Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woroszylski Wiktor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woroszylski Wiktor. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 listopada 2017

Odcinek 2089: Wiktor Woroszylski, 1956 rok

Z Dziennika węgierskiego Wiktora Woroszylskiego
Sobota, 3 listopada 1956 roku

Czołg
Stoi za miastem, w pobliżu mostu, na skrzyżowaniu dróg. Pękaty, solidny, ciężko osiadł w wilgotnej ziemi i rozpiera się, jakby nie był przedmiotem ruchomym, ale trwałą budowlą, pierwszą w zaplanowanym osiedlu. W chwili, kiedy do niego podjeżdżamy, pełni jeszcze dodatkową funkcję: trybuny. Na trybunie stoi chłopak o jasnobrewej, zadartonosej twarzy, jakich w Moskwie spotykałem tysiące, ze słomianym kosmykiem wymykającym się spod zawadiacko nasuniętej na ucho pilotki. Obok niego siedzi ze zwieszonymi nogami skośnooki osiłek i w skupieniu skręca papierosa. Z tyłu stoi na czołgu trzeci żołnierz – bryłowaty, o kamiennej, chłopskiej twarzy, w długim szynelu, z karabinem w nieruchomej dłoni. Wokół czołgu skupiło się kilkudziesięciu Węgrów, do których przemawia pierwszy żołnierz, wychylony ku przodowi w oratorskim geście:
– A po co było niszczyć pomniki? A książki palić po co? Czy to kultura?
– Więc za pomniki trzeba ludzi zabijać? – odzywa się ktoś z tłumu.
Żołnierz waha się.
– To wiadomo, że kamień nie wart człowieka. Ale po co niszczyć pomniki bohaterów? Tych, co za świętą sprawę zginęli?
– Tylko pomnik Stalina zniszczono na początku.
– Stalina my też nie uznajemy – pochmurnie zgadza się żołnierz.
Jego skośnooki kolega zapala swój potężny skręt i z rozkoszą bucha kłębem dymu. Trzeci żołnierz porusza się nagle, jak obudzony ze snu, i mamrocze grubym głosem:
– Starczy tych rozmów.
Pierwszy macha ręką i szybko mówi:
– Rozchodzić się. Rozchodzić się.
I daje nura w głąb czołgu.
Radziecki czołg przejęty przez Węgrów, 1956 rok.

Wiktor Woroszylski, Dziennik węgierski 1956, Biblioteka „Więzi” 1990, s. 30–31.

piątek, 4 listopada 2011

Odcinek 135: Wiktor Woroszylski, 1956 rok

Z Dziennika węgierskiego 1956 Wiktora Woroszylskiego

Niedziela, 4 listopada 1956 roku
Piąta nad ranem – przebudzenie
...W mój głęboki sen wtargnęło coś z zewnątrz – nie umiem sobie uprzytomnić co, nie chcę otworzyć oczu, usiłuję opaść z powrotem na to nieogarnione zmysłami dno, na którym znajdowałem się tak krótko. Ale uparte coś dobija się do mnie coraz natarczywiej. Niechętnie ulegam i zaczynam nawiązywać kontakt ze światem. I nagle dociera do mnie to, co przerwało mój sen: miarowe dudnienie artylerii.
W tej samej chwili ktoś nieubrany wbiega do pokoju:
– Wstawaj! W Budapeszcie znowu wojna! [...]
Wypad na miasto
[...] Puste jesienne ulice. Czarne, nagie drzewa, chodniki usłane żółtymi i rdzawymi liśćmi. Jest sucho, nawet słonecznie, ale zimny wiatr przewierca na wskroś.
Tu i ówdzie wtulone w podjazdy domów grupki mieszkańców. Na ulicy Damjanich zagadujemy taką grupę. Zwięźle wyjaśniają, gdzie toczą się walki i jak należy iść dalej, ale rozmowy na ogólniejsze tematy nie podejmują. Do Budapesztu powrócił strach.
Dalej idziemy ulicą Dób. Parokrotnie spotykamy zbrojne oddziały żołnierzy węgierskich i cywilów. Idą w odwrotnym kierunku. Wycofują się? Gdzieniegdzie w załomach muru stoją butelki z benzyną, oznaczone czerwonymi szmatkami. Im bliżej do Lenin kórut, tym więcej ludzi – z bronią i bez. A oto i Lenin kórut – szeroka arteria stołeczna. Uliczkę, po której przyszliśmy (jedną z wąskich przecznic arterii), oddziela od Lenin kórut barykada – dość niepokaźna, zrobiona z bezładnie spiętrzonych desek i drągów. Taką samą widać naprzeciwko, po drugiej stronie szerokiej ulicy. Samą zaś Lenin kórut przegradza w poprzek porządniejsza barykada, ułożona głównie z kostki, wyrwanej z jezdni. Dochodzimy jedynie do pierwszej barykady. Sporo tu ludzi, którzy rozmawiają z nami dość podejrzliwie. Jeden, z granatem za pasem, dopytuje się, po co właściwie chcemy iść w tamtym kierunku, kiedy tam strzelanina, Rosjanie. [...]
Budapeszt, 1956 rok.
Zawracamy. Jesteśmy jeszcze stosunkowo niedaleko od barykady na Lenin kórut, kiedy zatrzymuje nas pośpieszny tupot nóg. Kilku uzbrojonych chłopaków z opaskami. Są bardzo młodzi – raczej uczniowie niż studenci. Jeden coś do mnie mówi i z gestu rozumiem, że każe wyjąć ręce z kieszeni. Dogadać się z chłopakami trudno – niemieckiego nie znają, po rosyjsku nie ryzykujemy. Wreszcie okazuje się, że któryś z nich trochę rozumie po francusku. Wyjaśniamy, kim jesteśmy, pokazujemy paszporty. Chłopcy śmieją się z wyraźną ulgą. Ich dowódca wyciąga z kieszeni trzy błyszczące naboje: to miało być na nas, gdyby sprawdziły się podejrzenia...
Zanim dotrzemy do skrzyżowania koło remizy autobusowej, kontrolowanego z pewnej odległości przez rosyjskie działko, o kilkanaście kroków przed nami wybucha pocisk zapalający. Jego czerwony błysk zatrzymuje nas na chwilę, ale szybko decydujemy się i przebywamy niebezpieczne skrzyżowanie biegiem. Po kilku minutach jesteśmy w ambasadzie.

Wiktor Woroszylski, Dziennik węgierski 1956, Biblioteka „Więzi” 1990, s. 34–35.