Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapolska Gabriela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapolska Gabriela. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 września 2017

Odcinek 2080: Gabriela Zapolska, 1892 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

[Paryż], 30 września 1892 roku
Mój dobry i kochany Dziudku!
[...] Nie pisałam do Ciebie dni kilka, a to z powodu, że był tu Makowski i zapoznał mnie z Hersem, a ten dał mi dużo roboty. Powiesz: „Herse? roboty, mnie?” Tak! Tylko to robota korzystna, ale taka, pod którą się nie podpisuje nazwiska. Szło o napisanie po francusku broszurki, którą on rozsyła swoim klientom. Wywinęłam się z tego dosyć gładko i żadnych błędów stylowych nie zrobiłam, trochę tylko de i des szwankuje, ot, jak u cudzoziemki. Znalazłam jednak Francuzkę, która mi za 5 fr poprawiła to i doprowadziła do porządku. Musiałam te 40 stron druku znów przepisać, to wszystko w ciągu dni 6-ciu! Wreszcie gdy wręczyłam pakiet Hersemu wczoraj po południu, odetchnęłam, ale padłam na łóżko i spałam do dziś do dziesiątej. [...]
Wszyscy mnie namawiają, abym wróciła. Składa się nawet tak ze Starym [Okszą-Orzechowskim], że wrócić poniekąd muszę. Paryż mnie zabija, zanudza. [...] Francuzów nie cierpię, więc prawdziwie szaleństwo głowy się czepia. Pisałam Ci, że Stary daje mi na przewiezienie mebli i na urządzenie się w Warszawie. Gdyby tak było, to w grudniu już będę w Warszawie. „Kurier Warszawski” daje mi 50 rubli w Warszawie. „Kurier Warszawski" daje mi 50 rubli miesięcznej pensji (za dwa artykuły miesięcznie a la Severine i Wieczory teatralne), mam „Przegląd [Tygodniowy”], Stary dawać będzie 100 franków do końca życia. Może o wiele będzie lepiej, ciszej i spokojniej niż tutaj.
Nie wiem, jak Ty się na to zapatrujesz, ale Bóg widzi, że dłużej do takiego życia jak teraz sił nie mam. Skoro wspomnę o zimie, o tym piecyku, o błocie na ulicy, o strasznej samotności i pustce wśród ludzi, którzy, gdy zbraknie mi grosza, zedrą ze mnie koszulę ostatnią, nie podadzą  ręki, mróz mnie przechodzi. W Warszawie mam dużo bardzo przyjaciół. Nie wiem, co brak, nie wiem, co głód.
Tu były chwile, gdzie nie jadłam obiadu, [...] herbata i bułka to był mój obiad, a zimno mój deser. W Warszawie coś podobnego nie może się zdarzyć. Idę do pierwszej lepszej redakcji i biorę parę rubli a conto. [...] Tu pustka, nuda, smutek. Koleżanki — prostytutki, mężczyźni francuscy — durnie i źle wychowani. Prawda?
Ty mnie znasz dobrze, mój drogi Dziudku, i wiesz, czego mi potrzeba i co ja lubię. Pozapalać lampy, przygotować herbatę i żeby się pozłazili Polacy i gadali a śmieli się. To dla mnie wypoczynek po pracy i cała moja przyjemność. Kokietką nie byłam nigdy, widziałeś mnie na balach i u Krakowów, kokieteria nie postała mi w umyśle, ale potrzebuję otoczenia życzliwego mi i przychylnego. Sama umieram i więdnę. [...]
Gabriela Zapolska.

Sceny nie chcę. Sił nie mam, wreszcie mi obrzydło. Mam co innego do roboty, jak być pajacem. Za wiele mam rozgłosu jako literatka, abym już mogła bezkarnie się świecić po deskach scenicznych. Prawda? Odpowiedz mi, czy nie mam racji i jak się na to zapatrujesz. Zejść ze sceny w niepowodzeniu to nic nie jest. Usunąć się jednak w pełni paryskiego powodzenia — to coś. Ha? Prawda? Ciekawa jestem Twego zdania pod tym względem. Teatr to była moja panieńska fantazja (niepotrzebna), ale ubrałam ją przynajmniej powodzeniem paryskim. Teraz mogę śmiało broń złożyć. Po co jakiś pismak bez talentu ma się nade mną mścić w swej krytyce teatralnej, że lepiej od niego piszę? [...]
Nie mogę teraz nic, ani chodzić, ani bywać w teatrze, ani wypić kropli wina bezkarnie. Zaraz mnie chwyta febra i drżę cała jak liść osiny. To wszystko przez tego polipa. Ma to być usunięte z nim razem. Daj Boże! Bać się nie boję wcale, matka moja to przeszła 7 razy, ja już także, ale to bardzo niemiło. Nabazgrałam Ci tyle stronic i to kończę już maczkiem. Koncypuję adres, nie wiem, czy dobrze, bo już kopert Twoich nie mam. Wszystkie wyszły.
Całuję Cię najserdeczniej i proszę, abyś się nie zapatrywał na świat ze zniechęceniem. Jesteś bardzo jeszcze młody, zobaczysz, że będzie jeszcze inaczej i Ty będziesz szczęśliwy. Raz jeszcze Cię całuję całym sercem.
Twoja

Paniusia

Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 383–385.

niedziela, 19 lipca 2015

Odcinek 2030: Gabriela Zapolska, 1891 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

[Paryż], 19 lipca [1891 roku]
Drogi Dziudasku!

[...] Pisałam Ci, że chcę jechać nad morze. Jechać chcę i muszę. Nie przyznałam Ci się, że jestem serio chora. Dziś byłam znowu u Kurty [Courtaux]. Biorę trzy lekarstwa dziennie. On znajduje, że jestem bardzo silnie umysłowo przepracowana. Nie śpię, nie jem, chodzić nie mogę. Leżę prawie ciągle, i to bez ruchu. A moralne usposobienie! Jezu! Nic, tylko myśl, żeby się zabić w jakikolwiek sposób. Chodzę do Twoich fotografii i tam się tulę i odpędzam chorobliwe myśli. To dziedziczne, co chcesz! Wiesz, jak nieszczęśliwie jestem urodzona! A przy tym praca umysłowa, ciągła gorączka wysiłku. Tyle co się napracowałam nad tym francuskim językiem! Nie chcę już, nie mogę więcej! Słowem, jestem już u krawędzi. Przez tyle lat nigdy nie zrobiłam nic dla zdrowia. Rozprzęgło się wszystko, ale to wszystko. Nawet organa moczowe są w jak najstraszniejszym nieporządku. A to jest bardzo ważne. Ciągłe mam zapalenie, które może się obrócić nieszczęśliwie.
Kazał mi Courtaux jechać do Roscoff, znajduję to bardzo dobrze dla mnie, bo
Moda plażowa, 1891 rok.
Canal la Manche doskonale się nadaje właśnie dla mego stanu. Kąpać się mam raz na dzień, pięć albo dziesięć minut, chodzić, łapać krewety, a kiedy burza, usiąść na piasku tyłem i przyjmować bałwany na plecy. Przy tym injections z wody morskiej po pięć razy dziennie. Czy wiesz, że zdaje mi się, iż gdybym nie mogła pojechać, to bym się zapłakała, włosy bym z głowy sobie wydarła, nie wiem, co bym zrobiła. Szczęście, że jest tam Austen, będę miała towarzystwo, a tak — to by mi smutno było i znów bym się ino truła.
Wyjadę w piątek wieczorem o 8 m. 30 przez gare [dworzec] Montparnasse. Jechać będę 14 godzin. Całą noc. Pisałam, żeby mi zamówił Austen mały pokoik w tym hotelu, gdzie stoi, bo jest widok na morze i tanio. 120 fr za miesiąc wszystko. Chciałabym być z miesiąc chociaż, odpocząć, odetchnąć trochę. Kostium kąpielowy mam czarny z koronkami czarnymi, pończoch jedw[abnych] ślicznych dał mi Makow[ski] 6 par i czerwony kostium wełniany na plage. Ja kupiłam sobie za 60 fr biały flanelowy żakiet i spódnicę, i koszulę niebieską do tego flanelową. Jasne sznurowane buciki. I tyle. Zabieram maszynkę do herbaty, bo tam chyba nie dostanę. [...]
A teraz całuję Cię po tysiąc miliardów razy. W przed­dzień wyjazdu adres Ci prześlę. Kochas Cię zawsze najserdeczniej.
Twoja
Paniusia

Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970,s. 202–204.

czwartek, 16 października 2014

Odcinek 1179: Gabriela Zapolska, 1908 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Bronisławy Rychter-Janowskiej

[Lwów], 16 października 1908 roku
Kochana Bronko!
Dostałam Twoją kartkę z Krakowa i zaraz Ci na nią odpowiadam. Na Skiza nie
Gabriela Zapolska, 1899 rok.
przyjadę, bo jestem sama, a Stach [Janowski] w Żytomierzu sprzedaje futor, a potem, powiem Ci prawdę, jest tak.
Skiz to bardzo piękna, ale i bardzo trudna sztuka. Ją trzeba umieć grać, tak jak tu grali we Lwowie. Tu cały wieczór był jednym tryumfem dla mnie i dla aktorów. Ale grali dystyngowanie, elegancko. Zrobili z tego cacko prawdziwe — tacy byli wykwintni i dyskretni w swym komizmie.I stąd zachwyt publiczności, krytyki, wszystkich. Skiza grają ciągle. Jest pełno, gwarno, publiczność nie chciała nawet nowej sztuki, tylko Skiza. Ale w Warszawie grali ordynarnie, źle, głupio, jaskrawo — nie chcieli przyjąć moich uwag, nie miał ich kto pokierować, zrobili parodię sztuki i zabili mi sztukę.
Krytyka w siódmym niebie, że może się na mnie spastwić za moje poprzednie sukcesa, rzuciła się na mnie jak wściekła i przez to zadali mi wiele bólu, tak że przechorowałam ciężko to wszystko, krew mi się rzuciła z płuc i teraz jeszcze leżę więcej, jak chodzę.
Nie boję się, ażeby w Krakowie źle grali, skoro gra Solska i Sobiesław, ale boję się, że publiczność pod wrażeniem Warszawy może z całą złośliwością szukać dziury na całym. U nas tak zawsze. Wiesz sama najlepiej, że Polacy z dziwną rozkoszą zabijają swoje wielkości. Tak zrobili z Fredrą, który, zagryziony przez nich, przestał wystawiać za życia swe sztuki, tak zrobili z Korzeniowskim, który przez Klaczkę umarł — i tak ciągle robią.
Nic się u nas rozwinąć i wybić nie może, bo ja np. jestem tak zniechęcona, tak znękana i zabita, że tylko mus egzystencji i konieczności zarobku ciężkiego każą mnie pisać.
O jedno Was będę serdecznie prosić. Jesteście dobrze z Prokeschami. Staraj się wpłynąć na niego, ażeby jak najpochlebniej o sztuce napisał. Nawet z entuzjazmem. Jeżeli masz jaką drogę do Rakowskiego, to użyj ją, ażeby także pochwalił. Od tego zależy, czy Stach będzie mógł powieźć na prowincję sztukę, czy nie. Więc moja droga, powierzam Ci i proszę, pilnuj ich w sobotę wieczorem, bo oni w nocy piszą już recenzje. Powiedz, jak jestem zniechęcona i że mogą to zrobić, że przestanę całkiem pisać dla sceny. I jeszcze jedno. Telegrafuj do mnie po przedstawieniu zaraz, czy sztuka się udała i czy się podobała, i jak grali. To nic, że w nocy, bo ja i tak spać nie będę w gorączce i niepokoju.Całuję i Ciebie, i Tadka [Rychtera] serdecznie. Stach wróci za jaki tydzień. Wtedy Ci dużo szczegółów opiszę, bo dziś nie mam ani czasu, ani głowy. Twoja kochająca Ciebie i Tadka
Lunia
A! jeszcze jedna prośba. Idź do Kaczyńskiego i weź od niego tę wielką moją fotografię, największą, profilem, z podpartą ręką, w oświetleniu Rembrandta, i zanieś do „Nowości Ilustr[owanych”] (Zacisze 7), ażeby z niej dali mój duży portret z okazji Skiza, ale tylko z niej, a nie z innej, bo te inne są brzydkie, a ta wielka głowa jest prześliczna [...].


Gabriela Zapolska, Listy, t. 2, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s.402–404.

czwartek, 10 lipca 2014

Odcinek 1105: Gabriela Zapolska, 1892 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

[Paryż, 10 lipca 1892 roku]
Rozkoszna niedziela, pełna czaru i wdzięku iście paryskiego. 6 po południu po indigestion — fromage a la creme [po przejedzeniu się serem ze śmietaną].
Drogi Dziudku!
Telegram, w którym zapowiadasz mi wysyłkę pieniędzy, otrzymałam we czwartek
Stefan Laurysiewicz,
mal. J. Pankiewicz, 1889 rok.
wieczorem. Dziękuję Ci serdecznie i wnoszę z tego, że już jesteś w Moskwie. Wolę to niż tę ciągłą Twoją włóczęgę, zwłaszcza w tak niebezpiecznych stronach jak te — cholera tam podobno straszna, a stan żołądka Dziudka to często dawał dużo do życzenia.
 
Tu naokoło Paryża wszędzie cholera bardzo silna. Jednak jeszcze w mieście jej nie ma, choć wszyscy, i ja także, mamy diarię [biegunkę]. W piątek wyjeżdżam do Lyonu na cztery dni — grać w Seul [A. Guinona], w Fin du vieux temps [P. Anthelma] i może w Simone [L. Gramonta]. Trochę mnie to rozerwie, bo jestem bardzo znudzona i zmęczona tym monotonnym życiem. Całe dnie sprzątam i pończochy ceruję. Jest to średnia uciecha i mała strawa dla ruchliwego umysłu.
 
Będę pisać powieść a la Kaśka [Kariatyda] pt. Perpetuum mobile — z życia szwaczek, dla „Przeglądu [Tygodniowego”]. Już mam fabułę, teraz w myśli obrabiam szczegóły. Proszę Cię, mój Dziudku, nie zniechęcaj mnie do tego tematu, bo to już postanowione, a Ty często masz dar zniechęcania mnie do tego, co piszę. Nie robię Ci wymówki, broń mnie Bóg, ale ot tak — zastrzegam się przed bardzo możliwym Twym wystąpieniem. Napisz mi, czyś szklaną fajkę kupił, bo mi to wciąż we łbie chodzi, i jak ona wygląda, czy tak? Czy tak? [rysunki]
 
Proszę mi odpowiedzieć i narysować. A także, czy jeździłeś na wielbłądzie i czy kobiety miały wualki i majtki. Bardzo Cię proszę jak najszybciej o te szczegóły.
 
Całuję Cię po milion raz w buzię i wszędzie.
 
Twoja
Paniusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 363–364.

wtorek, 11 lutego 2014

Odcinek 956: Gabriela Zapolska, 1900 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stanisława Janowskiego

[Lwów, 11 lutego 1900 roku]
Mój drogi Stachu!

Piszę do Ciebie w niedzielę, w którą nie gram, więc robię sobie wakacje i leżę w łóżku, choć mi tam znów tak bardzo nie jest nic złego.
Graliśmy w piątek Potęgę ciemnoty [L. Tołstoja], która jak maczugą w łeb dała publiczności. Po akcie piątym siedzieli tak cicho, jakby cała sala wymarła ze strachu, i mężczyźni płakali. My mieliśmy dużą tremę, bo nie grając ról chłopskich, to jest duża odpowiedzialność dla aktora. Kostiumy moje były naturalnie bardzo piękne i udały się, bo robione z wzorów i materiały autentyczne. Co było „stamtąd” ruskiego, pozbierałam. Nawet co już dałam Hanusi na ścierki, poprało się i porobiły się części kostiumów. Dlatego też wyglądałam jak zdjęta z obrazu jakiego rosyjskiego malarza. Ale to długo grać się nie będzie, bo stanowczo to jest za straszne. [...]
Teatr Wielki we Lwowie.

Co do nas, mój drogi, jakże mamy myśleć i tworzyć jakie projekta stałe, skoro Ty nie masz nic, ale to nic, a ja gażę niepewną i długi do płacenia. Należy więc czekać, to może i Ty coś sobie wreszcie stałego wyrobisz, bo widzisz, mój drogi, w mężczyźnie musi być stały punkt oparcia troski o życie powszednie. Ty teraz nie jesteś stanie zapewnić mi nawet wizyty doktora i flaszki lekarstwa, a cóż mówić o jakimś stałym wypoczynku! Praca moja by się musiała zwiększyć, a ja już nie mogę więcej pracować. Przeciwnie — postaram się odnająć to duże mieszkanie, zostawię Hanusię tylko i będę musiała ograniczyć się w wydatkach do minimum. Ty masz matkę, masz przyjaciół, do których jeździsz ciągle, ja nic i nikogo, bo nawet Ty jesteś bezsilny. Nie robię Ci za to wymówek, ale przedstawiam położenie rzeczy. W obec­nym naszym stosunku nawet oddalenie, w jakim Cię trzymam, jest po części z przyczyny choroby, a po części z obawy, ażebym nie została matką. Jakiż bowiem mój los w takim wypadku? czym byłabym zmuszona odejść ze sceny bez pomocy z Twojej strony! Zrozum i zastanów się nad tym wszystkim. Ja pragnę odpoczynku, a nie nowej walki, i chcę, aby ten człowiek, który chce być moim mężem czy kochankiem, w razie choroby i zaniku sił z mej strony mógł mi zabezpieczyć jakąś możliwą egzystencję. Twoja duma powinna także tu w grę wcho­dzić. Ja nie mam dłużej sił walczyć i to nie egoizm ani wyrachowanie z mej strony, ale smutna konieczność. [...]
Nie pisz mi żadnych desperacji, bo te mnie jeszcze więcej rozdrażnią i doprowadzą do bzika. Poluj, maluj, ale, błagam Cię, oszczędzaj moje nerwy, bo może się stać co złego!
A teraz gorąco Cię całuję, najserdeczniej, jak umiem.
Twoja
N
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 771–772.

wtorek, 19 listopada 2013

Odcinek 872: Gabriela Zapolska, 1892 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

[Paryż], 19 listopada 1892 roku
Mój drogi i dobry Dziudku!

Tak byłam serdecznie rada, odebrawszy Twój list. Po­myślałam sobie — to on nie chce dalej pisywać do mnie, skoro mi na dwa listy moje nie odpowie. Siedzę jeszcze w Paryżu, bo nie dał mi Ok[sza] owych 5000 fr. Ma mi je dać we wtorek. Natychmiast zajmę się wysyłką mebli. Były rozmaite emballeury [pakowacze]. Otóż najtańszy żąda za paki 260 fr, bo jeszcze mam biblioteczkę, w jadalni dwa duże rzeźbione fotele, kupę stolików pluszowych, kolumnę pluszową itd. Transport a 25 fr od 100 kilo. [...]
Chciałabym już stąd wyjechać jak najprędzej. Nic mnie nie wiąże. Kolonia polska mi obrzydła. [...]
Muszę Ci oznajmić zmianę w mej powierzchowności, Nie noszę grzywki. Jestem
Uczesania z 1892 roku.
bardzo ładnie uczesana. Mam włosy skarbowane, podniesione z czoła i związane na karku w duży węzeł. Płeć mi się wygładziła dzięki Feinkindównie. To brom mnie tak ubrał. Teraz już jest zupełnie dobrze i mam twarz zupełnie gładką. [...]
Dołączę jeszcze fotografię, którą każę zrobić w przyszłym tygodniu u Pirona. On robi mnie darmo, byłam już u niego prosząc o to. Powiedział, że jako aktorka mam zupełne prawo do fotografii. I Tobie przyślę kilka.
Nie wiem, czy się udadzą, bo ja mam już taką nieszczęśliwą do fotografii twarz. Schudłam bardzo, ale to bardzo, i podobno wyprzystojniałam i odmłodniałam. Niech tam! Chciałabym być zdrowa i w kraju! Nuda i tęsknota mnie trawi i pożera. Nie, ja nie jestem stworzona do ekspatriowania się za światy. [...]
Całuję Cię najserdeczniej po milion razy. Twoja najprzyjaźniejsza Ci istota
Paniusia
Czy tam nie ma tanich dywaników małych, takich wschodnich? Jakby były, kup Paniusi ze dwa, to przyślesz do Warszawy.
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 390–393.

piątek, 24 maja 2013

Odcinek 701: Gabriela Zapolska, 1891 rok


List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 24 maja 1891 roku
Dudku kundlowaty!
Widzisz, bo to tak, nie o to chodzi, ale że Ty podły jesteś. Bo to wytykasz papier, ale nie liczysz, że ja zawsze o dwa listy idę naprzód i zdziobię. A Ty dromadery sadzisz i myślisz, żeś mądry. A przepisz moje zdziobanie, to zobaczysz, czy się na Twoich kulasach nie zmieści. Bo to trzeba być sprawiedliwym i tyła.
Cieszuchnam się, żeś z Papą w dobrej harmonii. To zawsze ojciec i trzeba, żeby tak było. Co ja bym za to dała, żebym mogła być ze swoim uczciwie, inaczej! Nieraz mi tego tak brak bardzo, ale to bardzo. Zawsze w sercu człowieka jest jakiś kącik dla rodziców. I żebyś się nie wiem jak stawiał, to wiem, że swego fatra kochasz, że mi jesteś wdzięczny za to, żem Was na powrót sparzyła.
Bo żeby nie ja, to byłbyś się, podły Rusinie, ciągle sztorcował i puszył, i chciał, żeby Cię ojciec w łapy całował. Ha? Prawda? A żebyś wiedział. [...]
Portret Marie Samary, mal. Bastien Lapage.
Na Champs de Mars nie byłam jeszcze. Pójdę, skoro [Marie] Samary pójdzie. Tak się do niej jakoś przylepiłam i ona mnie bardzo lubi. Muszę z nią zawsze jeść śniadanie i umyślnie dla mnie robią skrobany befsztyk. Dziś zaczęłyśmy rolę na audition [przesłuchanie] jesienną do Odeonu. Zgadnij co! Otóż z Tartuffe’a pokojówkę, Dorynę, tę, którą grywała jej siostra [Jeanne Samary]. Wytłumaczyła mi, dlaczego mi to wybiera. W Odeonie jest kupa tragiczek z kontraktami trzyletnimi na duże pensje. Żadna z zębów nie puści roli, bo powarowały sobie stary repertuar. Natomiast nie ma subretki molierowskiej wcale. Skoro ja się zjawię, wezmą mnie. Będąc raz w Domu (dans la maison) już jestem w dobrej sytuacji, bo mogę. zastępować, dostać nową rolę lub być pożyczoną do Ambigu albo gdzie indziej. [...]
Ja teraz mówię coraz lepiej, bo się wyzbyłam Polaków i czasem minie tydzień, że nie wymienię polskiego wyrazu. [...]
Wynoszę się, we środę już będę spać na Avenue. Cieszę się okropicznie! Ładnie jest. Już dywan przybili i firanki założyli, i biurko przynieśli, i biblioteczkę. Ino mebli jeszcze nie ma, ale będą w poniedziałek. A sypialny pokoina już gotów. Ino mały, ale zawsze jest się gdzie obrócić. [...] 
Skoro się urządzę, ustawię, umebluję, będę sobie rano jechać do Saint-Cloud, tam zjem o 4-tej w tej restauracyjce i pójdę do parku. Nad wieczorem wrócę. W ten sposób mi przejdzie lato. [...]
Cóż mówili w Warszawie na Twoją brodę – co? A kiedy my pójdziemy do paryskiego hotelu na sałatę z kartofli? Mnie się znudziło jeść w domu, a tu nikt do restauracji nie weźmie, ino w domu siedź, jak ta zakonnica, między czterema ścianami. Aż się Samary dziwi i nie chce mi wierzyć. Ano, już niech tam będzie tak do tego października, ale potem za to, jak się zacznę szwendać dniami i nocami, będę chodzić i chodzić... Na złość, a jakże!
A teraz całuję Cię najserdeczniej i najgoręcej po tysiąc i proszę mi nie wymawiać o ten papier, bo jak się i rozzłoszczę, tak nic nie napiszę ze... trzy dni i będzie skandal. 
Daj buzi, Dudku najmilejszy i najpoczciwszy.
Twoja
Paniusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 161–165.

sobota, 29 grudnia 2012

Odcinek 556: Gabriela Zapolska, 1899 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stanisława Janowskiego

Lwów, 29 grudnia 1899 roku
Mój drogi Stasiu!
list Twój już z Krakowa otrzymałam. Widzisz, zupełnie niesłusznie irytujesz się na mojego brata [Korwin-Piotrowskiego]. Wszakże on Cię wcale nie zna. Wie tyle o Tobie, co z Twych obrazów, ale dalej nic. Cóż więc mógł napisać? Ja byłam tak niefortunnie za mąż pierwszy raz wydana i moja siostra [Konstancja Bielska] także, iż nic dziwnego, że ani mój brat się nie ożenił, ani to, że w ogóle w naszej rodzinie panuje obecnie rodzaj trwogi przed słowem „małżeństwo”. Zresztą znasz trochę moje życie i dziwić się temu nie możesz. Kto tak jak ja w małżeństwie stracił wszystko, zacząwszy od złudzeń dziewczęcych aż do majątku, i wyszedł z tej piekielnej próby złamany i zrujnowany, kto znów, jak mój brat, musiał pojedynkować się z obydwoma swymi szwagrami, czyż to dziwne, że słowo „małżeństwo” przeraża nas wszystkich. Gdy moja siostra miała iść drugi raz za mąż, wszyscy odradzaliśmy jej unisono tej nowej próby i wszyscy z nieufnością patrzyli na pana Bielskiego, który jest najuczciwszym człowiekiem pod słońcem. Obecnie siostra moja jest, ot, szczęśliwa, ale to już w niej pozostało i wiem, że stając po raz drugi przed ołtarzem tak płakała, że słowa wymówić nie mogła. [...]
Święta spędziłam strasznie. Dwa dni! 48 godzin nie widziałam nikogo prócz Hanusi [służącej]. Ani na krok nie wyszłam i nikt do mnie nie przyszedł. Z prawdziwą ulgą powitałam zapowiedź prób.
Wczoraj byłam u doktora. Od jutra rozpoczynam wiadomą Ci kurację. Sądzę, że mi się polepszy. Cieszy mnie, że się trochę rozerwałeś na wsi. Od dziś za tydzień zobaczymy się znów. [...]
Całuję Cię gorąco w czubek i w oczy.
Twoja
N
Lato, mal. Stanisław Janowski
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 749–750.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Odcinek 530: Gabriela Zapolska, 1899 rok


List Gabrieli Zapolskiej do Stanisława Janowskiego

Lwów, 3 grudnia 1899 roku
Drogi Stasiu!
Gabriela Zapolska.
Widzę z listu Twojego, że masz żal do mnie, iż piszę mało i w rozerwany sposób. Ale, mój drogi, premiera tutaj to nie to co w Krakowie. To dziesięć razy więcej przy­jemności i... przykrości. Tyle dzienników! Pan Kasprowicz zły, że Bunt Napier[skiego] upadł, mści się. Pan Krech[owiecki], mający powieść do ocenzurowania w rosyjskiej cenzurze, przypodchlebia się Rosji, ganiąc Sybir itd. Tu znów delegacja kobiet zaprasza mnie na przyjęcie w Czytelni, tu wizyty ciągłe z powinszowaniami. Tu trzeba skracać sztukę, przerabiać ruski język itd. Głowa moja jest jak wrzód, mózg mnie po prostu boli, a Ty się dziwisz?
Dziś w nocy miałam urządzoną przez studentów serenadę zakończoną: „Niech żyje nam Maskoff [pseudonim Zapolskiej], niech żyje nam!”
Na trzecim przedstawieniu teatr dał 680 fl[orenów]!!! Cyfra, która nigdy nie była osiągnięta trzecim przedstawieniem dramatu, oprócz Tamtego! Na jutro wykupili teatr. Mogą mnie szargać w „Głosie Narodu”, to mnie nie dotyczy. [...]
Teraz co do Twego przyjazdu. Musisz zajechać do hotelu dla 3 przyczyn. Pierwsza – gospodarz domu powrócił; dziwnym zbiegiem okoliczności mieszka on stale w Łucku, ma interesa u nas w majątku i zna wybornie mego brata [Korwin-Piotrowskiego]. Po świętach wraca do Łucka. Nie chcę, aby cokolwiek dwuznacznego ciążyło na mnie w obecnej chwili. Po drugie – jest lokaj. Śpi w tym małym pokoiku i rozgadałby po kamienicy. Po trzecie – pode mną mieszka Świerczewski, słynny lwowski plotkarz, i ten bacznie zawsze śledzi, co się u mnie dzieje, kto wchodzi, kto wychodzi itd. Wystarcza to chyba, ażebyś zrozumiał powody, jakie mnie skłaniają do tego postąpienia. Staniesz w pierwszym lepszym hotelu, ale cały dzień naturalnie będziesz u mnie. [...]
Czy wiesz, że ten cały ambaras, jaki miałam ze Sybirem, to mi zohydził pisanie dla sceny na długo. Mnie nadzwyczaj łatwo można zniechęcić. Otóż w obecnej chwili ja jestem zniechęcona. Ci „nadludzie” nie uśmiechają się do mnie wcale. Chcę nie być autorem, chcę być... kobietą.
Nie piszesz mi nic co do Monachium. Kiedy jedziesz? Kiedy ja mam unormować mój przyjazd do Mon[achium]. Brat mój nie przyjeżdża. Napisałam tak umyślnie. Ja jestem w tej chwili osobistością tak kompromitującą przed Moskalami, że się mnie nawet bliscy wyrzekną. Nie robię sobie bynajmniej z tego iluzji. Nie idzie mi także dobrze materialnie. To przeniesienie się do Lwowa pożarło mi masę pieniędzy. Bieda, że nie mam nawet o co się oprzeć i chwilę odpocząć, gdy jestem zmęczona! Taki to już mój los. Całuję Cię najserdeczniej. Twoja
Niusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 736–737.

niedziela, 16 września 2012

Odcinek 452: Gabriela Zapolska, 1891 rok


Z listu Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 16 września 1891 roku, środa
Kochany i drogi Dziudku!
Gabriela Zapolska w Norze Ibsena, 1883 r.

List Twój z datą 14-tego otrzymałam i w tej chwili nań odpisuję. Wczoraj powróciłam do Paryża. Jestem o wiele zdrowsza i kurację rozpoczętą na wsi tutaj przedłużać będę według woli Kurty [Courtaux]. Przywiozłam świnkę morską, która jest bardzo zabawna, krótka i gruba, tłusta taka, że się brzuch jej wlecze po ziemi, jak biegnie. Szpaka nie wzięłam, pobił się z gilem i ten mu wydarł wszystkie pióra ze łba, więc jest brzydki i pani d’Aghonne powiedziała, że go odhoduje i mi da. Raz na zawsze zaprosiła mnie do siebie na wszystkie niedziele i w sobotę łóżko moje przygotowane będzie na mnie czekać. [...]
Co do pojechania do Krakowa, to – Dziudku kochany – ja się jeszcze obliczę dokładnie, czy sprawienie tualet nie za wiele wyniesie i po prostu nie pochłonie pensji. Teraz jechać mogłabym tylko wtedy, jeżeli mieć będę dostateczną sumę na spłacenie mebli. Nie przypuścisz bowiem chyba, żeby tapicer pozwolił zabrać rzeczy wtedy, gdy mu się jeszcze tyle należy. [...] Prawdopodobnie więc będę musiała gnić tu w Paryżu do kwietnia i potem wprost z rzeczami jechać do Warszawy.
Na Makow[skiego] liczyć nie mogę, bo żona mu robi straszne sceny zazdrości o mnie i po prostu nie pozwala mu widywać się ze mną. Ja doskonale radę sobie na komorne dam i wtedy, gdy będę w Warszawie, i do nich (do Makow[skich]) pójdę, to on mi pomoże. [...]
Wolę więc, zamiast sprawiać nic nieprzydatne suknie na cztery miesiące do Krakowa, od razu w kwietniu pojechać do Warszawy, urządzić się i na Ciebie czekać.
Przez ten czas chodzić będę do teatrów i brać w ten sposób lekcje, a dwa razy na tydzień chodzić będę do Samary, ucząc się już nie dykcji, ale gry. W „Kurierze Warszaw[skim]” za Szmat życia należeć mi się będzie jeszcze ze 600 rubli, a za We krwi – ze 300, będę więc miała jeszcze trochę grosza.
Nudzę Cię moimi interesami, ale to nasze wspólne, prawda? Więc muszą Cię obchodzić. [...]
Dostałam od pani d’Aghonne dwie figurki z saskiej porcelany, prześliczne (na 20 cm wysokie), bardzo cenne, z koronkami u spódnic, a to się w porcelanie sas[kiej] najjwięcej płaci. Wiem, że Ci się podoba. [...] Targuję obecnie gobelin do salki jadalnej. Troszkę pokiereszowany, ale to nic. Oprawię go w plusz ciemnobrązowy, podbiję i będzie bardzo efektowny. Jest też do kupienia parawanik z materii starej, ale drogi, bestia, bardzo, i arfa złocona bardzo szykowna i teraz najmodniejsza. Zdaje mi się, że Ci się tu podoba.
Pisałam do Michał[owskiego], żeby poszukał mieszkania z ogródkiem. Jeszcze mi nie odpowiedział. Pewnie szuka. Moja mama będzie wściekła, jak się dowie, że ja wracam, ale uważasz, jej cambronnowska mość mnie tyle obchodzi co to siano, co wyrzucam co dzień z klatki panny Frou-frou.
A teraz całuję Cię najserdeczniej, napisałam cały list jeno interesów, ale i te załatwić trzeba i obgadać. Co? Usiaku najmilejszy. [...]
Całuję Cię po tysiąc milionów razy.
Twoja całym sercem
Paniusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s.227–230.

sobota, 16 czerwca 2012

Odcinek 360: Gabriela Zapolska, 1891 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 16 czerwca 1891 roku
Drogi Dziudasku!
Papieru nie mam, ale piszę, pozbierałam, co jest. Gram pojutrze. Tak się boję! Czego to Ciebie nie ma w tej chwili? Dodawałbyś mi otuchy. Żeby mi byli choć dali rolę niewielką, ale takiego woła. Mam monologi po 15 wierszy, i to w gniewie. Nawet namyślać się nie mogę nad wymową. Dyrektor jest bardzo dobry i szczęściem pederasta, więc mi daje pokój, a tylko chce mnie dobrze postawić na nogi. Dał mi drugą rolę w dużej sztuce 3-aktowej Les deux Camilles, którą grają ciągle. Aktorka (Bearn) odchodzi i ja ją zastąpię. Rola dobra, zabawna, sługi w oberży. W Montmorency!!! Kostium bardzo piękny, szwajcarski, czerwony z białym, chustka jedwabna na głowie czerwona. Grać będę za tydzień od czwartku.
Jestem bardzo zmęczona. Chodzę do Samary, na próby, do domu i co wieczór muszę być na spektaklu, żeby widzieć moją przyszłą rolę i osłuchać się, bo mi dadzą tylko dwie próby z aktorami. Wpadłam bardzo szczęśliwie [...].
Dosyć Cię nanudziłam o sobie i o swoim teatrze, teraz pomówmy o Tobie. Ojca sprowadź koniecznie. Zobacz się z nim, pomów, pogódź. Zrób to, co on zechce, bez względu na mnie. Ja Ci powiedziałam, że pojadę za Tobą. Co mi szkodzi grać tutaj? To mnie pozuje w oczach bydła krajowego. Wreszcie czas mi zajmuje, nie nudzę się. [...]
Co do ojca Twego, to widzisz, mój Skarbusiu, oni (ci starzy) to już tak zawsze. Jeżą się, buńczuczą, a potem i tak do tych opornych dzieci wracają. Widzisz, takie charaktery jak ja i Ty, niepodległe, idące na przebój o własnej woli, to starym imponują. Niby się srożą, a w duszy respekt czują. Ot, i mój ojciec przysłał mi 500 franków i długi list, w którym pisze: „Sam jestem na stare lata. Sam jeden, zrujnowany, i jak pies na tej ziemi waruję, aby jej z zębów nie puścić i wam zostawić.” [...] Pięćset franków oddałam do Kasy Oszczędności na placu Clichy. A jakże! A żebyś wiedział! Mam oszczędności. A ty nie! A ja mam meble, a Ty nie! Nie, i Ty masz, bo co moje, to Twoje. Jak przyjedziesz, to wiem, że mi tam będziesz powoli ulgę z tapicerem czynił.
Makow[ski] pisał do mnie rozpaczliwy list, że mu życie zbrzydło i że lada dzień sobie w łeb strzeli, bo nie może się pozbyć namiętności, jaka go na samo moje wspomnienie ogarnia. Wie, że to jest szaleństwem, i dlatego chce skończyć z egzystencją, która się stała dla niego straszną męczarnią. Okropne to, co Ci powiem. Ale mam przekonanie, że on to zrobi. Nie mogę go wstrzymać, a przecież Bóg wie, że niczym nie zawiniłam i nie przyłożyłam się do tego szału, który go opanował. Najgorsze to, bo 54 lata najcięższy wiek do przebycia dla mężczyzny z niezaspokojoną namiętnością w sercu. Cóż począć! Przeciw wodzie płynąć niepodobna. Nie odpowiadam mu. Milczę! Niech się dzieje, co chce. Winy mojej w tym nie ma!
Co Ci więcej napiszę?
Chyba ucałuję Cię mocno, serdecznie, jak umiem i mogę najlepiej. Nie proszę Cię o listy, bo wiem, że skoro masz czas i możesz, to piszesz bez prośby.
W tych dniach wyślę Ci fotografię, duży biust w dekoltowanej czarnej sukni.
Całuję jeszcze po milion milionów razy.
Twoja
Paniusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 184–185.

sobota, 28 kwietnia 2012

Odcinek 311: Gabriela Zapolska, 1892 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Adama Wiślickiego, redaktora „Przeglądu Tygodniowego”

Paryż, 28 kwietnia 1892 roku
Drogi Redaktorze!
Henri de Toulouse-Lautrec, Afisz dla
Theatre Libre, w którym w 1892 roku
występowała Zapolska.
Spotkał mnie sukces niespodziewany, nadzwyczajny, upajający. Gdyby nie stosy kwiatów zapełniających mój salon, myślałabym, że to był sen. Grałam wczoraj przed elitą Paryża [w Simone L. Gramonta] i co Pan powiesz! Wzięłam go... szturmem. Brawa ogłuszające literalnie przerywały mi co chwila mowę. Wejściem moim, nie wymówiwszy jeszcze słowa, już wywołałam oklaski. Powodzenie rosło w miarę przebiegu akcji. Po akcie drugim wywoływano mnie z taką gwałtownością, że zmieniając już suknię byłam zmuszona narzucić płaszcz na nagie ramiona i zejść na scenę dziękować publiczności. Dokoła słyszałam „Epatante! charmante! adorable!” [Zdumiewająca! zachwycająca! wspaniała!] Autor, dyrektor, aktorzy, aktorki – wszyscy wyrywali mnie sobie z rąk, całowali, dziękowali. Reporterzy zapełniali moją garderobę. Kwiatów mam całe stosy. [...]
Jestem consacree [uświęcona] przez Paryż. Teraz pracować muszę szalenie. Mam zacząć sezon jesienny Norą. Będzie to évenement w Paryżu i postawi mnie w rzędzie znakomitości.
Co Pan chcesz? W kraju dla mnie miejsca nie było. Wygryźli mnie. Idiotki zmanierowane i przesadzone zajęły moje stanowisko. Poszłam między obcych, pracowałam jak Negr, chwilami mózg, usta odmawiały mi posłuszeństwa, walczyłam ze sobą, z materialnymi trudnościami, ze wszystkim. Zwyciężyłam! Stanęłam oko w oko z tą straszną hydrą, jaką jest publiczność paryska, i powiedziałam sobie: „Stawiam wszystko na kartę! Albo mnie zaadoptujecie – albo się zabiję!” Tak! Dziś to Panu wyznam, chciałam się zabić w razie niepowodzenia. Entuzjazmem mnie powitano, zaadoptowano, wyciągnięto do mnie ręce z serdecznością tak szczerą, tak pociągającą, że to wszystko, co doznałam bolesnego w kraju, od swoich, występuje mi jeszcze silniej, jeszcze boleśniej w tej chwili, w której nie powinnam czuć nic, jak tylko radość i szczęście z doznanego powodzenia.
Jestże to przywiązanie do kraju, który obszedł się ze mną jak macocha? Nie wiem! Ale ja jestem z tych natur, które krzywd swych nie zapominają. Byłam uczciwą kobietą – zmieszano mnie z błotem! Byłam artystką pełną talentu – zmieszano mnie z błotem! Byłam autorem wyjątkowym – zmieszano mnie z błotem! Patrz Pan, jak gorycz musi być moja wielka, niezmierzona, skoro ja dziś o tym tylko myślę! Za godzin parę znów mnie powitają grzmotem braw, znów garderobę zapełnią mi kwiatami, wszyscy, cała prasa, cała inteligencja Paryża za kulisami przedstawia mi się, ręka mi mdleje od uścisków, od podziękowań – ja myślę o tym, dlaczego mnie w kraju sponiewierano. Dlaczego? Czy za pracę moją, za to, co miałam w głębi duszy uczciwego, dobrego, pełnego zapału chęci dobrych? Czy za to? [...]
Nie wiem, kiedy się zobaczymy! [...]
Serdeczne pozdrowienie, odpowiedz mi Pan dwoma słowami.
Zapolska
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 330–331.

piątek, 10 lutego 2012

Odcinek 233: Gabriela Zapolska, 1903 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Heleny Modrzejewskiej
Kraków, 10 lutego 1903 roku
Gabriela Zapolska.
Droga Pani!
Nie przyszłam się z Wami pożegnać, bo mnie strasznie było przykro, że Pani jedzie. Byłabym płakała, a tyle ludzi u Was — bałam się, żeby nie powiedzieli, że gram komedię. Wy dla mnie jesteście coś więcej, niż przypuszczacie... Wy jesteście furtką na świat inny, okno otwarte, przez które w moje więzienie trochę wpada powietrza... I dlatego ja więcej niż kto inny czuję ból Waszego odjazdu. Mąż mój ma silne zapalenie gardła i całe popołudnie siedział w domu, więc także nie mógł być u Was. Wiecie jednakże, iż tak on, jak ja kochamy Was i życzymy Wam wiele szczęścia w tej podróży.
Biedna Dulembianka [aktorka]: dostała wezwanie do kancelarii i tam pan [Józef] Kotarbiński [dyrektor krakowskiego Teatru im. Słowackiego] zrobił jej scenę groźną, jak śmiała grać na popisie szkoły u mnie! Dziwny sposób pojmowania dobra sceny. Jeżeli ja darmo uczę jego aktorki, to mi powinien być bardzo wdzięczny za moją chęć i pracę, a nie robić sceny za to, że biedna dziewczyna, biorąca u niego 35 guld., chce się kształcić i wybić pracą. Zakazał jej brać udział w jakimkolwiek popisie. Dziewczyna spłakała się. Oto — jak ci państwo rozumieją swoje posłannictwo!
Kocham Panią bardzo, ale to bardzo. Może też w lecie Państwo będą w Zakopanem? Ja tam także przyjadę i tam będziemy więcej ze sobą, swobodniej i częściej.
Niech Pani dalej się tak szczęści jak dotychczas.
Kiedy więc Pani stała wśród kwiatów, to sama była jak złoty kwiat w swej ślicznej złotej szacie. I taka Pani cudna w tej Beatryczy  [postać z Wiele hałasu o nic Szekspira], taka Pani piękna cała — w grze, w ruchach, w linii — że patrzeć jak na zjawisko. Mój mąż ciągle mówił: „To fenomen piękności!...” Gdybym Panią tak nie kochała, byłabym... zazdrosna.
A teraz dla Obojga — najgorętsze ucałowania. (Dopiero teraz się spostrzegłam, że Oboje chcę ucałować.) Mąż mój ręce Pani gorąco całuje. Oboje zapewniamy Was, że macie w nas serca szczere, kochające i oddane Warn zupełnie.
Zapolska
[...]
Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 2, wybór i opracowanie Jerzy Got i Jerzy Szczublewski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 308-309.

czwartek, 12 stycznia 2012

Odcinek 204: Gabriela Zapolska, 1895 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 12 stycznia 1895 roku
Gabriela Zapolska.
Dziś powróciwszy z Mantes od Winawerów dostałam Twój list z opłatkiem, mój dobry Stefku. Nie sądź, że zapomniałam o Tobie w święta. Napisałam do Ciebie list, ale podarłam go. Wydał mi się zimny, sztywny i banalny. Pomyślałam, że lepiej, ażebyś żadnego nie dostał niż taki w dniu Wigilii.
Nie wiem, czy wiesz o tym, że ja jestem bardzo ciężko chora. Mam wrzody w żołądku i 3 miesiące nie biorę nic w usta, prócz lodu i zimnego mleka. Żołądek mój nic nie trawi, nawet lekarstw nie znosi. Leżę przeważnie. Ostatnio już było tak źle, iż nawet mleko z krwią zwracać zaczęłam. Poradzono mi pojechać na kilka dni na wieś. Poczciwi Winawerowie zabrali mnie do siebie do Mantes. Tam spędziłam Nowy Rok, siedząc w szlafroku i patrząc, jak inni jedzą, piją, śmieją się i grają w karty. O dziewiątej Winawerowa kładła mnie spać jak dziecko. [...] Nie poznałbyś mnie teraz, to pewno! Jestem szczupłą zupełnie i coraz się więcej zbliżam do tej mojej wychudzonej fotografii, którą mam sprzed laty dwunastu. [...]
Liczę dnie do wyjazdu. Dziś, jutro, rada bym znaleźć się pomiędzy Wami. Naturalnie, uciekać chętnie będę. Ale czasem tęsknota mnie porywa. Tak bardzo chciałabym być na Nowym Świecie i zobaczyć Ujazdowskie Aleje! [...]
W Paryżu można znaleźć serca, tylko my nie żyliśmy z Francuzami. [...] A przy tym ten spokój, to odosobnienie, czy to za nic się nie liczy? Czy to nie wszystko, wtedy gdy. potrzeba i nerwy mieć wolne od szarpania się w towarzyskich pętach, i czas konieczny do pracy. W Warszawie życie moje jest point de cuire [punktem zapalnym] wszystkich plotkarzy i próżniaków. Zajdę do restauracji i zjem porcję pieczeni, nazajutrz rano bieży wieść, iż Zap[olska] była w knajpie, upiła się i zażądała szampana do wymoczenia obcasów od bucików. (Autentyczna plotka.)
Tu tego nie mam. [...] Przeniosłam się na Montmartre i oprócz kilku osób, które sobie wybrałam, z nikim nie żyję. Mam kilku Francuzów znajomych, malarzy, rzeźbiarzy, dziennikarzy, ci przychodzą na śniadania albo na obiady, gawędzimy o wszystkim, ja się uczę, kształcę, umysł mój się rozwija i powoli przygotowuje się do pisania po francusku.
Co mi w zamian da Warszawa? Moc nienawiści, zazdrości kobiet, podłości mężczyzn, głupoty i zacofania. Obczernią mnie, obrzucą jadem prywatne moje życie, wytępią talent siłą, bo widzisz, ja teraz już nie umiałabym się z nikim borykać i brać za bary, jak dawniej. A tak, pluję na to, co o mnie tam mówią, nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Piszę, pracuję cicho, z daleka. To wystarcza.
Przyjechać jednak muszę i przyjadę. Sam doktor nawet mówi, że to dużo dopomoże do mego wyzdrowienia.
Co do futra, nie kłopocz się nim. Nie wychodzę nigdzie, nie mogłabym go nawet włożyć. Chciałam Cię prosić o samowar, ale Makowska przysłała mi na kolędę prześliczny, ogromny samowar.
Oto, co chciałabym mieć: świecznik żydowski, wiesz, taki jak w bożnicach wisi, mosiężny, nieduży, bo moja sala jadalna niewielka. A! gdybyś mi taką uciechę sprawił, byłabym Ci serdecznie wdzięczna. [...]
Co Ci więcej powiem? Chyba to, że śnieg tutaj (gość rzadki), że Ohnet będzie wybrany do Akademii, że wchodzę w polemikę ze Strindbergiem w „Revue Blanche” i że zawsze miałam rację mówiąc, iż kobiety nie powinny być doktorami. Stefka Feinki[nd] przez pięć miesięcy mnie leczyła wprost przeciwnie i ze zwykłej gastrite zrobiła wrzody, takie szkodliwe lekarstwa idiotycznie mi dawała. Teraz mężczyźni muszą odrabiać to, co baba blagierka zepsuła.
Serdecznie Cię pozdrawiam. Przyślij mi ten świecznik! Sprawisz mi uciechę. I napisz długo i serdecznie, bez gniewu i urazy.
Najszczerzej Ci życzliwa
Zap
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 472–474.

wtorek, 6 września 2011

Odcinek 76: Gabriela Zapolska, 1891 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

[Garenne-Colombes, 6 września 1891 roku]
Niedziela. Nie wiś którego.
Kochany mój i drogi Stefku!
Gabriela Zapolska,
mal. Julian Fałat, 1898 rok.
List Twój [datowany 29 sierpnia] otrzymałam dopiero w piątek, to jest 4 września. Jak to długo taki list idzie! Co? Ja Ci już przez ten czas posłałam dwa i telegram, a to piszę trzeci. Chyba się na mnie skarżyć nie możesz, ja Ci nie robię wyrzutów, bo wiem, że jesteś bardzo spracowany i nie masz siły, gdy do domu wrócisz. Jestem tak mocno przekonana, że mnie bardzo kochasz, że gdybyś mógł, to byś pisał ciągle, prawda?
Ja tu sobie trochę odżywam powoli na wsi. Będę tu do 16 bm., bo czas się psuje, a w słotne dni to już wolę siedzieć w mieście. Bardzo mi dobrze wieś zrobiła i cała kuracja Kurty [Courtaux], szczególniej ta woda azotowa to bardzo dobrze robi. Pije się trzy szklanki na czczo i to trochę przykro, ale się można przyzwyczaić, a później pije się przy obiedzie z winem czerwonym. Wyobraź sobie, że od trzech tygodni ubyło mi obwodu brzucha 10 centymetrów, a w pasie 6 cent[ymetrów]. Poza tym reszta pozostała, jak było. Przy tym biorę walerian i brom. Cała moja choroba dużo ma w tym, że mi brak... i choć wiesz, że ja nie tego, to przecież czasem coś, tego, no! Już wiesz...
Siedzę więc sobie z moją Mie d’Aghonne, która jest bardzo inteligentna jak na francuską osobę. Mówię „jak na francuską”, bo u nas uczennica z trzeciej klasy (a nawet Twoja Berta [siostra]) w kozi róg by ją zapędziła. Nie przeszkadza to temu, że jesteśmy w doskonałym porozumieniu; ja domem rządzę, babę wzięłam w kluby, obiad dysponuję, nakrywam, konfitury smażę. Dziś wygracowałam pół ogrodu. Zaprzęgamy z boną starą szkapę, na której jeżdżę, i rozwozimy gnój po ogrodzie, a psy jak wariaty za nami gonią. Markiza stoi w oknie w papilotach i krzyczy, my jej urągamy i szkapa szprynce po zagonach wyprawia.
Przywiozę ze sobą do Paryża świnkę morską. Nazywa się Frou-frou, i szpaka, nazywa się Jaquinet. [...] Wstaję o 6 1/2 i otwieram okno, i wciągam w siebie powietrze! Wieczorem idę do ogrodu i patrzę na gwiazdy! Myślę sobie wtedy, żeby mnie moi czytelnicy z „Przeglądu [Tygodniowego]” widzieli chodzącą tak po ciemnych alejach i patrzącą w gwiazdy, i myślącą o jednym miłym, dobrym chłopcu, z którym chcę zostać na resztę życia, na zawsze... Myśleliby, że im ktoś ich Z[apolską] odmienił, bo nikt z pewnością, prócz Ciebie, nie czuje, ile w moim na pozór energicznym usposobieniu mieści się miękkości. [...]
Kończę We krwi. Nie wiem, jak Ci się podoba (zebra­łam wszystko, i Szmat życia także), ale ja bardzo tę po­wieść lubię i cenię. Będę z przyjemnością śledziła Twoje wrażenie. „Przegląd" drukuje Korale, a mnie aż ciarki przeszły. Okropnie to wyszło! Gorzej jeszcze niż Małpa. Jezus... Jaki ja talent mieć muszę, jeżeli takie rzeczy u nas przełykają!
[...] Ciągle już sobie plany na przyszłość snuję, choć przesąd nie pozwala podobno plany takie snuć i mówi, że właśnie się nie ziszczają. Mnie się zdaje, że gdy się dwoje, tak jak my, kocha i do siebie należeć pragnie, to wszystko stać się może. Jedna śmierć może stanąć pomiędzy nami, ale sądzę, że ta czarna pani omijać nas będzie jeszcze czas jakiś. Nie pisz Ty nigdy, kochanku mój jedyny, że jesteś wobec mnie nędzny i mały. Ty możesz mi dać wielkie bogactwa, bo szczerą i gorącą miłość, a w ślad za tym i szczęście. Dziś ja mam więcej od Ciebie, za parę lat Ty będziesz bogatszy, to się wyrówna. Nie należałam nigdy do rzędu kobiet wiszących na łasce mężczyzn i zawsze pracowałam i pracować będę na siebie. Da nam to możność większego komfortu i odpoczynku w wolnych chwilach. [...]
Inaczej nie chcę w Warszawie mieszkać, jak z ogródkiem. Muszę mieć aleje do gracowania i klombiki do obsadzania. Dopiero wtedy jestem szczęśliwa, jak się ziemią umorusam. A wyglądam, jakby mi z dziesięć lat ubyło. Naprawdę! [...] Napisałam do Michałowskiego (w sekrecie naturalnie), żeby pochodził i podowiadywał się o taki domek z ogródkiem w okolicy Powązek. On to zrobi. [...]
Już bardzo późno, okropnie jestem zmachana, bo ręce mam aż pokaleczone od gracy, więc tak ślicznie piszesz, ale w łóżku. Daj buzi, mój Ty kochaneczku najmilszy, kocham Cię bardzo mocno, bardzo mocno! Tęsknię sercem całym i duszą, i pragnę Cię mieć znów przy sobie, bo mi tylko z Tobą dobrze na świecie.
Twoja jedynie
Paniusia

Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 225–227.