Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woolf Virginia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woolf Virginia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 kwietnia 2014

Odcinek 1024: Virginia Woolf, 1925 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Poniedziałek, 20 kwietnia [1925 roku]
Virginia Woolf w sukni swojej matki, 1924 r.
Szczęście polega na tym, że ma się kawałek sznurka, do którego można wszystko przyczepić. Na przykład wybieranie się do krawcowej, albo raczej rozmyślanie nad suknią, jaką mogłabym u niej zamówić, i wyobrażanie sobie, jak już jest uszyta — to właśnie taki sznurek, który kiedy go zanurzyć w falę skarbów, wraca oklejony perłami. A wydaje się, że moje dni będą teraz nimi usłane. Podoba mi się to londyńskie życie wczesnym latem — przechadzanie się ulicami i przystawanie na placach, i jeszcze gdyby moje książki miały się okazać sukcesem; gdybyśmy mogli zacząć budowę w Monks i założyć radio dla Nelly, i gdyby — gdyby — gdyby. Tak naprawdę jednak życzyłabym sobie posiadać trzy funty, żeby kupić parę wysokich butów na gumowych podeszwach, w których bym chodziła w niedziele na spacery po wsi.
Jeżeli idzie o obecny stan mojego umysłu, to jedna sprawa wydaje mi się niewątpliwa: że dowierciłam się wreszcie do złoża ropy naftowej i choćbym nie wiem jak szybko pisała, to i tak nie wydobędę wszystkiego na powierzchnię. Zbiera się we mnie w tej chwili co najmniej sześć opowiadań i mam w końcu poczucie, że potrafię zamknąć w słowach wszystkie swoje myśli. Przypuśćmy więc, że miałabym zostać jedną z interesujących — bo nie powiem wielkich, ale interesujących — pisarek? Co dziwne, biorąc pod uwagę moją próżność, nigdy nie wierzyłam zbyt mocno w swoje powieści.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 270.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Odcinek 934: Virginia Woolf, 1920 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Wtorek, 20 stycznia 1920 roku
Desmond MacCarthy.
Lata temu, jako dziecko, wymyśliłam sobie taką maksymę, że jeśli człowiek nie spodziewa się, iż przyjęcie będzie miłe, to okaże się, że jest odwrotnie, i vice versa. Zatem wizyta Desmonda okazała się przyjemna, odświeżająca i przeszła gładko. Mieliśmy ładny zapas tematów do omówienia przez cały wieczór. Historia jego podróży — szkwały na morzu, przyjazd do Cape Town, niespodzianka dla pani Paley: jego telegram o treści „Desmond płynie" dotarł do niej jako „Desmond ginie" — (co zresztą także mogło było się zdarzyć) — a wszystko opowiedziane jego miłym, miękkim głosem. Następnie dużo mowy o piśmie „New Statesman" — niezliczone projekty. Sądzę, że w głębi serca jest podniecony i zadowolony. Pięćset zapewnione, z czego dwieście pięćdziesiąt za cotygodniowy artykuł podpisany Wdzięczny Jastrząb (to jest najgłębsza tajemnica). Po herbacie wybraliśmy się do Rogera, przez całą Europę do pubu Brecknock Arms [Camden Town]. A ponieważ oboje potrafimy uporczywie trzymać rozmówcę za guzik, to oczywiście nie było nam łatwo tam dotrzeć. Dom bardzo wysoki i wąski, wiele obszernych pokoi, jaskrawe oprawy obrazów. Roger, na moje oko, jakby lekko skurczony, postarzały? Czy można w stosunku do niego używać takiego słowa? Poza tym nie wiem, do jakiego stopnia zabarwiam go własną depresją — miałam wrażenie, że niezbyt się zainteresował „Nocą i dniem". Na tle życzliwości Desmonda wydał mi się dziwaczny.
Virginia Woolf.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 144.

niedziela, 17 listopada 2013

Odcinek 870: Virginia Woolf, 1940 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Niedziela, 17 listopada 1940 roku
Wczoraj skradziono nam masło; Louie powiada: „Za bardzo was tu lubią, żeby to mógł zrobić ktoś z miejscowych". To nam pochlebia. Masło zniknęło, kiedy graliśmy w bule. Słychać było męski głos, a w drzwiach znaleźliśmy wizytówkę Fundacji Świętego Dunstana. Zatem przypuszczenia, że zabrał je poborca ochotnik.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 672.

niedziela, 7 lipca 2013

Odcinek 737: Virginia Woolf, 1928 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Sobota, 7 lipca 1928 roku
Katherine Mansfield.
Całą wczorajszą noc śniła mi się Katherine Mansfield; rozmyślałam, czym są sny; tak często pozwalają przywołać o wiele więcej niż myśli — zupełnie jakby Katherine wróciła tu we własnej osobie i rzeczywiście była obok mnie, aktywnie pobudzając mnie do odczuwania; a nie trwała jedynie jako przywoływany i przypominany wytwór wyobraźni — jakim staje się teraz, kiedy o niej rozmyślam. Jakieś uczucia trwają nadal, w dzień po przebudzeniu ze snu; pomimo że niemal już uleciało mi z pamięci, co się w tym śnie wydarzyło poza tym, że Katherine leżała na sofie w jakimś wysokim pokoju, w otoczeniu tłumu kobiet o smutnych twarzach. W pewnym sensie poczułam jej obecność, jakby znów była żywa — intensywniej niż za dnia. 

Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 344. 

czwartek, 10 stycznia 2013

Odcinek 568: Virginia Woolf, 1915 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Niedziela, 10 stycznia 1915 roku
Virginia Woolf na spacerze, 1916 rok.
Siedziałam dziś rano i stukałam w maszynę, kiedy rozległo się pukanie i wszedł ktoś, kogo w pierwszej chwili wzięłam za Adriana; był to wszakże Walter Lamb, wprost od Króla [Jerzego V]. Kiedy tylko bywa u Króla, przychodzi nam o tym opowiedzieć. Nalegał, żebyśmy poszli z nim na spacer do Richmond Park, O czym rozmawialiśmy? Król poszedł w zapomnienie i Walter opowiedział nam długą i niewyobrażalnie ponurą historię o nieskuteczności żołnierzy francuskich. Cokolwiek by Walter mówił, wszystko to jest zawsze takie płaskie, gładkie i szare, a już sam jego głos zamieniłby w nudę najżarliwszą poezję tego świata. Walter pędzi teraz życie pomiędzy szanowanymi, bogatymi półinteligentami, którymi na poły pogardza, więc wszystko, co opowiada, jest przesiąknięte lekkim poczuciem wyższości. Jedyną pasją jego życia jest budownictwo osiemnastego wieku. Kew, Royal Academy i Rodzina Królewska odpowiadają mu doskonale. Odmówił zjedzenia z nami lunchu, ponieważ, jak powiada, przez cały tydzień żywił się przepiórkami, a rabarbaru mu nie wolno ze względu na nadkwasotę. [...]
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 20.

wtorek, 27 listopada 2012

Odcinek 524: Virginia Woolf, 1922 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Poniedziałek, 27 listopada 1922 roku
Virginia Woolf.
Nic muszę chyba mówić, że moje dzikie kaczki śmierdziały jak stare wodorosty i trzeba je było zakopać. Ponieważ jednak mam tak wiele spraw do zreferowania, nie mogę się rozwodzić nad tym wydarzeniem, które w spokojniejszych okolicznościach dostarczyłoby nam trochę zabawy.
Trzeba zanotować, co się dzieje w wydawnictwie. Podsłuchaliśmy w Klubie, jak jedna z tych licznych nędznie wyglądających, swobodnych, krótko ostrzyżonych, bystrookich dziewcząt mówiła, że jest już zmęczona uczeniem i ma zamiar zająć się drukarstwem. Kiedy weszła do gabinetu, poszłam za nią, wywołałam ją na chwilę i przedstawiłam nas jako właścicieli Hogarth Press. Wczoraj zjawiła się tu na herbatę wraz ze swoim „przyjacielem. Przyjaciela pomyłkowo nazwaliśmy Jones, tymczasem jest to Joad z Klubu 1917, filozof, mocno zbudowany, krępy mężczyzna o bardzo jasnych, okrągłych oczach, włosach przysypanych lekko siwizną, pewny siebie, kładący duży nacisk na niezawodne przymioty swojego intelektu, rozdzielający swe wdzięki i łaski w sposób, w jaki zwykli to czynić młodzi ludzie o głębokich umysłach. Kiwał się na jednym z moich krzeseł, zjadł solidny podwieczorek i w każdym punkcie miał oko na interesy Marjorie. Było bowiem jasne, że ona gotowa jest związać się z nami na śmierć i życie i składać nam nierealne obietnice. Jest gruntownie wykształcona, musi zarabiać na życie i jak powiedział Joad, napisała pierwszorzędną powieść. Ach, nie jest jeszcze całkiem napisana, powiedziała Marjorie, jako że ma w sobie oczywiście dużo więcej skromności i mniej pewności siebie niż Cyril. „Pobieramy się w lutym, dodała. „Po ślubie zamierzam nadal pracować. Oceniam, że ma jakieś dwadzieścia pięć, sześć lat; jest szybka, impulsywna, ale praca i nauka obdarzyły ją szkieletem ze stali, a to jest cecha bezcenna i nadająca kształt wszystkim innym. Krótko mówiąc, być może zdecyduje się na nas i uczyni z tego dzieło swego życia. Joad, który gardzi moimi książkami, może tu być przeszkodą, jako że może chcieć próbować narzucać nam swoje literackie gusta; ale nie wiadomo. Poza tym spodobał się nam, ona też (choć jest mniej zdecydowana, podała dalej ciasto, zachwyciła się psem i wrażliwie, za pomocą drżących czułków, orientowała się w sytuacji, po kobiecemu). Wszyscyśmy zachowali godziwe standardy, trzymaliśmy się wyłącznie kwestii zawodowych, mamy się spotkać ponownie w przyszłą niedzielę. Ale gdzie w tym układzie jest miejsce dla Ralpha? Ralph wygląda ponuro i mówi niewiele.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 217-218.

piątek, 10 sierpnia 2012

Odcinek 415: Virginia Woolf, 1920 rok

Z dziennika Virginii Woolf 
Wtorek, 10 sierpnia 1920 roku

Virginia Woolf.
Spędziłam całe popołudnie na malowaniu klozetu polowego na żółto. Teraz mogę podsumować swoje prace: wymalowana i posprzątana jadalnia; poręcze pomalowane na niebiesko; schody na biało; a teraz jeszcze klozet. Kiedy wracaliśmy w niedzielę do domu, a dzień był gorący i bezwietrzny, L. naszkicował swoją wizję przyszłości wydawnictwa. Zaoferujemy Partridge'owi udziały, dodając jako przynętę do tej skromnej propozycji bardziej być może łakomy kąsek, czyli sekretarzowanie Leonardowi. Gdzieś tak w połowie obiadu L. rozwinął te plany dalej: czemu nie kupić pełnego wyposażenia drukarskiego? Czemu nie? Może nawet otworzyć warsztat. Nieustannie z sedna rzeczy wyrastają jakieś nowe rozgałęzienia. Jakie to przyjemne, tak sobie robić plany pod jesień. Nelly wciąż cierpiąca na tajemnicze schorzenia, w związku z czym prosimy, żeby się nie pokazywała...
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 156.

wtorek, 24 lipca 2012

Odcinek 398: Virginia Woolf, 1919 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Czwartek, 24 lipca 1919 roku 
Edward Morgan Forster.
Wczoraj wieczorem podejmowaliśmy Forstera i Bussych. Morgana wszystko łatwo przytłacza, nawet wesołość Bussych. Jest nieświatowym, przezroczystym człowiekiem, kapryśnym i oderwanym, chyba niezbyt przejętym tym, co mówią o nim inni, za to o jasnych poglądach na to, czego chce. Nie sądzę, żeby chciał błyszczeć w światku intelektualnym, a na pewno już nie w światku modnym. Jest fantastyczny i niezwykle wrażliwy, dla mnie szalenie pociągający jako charakter. Przypomina wędrującego bez celu motyla, jako że nie ma w nim napięcia czy pośpiechu. Ohydne byłoby dla niego zdominowanie rozmowy. Zapadał się w fotelu albo przechadzał po pokoju, wertując książkę. Nawet kiedy państwo Bussy już poszli, nie zrobiliśmy zbyt wielkiego postępu. Przyjedzie do Asheham, jeśli zapłacimy mu za bilet. W banku ma tylko dwadzieścia sześć funtów. Podobał mi się taki prosty sposób wyjaśniania spraw.

Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 128.

wtorek, 1 maja 2012

Odcinek 314: Virginia Woolf, 1912 rok

List Virginii Stephen (Woolf) do Leonarda Woolfa

1 maja 1912 roku
Virginia i Leonard w dniu swojego ślubu.
Najdroższy Leonardzie,
Najpierw, co do faktów (moje palce są tak zimne, że ledwie mogę pisać), powinnam wrócić jutro około siódmej, będzie wtedy czas na rozmowę — ale co to zmieni? Przypuszczam, że skoro zamierzasz zrezygnować z pracy, nie możesz wziąć teraz urlopu. Tak czy inaczej, to pokazuje, jaką karierę sobie niszczysz!
Teraz, co do całej reszty. Wydaje mi się, że sprawiam ci wiele bólu — czasami całkiem przypadkowo — i dlatego powinnam być z tobą tak szczera, jak tylko potrafię. Oczywiście nie umiem ci wytłumaczyć, co czuję — oto kilka spraw z tych, co mnie nurtują. Stają mi przed oczami oczywiste korzyści małżeństwa... Nie będę rozważać małżeństwa, jakby chodziło o wybór zawodu... Czasami złości mnie siła twoich pragnień... Poza tym, jestem strasznie zmienna. W jednej chwili przechodzę od obojętności do uniesienia, i to bez żadnego powodu, jednak kiedy jestem z tobą, pomimo tej gonitwy uczuć jest jedno, które trwa i rozwija się. Na pewno chciałbyś wiedzieć, czy kiedykolwiek skłoni mnie ono, by cię poślubić. Cóż mogę powiedzieć? Myślę, że mogłoby... Ale nie wiem, co przyniesie przyszłość. Po części lękam się samej siebie... Czasem myślę, że jeślibym wyszła za ciebie, mogłabym mieć wszystko — a wówczas — czy to, co cielesne, stanie pomiędzy nami? Tak jak ci brutalnie powiedziałam tamtego dnia, nie czuję do ciebie żadnego fizycznego pociągu... Ale potrafiłeś także uczynić mnie szczęśliwą. Oboje pragniemy małżeństwa, które jest istotną sprawą życia, zawsze żywą, pełną żaru, nie zaś martwą. Chcemy pełni życia, czyż nie? Może uda się nam to osiągnąć — a wtedy, jakże będzie wspaniale!
Twoja V.S.
Cyt. za: Frank McLynn, Sławne listy o ludziach i wydarzeniach zmieniających losy świata, Arkona 1995, s. 79.

środa, 25 stycznia 2012

Odcinek 217: Virginia Woolf, 1915 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Poniedziałek, 25 stycznia 1915 roku
Virginia Woolf. Mal. Roger Fry.
Moje urodziny — niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiecki okręt wojenny), i prostokątną paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się Opat — śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek — który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień — ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa. Zdążyliśmy idealnie na bezpośredni pociąg, a ja byłam bardzo szczęśliwa i czytałam szkic ojca o Popie — rzecz dowcipną i błyskotliwą, w której nie ma ani jednego martwego zdania. Naprawdę nie wiem, kiedy miałam tak cudowne urodziny — na pewno nigdy od czasów dzieciństwa. Siedząc nad herbatą, podjęliśmy trzy postanowienia: po pierwsze, żeby wziąć, jeśli to tylko możliwe, Hogarth House; po drugie, kupić prasę drukarską; po trzecie, kupić buldoga, który będzie się prawdopodobnie nazywał John. Jestem bardzo przejęta wszystkimi trzema projektami — a szczególnie prasą drukarską. Dostałam także paczuszkę słodyczy na drogę do domu.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 25-26.

sobota, 20 sierpnia 2011

Odcinek 59: Virginia Woolf, 1920 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Piątek, 20 sierpnia 1920
Virginia Woolf
Pani Dedman zwabiła nas tam, nazywając to pogrzebem w stylu Sussex i obiecując, że żałobnicy będą ubrani w kitle. Ale okazało się, że w całej wsi jest ich tylko sześć, więc porzucono ten zamiar. Pana Staceya spuszczali do grobu pracownicy rolni, z których dwu zdołało w trakcie tej operacji wpaść do grobu. Kitle istnieją jednak, co pani Dedman udowodniła, pokazując nam jeden, należący do jej dziadka — piękny przykład sztuki hafciarskiej, z wzorem właściwym dla Rodmell, odmiennym niż w innych miejscowościach. Cała męska ludność Kingston wyszła z kościoła za trumną; brązowe twarze, białe włosy dobrze widoczne na tle czarnych jak węgiel płaszczy. Księża celebrowali z tak dojmującym smutkiem, że mam poważne wątpliwości, czy teraz czują się już lepiej. Dzień był zimny; na niebie fioletowa burzowa chmura. Nabożeństwo, jak zwykle, chłodne, nieporęczne, trudne do zniesienia. Wszyscy duszą w sobie naturalne uczucia i udają, że biorą udział w tym przedstawieniu, ponieważ inni robią to samo.  Trumna bladoszara, wieńce przyczepione drutami. Nie wiem, czy katolicka formuła jest cieplejsza. Widziałam, jak jeden człowiek w odpowiednim momencie sypnął garstką ziemi. Ale całkowicie nieobecny jest duch ceremonii. Nie jesteśmy w stanie się przejąć. Poza tym niewygoda niedzielnych płaszczy i kapeluszy. Czuję, że niedziela czepia się moich ubrań jak zapach kamfory.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 162-163.