Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weyssenhoff Józef. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weyssenhoff Józef. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 lipca 2014

Odcinek 1098: Józef Weyssenhoff, 1885 rok

List Józefa Weyssenhoffa do Konstantego M. Górskiego

Warszawa, dn. 3 lipca [18]85 roku

Józef Weyssenhoff z narzeczoną. Aleksandrą Blochówną.
Szwajcaria, 1885 rok.
Drogi mój Kociu!
Uprzedziłeś mię - jesteś poczciwy i szczery przyjaciel - nie gniewaj się na mnie - nie miałem chwili czasu - teraz  przepraszam i piszę - a przede wszystkim skrócam ten wstęp - dlaczego? - zrozumiesz. Pewno Ci już ciocia o oświadczynach,  o zaręczynach, o  projekcie ślubu w październiku mówiła, ja nie faktem, lecz uczuciem z Tobą się pragnę podzielić.
Kiedym jej powiedział, że ją kocham, odpowiedziała tylko, że kocha mię od dawna, odpowiedziała stanowczo, tak że czułem, jak dusza jej w moją się całą przelewa - i nic mi zrazu nie powiedziała więcej, tylko zachwiała się i oparła się mocno na moim ręku. Po chwili, której nigdy nie zapomnę, a w której słów jednak nie pamiętam prawie, dodała: „Vous m'avez fait beaucoup souffrir cet hiver" [Bardzo   cierpiałam  tej   zimy  przez  pana], a kiedy ja, szczęśliwy, zacząłem przepraszać, odrzekła: „Je n'ai rien a Vous pardonner - je suis si heureuse - je n'ai qu'a remercier Dieu de Vous avoir ramene a moi" [Nie mam panu nic do wybaczenia - jestem taka szczęśliwa - mogę tylko dziękować Bogu, że wrócił mi pana] - poszła się pomodlić do swego pokoju.
Zakochani, mal. William Powell Frith, 1855 r.
 Było to w Grotach, willi pod Warszawą, w noc księżycową, w ogrodzie, pod szpalerem lip - „Szliśmy gęstym szpalerem" - co za blade uczucie, a raczej, jakie dziecinne, przywiązanie nie tyle do tamtej osoby, ile do lip litewskich i gwiazdek małych i marzeń młodych! Jak dzisiaj czuję inaczej, jak kocham, jak mało mam wyrazów! Wszystko, co piękne, święte i kochane w niej jest; nie zawiodłem się na żadnymi uderzeniu jej serca, na żadnej myśli ani słowie. Czuję, żem ją kochać powinien, żem znalazł od Boga mi przeznaczoną drugą połowę mego serca, mego życia. Wszystko, com kiedy czuł szlachetnie, com kiedy o miłości przewidywał, słyszał, com o szczęściu marzył, czuję w sobie, w niej, w naszej wspólnej duszy. Przeistoczyłem się, odrodziłem, zapomniałem się. Ty mnie zrozumiesz, mój drogi! — nie ze słów, których mi tak brak okropnie, ale z dźwięku ogólnego mojego wyznania. Ciebie tylko teraz bym chciał widzieć, Tobie się wyspowiadać tym starym sercem, które kiedyś tak Ci było otwartym i zrozumiałym.
Poszedłem do kościoła i spowiadałem się w dzień oświadczyn — Bóg mi ją oddał w serce i w ręce i dał mi uczuć wartość tego skarbu.
Mój drogi — nie będę Ci dzisiaj ani o szczegółach, ani o projektach, ani o sądach innych ludzi o niej i o mnie pisał. Musimy się spotkać, mój Kociu, jeszcze przed moim ślubem. Teraz możemy z sobą mówić — pewno żadna fałszywa struna nie zamiesza harmonii w wymianie naszych uczuć, myśli, wspomnień. Za tydzień wyjeżdża moja narzeczona z rodzicami do Szwajcarii; ja później — może dopiero za miesiąc. Jeżeli Ty przedtem nie będziesz w kraju, ja do Ciebie wstąpię. Ale wolałbym z Tobą tutaj się potkać. Zrób to dla
mnie, jeżeli możesz.
Ściskam Cię, mój drogi, jak brat, co teraz dopiero z długiej i błędnej wrócił podróży. Ty ją zapewne jak brat siostrę kochać będziesz.

Twój Józef

Konstanty M. Górski, Józef Weyssenhoff, Z młodych lat: Listy i wspomnienia, oprac. Irena Szypowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1985, s. 269-271.

niedziela, 9 marca 2014

Odcinek 982: Józef Weyssenhoff, 1879 rok

List Józefa Weyssenhoffa do Konstantego M. Górskiego

[Warszawa,] dn. 9 marca 1879 r.

"Ujrzałem raz" - scena przy fortepianie,
mal. Leon Wyczółkowski, 1884 r.
Kochany Kociu!
Śmiesznym by było, żebyśmy sobie życzyli w jakieś uprzywilejowane dni roku; więc choć nie zapominam o jedenastym marca, życzę Ci tylko tak dobrze, jak zawsze.
Ale co to się z Tobą stało, człowieku? Czy się boisz zadżumienia przez moje listy, że nie odpowiadasz na nie ani słowem od miesiąca? Pociesz się wieścią, że nie tylko w Warszawie, ale w Astrachaniu nawet o dżumie nie słychać już od dni kilkunastu.
Mam Ci wiele głupstw do napisania. Zaczynam od najkapitalniejszego. Kazałem Ci kiedyś wyobrażać sobie, że się ktoś we mnie kocha. Rzeczywiście coraz bardziej zaczynam o to podejrzewać pewną panienkę z kowieńskiej doliny. Wystaw sobie, że wczoraj na wieczorze u jej rodziców kazała mi wejść ukradkiem do swego pokoju! A żebym liczył wszystkie spojrzenia, a uściśnienia ręki przy witaniu się i żegnaniu, a predylekcje okazywane mi w czasie gier, którymiśmy zastępowali karnawałowe tańce! O słabości ludzka! Napisałem jej powinszowanie na wczorajszą uroczystość imienin.
Brzmi ono tak:
Gdybym Ci bukiet sztucznie uwiązany
Oddał z uśmiechem i grzecznymi słowy
Uśmiech na usta wywołał udany,
I po francuski komplement do głowy
Zaszedł? — ha! może tak — by wypadało...
Ja tak nie umiem; dla Ciebie — to mało.
Wiem, że nie lubisz sztucznie rozwiniętych
Kwiatów, cieplarni szybami wygrzanych,
Ni powinszowań stokroć powtarzanych
I powtarzaniem tym codziennym — świętych...
Lecz może lubisz duszy, serca dźwięki
W rozmiar najprostszej złożone piosenki?
Ja bym Ci śpiewał tak barwnie, tak długo,
By rozkołysać Cię snem pieśni cudnym,
By poprowadzić Cię tęczową smugą
Po świecie pięknym, sennym i ułudnym.
Może byś marząc długo, bezprzytomnie,
Zbudzona wreszcie — pomyślała o mnie.
Co ja winien, że nie mogę na zimno winszować? Oddałem jej to z zastrzeżeniem, aby spaliła po przeczytaniu. Przyrzekła, choć ja nie bardzo wierzę w panieńskie obietnice. Piszę Ci to w towarzystwie Wasiutyńskiego, który „piękną Litewkę" zobaczywszy u nas 3 razy, śmiertelnie jest w niej zakochany. Ona niby sobie śmieje się z niego, ale ten marzyciel bynajmniej nie jest tym zbity z pantałyku. Dopisze Ci on tutaj kilka słów wedle tego interesu. 
Natumanił, nałgał szelma, a o sobie zmilczał. Co się tyczy powinszowania, nie może mnie za to zgromić, bo sam bestia po angielsku wyciął dytyramb (notabene: wyciął rozumie się z cudzych jakichś wierszydeł). No, dość na dzisiaj, ściskam Cię, mój drogi; a listu ani mi się waż oprawiać: ukryj go głęboko, albo lepiej jeszcze — spal.
Twój brat
J.E.W. 
PS Uściski, ukłony itd. przyjm od wszystkich naszych.
Konstanty M. Górski, Józef Weyssenhoff, Z młodych lat: Listy i wspomnienia, oprac. Irena Szypowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1985, s. 221-223.

wtorek, 21 stycznia 2014

Odcinek 935: Józef Weyssenhoff, 1878 rok

List Józefa Weyssenhoffa do Konstantego M. Górskiego

Warszawa, dn. 21 stycznia 1878 roku
Panna młoda, ilustracja z 1878 r.
Kochany Kociu!
Nie odpowiadając Ci tym razem na pytania zawarte w Twym liście, opowiem Ci to, co niedawno widziałem i co na mnie silne wywarło wrażenie; nie będziesz może w stanie zrozumieć, co czułem, bo Ci sam tego dokładnie opowiedzieć ani przedstawić nie potrafię:
Oto, parę dni temu, dowiaduję się, że jeden z moich litewskich znajomych żeni się z panną X. Ślub u Karmelitów. Lecę ja tedy na złamanie karku do Karmelitów i czekam. Schodzą się zaproszeni i nie proszeni — między innymi stary Odyniec, bez którego żadna uroczystość odbyć się nie może. Czekam — widzę występują litewscy znajomi, wszyscy ci, których widziałem na balu w Wejkutanach... a brak tylko jednej postaci. Zbliża się nareszcie para szczęśliwych do ołtarza. Jak kiedyś z upojeniem — spojrzałem — zadrżałem — to Ona! — tak, teraz odetchnąłem — nie, to nie Ona! Stałem z boku i widziałem nie widziany — nie chciałem zbliżać się do tych, którzy mieli do myślenia o kim innym jak o mnie... Wróciłem do domu i wziąwszy książkę, latałem myślą do „tych pól malowanych zbożem rozmaitem, do tych łąk zielonych, gdzie się włóczyłem z fuzją na ramieniu, do tych serc przyjacielskich i gorących, do domku wejkutańskiego, do szpalerów tamtejszego ogrodu, i tak marzącemu wpadło pióro w rękę i napisałem prozą o snach moich, bo nie chciałem trafiać na końcówki. Nie skończone to jeszcze i niepewne; nie posyłam Ci więc tych kartek, ale, jeżeli skończę, poślę. Taką więc masz odpowiedź na pytanie, czy Muza moja próżnuje. O nie! prosi się owszem, abym jej wezwał, ale ja czekam i piszę rzadko. Już bardzo późno — a chciałem Ci wieczorem opowiedzieć o tym, co poprzedza. Dobranoc Ci, jutro rano list skończę.
Emilia Chiomi.
Rano
Rano — przez noc snuły mi się po głowie sny dziwaczne zamiast wieszczych. Nie będę Ci więc o nich opowiadając, głowy zawracał. Powiem Ci raczej, co się dzieje na ziemi, nie w eterze. Oto śpiewa tutaj już od paru tygodni angielsko-włoska panna Chiomi; chcąc ją usłyszeć, trzeba pójść do teatru, chcąc pójść do teatru — trzeba mieć pieniądze; gdy się nie ma pieniędzy, trzeba mieć łaskawych krewnych lub znajomych. Ci ostatni zabrali mię z sobą do teatru i to do loży pierwszego piętra z gabinetem.
Chiomi wcale zgrabna i ładna, dobra aktorka, śpiewaczka nie znakomita, ale głosik miły, dźwięczny i świeży. Widziałem ją we Violetcie Verdiego.
Miałem zaszczyt siedzieć obok loży Maurycego Potockiego i słyszeć jego wszystkie obserwacje, tyczące się gry i postaci śpiewaczki. Żeby Ci dać wyobrażenie, jaki to błazen z tego Maurycego, powiem Ci o nim anegdotkę, którą niedawno słyszałem i która ubawiła mię bardzo.
Oto razu pewnego pan Maurycy uznał za stosowne upić się jak bela. Że wino działa „przewracająco na organizm człowieka, zatem pan Potocki, zjechawszy jako tako ze schodów przy pomocy poręczy, wyszedłszy na ulicę i nie znalazłszy już tam płotu, którego by mógł się jak pijany trzymać — rymnął w rynsztok. Jeden z kompanów, który nie opodal starał się na próżno iść prostą drogą, ale jednak miał dość charakteru w nogach, aby się nie przewrócić, czyni uwagę: „Jak się nie wstydzisz, aby Potocki tak w rynsztoku leżał? — Wtedy Maurycy, którego ze wszystkich zmysłów najpóźniej opuszcza dowcip, odpowiada: „Czyż nie wiesz, że nie miejsce zdobi człowieka, ale człowiek zdobi miejsce? Wybornie. Ale cóż Ci opowiadam jakieś anegdoty mało Cię obchodzące, a mogące tylko na chwilę wywołać uśmiech. Odczytałem właśnie tylko co list mój od początku i widzę, że to, co pisane wieczorem, sens ma jaki taki, a to, co teraz nagryzmoliłem — błazeństwo. Zabawnie Ci się wyda: jedna połowa listu o tym, co najdroższe, a druga o tym, co śmieszne i pogardy godne, bo o panu Maurycym. Ale — a propos, przypomniałem sobie zaraz po Twoim z Woli wyjeździe, że nie pokazałem Ci ani razu fotografii panny Anny, którą ciągle w tece mojej miałem. Dziwne doprawdy i brzydkie zapomnienie. Ale tak się to dzieje; czasem nagromadzenie zajęć, myśli zupełnie różnych od wspomnień litewskich pokrywa te ostatnie lekką mgłą zapomnienia, ale dość snu jednego, aby tę zasłonę stargał, a cóż dopiero, gdy przyjdzie takie wrażenie, jak to, którego onegdaj doznałem u Karmelitów. Napisałem niedawno do Salmonowicza, chcąc się czegoś dowiedzieć o Niej; czekam odpowiedzi z niecierpliwością. [...]
Napisz mi, ile listów ode mnie odebrałeś po naszym ostatnim widzeniu się. Życzę Ci, aby Ci Twoje zamiary szkolne udały się, ale na to nie trzeba „psuć się, jak mówi p. Kniaziołucki, a pracować. Tymczasem bądź zdrów i żegnaj aż do przyszłego listu. Od nas wszystkich serdeczne uściski; Melunia osobno podaje Ci rączkę, bo całować — nie wolno.

Twój
J.E. Weyssenhoff
Konstanty M. Górski, Józef Weyssenhoff, Z młodych lat: Listy i wspomnienia, oprac. Irena Szypowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1985, s. 154-157.