Pokazywanie postów oznaczonych etykietą van Gogh Vincent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą van Gogh Vincent. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 stycznia 2015

Odcinek 1203: Vincent van Gogh, 1889 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

28 stycznia 1889 roku
Tylko kilka słów, żeby ci powiedzieć, że ze zdrowiem i pracą jest jako tako.
Vincent van Gogh, Autoportret,
styczeń 1889 roku.
Kiedy porównuję mój stan dzisiejszy i sprzed miesiąca, uważam, że to jednak zdumiewające. Wiedziałem, że można sobie połamać ręce albo nogi i potem wrócić do zdrowia, ale nie wiedziałem, że można sobie rozbić głowę, uszkodzić mózg i też przyjść do siebie.
Pozostaje mi tylko uczucie ,,po co zdrowieć?” pośród zdumienia, jakie budzi we mnie moje wyzdrowienie, na które nie śmiałem nawet liczyć. [...]
Skoro wciąż mamy zimę, pozwólcie mi spokojnie pracować; jeśli jest to praca szaleńca, tym gorzej. Nic na to nie poradzę.
Jednakże nieznośne halucynacje ustały, teraz to tylko zwykły koszmar wskutek zażywania bromu, jak sądzę.
Rozpatrywać szczegółowo sprawy pieniężne jest jeszcze dla mnie niemożliwe, jednak pragnę właśnie rozpatrywać je w szczegółach i pracuję bez wytchnienia od rana do nocy (chyba że moja praca jest również halucynacją) [...].
Nie zdumiewaj się jednak zbytnio, jeśli w przyszłym miesiącu będę cię musiał poprosić o całą pensję i może nawet o pewien dodatek.
Nic przecież w tym dziwnego, że w czasie kiedy maluję i kiedy praca pochłania moje wszystkie siły życiowe, dbam o pewne środki ostrożności.
Różnica wydatków nie jest z pewnością w takim razie przesadna.
Powtarzam raz jeszcze: albo zamknijcie mnie od razu w celi wariatów, nie sprzeciwiam się, jeśli macie rację, albo pozwólcie mi pracować ze wszystkich sił, przedsięwziąwszy pewne środki ostrożności, o których wspominam. Jeśli nie jestem wariatem, nadejdzie chwila, kiedy przyślę ci to, co ci od początku obiecywałem. Obrazy może rozproszą się niestety, ale kiedy zobaczysz zestaw tych płócien, które chcę, żebyś zobaczył, śmiem się spodziewać, że twoje wrażenie będzie dodatnie. [...]
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze i Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 415–416.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Odcinek 948: Vincent van Gogh, 1889 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

3 lutego 1889 roku
Chciałem od razu odpowiedzieć na twój dobry list, zawierający 100 franków, ale byłem bardzo zmęczony, lekarz zaś zalecił mi przechadzkę i żadnej pracy umysłowej; dlatego piszę dopiero dziś. Co do mojej pracy, miesiąc nie był w sumie kiepski; praca jest dla mnie rozrywką albo raczej trzyma mnie w karbach, kiedy nie muszę się jej wyrzekać. [...]

Tak zwane dobre miasto Arles jest osobliwym miejscem, które przyjaciel Gauguin słusznie nazywa najbrudniejszą dziurą Południa. [...]
Ludzie mają tu serce i rzecz powiedziana jest pewniejsza niż pisana. Na razie więc zachowuję dom, bo muszę się czuć u siebie, jeśli mam wyzdrowieć na umyśle. [...]
Ja też trochę jestem taki, ludziom tutejszym, którzy pytają mnie o zdrowie, odpowiadam, że wpierw umrę z choroby wraz z nimi i dopiero później moja choroba umrze.
To nie znaczy, że nie będę miał dłuższych chwil wytchnienia, ale kiedy raz już człowiek jest chory naprawdę, wie, że drugi raz nie może nabawić się tej samej choroby: ze zdrowiem i z chorobą jest tak samo jak z młodością i ze starością. Wiedz tylko, że ja jak i ty robię w miarę możności to, co każe mi lekarz, i że uważam to za część pracy i zadanie, jakie muszę wypełnić. Muszę powiedzieć, że sąsiedzi itd. są dla mnie wyjątkowej dobroci; wszyscy tu cierpią czy to na gorączkę, czy na halucynacje, czy na obłęd, tak że rozumiemy się jak członkowie jednej rodziny.
Byłem wczoraj u dziewczyny, do której poszedłem w chwili mego szaleństwa; powiedziano mi, że takie rzeczy nie są tu niczym nadzwyczajnym. Ona doznała wstrząsu i zemdlała, ale potem przyszła do siebie. Zresztą mówią o niej dobrze.
Ale nie mogę się uważać za całkiem zdrowego. Ludzie tutejsi, którzy są chorzy jak ja, mówią mi prawdę. Można żyć krótko lub długo, ale zawsze przychodzą chwile, kiedy traci się głowę. Nie mów więc, że nic mi nic nie jest lub że nic mi nie będzie. Gorączek tutejszych jeszcze nie miałem, ale mogę je mieć. W szpitalu ludzie się na tym znają i jeśli pozbyć się fałszywego wstydu i mówić szczerze, człowiek nie czuje się tam źle.

Szpital w Arles, mal. Vincent van Gogh, 1889 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze i Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 420–422.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Odcinek 717: Vincent van Gogh, 1876 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo
Welwyn, 17 czerwca 1876 roku
Ubiegłego poniedziałku wybrałem się z Ramsgate do Londynu. Jest to długa droga. Gdy wychodziłem, był straszliwy upał, który trwał nadal, gdy przybyłem do Canterbury. Tego samego wieczora ruszyłem w dalszą drogę, aż znalazłem się wśród wysokich buków i wiązów nad małym jeziorkiem. Tam się zatrzymałem. Rano, już o wpół do czwartej, gdy ptaki zaczęły śpiewać, by powitać świt, ruszyłem w dalszą drogę. Przyjemnie było iść.
W południe przybyłem do Chatham, skąd w oddali, wśród łąk częściowo zalanych wodą i porosłych tu i ówdzie wiązami, widać już było Tamizę i płynące po niej statki. Ten krajobraz musi być chyba zawsze szary.
Napotkany wóz podwiózł mnie milę, ale gdy woźnica wstąpił do przydrożnej karczmy, pomyślałem, że posiedzi tam dłużej, i poszedłem dalej; przed wieczorem dotarłem do znanych nam dobrze przedmieść Londynu. Szedłem do miasta długimi, długimi roads.
W czasie dwudniowego pobytu w Londynie biegałem wielokrotnie z jednego krańca miasta na drugi, odwiedzając różnych ludzi, a wśród nich pewnego pastora, do którego napisałem potem list. [...]
Jeżeli tu coś znajdę, to w najlepszym razie będzie to jakaś posadka ka­znodziei na robotniczym przedmieściu Londynu.

Theo, proszę, żebyś na razie nikomu o tym nie wspominał. Pensja u pana Stokesa będzie pewno bardzo mała, prawdopodobnie tylko mieszkanie, utrzymanie i kilka godzin wolnych, abym mógł udzielać korepetycji. Gdy­bym nie miał zupełnie wolnego czasu, to mógłbym zarobić najwyżej 20 funtów rocznie.
A teraz dalszy ciąg mych londyńskich przygód. Pierwszą noc spędziłem w domu pana Reida, a następną u pana Gladwella, gdzie wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Pan Gladwell pocałował mnie wieczorem na dobranoc, co sprawiło mi wielką przyjemność. Mam nadzieję, że będę miał sposobność odwdzięczyć się kiedyś jego synowi, oddając mu jakieś drobne usługi.
Miałem zamiar wracać do Welwyn tego samego wieczoru, ale zatrzymano mnie dosłownie siłą, ze względu na ulewny deszcz. Rano pogoda się poprawiła, więc o czwartej mogłem już ruszyć w drogę.
Najpierw spacer z jednego krańca miasta na drugi, chyba z 10 mil (milę idzie się 20 minut). Było już około piątej po południu, gdy przyszedłem do naszej siostry. Bardzo ucieszyłem się jej widokiem. Wygląda dobrze i na pewno podobałby ci się, tak jak i mnie, jej pokój, w którym wiszą Wielki Piątek, Chrystus w Ogrójcu, Mater Dolorosa i inne obrazy, oprawne w bluszcz zamiast ram. [...]
Plebania i kościół w Etton, rys. Vincent van Gogh, 1876 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze i Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 36–37.


środa, 29 maja 2013

Odcinek 706: Vincent van Gogh, 1888 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

29 maja 1888 roku
Propozycja tych panów, żebyś wyjeżdżał w niewielkie zamorskie podróże, jest niemiłosiernie męcząca dla ciebie.
Ja także siebie oskarżam, że cię męczę moją nieustanną potrzebą pieniędzy. Wydaje mi się jednak, że to, czego oni żądają od ciebie, byłoby rozsądne, gdyby zgodzili się przedtem dać ci rok płatnego urlopu, byś mógł wrócić do zdrowia. Rok ten poświęciłbyś na spotkania z impresjonistami i miłośnikami impresjonistów. Byłaby to wciąż praca w interesie firmy Boussod i Ska. Potem wyjechałbyś spokojniejszy i zdrowszy i mógłbyś załatwiać dla nich nowe sprawy.
Ale żebyś miał wyciągać kasztany z ognia dla tych panów w stanie, w jakim jesteś teraz – taki rok wyczerpałby cię zupełnie. 
A to nie przyda się nikomu na nic.
Mój drogi bracie, wydaje mi się, że nie mamy żadnych wskazań z góry na potwierdzenie muzułmańskiej idei, że śmierć przychodzi wtedy, kiedy winna przyjść; rozpatrzmy to jednak.
Przeciwnie, wydaje mi się dowiedzione, że higiena nie tylko może przedłużyć życie, ale przede wszystkim uczynić je bardziej pogodnym, spokojniejszym, gdy niewłaściwa higiena mąci bieg życia, zaś brak higieny może położyć mu kres przed czasem. Czy nie widziałem, jak na moich oczach umierał dzielny człowiek z braku inteligentnego lekarza; był tak spokojny i pogodny, i tylko mówił: „gdybym miał innego lekarza”; umarł wzruszając ramionami, z wyrazem, którego nie zapomnę.
.......................................................................
Co do mnie, to dobrzeję niewątpliwie i z żołądkiem od miesiąca jest znacznie lepiej. Cierpię jeszcze od jakichś nieuzasadnionych wzruszeń, wbrew mojej woli, w pewne dni czuję się otępiały, ale to się uspokaja. [...]
Jeśli więc musisz wyjeżdżać w te podróże i nie mieć nigdy spokoju, to i ja tracę spokój.
Ludzie są więcej warci od przedmiotów i im więcej zadaję sobie trudu dla obrazów, tym zimniejszym mnie one zostawiają. Może dlatego chcę malować, żeby być wśród artystów. Rozumiesz, zmartwiłoby mnie, gdybym cię popychał do zarabiania pieniędzy, zostańmy raczej razem. Tam, gdzie jest wola, jest i droga, i wiem, że wyleczysz się na lata, jeśli wyleczysz się teraz. Ale nie męcz się ani dla mnie, ani dla innych.
Buty, mal. Vincent van Gogh, 1888 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 334–335.


piątek, 29 marca 2013

Odcinek 646: Vincent van Gogh, 1889 rok


List Vincenta van Gogha do brata, Theo

29 marca 1889 roku
W ostatnich dniach wszystko w porządku. Przedwczoraj i wczoraj wyszedłem na godzinę do miasta, żeby kupić, co mi potrzebne do pracy. Idąc do domu mogłem stwierdzić, że moi sąsiedzi, ci, których znam, nie należą do tych, co podpisali petycję [domagającą się zamknięcia Vincenta w zakładzie psychiatrycznym]. Tak czy inaczej, widzę, że mam jeszcze przyjaciół.
P. Salles powiada, że w razie potrzeby znajdzie mi w ciągu kilku dni mieszkanie w innej dzielnicy. Sprowadziłem sobie jeszcze kilka książek, żebym miał trochę solidnych myśli w głowie. Przeczytałem znów Chatę Wuja Toma, wiesz, książkę Beecher Stowe o niewolnictwie, Opowieść wigilijną Dickensa i dałem p. Salles Germanie Lacerteux [braci Goncourtów].
W zakładzie [psychiatrycznym] są dla mnie uprzedzająco grzeczni ostatnio; podobnie jak wiele innych rzeczy, przyprawia mnie to o zmieszanie.
Wyobrażam sobie, że wolisz ślub bez wszelkich ceremonii i życzeń, i jestem pewien z góry, że będziesz ich unikał w miarę możności.
...................................................................................................
Jak dziwne wydają mi się te ostatnie trzy miesiące. Lęki moralne, których nie umiem nazwać, potem chwile, kiedy zasłona czasu i fatalnych okoliczności uchyla się na mgnienie oka.
W końcu masz na pewno rację, diablo masz rację – nawet mając nadzieję trzeba zgodzić się na rzeczywistość, prawdopodobnie bardzo zasmucającą. Spodziewam się, że zajmę się bez reszty pracą, która jest tak opóźniona. [...]
Vincent van Gogh, Irysy, maj 1889 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 431–432.

piątek, 23 listopada 2012

Odcinek 520: Vincent van Gogh, 1881 rok


List Vincenta van Gogha do brata, Theo

23 listopada 1881 roku
[...] Musisz zrozumieć, że czynię wszystko, co jest tylko w mojej mocy, aby zmienić niektóre cechy mojego charakteru.
Przede wszystkim powinienem poprawić zły stan moich finansów, a potem nic by mi nie zaszkodziło, gdybym trochę więcej pokazywał się między ludźmi.
Zapewne, najlepszym sposobem wydostania się z kłopotów finansowych jest ciężka praca. „Pracujcie, przyłóżcie się do roboty, bo pracy jeszcze nie brakuje”.
Ale to nie wystarcza, są przecież inne rzeczy, nad którymi muszę pracować. Nie żałuję tego, że przez dłuższy okres żyłem jakby „w podziemiu”, bo byłem człowiekiem who has been down [który był na dnie]. Teraz nie muszę już wracać do podziemia i myślę, że dobrze zrobię, gdy pozbędę się melancholii, gdy urządzę sobie życie szersze, weselsze, na solidnych podstawach, gdy odnajdę starych znajomych, o ile to tylko będzie możliwe, i gdy poznam nowych ludzi.
Niejednokrotnie oberwę jeszcze dobrze po głowie, niech i tak będzie, ale postanowiłem już iść przebojem i spróbować, czy nie uda się wywalczyć jakiejś radykalnej zmiany. [...]
Pejzaż z Etten, mal. Vincent van Gogh, 1881 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 134.

czwartek, 11 października 2012

Odcinek 477: Vincent van Gogh, 1875 rok


List Vincenta van Gogha do brata, Theo

11 października 1875 roku
Dziękuję ci za list; otrzymałem go dziś rano. Tym razem chciałbym do ciebie napisać trochę inaczej niż zwykle; przedstawić ci trochę bardziej szczegółowo, jak mi się tutaj życie układa.
Gustave Brion, Pielgrzymi z St. Odile
Jak już pewno wiesz, mieszkam na Montmartrze. W tym samym domu mieszka pewien młody Anglik, sprzedawca w naszym sklepie, ma 18 lat, jest synem handlarza obrazów w Londynie i prawdopodobnie obejmie w przyszłości sklep po ojcu. Nigdy dotąd nie wyjeżdżał poza dom rodzinny i w pierwszych tygodniach pobytu w Paryżu był nadzwyczaj niezaradny; jadał na przykład rano, w południe i wieczorem chleb za 4 do 6 sous (nb. chleb jest tutaj bardzo tani) i uzupełniał to kilku funtami jabłek, gruszek lub innych owoców. Jest więc chudy jak szczapa, ma dwa rzędy mocnych zębów, duże czerwone wargi, błyszczące oczy, parę dużych odstających uszu, zazwyczaj czerwonych, włosy krótko ostrzyżone (czarne) itd. Wszyscy drwili sobie z niego, nawet ja z początku. Ale z wolna przekonałem się do niego i mogę cię zapewnić, że z przyjemnością spędzam wieczory w jego towarzystwie.
Jean-Francois Millet, Kościół w Greville
Jest to chłopak jeszcze bardzo naiwny i niezepsuty, w sklepie pracuje ciężko. Co wieczór wracamy razem do domu, zjadamy cokolwiek w moim pokoju i potem przez resztę wieczoru czytam głośno, przeważnie Biblię. Mamy zamiar przeczytać ją całą. Z rana między 5 a 6 przychodzi, żeby mnie obudzić; jemy u mnie śniadanie i około ósmej idziemy razem do sklepu. Od pewnego czasu mój towarzysz jada już rozsądniej. Zaczyna kolekcjonować ryciny, a ja staram się mu w tym pomagać.
Wczoraj byliśmy razem w Galerii Luksemburskiej i pokazywałem mu obrazy, które mi się najbardziej podobają.
Breton - Sama, Błogosławienie zbóż, Kobiety zbierają kłosy
Brion - Pielgrzymi z St. Odille, Noe
Bernier - Pola w zimie
Cabat - Staw, Jesienny wieczór
Emile Breton - Zimowy wieczór
Bodmer - Fontainebleau
Millet - Kościół w Greville
Daubigny - Wiosna, Jesień
Francais - Koniec zimy, Cmentarz
Gleyre - Stracone złudzenia
Hebert - Chrystus w Ogrójcu, Malaria
Rosa Bonheur - Orka itd.
Doprawdy ludzie prości rozumieją wiele rzeczy, których nie rozumieją wykształceni.
 
W sklepie robię wszystko, co mi się tylko nadarzy; taka będzie chyba nasza praca przez całe długie życie. Mój drogi chłopcze, obym tylko mógł tak pracować, ze wszystkich sił! [...]
Rosa Bonheur, Orka.
Zmiana pożywienia pobudza apetyt (jeżeli dbamy o to, aby spożywać potrawy proste; nie na darmo modlimy się codziennie: Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj); łuk nie może być stale napięty. Nie masz mi chyba za złe, gdy ci czasem zrobię jakąś uwagę? Wiem przecież, masz dużo zdrowego rozsądku, nie bierz więc bezkrytycznie wszystkiego za dobrą monetę; powinieneś rozróżniać, co jest dość dobre, a co z ł e. Niech ten instynkt kierowany z góry wskazuje ci właściwą drogę. Drogi chłopcze, trzeba nam bardzo, by nas Bóg prowadził.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 24–25.

czwartek, 14 czerwca 2012

Odcinek 358: Vincent van Gogh, 1890 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

14 czerwca 1890 roku 
Wreszcie dostałem list dotyczący moich mebli: człowiek, u którego się znajdowały, był przez cały czas chory, ponieważ pomagał przy wyładowywaniu byków i jeden z nich ugodził go rogiem. Jego żona pisze mi, że dlatego odkładali ekspedycję mebli z dnia na dzień, ale że wyślą je dziś, w sobotę; ona także była chora i do tej pory jeszcze czuje się źle – ale ani słowa wyrzutu w liście, tyle tylko, że przykro im było, że nie przyszedłem się do nich pożegnać przed wyjazdem; mnie też jest z tego powodu przykro.
Vincent van Gogh, Pokój w Arles, 1888 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 508.

niedziela, 26 lutego 2012

Odcinek 249: Vincent van Gogh, 1877 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

26 lutego 1877 roku
John Everett Millais, Hugenot, 1852 r.
Godziny, które spędziliśmy razem, szybko przeminęły. Zniknęła nam z oczu dróżka za dworcem, gdzie widzieliśmy słońce zachodzące nad polami i wieczorne niebo odbijające się w kanałach, i stare pnie drzew porosłe mchem, i mały wiatrak na horyzoncie. Chciałbym tam jeszcze raz pójść, wspominając ciebie.
Do listu dołączam reprodukcję obrazu Hugenot i proszę, żebyś ją powiesił na ścianie w twoim pokoju. Znasz zapewne tę historię: w wigilię nocy św. Bartłomieja pewna dziewczyna ostrzegała swego chłopca, że będą się działy rzeczy straszne, i prosiła go, żeby nosił na ramieniu białą opaskę, będącą oznaką katolików. Młodzieniec ów nie chciał się jednak na to zgodzić, gdyż wiara i obowiązek były mu droższe aniżeli ukochana dziewczyna.
..................................................................................
Dziękuję ci, żeś mnie wczoraj odwiedził. Starajmy się, ile tylko możliwe, nie mieć żadnych tajemnic przed sobą wzajemnie - jesteśmy przecież braćmi.
Miałem dziś wiele pracy, wprawdzie tylko różne drobiazgi, ale należą one do moich obowiązków. Gdybyśmy nie mieli poczucia obowiązku, nie bylibyśmy zdolni zachować równowagi umysłu. Poczucie obowiązku wszystko uświęca i z wielu drobiazgów czyni jedną wielką całość.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 49-50.

niedziela, 11 września 2011

Odcinek 81: Vincent van Gogh, 1888 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

11 września 1888 roku
Załączam list Gauguina, który przyszedł razem z listem Bernarda. Jest to krzyk rozpaczy: „mój dług rośnie z dnia na dzień”.
Nie upieram się przy tym, co należy zrobić. Ty proponujesz mu dom tutaj i zgadzasz się na jedyną możliwość płacenia, jaką rozporządza: obrazami. Ale gdyby Gauguin chciał poza tym, żebyś zapłacił mu podróż, posunąłby się zbyt daleko i przynajmniej powinien ci zaproponować szczerze swoje obrazy oraz zwrócić się do ciebie, a także do mnie, w słowach mniej nieokreślonych niż stwierdzenie: „ponieważ mój dług rośnie z dnia na dzień, podróż staje się coraz bardziej niemożliwa”. Okazałby większe wyczucie, gdyby powiedział: wolę zostawić wszystkie moje obrazy w pańskich rękach, ponieważ pan jest dobry dla mnie, i zaciągać dług u pana, ponieważ pan mnie lubi, niż mieć do czynienia z moim hotelarzem.
Ale Gauguin jest chory na żołądek, a kiedy człowiek cierpi na żołądek, nie ma wolnej woli.
Ja teraz nie cierpię na żołądek. W konsekwencji mam swobodniejszą głowę i, wydaje mi się, jaśniejsze myśli. Uważam za niesłuszne, żebyś ty, po przysłaniu mi pieniędzy na umeblowanie domu, które sam musiałeś pożyczyć, miał jeszcze troszczyć się o tę podróż, zwłaszcza że wiąże się z nią jeszcze zapłacenie długu.
[...] Jego list zresztą ma w sobie piękny spokój, choć jego zamiary dotyczące nas nie są jasne.
Tyle tylko, że jeśli sprawa ma być dobrze załatwiona, musi okazać wierność.
Jestem ciekaw, co ci Gauguin napisze, odpowiadam mu tak, jak czuję, ale nie chcę powiedzieć nic melancholijnego, smutnego czy złego tak wielkiemu artyście. Jednakże z punktu widzenia pieniędzy sprawa staje się poważna – podróż, dług, a poza tym umeblowanie, które nie jest jeszcze kompletne.
Na tyle jednak jest kompletne, że jeśli Gauguin zjawi się tu niespodzianie, będzie mógł się urządzić na razie, póki nie nabierzemy oddechu. Gauguin jest żonaty i trzeba wiedzieć z góry, że w związku z tym mogą zarysować się sprzeczne interesy.
Dlatego trzeba się tak urządzić, żeby nie kłócić się później; warunki układu powinny być określone z góry.
Jeśli Gauguinowi wszystko ułoży się dobrze, przypomni sobie o swojej żonie i dzieciach. Pragnąłbym tego na pewno dla niego. Otóż trzeba mieć więcej zaufania do wartości jego obrazów, niż ma hotelarz, ale Gauguin z kolei nie powinien ich liczyć tobie tak drogo, ponieważ zamiast korzyści z naszego związku, będziesz miał tylko ciężary i koszty.
Tak nie powinno być i tak nie będzie. Ale powinieneś mieć jego rzeczy najlepsze.
Paul Gauguin, Portret Vincenta van Gogha.

Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 370–372.

piątek, 1 lipca 2011

Odcinek 11: Vincent van Gogh, 1882 rok

List Vincenta van Gogha do brata

1 lipca 1882 roku
Od kilku godzin jestem znowu w mojej pracowni i od razu chwytam za pióro, żeby do ciebie napisać. Nie masz pojęcia, jak to rozkosznie być znowu zdrowym i jak piękna wydała mi się droga ze szpitala do pracowni. Światło jest jakby jaśniejsze, przestrzeń szersza, przedmioty i postacie mają wyraźniejszy kontur. Niestety, jest jeszcze jedno "ale": w przyszły wtorek muszę znowu iść do lekarza, żeby mu powiedzieć, jak się czuję. Przygotował mnie już zresztą na to, że może znowu będę musiał na dwa tygodnie wrócić do szpitala - może na dłużej, może na krócej, to się okaże. W każdym razie byłbym niezmiernie zadowolony, gdybym nie potrzebował tam wracać.
Gdybym poczuł się gorzej, mam wracać, ale nawet gdybym nie zauważył żadnych zmian, muszę znowu poddać się badaniom we wtorek. Jak tylko trochę lepiej się czuję, zapominam od razu o wszystkich cewnikach, sondach i strzykawkach, aż znowu zobaczę zbliżającego się lekarza. Taki moment z pewnością nie należy do przyjemności.
Zresztą wszystko to są "małe niedole ludzkiego życia". Ale co można by nazwać "wielką niedolą", to właśnie ciążę i poród. Ostatni list Sien był bardzo melancholijny, poród jeszcze się nie zaczął, ale oczekują go z godziny na godzinę. Ponieważ oczekiwanie trwa już kilka dni, jestem bardzo niespokojny. [...] Biedna dziewczyna, jest i tak bardzo dzielna i nie poddaje się. Według jej ostatniego listu, nic jej właściwie nie grozi, jest tylko bardzo wyczerpana. Nie umiem ci powiedzieć, jak za nią tęskniłem w szpitalu i jak mi jej teraz brakuje. Czasami nie żałowałem nawet, że sam cierpię, bo gdybym miał zdrowy patrzeć na jej cierpienia, różnica między jej stanem a moim byłaby zbyt rażąca.
Jeżeli wszystko odbędzie się pomyślnie, Sien powinna jeszcze w tym miesiącu wrócić do domu. Oby tylko tak było. Przysłowie jednak mówi, że "cierpienie matki trwa długo". Dlatego też na moje rozkoszne uczucie powrotu do zdrowia pada jeszcze cień niepewności. Marzę o jutrze, a jednocześnie bardzo się go boję.
Vincent van Gogh, Wybrzeże w Scheveningen, sierpień 1882 roku.


Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 191-192.