Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 grudnia 2012

Odcinek 543: Pacyfikacja kopalni "Wujek" w Katowicach, 1981 rok


16 grudnia 1981 roku
Górnik I z „Wujka”
Jeden czołg ustawił się w poprzek ulicy i rozpędził się prosto na bramę, na której wisiał obraz Matki Boskiej i portret Papieża. Bramę oczywiście rozwalił, wspiął się na ustawione za nią wózki, lecz nie sforsował tego, zaplątał się w złomie, nawet szpulę z kablem górniczym wyciągnął za sobą. Drugi raz próbował, też bez skutku. Potem odjechał kawałek dalej. Obok bramy wjazdowej był mur, za murem drzewo – w tym miejscu znowu się rozpędził, rozwalił mur, wspiął się na drzewo, drzewo poszło. Jeszcze po tym rumowisku zaczął jeździć, poszerzył otwór, wyjechał i stanął z boku. Wtedy do akcji wkroczyło ZOMO.





Górnik II z „Wujka”

Mieli nas wykurzyć jak szczury i bić. Ale to im się nie udało. Dlaczego? Bo ludzie mieli takie nerwy, taka zadziorność w nich powstała i wiedzieliśmy na sto procent, że wojsko nie będzie do nas strzelało z ostrej broni. Tankietki były prowadzone przez wojskowych. Wtedy ludzie powskakiwali na te wozy i szturmem przegonili zomowców za płot. Jeszcze wtedy nie było ofiar.


Górnik I z „Wujka”

Usłyszałem dwie serie z karabinu maszynowego. Myślałem, że to z czołgu, ale nie, bo czołg ma większy kaliber. To był uliczny k-m, jak oni go nazywają. Taki malutki, krótki. Z tej broni zostały oddane dwie serie i sześciu ludzi padło trupem. Ale nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że ci ludzie nie żyją. 

Uczestnik pacyfikacji „Wujka” (z materiałów MSW)
Padły te strzały. Stało się to około wpół do drugiej. Siedemnastoosobowy pluton specjalny, dowodzony przez chor. Romana Cieślaka, otrzymał przed akcją broń z ostrą amunicją. To właśnie ten oddział, wchodzący w skład zwartej tyraliery funkcjonariuszy MO, liczącej dwustu ludzi, posuwał się krok za krokiem za czołgiem, torującym drogę w murze. W ten sposób tyraliera dotarła do placyku koło wagi. Czołg cofnął się nieco i zomowcy znaleźli się nagle w bezpośredniej bliskości górników. Leciały w stronę atakujących cegły, kamienie, żelazne nakrętki. Od uderzeń ciężkich przed­miotów pękały tarcze i hełmy. Nacierającym zaczęła grozić klęska – gór­nicy w tym miejscu przeważali liczbą. Strzelano krótkimi seriami. Po dwa, trzy strzały, nawet pojedyncze. A więc tak, jakby celowano do konkretnych ludzi, a nie w obronie własnej, przed nacierającym tłumem. Strzały padały z odległości najwyżej trzydziestu metrów. [...] 

„Anonim”

Synku, kto Cię zastrzelił?
Jak to się wszystko stało?
W kopalni nie powiedzieli,
chociaż chodziłam, pytałam...
Sąsiadki wpadną na chwilę,
posiedzą, trochę popłaczą Synku,
gdybym tam była...
Za co?
[...]

Róża Czekalska

Znowu wyszłam pod kopalnię [„Wujek”]. To musiało już być po szesnastej. Przechodziłam koło bram porozbijanych przez czołgi, koło wyłomów w murze, przez kałuże pełne śmierdzącej wody z chemikaliami. Gazów było tyle, że jeszcze tydzień potem na oczy nie szło patrzeć.

Usłyszałam jak koło mnie jeden z górników mówi: „Ten, co się światła palą tam naprzeciwko, też zginął” i pokazał na moje okna. Próbowałam się dopytać, mówiłam że to mój mąż, ale on się gdzieś rozpłynął. Zaczęłam biec do bramy, sforsowałam przejście do izby chorych. Krzyczeli na mnie, a ja szłam dalej. Odsłoniłam płótno. Zaraz jako pierwszy leżał mój mąż. Dostał kulę w serce, z przodu nic nie było znać, tylko z tyłu była wielka dziura.
Nikt mi potem kłopotów nie robił, nie dokuczali. Może jedynie, że nie pozwolili za trumną pójść z kościoła. Dopiero z kaplicy mogłam pójść na cmentarz, a mszę zamówić po pogrzebie. Klepsydry nie miałam prawa powiesić. I zdjęć nie mam, ten fotograf, u którego zamówiłam, potem się tłumaczył: „Ja miałem za pani zdjęcia iść siedzieć?”, więc widać zabronili.
Ale pod krzyż chodziłam codziennie — nigdy mnie nie odganiali.


W stanie, Ośrodek Karta 1991, s. 49–52.