wtorek, 31 grudnia 2013

Odcinek 914: Edmund de Goncourt, 1870 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

Sobota, 31 grudnia 1870 roku
Mięso końskie, mięso złych snów i koszmarów. Nie sypiam noc w noc, odkąd się nim żywię. [...]

Na ulicach Paryża śmierć natyka się na śmierć, karawan na wóz pogrzebowy. Przy ogrodzeniu Madeleine trzy trumny przykryte płaszczami żołnierzy gwardii ruchomej i wiankami z nieśmiertelników.
Paryż po niemieckim ostrzale (źródło).

Z ciekawości zaszedłem do Roosa, angielskiego rzeźnika z bulwaru Haussmanna. Najdziwniejsze łupy zwierzęce. Miejsce honorowe na ścianie zajmuje odarta ze skóry trąba młodego Poluksa, słonia z Jardin d’Acclimatation. Wśród nieznanych mięs i osobliwych rogów czeladnik sprzedaje nerki wielbłąda.
Mistrz rzeźnicki peroruje w kręgu kobiet: „Polędwica i trąba po czterdzieści franków funt. Tak, czterdzieści franków... Panie uważają, że to drogo? Ale naprawdę nie wiem, jak tu wyjść na swoje. Liczyłem na 3000 funtów, a wyszło tylko 2300. Nogi, pani pyta, po ile nogi? Dwadzieścia franków... Inne kawałki od ośmiu do czterdziestu franków... Pozwolą panie, że polecę im krwawą kiszkę, krew słonia, jak panie wiecie, jest najbardziej odżywcza. Serce? ważyło dwadzieścia pięć funtów... W kiszce jest cebula, moje panie”.
Zadowalam się dwoma skowronkami, które zabieram na śniadanie jutrzejsze.
Tegoroczny Sylwester w Paryżu to jaki tuzin nędznych bud rozrzuconych po bulwarze, gdzie drżący z zimna sprzedawcy proponują zmarzniętym przechodniom karykatury Bismarcka jako marionetki.
Wieczorem, u Voisina, jem na obiad sławetną kiszkę ze słonia.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 338–339.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Odcinek 913: Samuel Pepys, 1668 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

30 grudnia 1668 roku
Wstałem trochę zirytowany, że musiałem zapłacić 40 szylingów za szybę, która się stłukła w mojej kolasce, nikt nie wie jakim sposobem, ale obawiam się, że ja sam stłukłem ją kolanem. Po obiedzie żona i ja do Książęcego Teatru na Henryka VIII [Szekspira] i bardzo mi to przypadło do smaku, lepiej niż się spodziewałem; i sama historia, i gra.
 
Duke's Theatre, widok z końca XVII wieku.

Dziennik Samuela Pepysa, t. 2, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 377.

niedziela, 29 grudnia 2013

Odcinek 912: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do J.M. Murry’ego

Bandol, 29 grudnia 1915 roku
W razie gdybyś miał rzeczywiście przyjechać, wynalazłam dla nas maleńką willę — doskonałość w swoim rodzaju. Położona samotnie w małym ogródku z tarasami, zwrócona na południe; słońce świeci tam przez cały dzień. Na kamiennej werandzie stoi niewielki okrągły stolik, moglibyśmy tam siedzieć i jeść albo pracować. Jest urocza kuchenka, rondle, garnki i wielka maszynka do kawy, elektryczność, woda na dole i na górze w cabinet de toilette, i niesłychanie elegancki water closet. Mała kwadratowa jadalnia — z nisko zawieszoną lampą, która oświetla stół — ma drzwi na werandę, a stamtąd jest widok na morze, jak zresztą i z chambre a coucher. Domek stoi na wysokiej górze i nazywa się willa „Pauline”. Właścicielka, która mi ją pokazywała, podjęła się znaleźć mi femme de menage na trzy godziny dziennie.
Willa „Pauline” w Bandol, stan obecny.
...Każ mi się umyć i ubrać. Zapaliłam jeszcze jednego papierosa, a serce wciąż mi skacze, choć umysł mój jest zimny. Wielki wazon z żółtymi i białymi żonkilami na środku stołu, róże w sypialni, drobne czerwone anemony na kominku. „To jest nasza willa, Bogey”. Dzwonek. To twoje kufry, przywieźli je z dworca. Usiedliśmy uśmiechnięci, ale nie śmiemy na siebie spojrzeć. Rozpakowałeś rzeczy, włożyłeś aksamitne ubranie i buty. Jestem na dole, a Ty na górze. Słyszę Twoje kroki. Wołam: „Bogey, chcesz kawy czy herbaty?” Postanawiamy, że będziemy pracować rano, potem zjemy drugie śniadanie — pochodzimy, dopóki się nie ściemni — wrócimy do domu na herbatę — porozmawiamy, poczytamy, ugotujemy kolację — a potem zabierzemy się do roboty. Na spacery będziemy brali worek, który kupiłeś — włożymy tam pomarańcze i suche gałęzie, i szyszki... O Boże! tu jest równie pięknie jak w Nowej Zelandii — równie zacisznie, możemy tu żyć samotnie we dwoje, bez trosk i kłopotów... Ot, tak sobie marzę.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 70–71.


sobota, 28 grudnia 2013

Odcinek 911: Gustaw Herling-Grudziński, 1971 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

28 grudnia 1971 roku
Anna Achmatowa, mal. Zinaida Serebriakowa.
N. przysłał mi artykuł włoskiego tłumacza Achmatowej. W roku 1965 ukazał się w pewnym włoskim miesięczniku wiersz Pasoliniego Quasi alla maniera dell'Achmatova. Poetka rosyjska występuje w nim jako „wróbel" — un passero — śpiewający w epoce wielkiej rewolucji. „Nic nie istnieje, jeśli nie mierzy się z tajemnicą: jakież świadectwo mielibyśmy o wypadkach, gdyby nie śpiewał przed nimi i po nich wróbel swą pieśń lekką i surową?" Tłumacz, zaproszony w czasie pobytu w Rosji na czaj do Achmatowej, przełożył jej i obecnym ten wiersz „na żywo". Zapanowała cisza, powtarzano jedynie z osłupieniem i oburzeniem słówko worobiej, worobiej. Włoski sokół rewolucji nie został należycie doceniony w kruchym gnieździe rosyjskiego wróbla rewolucji.
Równocześnie poczta przyniosła paryski „Wiestnik" z nieznanym czterowierszem Achmatowej (wplecionym do jej Słowa o Puszkinie, ale bez podania autora):
Za mienia nie budietie w otwietie.
Możetie poka spokojna spat'.
Siła — prawo, tolko waszy dieti
Za mienia was budut proklinat'.
Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2011, s.  115.

piątek, 27 grudnia 2013

Odcinek 910: Lew Tołstoj, 1907 rok

List Lwa Tołstoja do Henryka Sienkiewicza

27 grudnia 1907 roku, Jasna Polana
Lew Tołstoj.
Drogi Henryku Sienkiewiczu!
Dziwny ten zwrot spowodowany jest chęcią uniknięcia nieprzyjemnego, niemal nieprzyjaźnie chłodnego „Wielmożny Panie", i równie pełnego rezerwy „Monsieur", a zarazem chęcią nawiązania w liście bliskiego, przyjacielskiego kontaktu, na którym mi zależy, bo przeczytałem Pańskie utwory Rodzina Połanieckich, Bez dogmatu i inne, za które jestem Panu wdzięczny. Ta sama przyczyna skłania mnie do pisania do Pana w swoim języku, w którym łatwiej mi jasno i ściśle formułować myśli.
Sprawa, o której Pan pisze [list Tołstoja jest odpowiedzią na ankietę-list otwarty Henryka Sienkiewicza do intelektualistów świata, wzywający do potępienia działalności pruskiej Hakaty], jest mi znana i wywołała we mnie nie zdziwienie, nawet nie oburzenie, lecz tylko potwierdzenie tej niewątpliwej dla mnie prawdy — choć wydaje się ona paradoksalna ludziom, którzy ulegli państwowej hipnozie — że istnienie rządów opartych na przemocy stało się już przeżytkiem i że w naszych czasach ludźmi rządzącymi — cesarzami, królami, ministrami, naczelnymi wodzami, a nawet wpływowymi członkami parlamentów mogą być tylko ludzie stojący na najniższym szczeblu rozwoju etycznego. Ludzie ci dlatego właśnie zajmują takie stanowiska, że są wyrodkami moralnymi. Ludzie zajmujący się grabieżą mienia ludu pracującego pod postacią ściągania podatków, przygotowaniami do morderstw i samymi morderstwami, karaniem innych ludzi śmiercią, bezustannym okłamywaniem siebie i bliźnich — tacy ludzie nie mogą być inni. W świecie pogańskim mógł być cnotliwy władca — Marek Aureliusz, ale w naszym chrześcijańskim świecie nawet władcy minionych wieków — wszystkie francuskie Ludwiki i Napoleony, wszystkie nasze Katarzyny Drugie i Mikołaje I, wszystkie Fryderyki, Henryki i Elżbiety, niemieckie i angielskie — mimo wszelkich starań ich chwalców nie mogą w naszych czasach budzić niczego prócz obrzydzenia. Obecni zaś władcy, sprawcy wszelkiego rodzaju gwałtów i morderstw, stoją o tyle niżej od wymagań etycznych większości, że nie można się na nich nawet oburzać. Są tylko wstrętni i żałośni. Oburzać się — nie, nie oburzać się, lecz walczyć — należy nie z tymi istotami wyzutymi z wyższej ludzkiej świadomości, lecz z tą okropną zacofaną, narzuconą instytucją państwa, która jest właśnie głównym źródłem cierpień ludzkości. Walczyć należy nie z ludźmi, lecz z zabobonnym przeświadczeniem o konieczności państwowego przymusu, który jest tak sprzeczny ze współczesnym poczuciem etycznym ludzi chrześcijańskiego świata i bardziej niż wszystko inne przeszkadza ludzkości naszych czasów uczynić ten krok, do którego jest ona od dawna gotowa. A walczyć z tym złem można tylko jednym najprostszym, najnaturalniejszym, a zarazem najpotężniejszym, niestety dotychczas nie stosowanym sposobem, który polega tylko na tym, by żyć nie potrzebując rządowego przymusu i nie uczestnicząc w nim.

Ostatni portret Henryka Sienkiewicza,
mal. K. Pochwalski, Wiedeń 1915 r.
Co zaś dotyczy szczegółów tej sprawy, o której Pan pisze: przygotowań rządu pruskiego do ograbienia polskich posiadaczy ziemi — chłopów, to i w tej sprawie bardziej mi żal ludzi, którzy organizują tę grabież i będą ją urzeczywistniać, niż tych, których ograbią. Ci ostatni ont le beau role [są w lepszej sytuacji]. Oni i na innej ziemi, i w innych warunkach zostaną tym, czym byli, ale żal rabusiów, żal tych, którzy należą do narodu, państwa rabusiów i poczuwają się do solidarności z nimi. Myślę, że i teraz dla każdego wrażliwego moralnie człowieka nie może być wątpliwości w wyborze: czy być Prusakiem, solidarnym ze swoim rządem, czy też Polakiem, wypędzanym ze swego gniazda.
Oto moje zdanie o tym, co się dzieje lub dziać teraz będzie w Poznaniu, a jeżeli nie zdanie o samej sprawie, to myśli, jakie ta sprawa we mnie wzbudziła.
Proszę mi wybaczyć, jeżeli mój list nie czyni zadość temu, czego Pan sobie z mojej strony życzył. Jeżeli list ten Panu nie odpowiada, proszę go rzucić do kosza albo zrobić z niego taki użytek, jaki uzna Pan za stosowny.
W każdym razie miło mi było nawiązać z Panem kontakt.
Serdecznie Panu oddany kolega po piórze

Lew Tołstoj

Lew Tołstoj, Listy, tłum. Maria Leśniewska, Wydawnictwo Literackie 1976, t. 2, s. 267-268.

czwartek, 26 grudnia 2013

Odcinek 909: Andrzej Bobkowski, 1941 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

26 grudnia 1941 roku
Andrzej Bobkowski z żoną, Barbarą.
Dziś trzecia rocznica naszego ślubu. Jakoś się przyzwyczaiłem.
Musiałem być dziś rano w prefekturze w sprawach urzędowych. Ponieważ mój „baranek" nie przychodził, usiadłem na ławce, aby poczekać. Obok mnie siedziała para żebraków, staruszków. Ona trochę pochylona, ale jeszcze pełna życia, on bardziej apatyczny i obojętny. Ubrani obydwoje w resztki starych ubrań, zawinięci w jakąś niesamowitą ilość szmat, łachów, chustek, szalików. A w tym dziesiątki kieszeni i schowków, po których każde z nich wodziło ręką odruchowo, zupełnie automatycznie - jakby chcąc się przekonać, czy wszystko znajduje się na swoim miejscu. Czasem on lub ona wyjmowali coś w na wpół zamkniętej dłoni i prawie nie odsuwając ręki od schowka patrzyli, przekładali do innej kieszeni lub zostawiali na tym samym miejscu. Robili ten inwentarz wolno i dokładnie, warstwa po warstwie, milcząco... Ruchy podobne do spokojnego drapania się w coraz to innym miejscu. Potem ona pochyliła się w jego stronę i zaczęła mu poprawiać szalik; następnie zdjęła mu kapelusz i wygrzebanym z trzydziestej ósmej kieszonki czwartej warstwy okruchem grzebienia przyczesywała mu długo dwie kępki włosów na skroniach. W końcu ze stojącego u jej stóp worka wyjęła kawałek chleba, łamała go na kawałki i wsadzała mu do ust. A on żuł bezzębnymi szczękami, wprawiając brodę w jakiś dziki taniec wokoło górnej wargi i spoglądając gdzieś w dal przed siebie. Miał w sobie coś z królika, któremu podsuwa się pod pyszczek listek po listku. Od czasu do czasu stara drapała go z czułością pod brodą coś przy tym mrucząc z zadowoleniem, niemal pomiaukując jak kotka liżąca, kocięta. On dawał się pieścić, obojętny i podwójnie nieruchomy w porównaniu z szalonym kołowrotkiem jego szczęk. Rozrzewniająca ohyda. 
Mimo woli pomyślałem sobie, że tych dwoje może być szczęśliwszymi niż wielu ludzi na świecie.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 222-223.

środa, 25 grudnia 2013

Odcinek 908: Jan Józef Szczepański, 1949 rok

Z dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

25 grudnia 1949 roku
Jan Józef Szczepański z synem, Michałem, ok. 1954 r.

Wczoraj wilia była świętem Anulki. Siedziała z nami przy stole, po wszystko wyciągała zachłanną łapkę (dia!). Jadła rybę i nawet liznęła trochę wina. Potem Danusia wyniosła ją na chwilę, a my z Julkiem [Wolskim] przynieśliśmy i zapalili choinkę. Zaniemówiła z początku, ale bardzo szybko oswoiła się z tym. Dostała różne pieski, kotki i laleczkę w sukience w niebieskie groszki. Ta stała się natychmiast ulubienicą, zresztą tylko na wczorajszy wieczór, bo dziś już na nią nie patrzy. Nosiła ją za głowę albo za nogę, pokazywała wszystkim i głosem drżącym z rozczulenia wykrzykiwała: „lala, a la-ala”. Wymawiała to grubo, tremolując, z entuzjazmem nie znającym żadnych skaz. Na świeczki i sztuczne ognie mówiła „fy, fy”, ale nie interesowała się nimi tak bardzo. W ogóle choinka zrobiła duże wrażenie dopiero dziś rano. Teraz, wieczorem, wróciły do łask dwa gumowe pieski. Mówi się na nie: „gęś”, „kaka”, „kakiś” albo „kakuś”. Kolektywnie. I najlepiej trzymać je w jednej garści naraz, za ogony. Strasznie śmieszne i dziwne takie stworzenie. Czuje się, że ono żyje w innym czasie czy raczej w czasie innego wymiaru. Chwilami to jest aż żenujące - kiedy się dla niej żałuje chwili jakichś ważnych rzekomo zajęć, które w porównaniu z jej sposobem użytkowania świata są takie cząstkowe, mało prawdziwe i mdłe.
Jan Józef Szczepański, Dziennik, t. 1: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie 2009, s. 225.

wtorek, 24 grudnia 2013

Odcinek 907: Lucyna Ćwierciakiewiczowa, 1871 rok

Fragment książki Lucyny Ćwierciakiewiczowej 365 obiadów za 5 złotych z 1871 roku


Wigilia Bożego Narodzenia
Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Fot. Agata Endo Nowicka.
Potrawy do wyboru:
Sago na winie
Groszek zielony z grzankami; 
Pierożki kruche z jabłkami;
Lin smażony z kapustą czerwoną lub białą; 
Jabłka, pierniki, orzechy bakalie;
http://pl.wikisource.org/wiki/365_obiad%C3%B3w_za_5_z%C5%82otych/Menu_na_ka%C5%BCdy_dzie%C5%84_roku 

Drogim Czytelnikom Płaszcza zabójcy życzymy wspaniałych, radosnych Świąt oraz suto zastawionego wigilijnego stołu.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Odcinek 906: Jerzy Zawieyski, 1968 rok

Z dziennika Jerzego Zawieyskiego

23 grudnia 1968 roku
Jerzy Zawieyski.
[...] Po południu Staś zaczął ubierać choinkę. Trochę mu pomagałem, a raczej pomagając - przeszkadzałem. [...]
Myślami wracam do Dziennika Nałkowskiej. Porównuję ze swoim dziennikiem. Różnica ogromna. Tak jak skłonny jestem do liryzmu, egotyzmu, zwierzeń - nie pozwalam sobie zbytnio na nadużywanie tej mojej skazy. Zapewne dlatego, że dzieje się dookoła mnie zbyt wiele z dziedziny obiektywnej, w co jestem uwikłany ponad miarę. Fakty, i to nie byle jakie, są ważniejsze od moich subiektywnych doznań i przeżyć. Mój dziennik więcej chyba mówi o czasie, w którym żyję niż o mnie samym. Ale może się mylę! W sądach o faktach i wydarzeniach obiektywnej natury nie jestem sprawiedliwy tą sprawiedliwością, która wymaga rozwagi i dystansu. Piszę na gorąco, bez literackiego zamysłu, za to szczerze. Szczerość niech mnie tłumaczy i usprawiedliwia. Dziennik Nałkowskiej jest literaturą, mój dziennik dokumentem. I świadectwem czasu.

Jerzy Zawieyski, Dzienniki, t. 2, Ośrodek KARTA, Instytut Pamięci Narodowej 2012, s. 827.

niedziela, 22 grudnia 2013

Odcinek 905: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

22 grudnia 2004 roku
Subject: Re: A jednak!
Całą noc nie spałem, bo kupiłem wczoraj z biegu aparat OLYMPUS E-300, który jest
Zdzisław Beksiński, Autoportret, 1956-1957.
całkowitą nowością, ale oczekiwaną już od kilku miesięcy. W Media Markt otrzymali tylko jeden egzemplarz (bo normalnie nie kupuję niczego z gabloty) i dyżurni kretyni „uzbroili” go i postawili w gablocie na godzinę przed moim przybyciem, robiąc przy okazji odcisk dłoni na tylnej soczewce obiektywu. Gdyby nie to, że jeśli aparat zda pomyślnie testy, które mam zamiar dziś przeprowadzić, i tak wymienię obiektyw na inny, droższy ze szkłami ED, który kosztować będzie tyle, co cały aparat z tanim obiektywem, to chyba szlag by mnie na miejscu trafił. Jestem przeciwnikiem kary śmierci, ale za zostawianie odcisków palców na obiektywach czy płytach należałoby winowajców rozwalać od razu i bez sądu, a zwłoki zostawiać jak w średniowieczu przed wejściem do sklepu, innym subiektom dla postrachu. Widok daktyloskopii w takich miejscach, budzi we mnie zwierzę. Jak Pani się domyśla, to od momentu kupna, nie jestem w stanie ani myśleć, o czym innym, ani nawet rozmawiać i korespondować z damami o czymś innym, no, a ten temat, na pewno Pani nie zwilży. Dziś zawieszam malowanie i cały dzień poświęcę na testowanie sprzętu. [...]

Pięknie pozdrawiam
Beksiński
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 194–195.

sobota, 21 grudnia 2013

Odcinek 904: Narcyza Żmichowska, 1868 rok

List Narcyzy Żmichowskiej do Julii Baranowskiej

21 grudnia 1868 roku, Dębowa Góra
Narcyza Żmichowska.
I znowu w twoje ręce, Juluto moja kochana, składam moje świąteczne pozdrowienia, od których nikt zdrowszym nie będzie, i życzenia, które nikomu nic szczęśliwego nie przyniosą. Ale tak mię już nałóg ciągnie, ze się bez jakiegoś „z Wami" na ostatnie dni roku obejść nie mogę, a musi to być nałóg nieprzezwyciężony, kiedy mię żaden pismowstręt uleczyć z niego nie jest zdolny. Już tez pewną jest rzeczą, ze gdyby nie wpływ uroczystości, to bym teraz szczególniej spojrzyć nawet na atrament i biały papier nie mogła, tak mi to wszystko zbrzydło przy moich próbach autorskich. Jednak przyszykowałam sobie tyle białych ćwiartek, ile was mam drogich moich korespondentek w Warszawie i choć z kilkoma słowami do każdej wybieram się w odwiedziny. [...] Zgłaszałam się do was wszystkich, żebyście mi naraiły jakie dramatyczne dla trzech aktorów przedstawienie; znikąd mnie dobra — miałabym nawet prawo powiedzieć: żadna — rada nie doszła. Jedna Matylda nasunęła półtora konceptu, ale już za późno. Musiałam więc starymi pomysłami się ratować i wyjątkami ograniczyć. Pannie Fanny dodałam odwagi, żeby wzięła jedną scenę z Moliera, sama ni mniej, ni więcej, jeno Felińskiego Barbarę [Radziwiłłównę] przyzwałam. Była to zupełnie rozpaczliw[a] decyzja. [...]
Zygmunt i Barbara, mal. Jan Matejko.
Lecz wracając do przedstawienia dramatycznego, powiem ci, ze pomimo całej trzeźwości wcale nie babusinego sądu, pójdzie pewnie lepiej, niż się spodziewałam. Monsieur Jourdain z Filozofem, który go ma ortografii uczyć, mogą mieć dość zasłużone powodzenie. Jako pierwszy występuje Kazio: jeśli nam się uda charakterystyczne dobrać przebranie, to go choć na lubelską scenę wprowadź. Największa właśnie bieda, że albo za szczupłe, albo za grubo wygląda. Lutkowi łatwiej dobrać odpowiedniego kostiumu i trzeba przyznać, ze ma tez więcej komicznego usposobienia: na jednej próbie, kiedy go upudrowałam, wsadziłam mu na nos okulary i zawiązałam chustkę białą z ogromnymi fontaziami, taki był wyborny, że się sama serdecznie uśmiałam. Tragedia będzie prześlicznie ubrana, dotychczas to jest u niej zaasekurowane z największą pewnością: August w czarnym aksamicie, Barbara w perłach i błękitach, Boratyński w żółtym żupanie. I cóż powiesz? Basia dotychczas najlepiej występuje. Kiedy chłopcy zaczęli się uczyć swego monologu, Marychnie także się zachciało, ale głównie ubioru. Ach! Żebym to ja za królową mogła być przebraną! Nb. ... wzdycha do tego trzeci rok już: Ha, dobrze będziesz, ale trzeba wierszyków trudnych się nauczyć. - Och! Nauczę się! I nauczyła niby, było to jednak strasznie liche, monotonne skandowanie. Długi czas poprawiałam, starałam się ją rozrzewnić, przejąć losem nieszczęśliwej Barbary — wszystko na próżno. Głos, ruchy twarde jak z dębowego drzewa. Aż tu jednego wieczoru przychodzi materiał na suknię. Odbywa się rada, czym obszyć, jak długi dać ogon, wreszcie bierze się całą trójkę do powtórzenia ról. W dziewczynę duch inny wstąpił: głos zmiękł, ucieniował się, a rączki jak zaczęła składać, a oczki jak zaczęła w górę podnosić, takeśmy się wszyscy wydziwić nie mogli, nawet p[ani] Fanny, która mogła tylko muzycznie i rysunkowo grę jej oceniać. Niewiele tej gry na początek, w dwóch odpowiedziach z ośmnaście wierszy, ale co surpryza, to surpryza. [...]
Co bym ja nie dała, Juluto moja, żebyś tu z nami być mogła. Poczyniłam różne nowe nad głosem ludzkim spostrzeżenia: jaśniej niż kiedykolwiek zdałam sobie sprawę z tego, co to być muszą studia dramatyczne, ale pewnie wszystkiego zapomnę, nim się zobaczymy. [...]
Opłatka ci nie posyłam, bo jeszcze w domu nie ma i słusznie, byśmy się twoimi, nie moimi dzieliły — ty mi przyślij. [...]
Narcyza Żmichowska, Listy. Tom IV: Rozmowy z Julią, Fundacja Akademia Humanistyczna i Instytut Badań Literackich 2009, s. 365-368.

piątek, 20 grudnia 2013

Odcinek 903: Maria Dąbrowska, 1954 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

20 grudnia 1954 roku. Poniedziałek
Prawdziwe dno roku – dnie, których prawie nie ma – czarne, ponure widma dni. 17 grudnia o 6 wieczorem umarła Zofia Nałkowska na wylew krwi do mózgu, tym dziwniejszy, że miała podobno niskie ciśnienie.
W Lecznicy na Emilii Plater męczono ją 6 dni, podtrzymując resztki życia, które właściwie od pierwszej chwili było nie do uratowania. Przebieg agonii był niemal identyczny z tym, co mówiły biuletyny w czasie agonii Stalina. Na mnie ta śmierć zrobiła przygnębiające wrażenie. Coraz jaskrawiej widać koniec mojego pokolenia.
Tak dużo ludzi sztuki umiera w grudniu i umiera właśnie na wylew krwi albo na udar sercowy. Całe szczęście gdy nagle i od razu, strach w takim wypadku niedołęstwa i paraliżu.
Po tej wiadomości długo w nocy nie spałam i myślałam, że gdy człowiek urządzi
Zofia Nałkowska (fot. pośmiertna).
świetny system irygacyjny, to dba o każdą groblę, tamę i śluzę. A mając we własnym wnętrzu tak wyśmienity system irygacyjny – robi wszystko, co może, by go popsuć, aż doprowadza, że powódź krwi go zalewa. [...]
Wczoraj przed południem pojechałam do trumny Nałkowskiej. Po drodze aż w trzech kwiaciarniach szukałam dla Niej kwiatów, wreszcie na rogu Kruczej i Alei zdołałam zrobić wiązankę z liliowych chryzantem, różowych ponsycji i różowych goździków. Zrobił się z tego bardzo oryginalny i dobry zespół tonów – pani Zofii na pewno by się podobało. Każdego kwiatu było ledwie po parę sztuk, a kosztowało to 180 zł. W mieszkaniu Nałk[owskiej] (Dom Literatów) zastałam tylko jej legendarną służącą Genię, bardzo zmienioną i markotną. Pani Zofia leżała w swoim salonie, w jakimś zaniedbaniu, trumna na dwu stołkach między którymi postawiona miska z lodem. Żadnych kwiatów i dobrze się stało, że tę trochę przyniosłam. Ubrana w granatowy kostium wyglądała bardzo pięknie i młodo. Nigdy, zwłaszcza w ostatnich latach nie była taka za życia. Jakby odeszły z tej twarzy wszystkie zniekształcające ją ambicje światowe, miny kokieteryjne, wystąpiła sama bezpretensjonalna, surowa piękność rysów.
Niebawem przyszła jej siostra, Hanna Bickowa, teraz Stefanowiczowa. Bardzo zmizerowana i postarzała, pierwszy raz nie umalowana. Za to na biednych zwłokach Nałkowskiej, jak zauważyłam, Genia zrobiła mały maquillage. Dbała o wygląd swej ukochanej pani, uróżowała trupa. Pani Zofia umiałaby to ocenić. [...]

Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich 

czwartek, 19 grudnia 2013

Odcinek 902: Janusz Zabłocki, 1961 rok

Z dziennika Janusza Zabłockiego

19 grudnia 1961, wtorek
W czerwcu, na imieninach u Irmy Zielińskiej w Milanówku zawarliśmy z Krysią znajomość z młodymi Niepokólczyckimi Wacławem i jego żoną. On, dużo ode mnie młodszy, otarł się jeszcze przed Październikiem o jakieś wydawnictwa paksowskie; potem widzieliśmy się w 1956 r. na występach chóru Szacha, śpiewającego pieśni powstańczej Warszawy. Był synem pułkownika Franciszka Niepokólczyckiego, legendarnego dowódcy Armii Krajowej, a potem prezesa WiN-u, którego głośny proces w 1947 r. przeżywaliśmy w Krakowie tak mocno.  

Otóż dziś, czekając w kawiarence „Eldorado” na pociąg do Grodziska, zupełnie
Franciszek Niepokólczycki podczas
procesu pokazowego, 1947 rok.
przypadkiem poznałem przez Zbyszka Zielińskiego samego
pułkownika. Niepokólczycki, wysoki i prosty jak struna, ubrany był w jasnokawowy angielski płaszcz z wielbłądziej wełny z kapturem i drewnianymi kołeczkami zamiast guzików. (Taki płaszcz używany ponoć w brytyjskiej marynarce wojennej, nosiło podówczas wielu ludzi „stamtąd”). Chociaż dziesięcioletni pobyt w więzieniu nie mógł u niego pozostać bez śladu i dawał się dostrzec w bladości jego twarzy i cieniach pod oczami, pułkownik Niepokólczycki trzymał się dobrze, a co najważniejsze – wyszedł wewnętrznie niezłamany i niepokonany. Choć miał za sobą tak ciężkie doświadczenia i choć, jak wynikało z naszej rozmowy, wiedział, że owe dziesięć lat więzienia gruntownie wytrąciły go z bieżącego życia – nie przestał czuć się nadal potrzebny. Zdawał sobie sprawę, iż ze swym przedwojennym oficerskim wykształceniem pozostaje teraz daleko w tyle, że w ciągu tych lat wiedza wojskowa, a zwłaszcza technika, poszły daleko naprzód. Ale z tego, co mówi, niedwuznacznie wynika powzięte przezeń postanowienie: on zaległości te pragnie wyrównać, by nie pozostać w tyle. Szuka zatem dostępu do potrzebnych mu informacji w zagranicznych czasopismach i książkach, prowadzi wytężone studia. Słucham nie bez wzruszenia tego niezłomnego człowieka, który jest chodzącą historią i legendą, samą czystą wiernością Sprawie. Jakże mam mu powiedzieć, że jest ona również nadal moją Sprawą? I że jedynie Ona memu ocalonemu życiu nadaje ostateczny sens? Oczywiście mu tego nie mówię i tylko słucham jego wywodów, doceniając tę jedyną, niepowtarzalną okazję naszego spotkania.
Janusz Zabłocki, Dzienniki, t. 1: 1956–1965, Warszawa 2008, s. 366.