Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunikat prasowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunikat prasowy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 maja 2012

Odcinek 325: Śmierć Józefa Piłsudskiego, 1935 rok

Urzędowy komunikat o śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego

Warszawa, 12 maja 1935 roku
(Polska Agencja Telegraficzna) Pierwszy Marszałek Polski – Józef Piłsudski – zmarł dnia 12 maja o godz. 20 min. 45 w pałacu Belwederskim w Warszawie. Ostatniego namaszczenia Olejami św. udzielił ks. Władysław Korniłowicz.
Cierpienie Marszałka Piłsudskiego rozwijało się od kilku miesięcy. We­zwany z Wiednia profesor Wenckebach oraz dr Antoni Stefanowski rozpoznali raka żołądka i wątroby.
Stałą opiekę lekarską wykonywali pod kierownictwem gen. dr. Stanisława Roupperta ppłk dr Stefan Mozołowski, mjr dr Henryk Cianciara i mjr dr Felicjan Tukanowicz.
Gwałtowne pogorszenie nastąpiło w postaci silnego krwotoku żołąd­kowego, który spowodował osłabienie serca, a następnie zgon.
Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Oficyna Wydawnicza „Adam” 1992, s. 49.

piątek, 16 grudnia 2011

Odcinek 177: Zamach na prezydenta Narutowicza, 1922 rok

Komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej o zamordowaniu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriela Narutowicza

16 grudnia 1922 roku, Warszawa
Gabriel Narutowicz
Kancelaria cywilna Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej komunikuje: w dniu dzisiejszym o godz. 11 m[in.] 30, p. Prezydent Rzeczypospolitej udał się do J[ego] Eminencji kardynała Kakowskiego, arcybiskupa i metropolity warszawskiego, celem oddania mu wizyty.
Po półgodzinnej bytności u J[ego] Eminencji udał się Prezydent Rzeczypospolitej do gmachu Zachęty Sztuk Pięknych na otwarcie dorocznego salonu. W chwili gdy Prezydent Rzeczypospolitej wprowadzony przez prezesa i wiceprezesa Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, w towarzystwie szefa kancelarii cywilnej, dwóch adiutantów prezesa Rady Ministrów oraz ministrów Kumanieckiego i Makowskiego znalazł się w pierwszej sali, stojący w tłumie tuż za prezydentem Eligiusz Niewiadomski strzelił trzykrotnie z rewolweru w plecy Prezydenta Rzeczypospolitej, po czym usiłował zbiec.
Prezydent upadł i w kilka minut życie skończył. Mordercę ujął adiutant Prezydenta Rzeczypospolitej.
Wezwany niezwłocznie przez ministra sprawiedliwości przybył na miejsce prokurator sądu okręgowego i rozpoczął dochodzenie. W 15 minut potem przybył przed pałac Zachęty wezwany telefonicznie szwadron przyboczny Prezydenta.
Ciało Prezydenta, okryte sztandarem Rzeczypospolitej, przeniesione zostało przez członków domu Prezydenta do powozu, po czym w eskorcie szwadronu przybocznego przewiezione zostało do pałacu belwederskiego.
Na stopniach powozu stali: adiutant generalny i lekarz przyboczny Prezydenta. Na dziedzińcu pałacowym oddała honory kompania przyboczna. Ciało Prezydenta Rzeczypospolitej, niesione przez oficerów, złożone zostało w sali audiencjonalnej. Przy zwłokach, przepasanych wielką wstęgą Orła Białego, pełnią wartę honorową ułani szwadronu przybocznego.
Cyt. za: Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Adam 1992, s. 41–42.

Maria Dąbrowska, Zabójstwo prezydenta Narutowicza (z uzupełnień do Dziennika)

Lipiec 1943 roku
[...] po powrocie do Warszawy nie czas było myśleć o żadnych subtelnych przeżyciach czy uczuciach. Nastroje były złowrogie, wojna domowa wisiała na włosku, aż wreszcie nastąpiła ohydna, ponura katastrofa. Moim szefem w biurze był wtedy pan Leonard Tur, z którym się stopniowo coraz więcej zaprzyjaźniałam. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy pamiętnego 16 grudnia weszłam do jego pokoju z jakimiś papierami urzędowymi do podpisu i zobaczyłam go nie wstającego z krzesła, śmiertelnie bladego, patrzącego na mnie szklanym wzrokiem i wodzącego ręką po twarzy, jak człowiek usiłujący się rozbudzić. Powiedział nie swoim, chrapliwym szeptem: „Narutowicz zabity”. Nic nie pamiętam, czy i cośmy później mówili. Pamiętam tylko moje osłupienie, jakbym nagle w sercu mojego narodu zobaczyła ziejącą mrokiem pieczarę śmiercionośnego bazyliszka.
Pogrzeb prezydenta Narutowicza.
Oboje z Marianem, który tę nikczemną skrytobójczą zbrodnię wręcz odchorował, chodziliśmy na zamek złożyć kwiaty u trumny Narutowicza. Olbrzymie milczące tłumy, sunące cicho przez Krakowskie i plac Zamkowy ku tej trumnie łagodziły cokolwiek trwające we mnie wówczas uczucie nieodwołalnego skalania dobrej sławy polskiego imienia. Powaga i wspaniałość iście królewskiego pogrzebu pierwszego prezydenta przyciszyła na chwilę zgraje wszelkiego duchowego i moralnego motłochu. Literze prawa stało się zadość. Skrytobójca poniósł karę śmierci, a nasz przyjaciel z czasów piotrkowskich, prokurator Rzeczypospolitej, Kazimierz Rudnicki, wygłosił przy tej sposobności jedną ze swych najlepszych mów oskarżających. Ale w istocie rzeczy i ta zbrodnia pozostała bezkarną, gdyż ukarano tylko „ślepy miecz”, a nie „rękę”, która nim kierowała. Co więcej, zbrodnia ta została ugloryfikowana. Grób skrytobójcy nie porósł chwastem zapomnienia, na grób ten pielgrzymowały tłumy nie mniejsze niż do trumny Narutowicza, pielgrzymowały nie dzień i nie dwa, lecz całe lata, znacząc swoje uczucia stosami kwiatów, a w dzień zaduszny – rojem świateł, którymi już z daleka jarzył się grób mordercy.
Wówczas to i pod wpływem tych faktów zrodziły się we mnie dwa poczucia, z którymi w sobie walczyłam, ale które, niestety, aż po dziś dzień wciąż wzmacniam i potwierdzam. Jednym z nich było wstrząsające odkrycie, że naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha. Drugim była tajemna trwoga, która się wówczas we mnie posiała, że ta zbrodnia u progu niepodległości na majestacie Rzeczypospolitej popełniona będzie się okrutnie mścić w przyszłości. Nie będąc wolną od magicznego myślenia drżałam zabobonnie, że za tę rozlaną krew najniewinniejszego wówczas Polaka lać się może kiedyś krew mnóstwa niewinnych Polaków.
Mogłabym dziś powiedzieć, że ta trwoga nie była bezzasadną, a choć zdaję sobie sprawę, że to jest prostacze stawianie sprawy, jednak sądzę, że najbardziej naukowy umysł, rozpatrujący nasze najnowsze dzieje, nie uniknąłby konieczności dostrzeżenia w zdarzeniach owego tragicznego grudnia jednego z zatrutych źródeł naszych klęsk i upadków.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 381–383.