Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wittlin Jerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wittlin Jerzy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2014

Odcinek 975: Jerzy Wittlin, 1983 rok

Z dziennika Jerzego Wittlina

2 marca 1983 roku, PONIEDZIAŁEK 
Billy Wilder i zdobyte przez niego sześć Oscarów.
Jeszcze jeden adres po drodze do Zakopanego. Nowy Targ — miasto rodzinne Billy Wildera, autora Miłości po południu, Garsoniery, najwspanialszego reżysera komediowego,  jakiego  znam,  o niebo przewyższającego Rene Claira i innych klasyków. A przecież ten wielki i uznany amerykański reżyser, którego komedie dzieją się w Paryżu i w Nowym Jorku, w widzeniu świata nie wychodzi właściwie z Nowego Targu, gdzie jego tata miał hotel, i za to go właśnie kocham. Tak jak Konwicki wszystko, co mówi i sądzi, mierzy z perspektywy Nowej Wilejki, ja z perspektywy ulicy Jakuba Strzemię 2 we Lwowie, gdzie Stryjkowski ulokował lekkomyślnie bohaterów swojej  powieści  Czarna  róża,  którzy  nigdy  nie  mogli  tam zamieszkać.
Dom na Jakuba Strzemię 2 był domem rodziny i rodzinnym. Ale w Warszawie mieszkam od roku 1941. Czterdzieści lat, trzy czwarte życia. Walczyłem w Warszawie i o Warszawę w Powstaniu Warszawskim, odbudowywałem to miasto, większość moich zawodowych sukcesów i porażek wiąże się z tym miastem, a jednak nie jest to jeszcze moje miasto, może dopiero będzie miastem mojego wnuka, bo w miasto się wrasta tak, jak drzewo w ziemię, a na  Mazowszu wrasta się w piasek, stąd jednego życia jest za mało, aby wrosnąć. [...]
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 297.

piątek, 8 marca 2013

Odcinek 625: Jerzy Wittlin, 1983 rok

Z dziennika Jerzego Wittlina

8 marca 1983 roku
Sklep mięsny, 29.12.1981 r., fot. Chris Niedenthal.
[...] Przed południem w drodze na kawę wchodzę do sklepu spożywczego po kefir, którego nie dostaję. Na tle pustych półek, kilku bochenków chleba w koszu i trzech kawałków ementalera na ladzie gorąca dyskusja trzech ekspedientek z kasjerką i kierowniczką sklepu: „Jak ten Karenin mógł się na to wszystko godzić?" — nie mogła się nadziwić kasjerka. [...]
Jude Law w roli Aleksego Karenina.
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 346.

czwartek, 24 stycznia 2013

Odcinek 582: Jerzy Wittlin,1983 rok

Z dziennika Jerzego Wittlina

24 stycznia 1983 roku
Księga rekordów Guinnessa, wyd. 1983 r.
[…] Kiedy Natalia Rolleczek napisała, a ja wydałem Drewniany różaniec, książka od razu zdobyła rynek i nakład szedł za nakładem. Zachwycony w pierwszej chwili tak wielkim powodzeniem książki, po jakimś czasie zacząłem wątpić, czy rzeczywiście sukces ten jest autentyczny. Zaczęliśmy dochodzić sprawy i nie wiem do dziś, czy doszliśmy wszystkiego. Fakt jednak pozostaje faktem: książka ta wykupywana była, jak informowała nas sieć księgarska, przez żeńskie klasztory. Ale czy jako lektura uzupełniająca czy też — być może — w jakichś bardziej przyziemnych celach, tego już trudno dociec. Faktem jest, opinia o nas jako o kraju z nieograniczonym zbytem literatury religijnej była za granicą powszechna, i to jeszcze na długo przed wyniesieniem Polaka na stolicę Piotrową. […] Iden­tyfikowanie Polski z religią było dowodem inteligencji wydawców. Gorzej jednak kiedy identyfikowano nas z wódką i kawiorem. Tak jest! Pewien autor angielski zamiast honora­riów prosił o przysłanie wódki i kawioru. Kiedy napisałem mu, że Polska leży nad Wisłą, a nie nad Jenisejem, szalenie zdziwił. Ale to nie koniec angielskich pomysłów. Słyn­ny browar Guinnessa, właściciel praw autorskich na Guinness Book of Records, encyklopedię rekordów — wiszącą w każdym pubie niczym książka telefoniczna i rozstrzyga­jącą w sposób ostateczny, kto z zakładających się piwoszów wygrał zakład, zażądał za udzielenie „Iskrom” praw autorskich na przekład tej encyklopedii na język polski importu przez Polskę 50 000 litrów piwa ,,Guinness”. Jeszcze inny angielski autor zażyczył sobie jako honorarium za przekład jego książki kupienia mu w Polsce i odesłania do Anglii konia wyścigowego. [...]
 Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 125-126.



sobota, 10 marca 2012

Odcinek 262: Jerzy Wittlin, 1983 rok

Z dziennika Jerzego Wittlina 

10 marca 1983 roku
Magdalena Samozwaniec.
[...] Przed laty Gracjanna Miller, którą poznałem w domu Madzi Samozwaniec, zwróciła się do mnie, abym napisał wspomnienie do książki wspomnień o Madzi, przygotowywanej przez Wydawnictwo Literackie. Po zastanowieniu odmówiłem. Nie z niechęci, ale właśnie z sympatii do Madzi. Zbyt wiele czytałem tego typu książek, abym nie potrafił sobie wyobrazić dokładnie ich zawartości. Jak ze wspomnień tych zazwyczaj wynika, ludzie ci nie mieli w ogóle wrogów.  Gdzieś tu  ukryty  jest  okropny fałsz. Napisałbym o Madzi na przykład to, co wczoraj zanotowałem z okazji przyjazdu Kossak-Szczuckiej, i to, że Lilkę traktowała pobłażliwie jako — nie ulegało to dla Madzi nawet  kwestii  —  siostrzyczkę  mniej   utalentowaną,   bo czym są jej poetyckie sukcesy wobec głośnej parodii Mniszkówny napisanej przez Madzię przed wojną: Na ustach grzechu
Napisałbym o Zygmusiu, załatwiającym towarzyską konwersację słowem „bywa, wypowiadanym zawsze niespodziewanie, jak gdyby zza węgła, kiedy w dyskusji jest pauza, tak że właściwie nie wiadomo, czy to „bywa odnosi się do tego, co zostało już powiedziane, czy do tego, co ktoś za chwilę powie. Napisałbym o tym, jak Zygmuś w Krakowie wsadzał Madzię do autobusu jadącego do Zakopanego, a sam dalej jechał autem do Krynicy i jak Madzia tego jeszcze wieczoru telefonowała do Krynicy pytając Zygmusia, czy dojechał szczęśliwie, czy się leczy i czy kuracja mu pomaga. Potem napisałbym o tym, jak w czasie obiadu Madzia przywitała mnie słowami: „Popatrz, Jerzy, jakie Zygmuś ma piekielnie ostre pióro — i wręczyła mi pocztówkę, na której Zygmuś napisał: „Kochana Madziu! Jestem już od trzech dni w Krynicy, biorę kurację, gówno mi to pomaga, przyjeżdżam więc do Zakopanego. A nazajutrz po przyjeździe Zygmusia, o tym jak w „Kmicicu Lolek Bielicki pod nieobecność Zygmusia powiedział do Madzi: „Madziu, co wyście tam w nocy wyprawiali? Cała «Halama» się trzęsła! Elis dodała: „Całe szczęście, że to jest przedwojenne budownictwo, a tak by się pensjonat rozleciał! Na co Madzia: „Tylko ja cię proszę, Lolek, nie powtarzaj tego przy Zygmusiu, bo Zygmuś się zniechęci. [...]
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 352-353.

wtorek, 31 stycznia 2012

Odcinek 223: Jerzy Wittlin, 1983 rok

Z dziennika Jerzego Wittlina 

31 stycznia 1983 roku
Jan Himilsbach.
Himilsbach. Oddaje go najzabawniej popularna w środowisku anegdota: Na jakimś Zjeździe Literatów Himilsbach dostał wspólny pokój z Jastrunem. Himilsbach wchodzi do pokoju i widzi, jak przed lustrem Jastrun gładzi swoją wspaniałą mickiewiczowską fryzurę. „Dzień dobry — mówi zachrypniętym z lekka głosem. — Nazywam się Jan Himilsbach. Umowa stoi: szczamy do umywalki!”
Himilsbach nie bawi się w ceregiele, nazywa sprawy po imieniu, jest spontaniczny i za to kochany. Elis opowiadała, jak na jej oczach Himilsbach nie doszedłszy do porozumienia z jednym z panów stoczył z nim w kawiarni Związku krótką walkę, po czym skoczył na kolana Herze i wpił się jej w usta. Nazajutrz zgorszona tym widokiem Elis powiedziała do Hery, że nie był to dla niej budujący widok, i to nie tak dawno po śmierci jej męża. „No cóż mam zrobić — odpowiedziała Hera — skoro się jemu podobam?”
Himilsbach, podobnie jak Franc Fiszer przed wojną, a po wojnie Andrzej Dobosz, jest postacią żywiącą mit środowiska, dodającą mu jakiegoś oryginalnego koloru, pieprzu. Z wykształcenia kamieniarz, z upodobań utalentowany pisarz i aktor, razem ze zmarłym Zdzisławem Maklakiewiczem stworzyli parę, która jak żadna inna para aktorska trafiała ,,in medias res”.
Z Kabatcem, kiedy szefował on komisji zagranicznej, a ja byłem jego zastępcą, siedzieliśmy w gabinecie prezesa Związku. Nagle przez szklane drzwi wsuwa się głowa Himilsbacha. „Gieniek — mówi Himilsbach a może ty byś mnie raz kiedyś gdzieś posłał!?” „A gdzie byś ty chciał jechać, Jasiu?” „No może gdzieś na Zachód” — odpowiada Himilsbach. ,,A byłeś już, Jasiu, na Zachodzie?” „Najdalej to byłem na Dworcu Ochota. Tam sprzedają bardzo dobre parówki”.
Kiedy wychodziłem, przed bramą stał Himilsbach, aby zainkasować należne mu za występ honorarium. „Pożycz sto złotych” — mówi. Pożyczyłem. Odchodząc myślę z satysfakcją, że to wcale nie drogo. Za gorsze występy płaciłem już nieraz o wiele więcej.
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 169-170.

wtorek, 24 stycznia 2012

Odcinek 216: Jerzy Wittlin, 1983 rok

Dziennik Jerzego Wittlina 

24 stycznia 1983 roku
Okładka Playboya, luty 1968 roku.
[...] Wracam do pornografii, w ilościach homeopatycznych przywożonej na Międzynarodowe Targi Książki do Warszawy. Trzymana w gablotach, pod szkłem, znikała nie później niż kilka godzin po wystawieniu, wynoszona prawdopodobnie   przez tych,   którzy  mieli jej  pilnować. Obfite  żniwo tej  literatury zbierają  celnicy na  granicy. A ponieważ nikt ze strachu nie domaga się od nich pokwitowania za te książki, broszury i pisma, trafiały one do obiegu między ludzi z „kół urzędowych”. Ludzie za tą lekturą tęsknią. I w tej dziedzinie byt kształtuje świadomość. Przywiezienie „świerszczyka” (jak się to popularnie nazywa) szefowi leży w dobrym tonie, i jeśli tylko „świerszczyki” te szefa wciągają, stanowią dla ofiarodawcy dobrą zapowiedź następnego wyjazdu!
W kiosku pełnym „świerszczyków” na bulwarze Clichy, w Paryżu, na rogu jednej z przecznic idących pod górę w stronę Sacré-Cœur, w kłębiącym. się tłumie sami Polacy i obywatele z krajów z nami zaprzyjaźnionych, sklepy prowadzone przez rodaków, którzy wyjechali niegdyś z kraju serdecznie zachęcani do tego przez władze, W Wiedniu przy Südbahnhofie, w Kopenhadze nie opodal portu, w Hamburgu (słynny Moszkowicz) obok tekstyliów, butów i zapalniczek trzymają szeroki asortyment tych właśnie męskich zabawek i lektur. Jest na to zbyt, więc trzymają: ołówki ze striptizem i przeźroczami jak żywymi. Ołówki, z których wyciągnąć można z boku bogato zdobiony pornofotografiami notatnik telefoniczny, książki i albumiki porno, nie mówiąc już o rozmaitych kremach, hiszpańskiej muszce i pigułkach na potencję, rzęsach z bawolego oka, prezerwatywach z fantazyjnie pomyślanymi rajcerami itd. — wszystko na sprzedaż! Do kraju, w którym przeźrocza w długopisie przedstawiają jedynie cztery konterfekty z obozu śmierci w Oświęcimiu... Nie, to nie żaden żart. Mam taki długopis w swojej szufladzie, wyprodukowany najpewniej przez jakiegoś miejscowego remiechę! „Souvenir de Auschwitz!”.
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 124-125.

piątek, 30 grudnia 2011

Odcinek 191: Jerzy Wittlin, 1982 rok

Dziennik Jerzego Wittlina 

30 grudnia 1982 roku, wtorek
Okładka powieści
Krystyny Nepomuckiej.
[...] „Cnotę straciłam o piątej rano — tak zaczęła swoją książkę Małżeństwo niedoskonałe wychodźczyni z PAX-u, Krystyna Nepomucka. Pani o wyglądzie angielskiej guwernantki z powieści dla dziewcząt w swoim debiucie opisała dzieje nieudanego małżeństwa z Busiem. Książka jak książka. Kiedy jednak się ukazała, nikt nie mówił: Czy czytałeś już Małżeństwo niedoskonałe?, ale właśnie: czy czytałeś „Cnotę straciłam o piątej rano...? Pierwsze zdanie to szalenie ważna rzecz. Józef Ignacy Kraszewski zaczął którąś ze swoich powieści zdaniem: Był późny wieczór... i nie mógł mimo najlepszej woli nawet słowa napisać więcej. Skreślił więc to zdanie, napisał „Był świt i... pojechał kolejne 400 stron. (W Cieszynie oglądałem pełny regał twórczości Kraszewskiego. 500 woluminów! I Kraszewski jeszcze miał czas redagować gazetę i w więzieniu siedzieć!) Reportażyści lat pięćdziesiątych zaczynali zazwyczaj zdaniem: „Pociąg ruszył z miejsca. Koła stukały miarowo... zapaliłem papierosa... i dalej była fabryka albo PGR, pełna poświęcenia kobieta i mężczyzna, nasz towarzysz oraz wróg klasowy.
Więc cnota stracona o piątej rano była odkryciem, czymś nowym, nieznanym, poszerzającym granice wyobraźni, jeśli nie czymś wręcz zuchwałym. [...]
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 45.