Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilczyńska Stefania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilczyńska Stefania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lutego 2012

Odcinek 251: Stefania Wilczyńska, 1936 rok

Korespondencja Stefanii Wilczyńskiej z kibucu Ein Harod w Palestynie
Stefania Wilczyńska (1886-1942) była współpracowniczką Janusza  Korczaka, wspólnie z nimi tworzyła i prowadziła Dom Sierot. Ze swoich pobytów w Palestynie przesyłała korespondencje do "Małego Przeglądu", pisma dla dzieci założonego przez Janusza Korczaka. Zginęła wraz z dziećmi i Korczakiem w obozie zagłady w Treblince. Fundacja im. prof. Mojżesza Schorra zachęca do poświęcenia tegorocznego Dnia Kobiet Stefanii Wilczyńskiej.
„Mały Przegląd”, 28 lutego 1936 roku
Słyszeliście kiedyś, jak się mówi:
Stefania Wilczyńska w Palestynie, 1938 r.
– Wynoś mi się stąd, gdzie pieprz rośnie!
To znaczy „zejdź mi z oczu, umykaj jak najdalej”.
Właśnie jestem bardzo daleko i jadłam wczoraj na obiad pieprz nadziewany. Do ogórka podobny.
Więc właśnie tak daleko, że wiele rzeczy wygląda inaczej niż u nas. Np. byłam z dziećmi na wystawie obrazów, malowanych przez kilku robotników po pracy. To było w sąsiedniej wsi. Ten robotnik nam tłumaczył, nie, właściwie nie tłumaczył, a pytał, co ten obraz wyobraża, co na nim widzę. Np. były rysunki różnych rąk, spracowanych takich, zmęczonych. A na jednym obrazie pola znane z okolicy i kawałek nieba. Robotnik zapytał:
– Jaką tu porę widzicie?
Ktoś odpowiedział:
– Wiosna.
A on:
– Przyjrzyj się, jak tu zielono, jak rośnie, jak rozkwita – toż to zima.
Aha, zielono – znaczy tu zima. I pomyślałam, czy się teraz ślizgacie, czy biało tam jest u was od śniegu, czy czarno od błota.
I z pracą też inaczej. Z wagonu na jednej stacji w gorący dzień piach na furę sypano. Młody spieszył się bardzo i tylko mu łopata w rękach migała. Nowy pracownik. A stary do niego: „Nie spiesz się, mamy jeszcze dużo dzisiaj roboty”. A tak, jak dużo roboty, to lepiej wolno, żeby sił starczyło.
Tu wiele ludzi tak pięknie pracuje. Niby powoli, nie widać, spokojnie, bez pośpiechu, a ile zdążą! To są doświadczeni pracownicy. U nas pani Zalewska [żona dozorcy Domu Sierot] tak pracuje. Tacy znają zmęczenie ostatniej godziny pracy, znają swoje siły i siłę słońca. Nie tak jak Aron lub Abram, którzy w piłkę grają bez zastanowienia, kopią doły bez odpoczynku lub noszą na raz za ciężkie na ich siły szczapy drzewa. I muszą prędko przestać, zadyszani, spoceni, czerwoni jak buraki.
Ale co najdziwniejsze tu dla mnie, że nie ma głupiej mody obrażania się. Wyobraźcie sobie: nie obrażają się, nawet dziewczynki dwunasto-, czternastoletnie. O chłopakach to już nie mówię, bo oni i u nas nie bawią się w takie głupstwa.
Wydaję tu w szkole podwieczorki: mleko i chleb z powidłami z winogron. Do 14.30 ma być wszystko skończone, bo dzwonek na zajęcia poobiednie. A tu się zjawia czternastoletnia Rut albo jej koleżanka Nomi, spóźniona o całą godzinę. Jak to się tam u nas nazywa: arystokracja – wyjątki – starsze – VII oddział. Ale ja bez litości. Spóźniłaś się – nie dostaniesz. A na drugi dzień przychodzą wcześnie, uśmiechnięte, jak gdyby nigdy nic. I tak jest bardzo często; pozłoszczą się chwilę, pogniewają, ale króciutko.
Tu mnie nazywają zwyczajnie: Stefa. Wszyscy ze wszystkimi na „ty”. Taki już język i zwyczaj. Pierwszy raz kogoś zobaczysz i już na „ty”. Młodzi i starzy, dalecy i bliscy – wszyscy „ty” i po imieniu.
Nie dostałam odpowiedzi, więc nie wiem, czy was zaciekawiło, co napisałam o pszczołach i krowach, a chcę wam trochę o tutejszych kurach opowiedzieć. Jedna z robotnic, która pracuje w kurnikach od sześciu lat, wita się rano z kurami. Mówi, że jeden nowy kogut był taki złośnik i dziobnął ją tak mocno, aż noga bolała. Ale tak codziennie dobrocią przyzwyczaił się i uspokoił. Niektóre koguty stawiaki takie – im który grzebień ma ładniejszy. A bardziej leniwe niż kury. Nawet im nie chce się w piasku piór oczyścić i brudasy większe. Jak niektóre chłopaki.
Tu jest kilka ulic tych kurników. Widne, jasne domki. Kury jedzą tylko, kiedy widno, a ludzie chcą, żeby jak najwięcej jadły, bo wtedy dużo jajek znoszą. A w zimie dzień krótki, to na dwie godziny, nim się rozwidni, zapala się elektryczność w kurnikach, żeby myślały, że już dzień. I dostają bardzo pożywne jedzenie, i tran także. Różne kasze i chleb rozmoczony, i makuchy, i zsiadłe mleko. A w lecie jarzyny różne, żeby nie odczuwały tak bardzo pragnienia, bo upały. [...]
Kiedy tak stali malcy obok kurnika, gdzie pełno było kurcząt, które dopiero wylęgły się z jajek, powiedziała pani Fejga do Gidona z II oddziału:
– Patrz, kurczęta żyją dopiero dwa dni, a już same jedzą, nie trzeba ich wołać ani przypominać.
A Gidon na to:
– Żebym ja mógł jeść, kiedy chcę i ile chcę, to by też tak było.
A trzeba wam wiedzieć, że Gidon ma siedem lat, bo tu do pierwszego oddziału idzie się, jak się ma sześć lat – że ten Gidon bardzo często spóźnia się na posiłki i do szkoły, bo jest bardzo zajęty na dworze i dzwonka nie słyszy. Znacie takich Gidonów w swojej gromadzie, tylko że tu doprawdy trudno dzwonek usłyszeć, jeszcze trudniej niż na wsi.
Pozdrowienia dla wszystkich
Stefa W.
[...]
Cyt. za: http://izrael.org.il/historia/539-listy-stefanii-wilczyskiej-z-palestyny.html