Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilk Mariusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilk Mariusz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2014

Odcinek 967: Mariusz Wilk, 2004 rok

Z dziennika Mariusza Wilka

22 lutego 2004 roku
Yasunari Kawabata.
Śnieżne więzienie, w którym siedzimy od dłuższego czasu, bo drogi tak i nie czyszczą, przypomniało mi Krainę śniegu Yasunari Kawabaty, wspaniałą powieść japońskiego laureata Nagrody Nobla z 1968 roku. Pierwszy raz czytałem ją bodaj ze trzydzieści lat temu, lecz do dziś pamiętam swój zachwyt. Zwłaszcza utkwiło mi w pamięci tkanie krepy. Kobiety w tej krainie, odciętej zimą przez śniegi od świata, całymi dniami tkały białą krepę z lnu. Tkać zaczynały pod koniec października, ledwie wypadał pierwszy puch, a kończyły w połowie lutego odbielaniem gotowej tkaniny, którą rozścielały na polach i ogrodach pokrytych błękitnawym od słońca wiosennym firnem. Już w starych księgach pisano, że tkań istnieje, bo istnieje śnieg. Dlatego śnieg nazywali ojcem tkaniny. Odbielać należało tak, aby lniana krepa sprawiała wrażenie utkanej z przędzy śnieżnej. Len tkany podczas mrozu dobrze chłodzi w letni skwar i przyjemnie dotyka ciała. Koniec odbielania krepy w Krainie śniegu oznaczał początek wiosny. Korzystając teraz ze śnieżnego zamknięcia, sięgnąłem po inne dzieła japońskiego mistrza w znakomitych rosyjskich przekładach. Przeczytałem Tancerkę z Izu, Starą stolicę i Tysiąc żurawi (powieść osnutą na chado, czyli Drodze Herbaty), Śpiące piękności i Głos góry, miniatury z cyklu Opowiadania wielkości dłoni i eseje, w których Kawabata cyzelował dawne japońskie zuihitsu („śladem pędzla"), gatunek prozy literackiej stworzony w epoce Heian (tysiąc lat temu!). W miarę czytania zauważyłem, że im głębiej wchodzę w subtelną prozę Kawabaty, tym bliższy mi się staje jego świat (i sedno tego świata, które leży poza słowami...), aż raptem mnie olśniło, że w gruncie rzeczy mówimy o tym samym. Nareszcie znalazłem pisarza, który w swojej sztuce oddał ducha Północy. Ktoś żachnie się: co ma Japończyk do ruskiej Północy? Czy mało jest rosyjskich pisarzy? Wtrącę więc, że Północ i Rosja to różne pojęcia, chociaż w niektórych miejscach ich zakresy mogą się pokrywać. Ruscy pojawili się na Północy stosunkowo niedawno i z moich obserwacji wynika, że skoro stąd znikną, tak jak wcześniej poznikały stąd plemiona Saamów czy Czudów, natomiast Północ jako przestrzeń (pusty, rozległy obszar) była tu jeszcze przed lodowcem. Nieraz podkreślałem, że żyjąc od wielu lat na Północy, zamieszkuję w Rosji mniej więcej o tyle, o ile mieszkał w niej ktoś, kto w XIX wieku żył, dajmy na to, w Kaliszu. Po tym wtręcie wracam do Kawabaty.Przede wszystkim to kwestia podobnych klimatów, a co za tym idzie, szczególnej wrażliwości na zjawiska atmosferyczne. Życie na Wyspach Japońskich, w rejonie częstych tsunami i drgań ziemi, wymaga wzmożonej uwagi na zachowanie ptaków, pomruk wiatru, barwę nieba, formę fali... Podobnież na Północy, gdzie raptowna śnieżyca, długi mróz bądź głuchy łoskot lodu mogą decydować o życiu albo śmierci. Człowiek staje się czujny w takich warunkach. Czuje pod sobą bezdnę.[...] 
Mariusz Wilk, Dom nad Oniego, Noir sur Blanc 2006, s.  152-154.

czwartek, 19 września 2013

Odcinek 811: Mariusz Wilk, 2003 rok



Z dziennika Mariusza Wilka

19 września 2003 roku
Babie lato w Zaonieżu — jak u Nikołaja Klujewa — złotem tka wrześniowe dni. Skraj boru zdaje się kruchtą, w której sosny, rozmodlone, sączą żywiczne aromaty. Nocami nad naszą czasownią Mars czerwono się jarzy.
W lesie grzybów istne zatrzęsienie — prawdziwki, koźlarze, opieńki, mleczaje, czarne i białe chruszcze... — najstarsi Zaonieżanie nie pamiętają takiego urodzaju. Zbieramy grzyby całymi łodziami, tak, tak — bo grzyby szczególnie obficie wysypują się na wyspach, a i zwozić je na łodziach lżej, niż w rękach dźwigać. Potem Natalia czyści je, sortuje, suszy, gotuje, marynuje, kisi, soli, dusi. Cały dom przesiąkł zapachem grzybów i zalewy octowej do marynaty. Na śniadanie zupa grzybowa z prawdziwków, na obiad kartofle i koźlarze czerwone w śmietanie, a na kolację opieńki z rusztu.
Starzyła wspominają, że Mars tak się jarzył na wojnę.
 Mariusz Wilk, Dom nad Oniego, Noir sur Blanc 2006, s. 21-22.

piątek, 26 lipca 2013

Odcinek 756: Mariusz Wilk, 2004 rok

Z dziennika Mariusza Wilka

26 lipca 2004 roku

Oniego.
 Niektórzy z nich to istni mistrzowie sztuki ogrodniczej, na przykład Żenia i Lida Pieczuginowie. Widuję ich całymi dniami przez boczne okna mojej pracowni, niejako więc śledzę ich widzeniem peryferyjnym, skupiając wzrok na ekranie komputera. Może dlatego ich sposób poruszania się po ogrodzie ma dla mnie coś niecoś z magii i trochę z tai chi.
Oboje są na emeryturze i do Kondy przyjeżdżają wczesną wiosną, ledwie ziemia zaczyna tajać, a wyjeżdżają późną jesienią po zbiorze urodzaju. Żenia zajeżdża z Pietią — byłym zięciem, który stał mu się bliższy niż rodzona córka — miesiąc wcześniej. Zwykle w połowie kwietnia. Parę dni piją na umór, dopóki starcza im kasy wydzielonej przez Lidę, potem remontują szklarnię i skrzynie inspektowe, naprawiają parkan i łódkę, stawiają sieci na szczukę, która w tym czasie idzie na tarło (szczupacza ikra... ach, paluszki lizać), około 1 Maja część szczuki sprzedają i piją do Dnia Zwycięstwa, po czym się biorą do kopania ogrodu. Lida w tym czasie gotuje flance w Pietrozawodsku. Kiedy ogród jest już skopany, Żenia z Pietią sprzątają izbę, wywożą do skupu puste butelki i robią za nie ostatnią balangę, rano się golą, Pietia coś spichci i Żenia jedzie po Lidę i flance. Od przyjazdu Żeni z Lidą w ogrodzie u Pieczuginów zaczynają się ogrodnicze misteria.
Od rana do wieczora przesuwają się — w moich oknach — tam i nazad w zwolnionym tempie. Sadzą, milcząc, milczą, pieląc. To okopują, to przerzedzają w skupieniu. Czasami Żenia, chudy jak wahadło, przysiada na progu inspektu i popala biełomora, jakby składał ofiarę z dymu, po czym się pokłania, podnosi i powraca do przerwanego rytmu. Czasami Lida w pół kroku przystaje i szepcząc coś do siebie, przesypuje w dłoni siemię maku, nasiona fasoli lub bób, jakby różaniec przebierała, po czym je ciska, gestem żercy, z rozmachem w ziemię i podejmuje krok. Mam wrażenie, gdy tak zastygają w bezruchu, że to nie oni uprawiają ogród, jeno ogród uprawia ich.
W tym misterium każdy zna swoją rolę i swoje miejsce — bez słów! Pietia, dla przykładu, wypełnia drugorzędne posługi, to kosę ostrzy, to gnój z mleczem miesza, to chwasty pali. A wieczorami podlewają, podlewają, podlewają bez końca.
Nie dziw przeto, że rośnie u nich nad podziw. Głąby kapusty na trzy wieńce bani. Kalafiory do wiadra nie wchodzą. Buraki same z ziemi wyłażą, sokiem nabuzowane. O marchwi lepiej nie mówić, bo sprośne rodzą się skojarzenia. A jak mówisz o ogórkach i kabaczkach, to aby trafniej się wyrazić, zgrubiałych wyrazów używaj, typu — kabaki i ogóry. Koper, szczypior i pietruszka tworzą dżunglę — zaprawdę. Ryży Se-too wygląda w niej jak tygrys zaisty. Szpinak można wziąć za rzewień. Pomidory jak balony, chwilami zdaje się, że się zerwą i ulecą do nieba. Truskawki i poziomki kraśnieją niczym dziewki i aż się proszą o zdjęcie. A kartoszka... Kartoszka obsypała się właśnie białym i liliowym kwieciem.
Wszystko to rośnie na szungitowej glebie (o szungicie innym razem napiszę) podkarmianej dwa razy w roku gnojówką z końskiego nawozu i sfermentowanego mlecza, którą się wystaje niczym ormiański koniak — bez grama chemii. Żadnych pestycydów, żadnych jadów. To naturalna, zdrowa żywność w pełnym tego słowa znaczeniu.
Słowem — nieźle tu żywiemy. 
Mariusz Wilk, Dom nad Oniego, Noir sur Blanc 2006, s. 97-98.