Pokazywanie postów oznaczonych etykietą von Arnim Elizabeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą von Arnim Elizabeth. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2013

Odcinek 863: Elizabeth von Arnim, 1896 rok

Z powieści-dziennika Elizabeth von Arnim

10 listopada 1896 roku
Elizabeth von Arnim.
Ostatniej nocy mieliśmy siedem stopni mrozu i kiedy rano wyszłam pierwsza na dwór, by zobaczyć, co zostało z róż herbacianych, ujrzałam je zupełnie obudzone i świeżo wypucowane - wprawdzie pokryte lekkim szronem, ale inne niż pozostałe - czarne i pomarszczone. Nawet kwiaty w skrzyniach po obu stronach schodów werandy ożyły i miały pełno pączków, zwłaszcza Bouquet d'Or zaobfitował pąkami i rozkwitłby przy najmniejszej zachęcie. Powoli zaczynam wierzyć, że przesadza się z tą wrażliwością róż herbacianych, i jestem zadowolona, że odważyłam się posadzić je w północnym ogrodzie. Niewątpliwie nie wolno mi za bardzo prowokować Opatrzności i dlatego poleciłam wstawić kwiaty skrzyniowe na przezimowanie do cieplarni w nadziei, że Bouquet d'Or na słonecznym miejscu tuż za szybą może skusi się do otwarcia kilku pąków. Cieplarnia służy tylko jako schronienie, lecz nigdy nie ma tam ujemnej temperatury. Bouquet d'Or to taka roślina, która nie przetrwa ostrej zimy na powietrzu. Nie potrzebowałam cieplarni, by cokolwiek wyhodować, ponieważ nie lubię roślin, które wytrzymują w ogrodzie tylko trzy albo cztery miesiące w roku, wymagając pochlebstw i pieszczot.
Róża Bouquet d'Or.
Dajcie mi ogród pełen silnych, zdrowych stworzeń, gotowych wytrzymać trudy i chłody bez poddawania się i umierania. Nigdy nie uznawałam delikatnej budowy za zaletę, ani u roślin, ani u kobiet. Bez wątpienia wiele ślicznych kwiatów pozwoliło się wychować przez cieplarniany skwar i ciągłe pieszczoty, ale też każdy z nich można zastąpić pięćdziesięcioma innymi jeszcze piękniejszymi, które wyrosną wdzięcznie na boskim zdrowym powietrzu i będą błyszczące i znacznie intensywniej pachnące.
Do tego czasu doprowadziliśmy do porządku rabaty i zasadziliśmy nowe róże herbaciane i z większą niż kiedykolwiek ufnością, mimo moich różnych błędów oczekuję teraz następnego lata. Wymarzyłam sobie ukończyć mój ogród przed upływem roku!
Perska Żółć dostała nową kwaterę, a na jej miejscu rośnie teraz róża Safrano; na wszystkich różanych rabatach rozwinęły się dywany bratków, które w lipcu zostały zasadzone, a w październiku są przesadzane; każda rabata ma własny kolor. Purpurowe bratki pasują do każdego rodzaju róży, ale do Laurette Messimy dodałam białe, a żółte do Safrano, na środku zaś wielkiej czerwonej rabaty różanej pojawił się nowy czerwony gatunek. Wokół półkola po południowej stronie małego narożnika z ligustru zasadziłam dwa rzędy jednorocznej ostróżki, a na trawniku tuż za nim znajduje się półkole z drzewkiem róż herbacianych i innymi wysokopiennymi różami. [...]
Róża Safrano.
Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród, tłum. Elżbieta Bruska, Berenika Lemańczyk, Wydawnictwo MG 2011, s. 62-63.

czwartek, 27 grudnia 2012

Odcinek 554: Elizabeth von Arnim, 1896 rok

Z powieści-dziennika Elizabeth von Arnim

27 grudnia 1896 roku 
Elizabeth von Arnim.
Uważam, że dzisiaj modne jest patrzenie na Boże Narodzenie jak na coś nie do opisania nudnego i czas, kiedy tylko przejadamy się i udajemy radość bez wyraźnej przyczyny. A tak naprawdę święta Bożego Narodzenia są czarującym i pełnym poezji obyczajem; kiedy właściwie przez cały długi rok bywa się mniej lub bardziej niemiłym dla wszystkich, dobrodziejstwem staje się to, że w tym jednym dniu trzeba być uprzejmym; niewątpliwie wspaniałe jest i to, że można dawać prezenty i nie ma się potem wyrzutów sumienia, że się kogoś rozpieszcza i że później trzeba za to odpokutować.
Służący są tylko dużymi dziećmi i obdarowani drobiazgami oraz smakołykami są tak samo szczęśliwi jak dzieci i już tydzień przedtem, zanim troje maluchów pójdzie do ogrodu, oczekują Dzieciątka Jezus z ramionami pełnymi prezentów. Wierzą mocno w to, że prezenty dla nich są przynoszone w ten sposób, i to jest tak urocze, że już choćby dlatego Boże Narodzenie zasługuje, by je świętować.
Ze względu na ścisłe zachowanie tajemnicy przygotowanie jest całkowicie moją sprawą - a bynajmniej niełatwe to zadanie przy tak wielu osobach w naszym domu i innych mieszkańcach majątku, i wszystkich dzieciach, dużych i małych, które oczekują swego udziału w tej radosnej chwili. Biblioteka przez kilka dni nie nadaje się do użytku, ponieważ trzymamy tam drzewko świąteczne i prezenty. Po jednej stronie stoi drzewko, a pozostałe trzy są obstawione stołami, dla każdego domownika po jednym.
Kolędnicy, rycina z 1896 r.
Kiedy na choince płoną świeczki, których blask opromienia szczęśliwe twarze, zapominam o całym zmęczeniu, bieganinie po schodach tam i z powrotem, bólach głowy, nóg i cieszę się jak wszyscy.
Najpierw przyprowadzane jest Czerwcowe Dziecko, później przychodzą pozostałe, następnie my, w zależności od wieku, potem służba, dołącza nadzorca ze swoją rodziną, po nim zarządca majątku, mamsells, buchalter i sekretarka, a na końcu dzieci całą gromadą, tyle, ile pokój może ich pomieścić - największe prowadzą za ręce najmniejsze, dźwigając jeszcze w ramionach niemowlęta, a matki patrzą zaciekawione przez drzwi. Stają przed choinką i śpiewają dwie albo trzy kolędy; następnie dostają prezenty i wychodzą radosne, robiąc miejsce dla następnej gromady. Troje moich dzieci również śpiewało z całych sił, obojętnie czy akurat znały pieśń, czy nie. One włożyły na ten uroczysty dzień białe sukieneczki, a Czerwcowe Dziecko miało głęboko wyciętą szatę z krótkim rękawem, jak noszą teutońskie dzieci bez względu na temperaturę. Jego ramionka przypominały ramiona zapaśnika w miniaturowym wydaniu - czegoś takiego jeszcze nie widziałam; szaty są dumą i radością małej niani, która dopasowała niebieskie wstążeczki i nieustannie małą poganiała. Kiedy Czerwcowe Dziecko będzie duże i nadal będzie miało takie ramiona, chyba nie będę mogła zabrać go ze sobą na bal.
Boże Narodzenie 1896, zdjęcie  E. Donalda Robertsa Juniora.
Kiedy przyszły powiedzieć mi dobranoc, wszystkie były już bardzo blade i zmęczone. Kwietniowe Dziecko niosło japońską laleczkę również wyglądającą na wyczerpaną, którą chciało zabrać ze sobą do łóżka nie z miłości, tylko z litości, że wyglądała na tak ogromnie zmęczoną. Pocałowały mnie roztargnione i rozgadane, tylko Kwietniowe Dziecko, przechodząc, rzuciło okiem na choinkę i dygnęło.
- Do widzenia, drzewko - usłyszałam; następnie skłoniło przed nim japońską laleczkę, w sposób wielce znużony i zblazowany. - Ty nigdy więcej nie zobaczysz takiego drzewka - powiedziało i potrząsnęło nią karcąco - bo zepsujesz się na długo przed następnym razem.
Wyszło, ale zaraz wróciło, bo czegoś zapomniało.
- Mamo, podziękuj Jezuskowi za te wszystkie cudowności, które nam przyniósł. Sądzę, że napiszesz do niego zaraz, prawda?
Nie mogę ujawniać apatii podczas naszych świąt Bożego Narodzenia, więc wszyscy się cieszymy bez udawania, i przynajmniej przez dwa dni jesteśmy trochę bliżej siebie. [...]

Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród, tłum. Elżbieta Bruska, Berenika Lemańczyk, Wydawnictwo MG 2011, s. 96-98.

sobota, 15 września 2012

Odcinek 451: Elizabeth von Arnim, 1896 rok

Z powieści-dziennika Elizabeth von Arnim

15 września 1896 roku
Elizabeth von Arnim.
Teraz jest miesiąc cichych dni, karmazynowo-czerwonego dzikiego wina i jeżyn, pogodnych popołudni w dojrzałym ogrodzie, herbaty pitej pod akacją, a nie pod zbyt cienistym bukiem, drewna płonącego w kominku biblioteki w chłodne wieczory.
Dzieci idą po południu na dwór i zrywają jeżyny z krzaków, trzy kotki tymczasem, duże już i dobrze odżywione, siedzą w słońcu na schodach werandy i myją się; Gniewny [mąż Elizabeth] ostrzeliwuje kuropatwy na dalekim ściernisku; i wydaje się, że lato chce z nami pozostać na zawsze. Tak trudno sobie wyobrazić, że za trzy, najprawdopodobniej, miesiące zostaniemy zasypani przez śnieg i pewnie będziemy marznąć. Ten miesiąc ma w sobie coś z marca i wczesnych dni kwietnia, kiedy w progu staje ociągająca się jeszcze wiosna, a ogród wstrzymuje oddech w oczekiwaniu. Podobna łagodność w powietrzu, niebo i trawa też podobnie wyglądają; tylko liście opowiadają inną historię i czerwone dzikie wino obrastające dom szybko roztacza swój ostatni i najcudowniejszy czar.
Moje róże zachowują się tak, jakby trwały w oczekiwaniu, wspaniale rozkwitły Vicomtesse Folkestone i Laurette Messimy, a ostatnio w ogrodzie zrobiło się znacznie piękniej. Każdy kwiat składa się z delikatnych, luźno złożonych pojedynczych koralowoczerwonych płatków, wewnątrz biało-żółtych. Zamówiłam sto krzewów różanych, by je posadzić w następnym miesiącu, połowa z tego to Vicomtesse Folkestone. Róże herbaciane mają nawyk opuszczania główek, tak że trzeba uklęknąć, by dobrze się im przyjrzeć - nie żeby mi się nie podobało, że zgina się kolana przed tak absolutnym pięknem, tylko że przy tym brudzi się ubranie. Dlatego krzewy różane zasadzę po obu stronach drogi pod południowymi oknami, a kwiaty pojawią się na odpowiedniej wysokości, by oddawać im cześć.
Obawiam się tylko, że gorzej zniosą zimę niż odmiana karłowata, ponieważ tak trudno je fachowo osłonić. Jak przepowiedziałam, Perska Żółć i Bicolor między różami herbacianymi to klęska; kwitną tylko dwa razy w sezonie, a w pozostałym czasie wyglądają nudno i smutno; do tego Perska Żółć ma nieprzyjemny zapach i przyciąga niezliczone owady. Wobec tego wymieniłam je na róże herbaciane Safrano, gdyż te zakwitną w przyszłym miesiącu i powinny się rozsiąść w grupach na trawie, a ponieważ półkole znajduje się bezpośrednio przed oknami, to najlepsze miejsce muszę zachować dla wybranych skarbów.
Przeżyłam liczne rozczarowania, ale chyba się już dużo nauczyłam. Pokora i upór są prawie tak samo konieczne w ogrodnictwie jak deszcz i słońce, a każde niepowodzenie musi być odskocznią do uzyskania pożądanych rezultatów. [...]
Róża Laurette Messimy.
Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród, tłum. Elżbieta Bruska, Berenika Lemańczyk, Wydawnictwo MG 2011, s. 58-60.