Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyszyński Stefan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyszyński Stefan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Odcinek 292: Stefan Wyszyński, 1954 rok


Z dziennika prymasa Stefana Wyszyńskiego

9 kwietnia 1954 roku, piątek
Prymas Stefan Wyszyński.
Kilka uwag dotyczących naszego bytowania. Zima w Stoczku dała się nam porządnie we znaki. Naprzód wichry, które biły w nasze okienka, gwałtowne i niemal ciągłe, dają nam zrozumieć, dlaczego tak okazały dom wybudowano z tak małymi oknami. Zamiecie śnieżne niosły całe zaspy śniegu pod dom; bardzo często rankiem nie mogliśmy wydobyć się na ogród. Weszło już w zwy­czaj, że musieliśmy odgarniać śnieg ze schodów we­randy i ze ścieżki podokiennej. Tego przykładu naszego nikt nie naśladował. Raz tylko jeden z dozorców prze­jechał się szuflą po ścieżce. Jeden z nich starał się odmiatać schody od czasu do czasu. Inny przygotował łopatę z drzewa tak ciężkiego, że nie można było nią operować. Wobec tego poprzestaliśmy na naszych narzędziach: starej gracy ogrodowej i zwykłej desce, które służyły nam za szufle do odgarniania śniegu. Udało nam się utrzymać porządek w ogrodzie, gdyż wszystkie uliczki stały się dostępne dla przechadzek. Jednak praca ta była bardzo ciężka. Zauważyłem, że ksiądz męczył się szybciej niż ja. Może dlatego, że nie miał wprawy do takiej pracy. Dla nas obydwu była to pożądana rozrywka, o znaczeniu zdrowot­nym.
Gorzej przedstawiała się sytuacja w domu. Stary budy­nek posiadał system ogrzewania bardzo przestarzały. Piece były zrujnowane i wypalone; kanały położone poziomo. Opalanie węglem doprowadzało do tego, że kanały bardzo szybko zapychały się sadzami. Dość często nasi dozorcy musieli bawić się w zdunów. W tej dziedzinie okazywali więcej gorliwości. Zwłaszcza tzw. „Mo”, starszy pan, zdejmował swój mundur i zanurzał ręce po ramiona w kanały, by wygarniać z nich sterty sadzy. Działo się to kilka razy w ciągu zimy. Piece dymiły z zasady, u siostry nie można było wcale palić, przesiedziała niemal całą zimę w pokoju nie ogrzewanym. Podobnie piec księdza był nie do użytku. Piece w moim pokoju były najlepsze, ale nie wystarczały na ogrzanie. Trzeba było palić dwa razy. Pomimo to mieszkanie było tak zimne, że praca przy stole była niemalże niemożliwa. Niesamowicie marzły ręce i nogi. Nie pomogło nawet owijanie się pledem. Podobne kłopoty były w łazience, gdzie stary piec nie dawał się rozpalić; dymił na cały dom, pomimo wielokrot­nego czyszczenia. Przez długi czas trzeba się było myć w zimnej łazience. Dokuczał nam również brak wody; stary motor ciągnący wodę często odmawiał posłuszeństwa. Byliśmy dość często bez wody, którą trzeba było przynosić z dołu. W końcu cały ten system zamarzł na kość. Po­dziwialiśmy sterty lodu, które wyrąbano z pokojów pod nami. Mieszkaliśmy nad lodowniami. Pokoje na dole nie były ogrzewane, natomiast były fantastycznie zagrzy­bione. Nikt nie dbał o to, by je ogrzać. Wszystkie kory­tarze pokryte były na ścianach białym szronem i za­mrozem. Biedni dozorcy siedzieli w kożuchach i ciężkich butach. Męczyli się jeszcze bardziej niż my. Miny im posępniały.
Cela prymasa Wyszyńskiego
w Stoczku Klasztornym
na Warmii.
W takich warunkach zacząłem odczuwać różne doleg­liwości. Nóg nie mogłem rozgrzać nawet w ciągu nocy. Ręce mi popuchły. Podobnie oczy mi zapuchły. Odczuwa­łem wielki ból w okolicy nerek i w całej jamie brzusznej. Każdego dnia przechodziłem bóle głowy. Siostra była stale zakatarzona, blada i wynędzniała. Ksiądz cierpiał bodaj najwięcej. Dostawał dość często ataków wątrobianych i innych przypadłości. Lekarze oceniali to jako chorobę trzustki. Kilka dni przeleżał w łóżku, mocno zaziębiony. Najodporniejsza z nas była siostra, pomimo ciężkiej pracy, która na nią spadła. Musiała palić co dzień w łazience i w pięciu piecach, w których bardzo trudno było rozpalić. Nadto spadał na nią obowiązek przyniesienia sobie węgla z dołu i wyniesienia popiołu. Najgorzej dokuczało jej pranie, które musiało być częste, gdyż moi towarzysze nie mieli bielizny. Nie było jej gdzie suszyć. Kobieca pedanteria skłaniała siostrę do częstego froterowania długiego korytarza, schodów itp. Udało mi się nieraz powstrzymać ją od froterowania mego pokoju; siostra jednak zawsze zdołała upatrzeć taki moment, gdy byłem w ogrodzie, i wtedy dawała folgę potrzebie swego serca. Utrzymanie porządku nie było łatwe, gdyż stare deski podłóg były w ruchu, wydając mnóstwo kurzu. Trudno jest jednak przekonać kobietę, by posłuchała. Takich kłopotów, zrodzonych ze „świętego uporu" naszej siostry, było bardzo wiele. Mogła nie jeść, nie spać, nie modlić się — ale froterować musiała. Może w tej pracy znajdowała ucieczkę przed rozmyśla­niami.
Stefan Wyszyński, Zapiski więzienne, cyt. za: Antologia dzienników i pamiętników, Książnica 1999, s. 227-229.