie mam już sił — rzekł — zostawiam dwie na wpół gotowe powieści, wyjeżdżam, będę podróżował; gdy wrócę, zobaczę, czy znalazł się jakiś Alcyd, by skończyć te dwa niedoskonałe utwory». Jest przekonany, że pozostawi niby Ulisses ów łuk, którego nikt nie potrafi napiąć; tymczasem zapomina, że się postarzał, i pod wieloma względami postępuje jak młody człowiek. Ma kochanki, męczy je nawet; mała, którą zabraliśmy na przedstawienie, błagała go, żeby jej dał spokój: jeśli tak dalej pójdzie, umrze na chorobę płuc. Poczciwy Dumas widuje ją co dzień niby troskliwy ojciec, dba o gospodarstwo domowe i nie troszczy się o odpoczynek swojej protegowanej! Szczęśliwy człowiek! Szczęśliwa beztroska! Zasługuje na bohaterską śmierć na polu walki, której oszczędzony jest niepokój ostatnich chwil, nieuleczalna bieda i opuszczenie. 
Opowiadał mi, że mając dwoje dzieci czuje się zupełnie samotny. Jedno i drugie zajmuje się własnymi sprawami, tak że nie pozostaje mu nic innego, jak szukać pocieszenia u swej Izabeli. Pani Cave mówiła mi natomiast, że córka Dumasa uskarżała się na ojca, który przy­prowadza jej swoje kochanki i którego nigdy nie ma w domu... Dziwni ludzie!

Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822–1863, t. 2, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 118–119.

piątek, 20 maja 2016

Odcinek 2060: George Sand, 1839 rok

List George Sand do Charlotty Marliani

[Marsylia], 20 maja [1839 roku]
Droga Przyjaciółko, wracamy z Genui, wychłostani straszliwą burzą na morzu. Mieliśmy dość miły pobyt w tym pięknym mieście, oglądaliśmy wspaniałe obrazy, cudowną naturę, pałace i ogrody spiętrzone nad sobą z osobliwym wdziękiem. [...] Chopin czuł się dobrze i zażywał wiele ruchu. Ale w drodze powrotnej niepogoda przetrzymała nas na morzu dwakroć dłużej, niżby się należało. Przez 40 godzin mieliśmy kołysanie, jakiego już dawno nie zaznałam. Było to piękne widowisko i gdyby nie to, że wszyscy moi chorowali, oglądałabym je z przyjemnością. Ale Chopin był straszliwie zmęczony i dzieci, choć mniej od niego cierpiały, też czuły się niedobrze. Ja również chorowałam, ale nie tak bardzo, by nie odczuć piękna tej burzy. [...]
Pojutrze rano wyjeżdżamy do Nohant. Następny list proszę tam adresować, będziemy na miejscu za tydzień, nie chcę męczyć Chopina zbytnim wysiłkiem w drodze. Mój powóz dotarł z Chalons do Arles statkiem, pojedziemy nim rzemiennym dyszlem, zatrzymując się jak stare mieszczuchy na noc w zajazdach. [...]
Port w Genui.

Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i jej dziećmi, t. 2, oprac. Krystyna Kobylańska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 39.

wtorek, 17 maja 2016

Odcinek 2059: Tove Jansson, 1939 rok


List Tove Jansson do rodziców

17 maja –39 [Rzym]
Moi kochani tato i mamo!
Jest późno w nocy, ale nie mogę się położyć, ciepły wiatr nadciąga nad miasto
Tove Jansson.
szumem z oddali, całe niebo nad pchlim targiem jest usiane gwiazdami. Nareszcie przyszedł upał. I to jaki! Zachwycam się, ale już nie latam z miejsca na miejsce tak jak przedtem.
[...] To cudowne, że w żaden sposób się o mnie nie niepokoicie – hotel, który początkowo traktowałam z pewną podejrzliwością, mimo warstwy brudu (który to częściowo starłam) okazał się niezwykle rzetelny i przyjazny. Założono go jakieś 100 lat temu i jeśli podrapie się tu i tam, ukazują się fragmenty starych malowideł i najwspanialszy marmur. Wedle zwyczaju co wieczór płacę swoje 8 lirów, tutto compreso. Kiedyś zaproponowałam, że zapłacę za cały tydzień, ale właściciel zmieszał się i zażenował, potem zrozumiałam, że nie potrafił mnożyć. (Zapłaciłam za 3 dni. Z tym sobie poradził!) Wciąż spotykam jasnolokiego Jensena i jego kolegę Ferlowa, który jest doktorem martwych języków i całe dnie spędza wśród ruin, a kładzie się o godz. ½ 9 wieczorem.
Pewnego wieczora, kiedy Jensen i ja włóczyliśmy się po mieście, znaleźliśmy śmieszną trattorię w piwnicy, gdzie weszliśmy na małe mezzo. Dźwięki akordeonu przyciągnęły nas do sali na końcu, zaniemówiliśmy z zachwytu. Na środku stał właściciel i wyklaskiwał rytm, a wszyscy dookoła tańczyli na zmianę w kółku albo walca, zmieniając partnerkę podczas refrenu, śmiejąc się przy tym i radośnie pokrzykując. Wyglądało to jak zabawa choinkowa. Jensen i ja byliśmy tak ujęci tą atmosferą, że sami zaczęliśmy tańczyć kozaka na środku podłogi. Właściciel promieniał, zaprosił nas na wino. Byli tam staruszkowie i dzieci w wieku 6–7 lat, wszyscy jednakowo pełni wigoru bawili się aż do 2 w nocy. Okazało się to o niebo fajniejsze niż jakikolwiek lokal taneczny czy variete. Jensen był wniebowzięty – biedaczek, do tej pory chodził po mieście, czując głównie nudę i samotność. Miał tu przyjechać w podróż poślubną, w ostatniej chwili nic z tego nie wyszło, ale i tak przyjechał. Raz poszliśmy popływać w Foro Mussolini, na arenie obejrzeliśmy absolutnie potwornie wyćwiczony pokaz gimnastyki, byliśmy w galerii sztuki przy Pincio i jeszcze raz z Ferlowem w Watykanie. Poza tym wciągaliśmy historyczne powietrze na placu, gdzie Konstanty odbył swą wielką bitwę, przy Ponte Milvio, ale wzniesiono tam tak nowoczesne budynki, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Ferlow był natomiast szczerze oburzony.
Teraz zasypiam – Buona notte!

Tove Jansson, Listy, tłum. Justyna Czechowska, Marginesy 2016. s. 86–87. 

środa, 11 maja 2016

Odcinek 2058: Edmund de Goncourt, 1880 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

Wtorek, 11 maja 1880 roku
Wczoraj wyjechałem z Popelinem do Rouen. O czwartej byliśmy w Croisset, w tym smutnym domu, gdzie nie miałem odwagi siąść do obiadu.Pani Commanville mówiła nam o drogim zmarłym [Flaubercie], o jego ostatnich chwilach, o jego książce, której, jak sądzi, brak dziesięciu stron.Potem podczas rwącej się rozmowy, opowiadała o wizycie, z jaką wybrała się ostatnio do przyjaciółki mieszkającej na przeciwległym brzegu Sekwany, żeby zmusić Flauberta do ruchu. Nowo narodzone dziecko tej przyjaciółki, w ślicznej różowej kołysce, znajdowało się właśnie w salonie; Flaubert powtarzał wracając: „Nic na świecie nie jest warte takiej małej istotki w domu”. 
Pouchet zabiera mnie rankiem do odległej alei i mówi: „Nie umarł na udar
Maska pośmiertna Flauberta.
mózgu, ale na atak epilepsji. W młodości, wie pan, miewał takie ataki... Podróż na Wschód wyleczyła go poniekąd. Przez szesnaście lat nie było nawrotów. Ale przyszły zgryzoty, te sprawy związane z siostrzenicą... W sobotę miał atak epilepsji połączony z wylewem, od tego umarł. Tak, wszystkie objawy, piana na ustach... Siostrzenica chciała, aby zrobiono odlew jego ręki, ale okazało się to niemożliwe, tak strasznie była zaciśnięta. Gdybym był tutaj, gdybym mógł sprawić, że oddychałby przez pół godziny, może bym go uratował... Okropne było wejście do jego gabinetu. Na stole obok papierów chusteczka, fajka z popiołem na kominku, tom Corneille’a, który czytał poprzedniego dnia, niedbale odstawiony na biblioteczną półkę...”
 
Orszak żałobny rusza, wspinamy się po zakurzonej drodze do małego kościoła — tego samego, gdzie pani Bovary ma się spowiadać wiosną, a jeden z urwisów, łajanych przez proboszcza Bournisien, przeskakuje przez mur starego cmentarza. [...]Wychodzimy z kościoła i nie kończącą się drogą, w słońcu, zdążamy na ogromny cmentarz w Rouen. W beztroskiej ciżbie, która uważa ceremonię za przydługą, świta już myśl o małej uczcie. Mówi się o flądrach po normandzku i młodych kaczkach z pomarańczami; Burty wymawia słowo burdel ze zmrużeniem oczu zakochanego kocura.Wchodzimy na cmentarz pełen zapachów głogu, górujący nad miastem pogrążonym w fioletowym cieniu, który sprawia, że zdaje się pokryte łupkiem.Ledwo woda święcona spadła na trumnę, a już wszyscy ci ludzie o rozpalonych i sprośnych twarzach walą w stronę miasta. Daudet, Zola i ja wracamy oddzielnie, nie chcąc brać udziału w biesiadzie, która szykuje się na wieczór, i z nabożeństwem rozmawiamy o zmarłym.

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 437–438.

niedziela, 8 maja 2016

Odcinek 2057: Maria Dąbrowska, 1948 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

8 maja 1948 roku, sobota
[...] O dwunastej wizyta Wolpego z Państw[owych] Zakł[adów] Wyd[awnictw]
Henryk Wolpe (źródło).
Szk[olnych], która zatruła mi cały ten dzień. Przyszedł uzasadnić skreślenia w moim „Wyborze” z „Pamiętn[ików] Chł[opów]”. Nie ustąpili ani na jotę, mimo że poszłam dość daleko 
w „godziwym kompromisie”. Ma być skreślony cały pamiętnik Wołyniaka, Ukraińca (po polsku na konkurs nadesłany) oraz wszystkie wzmianki o Piłsudskim i Legionach. A przecież zostawiłam ich ledwie parę dla zachowania minimum prawdy historycznej. Bo skoro większość pamiętnikarzy przeżyła pierwszą wojnę światową i większość ją wspomina lub szeroko opisuje – niepodobna było, gdy mowa o Rosji i Niemcach, nie wspomnieć też o roli Polaków. Ów Wolpe – wredny, chytry, nienawistnie do wszystkiego co polskie usposobiony (cała gęba w żółte cętki jak indycze jaja) wygłosił półgodzinną mowę, dlaczego należy to skreślić. Przezierało tyle bezwiednego wstrętu i nienawiści do Polski, że milczałam ze ściśniętymi zębami i pięściami, bojąc się, że gdy się odezwę, to skończy się [dwa słowa skreślone] grubiaństwem. Kiedy skończył, powiedziałam: „Szkoda, że zadał pan sobie tyle niepotrzebnego trudu, gdyż nie powiedział pan ani jednego słowa, którego nie słyszałam już od pani Kormanowej”. On na to: „A jednak ja mówiłem tylko od siebie”. M.in. zażądał jeszcze skreślenia ustępu, w których chłop pisze o „swojej doli żołnierza, co swoją nogą przemierzył ziemię od Warty do Kijowa, wszędzie cierpiąc głód, poniewierkę i rany, a szedł z ochoczym sercem, bo bił się za Polskę” (cytuję z pamięci). Uznał to za apologię wyprawy kijowskiej Piłsudskiego. „To nie jest apologia wyprawy kijowskiej, to jest epopeja doli żołnierza. Prozą powiedziane to samo, co w piosence »Idzie żołnierz borem lasem«”. „Tak ale to przecież dla każdego jasne, że to jest apologia wyprawy kijowskiej” – upierał się cętkowany (choć w istocie rzeczy w tym pamiętniku ani słowa takiej apologii nie było). W końcu zaproponowałam, żeby wydali tę książkę bez mojej przedmowy i bez mojego nazwiska. Tak długo mi tłumaczył, że to jest niemożliwe, aż morderczo znudzona, powiedziałam: „Róbcie sobie, co chcecie”. Tak to można stracić cnotę z samej straszliwej nudy! Pożegnaliśmy się więcej niż ozięble, prawie jakbym mu powiedziała: „Pan już za długo siedzi”. Ale gryzę się tym niepomiernie i myślę, co by zrobić, żeby jedyna rzecz, jaką posiadam, moje nazwisko, nie było podpisane pod sfałszowanym tekstem... Mogłabym wycofać tę rzecz bez obawy większego skandalu, ale: 1) żal mi pracy i miłości w to włożonej, 2) gdybym to chciała wydać gdzie indziej, cenzura porobi mi te same skreślenia albo jeszcze gorsze, 3) w zamian mogą zrobić inny wybór pod kątem nienawiści do Polski opracowany, taki fotomontaż drukarski z każdego tekstu można zrobić. W każdym razie długo jeszcze się tym gryźć będę. [...]

Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich 2009.

sobota, 7 maja 2016

Odcinek 2056: Jarosław Iwaszkiewicz, 1950 rok

List Jarosława Iwaszkiewicza do córki, Teresy

Stawisko, 7 maja 1950 roku

Moja miła i kochana!
Korzystam z wolnej nocnej godziny, aby napisać Ci parę słów, jest późno, ale mama nocuje
Jarosław Iwaszkiewicz, fot. Benedykt Jerzy Dorys,
1947 rok (źródło). 
dziś w Warszawie, mogę więc położyć się później – noc cudowna, majowa, ciepła, choć chmurna i słowiki śpiewają w głębi ogrodu. [...] Ja mam ciężki tydzień przed sobą, w poniedziałek i we wtorek mam odczyty w Warszawie, w środę w Poznaniu, w piątek znowu w Warszawie i w niedzielę wieczór autorski. Nie będę miał więc czasu napisać choć kilku słów do Ciebie przed Sandomierzem, do którego chcę się wyrwać koniecznie w połowie miesiąca, to znaczy za tydzień, dziesięć dni. Już tak dłużej żyć nie mogę – zwłaszcza że w domu spokoju nie ma. Marysia wczoraj wróciła z Zakop[anego], cały dzień płakała, Stach dwa dni pijany, dziś były te okropne imieniny z krzykami jak zawsze, przy czym u nas był Krzyś Radz[iwiłł] z zięciem, w czasie obiadu przyszedł Zbyszek Zalewski radzić się w sprawie swego nieprawego dziecka, a potem przyjechała Wanda Wert[einstein] z Jureczkiem, który piłką podbił filiżankę czarnej kawy Krzysiowego zięcia, a głową imbryk kawy, który mama miała w ręku... [...] Bardzo Ci czasami zazdroszczę, że jesteś z daleka od tego wszystkiego, zresztą na Stawisku tak pięknie i mogłoby być tak dobrze. Cóż, kiedy nie jest! [...]
Syn Azy, prześliczny Bronzino, wprowadził się dziś do domu i zaakaparował leżenie Doxa, spędziwszy starego psa. Bardzo to było śmieszne i wszyscy się temu dziwowali. Pikasia ma cudną córeczkę, która nazywa się Rozamunda, sam puch i malutka jak kulka. Stanisławowej podczas całego dzisiejszego rozgardiaszu (patrz wyżej) krowa się zdęła i trzeba jej było dawać gorzkiej soli na przeczyszczenie. Jednym słowem, „cudownie”.
Na razie kończę, bo nie chcę się wdawać w poważne roztrząsania, spać mi się jednak chce na potęgę i obawiam się, że nie byłyby te roztrząsania zbyt zabawne. Na razie więc bardzo serdecznie was pozdrawiam, a Ciebie do serca tulę, zawsze jednakowo kochający
Tata
Jarosław Iwaszkiewicz, Listy do córek, oprac. Anna i Radosław Romaniukowie, Państwowy Instytut Wydawniczy 2009, s. 245–246.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Odcinek 2055: William Faulkner, 1940 rok

List Williama Faulknera do wydawcy, Roberta K. Haasa

Niedziela, 28 kwietnia 1940 roku
Drogi Bobie,
Mam przed sobą Twój list na temat płacenia honorarium. Wykorzystam go, kiedy mi odpiszesz na ten.
Potrzebuję w tej chwili 1000 dolarów na zapłacenie długów i bieżących rachunków. Trzeba mi jeszcze 9000, powiedzmy 400 dolarów miesięcznie przez dwa lata.
Planowałem sobie po skończeniu ZAŚCIANKA zarobić opowiadaniami do l lipca tyle, żeby mi starczyło do końca roku i dało sześć miesięcy na napisanie innej powieści. Do 15 marca napisałem sześć opowiadań, starając się pisać ten rodzaj chałtury, za jaki „Post” płaci po 1000 dolarów od sztuki, bo najwięcej, na ile mogę liczyć za dobre opowiadanie, to trzysta albo czterysta, a jedyne pismo, jakie je kupuje, to „Harper’s” etc.
Napisałem więc te sześć opowiadań, ale jak dotąd ledwie jedno poszło. Właściwie lepiej, bym dzisiaj lądował, gdybym był pisał dobre opowiadania. A tak nie tylko że zmarnowałem wysiłek umysłowy i koncentrację na pisanie chały, ale jeszcze te sześć miesięcy między listopadem, kiedy skończyłem ZAŚCIANEK, a 15 marca, kiedy skończyłem ostatnie opowiadanie, jak również i czas od 15 marca, który spędzam na zastawianiu kolejno swoich klaczy i źrebaków, żeby zapłacić za jedzenie, elektryczność, pranie i inne rzeczy, i wyglądaniu każdego pociągu z pocztą w nadziei na jakiś czek.
Autograf  Williama Faulknera.

Dziś już się prawie doszczętnie pozbyłem wszystkich mułów, które się dało zastawić. Mogę jeszcze dostać tysiąc pod zastaw tej umowy. Kiedy zapłacę podatek dochodowy i wykupię jeden weksel w tutejszym banku, będzie po tym tysiącu. I wciąż będę musiał pisać te chałowate opowiadanka, które jak dotąd nie idą nawet w pięćdziesięciu procentach, bo teraz jestem jak hazardzista, który po prostu musi dublować i dublować, jak pokerzysta, który ani nie może dopłacić i sprawdzić partnerów, ani się zrzucić, tylko musi podnosić. Mam mrożącą krew w żyłach powieść kryminalną, która powinna pójść (takie zwykle idą), ale nie mogę poświęcić sześciu miesięcy na pisanie, nie mam tych sześciu miesięcy, żeby je na pisanie przeznaczyć. Zamyślam o innej powieści, pod w metody podobnej do NIEPOKONANYCH, ale ponieważ rozdziały, które już napisałem i próbowałem sprzedać jako opowiadania, nie poszły, to nie mam czasu, żeby pisać ją dalej.
Czy Random House może pomyśleć o umowie rodzaju, powiedzmy chociaż 300 dolarów miesięcznie jako dodatek do tego pierwszego tysiąca? Później możemy możemy omówić sprawy zabezpieczenia na wypadek mojej śmierci. Jeżeli nie, czy mogę dostać Twoje błogosławieństwo na staranie się gdzie indziej o podobną umowę?

William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 102–105.