Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabłocki Janusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabłocki Janusz. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2014

Odcinek 1013: Janusz Zabłocki, 1962 rok

Z dziennika Janusza Zabłockiego

9 kwietnia 1962 roku, poniedziałek
Krysia była w biurze Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, by ostatecznie ustalić lokalizację naszego mieszkania. Wróciła podniecona, a po tym, co opowiedziała, podniecenie udzieliło się również mnie. Początkowo była mowa o starej lokalizacji, wstępnie uzgodnionej w zeszłym roku, gdzieś na Służewie Przemysłowym lub Rakowcu – wszystko mi było jedno, bo i jedna, i druga jest mi zupełnie obca, nie bardzo nawet wiem, gdzie to jest. Ale w trakcie rozmowy nieoczekiwanie okazało się, że pojawiły się inne, bardziej korzystne miejsca. Wynika to stąd, że według świeżo powziętych przez najwyższe władze decyzji, normatyw powierzchni przydzielanej na osobę zostaje zmniejszony. W rezultacie ujawniła się niespodzianie pewna nadwyżka większych mieszkań, które budowane były dla rodzin cztero- i pięcioosobowych, ale teraz zasiedlić je mogą rodziny sześcioosobowe, takie właśnie jak nasza. Pojawiły się nieprzewidziane dotąd możliwości uzyskania mieszkań w osiedlach bardziej atrakcyjnych. Krysia nie namyślała się długo: jej wybór padł na osiedle na Sadach Żoliborskich, które oddano właśnie do użytku. Tym bardzo podniecona wróciła dzisiaj do domu. 
Osiedle Sady Żoliborskie w Warszawie.

Jakże dziwnie układa się los. Pamiętam, że któregoś wieczoru – dwa albo trzy lata temu – byliśmy oboje w teatrze „Komedia” na Żoliborzu. Czekając na rozpoczęcie spektaklu, udaliśmy się na mały spacer po otaczającym go skwerze, zbliżyliśmy się ku domowi kultury przy ul. Próchnika. Była wczesna jesień, drzewa stały w złocie i purpurze i Krysia powiedziała, że tak bardzo chciałaby tu mieszkać. Westchnąłem na to i odpowiedziałem, że to jest absolutnie niemożliwe, że te lokalizacje są w WSM już wyczerpane i musimy zadowolić się jakąś znacznie dalszą, gdzieś na peryferiach. I oto teraz jakimś niepojętym zrządzeniem losu otwiera się taka możliwość. Krysia chce, bym z nią jutro pojechał na Sady Żoliborskie, byśmy obejrzeli upatrzony dom, gdzie jej wskazano wolny lokal, i ostatecznie zdecydowali. Oczywiście z nią pojadę, ale patrząc na jej radość, gotów jestem wyrazić swoją zgodę już teraz, w ciemno.
Janusz Zabłocki, Dzienniki, t. 1: 1956–1965, Instytut Pamięci Narodowej 2008, s.384. 

czwartek, 19 grudnia 2013

Odcinek 902: Janusz Zabłocki, 1961 rok

Z dziennika Janusza Zabłockiego

19 grudnia 1961, wtorek
W czerwcu, na imieninach u Irmy Zielińskiej w Milanówku zawarliśmy z Krysią znajomość z młodymi Niepokólczyckimi Wacławem i jego żoną. On, dużo ode mnie młodszy, otarł się jeszcze przed Październikiem o jakieś wydawnictwa paksowskie; potem widzieliśmy się w 1956 r. na występach chóru Szacha, śpiewającego pieśni powstańczej Warszawy. Był synem pułkownika Franciszka Niepokólczyckiego, legendarnego dowódcy Armii Krajowej, a potem prezesa WiN-u, którego głośny proces w 1947 r. przeżywaliśmy w Krakowie tak mocno.  

Otóż dziś, czekając w kawiarence „Eldorado” na pociąg do Grodziska, zupełnie
Franciszek Niepokólczycki podczas
procesu pokazowego, 1947 rok.
przypadkiem poznałem przez Zbyszka Zielińskiego samego
pułkownika. Niepokólczycki, wysoki i prosty jak struna, ubrany był w jasnokawowy angielski płaszcz z wielbłądziej wełny z kapturem i drewnianymi kołeczkami zamiast guzików. (Taki płaszcz używany ponoć w brytyjskiej marynarce wojennej, nosiło podówczas wielu ludzi „stamtąd”). Chociaż dziesięcioletni pobyt w więzieniu nie mógł u niego pozostać bez śladu i dawał się dostrzec w bladości jego twarzy i cieniach pod oczami, pułkownik Niepokólczycki trzymał się dobrze, a co najważniejsze – wyszedł wewnętrznie niezłamany i niepokonany. Choć miał za sobą tak ciężkie doświadczenia i choć, jak wynikało z naszej rozmowy, wiedział, że owe dziesięć lat więzienia gruntownie wytrąciły go z bieżącego życia – nie przestał czuć się nadal potrzebny. Zdawał sobie sprawę, iż ze swym przedwojennym oficerskim wykształceniem pozostaje teraz daleko w tyle, że w ciągu tych lat wiedza wojskowa, a zwłaszcza technika, poszły daleko naprzód. Ale z tego, co mówi, niedwuznacznie wynika powzięte przezeń postanowienie: on zaległości te pragnie wyrównać, by nie pozostać w tyle. Szuka zatem dostępu do potrzebnych mu informacji w zagranicznych czasopismach i książkach, prowadzi wytężone studia. Słucham nie bez wzruszenia tego niezłomnego człowieka, który jest chodzącą historią i legendą, samą czystą wiernością Sprawie. Jakże mam mu powiedzieć, że jest ona również nadal moją Sprawą? I że jedynie Ona memu ocalonemu życiu nadaje ostateczny sens? Oczywiście mu tego nie mówię i tylko słucham jego wywodów, doceniając tę jedyną, niepowtarzalną okazję naszego spotkania.
Janusz Zabłocki, Dzienniki, t. 1: 1956–1965, Warszawa 2008, s. 366.

środa, 16 października 2013

Odcinek 838: Janusz Zabłocki, 1978 rok

Z dziennika Janusza Zabłockiego

16 października 1978 roku, poniedziałek
Tej chwili nigdy nie zapomnę. Dziś, 16 października 1978 r., znajdowałem się wieczorem w autokarze jadącym z Warszawy do Olsztyna, wypełnionym uczestnikami polskiej delegacji na obrady II Forum Polska–RFN, które miały się tam nazajutrz rozpocząć. W skład delegacji wchodzili posłowie, dziennikarze, pracownicy naukowi, działacze gospodarczy; byli to w ogromnej większości członkowie partii, wśród nich kilku wyższych funkcjonariuszy jej aparatu i członków KC. W takim to towarzystwie spadła na nas sensacyjna wiadomość, która wszystkim zaparła dech w piersi. Chrypiące radio, włączone przez kierowcę autokaru, podało, iż na zakończonym właśnie watykańskim konklawe na nowego papieża został wybrany arcybiskup Krakowa, kardynał Karol Wojtyła.
Kard. Karol Wojtyła po wyborze na papieża.

Wiadomość ta poraziła wszystkich niby grom z jasnego nieba. W autokarze, wypełnionym dotąd ożywionym gwarem rozmów, zapadła nagle przejmująca cisza. Nie trzeba było wiele wyobraźni, by odgadnąć, o czym teraz myśli każdy z jego pasażerów. Dawało się odczuć, że – poza krańcowym zaskoczeniem – przeżywają wszyscy wewnętrzne rozdarcie. Z jednej strony wybór Polaka na papieża był wydarzeniem, jakiego nie znała dotąd historia, było to nieoczekiwane i niezwykłe wyniesienie pozycji naszego kraju na arenie międzynarodowej, na co żadne serce polskie nie mogło nie reagować radosnym drgnieniem narodowej dumy. Z drugiej wszakże strony oznaczało to osadzenie na szczycie Kościoła człowieka, który w partii zyskał sobie opinię partnera trudnego, krytycznego wobec systemu, a nawet sympatyzującego z opozycją; do tego zbyt dobrze – tak teoretycznie, jak i praktycznymi doświadczeniami swej pracy duszpasterskiej – obeznanego z komunizmem. Wzmacniało to niesłychanie pozycję Kościoła polskiego, a zatem zapowiadało kierownictwu partii nowe powikłania i groziło nowymi trudnościami, których i tak było wiele. W zupełnym prawie milczeniu, jakie po komunikacie radiowym zawisło w autokarze, czuło się niemal fizycznie, jak w każdym z moich towarzyszy podróży te dwie sprzeczne reakcje – narodowa i partyjna – ścierają się ze sobą i ważą.
Było już zupełnie ciemno, gdy dojechaliśmy do Olsztyna. W hotelu „Novotel” czekała nas już trzydziestoosobowa delegacja przybyła z RFN z prof. Karlem Kaiserem i Filipem von Bismarckiem na czele. I oni wiedzieli już o sensacyjnym wydarzeniu. Byli nim tak samo poruszeni, jak my. Przy stole, a potem przy kominku, rozwiązały się języki, podniósł się na nowo ożywiony gwar. Przyglądałem się ukradkiem moim rodakom, którzy w toku rozmów z Niemcami powoli powracali do siebie. Dość było popatrzeć na jaśniejące twarze, wsłuchać się w nieukrywaną radość i nutę triumfu w tonacji ich głosów, by znaleźć odpowiedź na pytanie, które z dwóch sprzecznych uczuć bierze w nich ostatecznie górę. Czy to samo przeważy w postawie przywódców partii i państwa?
Ciągłe ta jedna uparta myśl i muszę ją na gorąco zapisać. Co Bóg chciał powiedzieć, gdy spośród tylu godnych kandydatów na Tron Świętego Piotra wskazał właśnie na tego – kardynała z dalekiej Polski? Wiemy, że pozostanie to Jego tajemnicą. A jednak jawiło się w nas samych, w tym radosnym skurczu serc polskich na wiadomość o wyborze papieża Polaka coś więcej niż tylko narodowa duma: pojawiło się jakieś niejasne, ale silne poczucie, iż w owo wielkie misterium Bożych intencji i Bożych planów dla świata wciągnięci zostaliśmy wraz z Janem Pawłem II my wszyscy – polski Kościół i polski naród, wszyscy Polacy. Że ów niezgłębiony Boży wybór, zwracając się właśnie ku nam, Polakom, czegoś od nas oczekuje i do czegoś wzywa, że w sposób zaskakujący dla nas samych wyznacza nam w Jego planach jakąś szczególną rolę. I niejasno czujemy, że mamy obowiązek na wezwanie to odpowiedzieć.
Janusz Zabłocki, Dzienniki 1976–1986, t. 3, cz. 1: 1976–1981, Instytut Pamięci Narodowej 2013, s. 377–378.