Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowiczowa Zofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowiczowa Zofia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

Odcinek 1039: Zofia Wańkowiczowa, 1940 rok

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

5 maja 1940 roku
Kochany – dostałam dziś Twój list z 19 kwietnia (bez numeru). Cieszę się, że Tilusia jest dla Ciebie miłą towarzyszką życia. Nie rozłączajcie się. Nie trzeba sprawy jej wykształcenia zbytnio przeteoretyzować. Skoro nie jest już tu ze mną w domu, niech nie rozłącza się z Tobą. Przecież wiecznie żyć nie będziemy. A Ty masz Jej dużo z siebie do dania. A przy tym trudno przewidzieć bieg zdarzeń — nie rozłączaj się z Małą.

Co do Krysi, to trzeba myśleć o jej wykształceniu i wylocie w szerszy świat. Napiszesz najpierw, jakie się otworzą wykształceniowe możliwości. Ona przez szlachetność nie chce mnie samej tu zostawiać, ale ja gotowa jestem każdej chwili jak dotąd — zrobić wszystko, co będzie dla każdej z nich dwóch najlepsze w obecnej sytuacji. Uważam też, że teraz jest czas dla dziewcząt na miłość siostrzaną i oparcie wzajemne, więc szkoda, aby były od siebie daleko. O Krysi mogę powiedzieć, że bierze na siebie obowiązki pani domu odważnie, co nie jest lekką pracą. Ile mogę,  zdejmuję z niej te cięższe, a też pilnuję, by się nie przepracowała fizycznie, bo nie jest w porządku ze ślepą kiszką. Byłam z nią u doktora. Znalazłam jej też dentystę i leczy zęby.
Zabierze się znów do nauki języka, jak skończy się szaleństwo przeprowadzki i remontów. Amatorzy na lokatorów oglądają górne mieszkanie, ale dotąd jeszcze nie ma decyzji. Czy możecie sobie wyobrazić, że domeczek znów stoi mieszkalnie — uff!... barwinek kwitnie (posyłam kwiatuszek). Cieszę się, że Malec pisze wspomnienia — dzielny człowiek z niej.
"Domeczek" Wańkowiczów, lipiec 1940 roku.
My tu mamy też swoich apostołów: Zdzisława i Bolka — przyczłapali się tu obejrzeć, co dalej zdziałałam, i aprobowali. Zdzisław mówi, że po­winnam tu siedzieć i pilnować dobytku — działa w charakterze apostoła pozostania na miejscu. Obaj zachwyceni, że domeczek taki miły. Więc my mieszkamy we dwie na dole (biblioteczka dopiero dobywa się z proszku). Trzy pokoje na I p. umeblowane do wynajęcia, dawny gościnny wynajęty, dawny dziecinny urządzony na pokój do pracy Kinga (nawet są fotografie moje, dzieci, Kalużyc itd.). Wynajmie go się dopiero wtedy, gdybyście długo nie mieli wracać do domu. Cieszę się, że na razie udało mi się przesłać Ci dzieciaka i odzież. W domeczku wszystkie przedmioty wracają na miejsce: zegar, pisma Tw[oje], encyklopedia, tak jak ustawiłeś sam. Gdybyś widział wygląd domeczku po moim powrocie, a teraz, zdziwiłbyś się, ileśmy z Krystyną napracowały. Śniłeś mi się tak ubrany, jak byłeś po ślubie, że byliśmy w lesie, tam mnie zostawiłeś, myślałam: jak sobie dam radę? [...]
Co do Twego pytania, czy tu przepadnie domek i biuro, gdy wyjadę. Czy ja wiem? Jestem tu potrzebna, by to uratować. Chodzi o to, na jak długo byśmy się mieli rozstawać. Wiecznie żyć nie będę, a każdy mój rok ma teraz dużą cenę na możność życia osobistego i możność udziału w akcji tworzenia życia, no, bo starość, mój Boże. [...]
Całuję Was, podróżniczki oba, i do serca tulę. Włosy mi naprawdę powoli bieleją. Nasze mieszkanie na Mianow[skiego] już ktoś wynajął.
Mamusia
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1939–1968, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 67–69.

piątek, 30 marca 2012

Odcinek 282: Zofia Wańkowiczowa, 1921 rok

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

Prochy, 30 marca 1921 roku
Melchior Wańkowicz, fot. z czasu studiów.
Melisko Najdroższe, Najlepsze – całuję Cię i ściskam z całej duszy i mówię „do widzenia”. Obudziłam się o piątej i pół rano, ale już Ciebie nie było. Patrzyłam na bramę, że może będziecie wyjeżdżać, ale już wyjechaliście. Jeszcze księżyc świecił, a potem zaczęło się robić jasno. Towarzyszyłam Ci w drodze dobrym życzeniem, i tylko bardzo brakowało mi, żeś mnie na pożegnanie nie obudził i nie pocałował. Zbudziłam się, jak zacząłeś się myć, i nie wiem, jak tak mocno zasnęłam. Tak strasznie mi było brak, żeś mnie nie uściskał na do widzenia. Dziękuję Ci bardzo za nasze „wakacje”. I czy nie byłeś zły wczoraj wieczorem na mnie o coś ważniejszego – czy o jaki drobiazg – czy że byłam rozespana i nie pieściliśmy się? Napisz. I czy nie było Ci przykro, że tak mocno zasnęłam dziś, czyś nie pomyślał, że za mało zajęłam się Twym wyjazdem i pakowaniem? Czy też tylko nie chciałeś mnie budzić. I jaką myślą pożegnałeś swoje śpiące „kobiety”. Obudziłam się o ósmej, a Krysia już nie spała i widać wiedziała już, że Ciebie nie ma, bo powiedziała „posied Tata”. Chcąc, żeby spojrzała, jak zwykle pytam: „Gdzie Tata, Kisiu?”, a ona nie powtarza jak zwykle „Tata”tylko: „Dzie – dzie?” W ciągu dnia kilka razy było: „Tati, Tati, dzie Tati”. Ale w ogóle „Tati” jest najwyraźniej nasz porte-bonheur [talizman], bo dziś Krysia, ledwie wyszła na dwór, zaczęła mocno chrypić, a po południu silnie kaszleć. Wysmarowałyśmy ja z p. Zofią spirytusem i okryły ciepło. Może do jutra przejdzie. Ale w każdym razie, najwidoczniej, wakacje się skończyły i zaczęły się moje troski macierzyńskie. Chciałabym i ja, [...] abyś mnie pożałował, żem „bohater”, co ze strachem sam się poczuł po Twoim wyjeździe, taki bardzo sam i niezaradny, a który będzie się starał dawać sobie radę. Ale nie proszę dziś o żałowanie, gdyż całą myślą jestem z Tobą, jak tam dojeżdżasz do Warszawy, i tak bardzo chcę, aby p. Tadzio już był w domu, żebyś nie zastał pustego domu. I spieszę choć ten list wysłać. Ten kwiatek, co tu wkładam, to miałam Ci przypiąć do kurtki – to z ostatniego „wakacyjnego” spaceru. [...]
Ściskam Cię bardzo, bardzo mocno
Zośka

King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 49–50.

sobota, 24 grudnia 2011

Odcinek 185: Wigilie polskie

Seweryn Korzeliński, Opis podróży do Australii i pobytu tamże od r. 1852 do 1856
Seweryn Korzeliński.
Najgorzej przyszło mi przepędzić dzień w Wigilię Bożego Narodzenia. Od dzieciństwa przyzwyczaiłem się w dniu tym post zachować ścisły, nie chciałem też i w Australii łamać go. Lecz widzę: inna to rzecz w domu, po spożytej dobrej wieczerzy w dniu poprzedzającym pójść nazajutrz dla zabawki na polowanie i nic nie jeść aż do pierwszej gwiazdy, a zupełnie inna siły wycieńczone uciążliwą pracą bardziej osłabiać postem skrupulatnym. [...] Wieczór tyle wspomnień drogich zamykający, bo o tej porze w kraju naszym zbierają się rodziny, by razem przełamać się opłatkiem, zasiąść do wieczerzy w serdecznej rozmowie, a potem przy kominku. Tu nie masz ani opłatka, ani rodziny, a gorąco tak mocne, muchy tak naprzykrzone, że się niepodobnym zdaje, by to był czas Bożego Narodzenia; zwłaszcza nam, dzieciom Północy, przyzwyczajonym widzieć w dniu tym śniegi i zawieje. Lecz tak jest, jutro Boże Narodzenie. Po to płynęliśmy trzy miesiące, by z drugiej strony kuli naszej pozbawionym być w dniu tym wszystkiego, co nam miłe, gdzie na wigilię nie ma opłatków, a zamiast grzania się przy kominku pot z czoła ocierać trzeba na dworze.
Wieczerza też nasza nie była podobną do pozywanej niegdyś w domu. Składały ją rosół, mięso, a z nadzwyczajnym dodatkiem wystąpił B., kucharz nasz teraźniejszy, z plackami smażonymi na łoju. Te potrawy nie zdołały zastąpić szczupaków, karpi itd., ale podsyciły i przywróciły upadające siły, co główną było rzeczą, bo przecież można było bez zawrotu głowy siedzieć, przechadzać się przy księżycu, ślicznie w owej chwili oświecającym góry przed naszymi namiotami wznoszące się, i podumać o swoich i o kraju. Niedługo samotnie mogłem się oddawać myślom, znużenie było mocne, potrzeba odpoczynku konieczna.
Cyt. za: Izabela Jarosińska, Kuchnia polska i romantyczna, Wydawnictwo Literackie 1994, s. 78-80.

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

Jodańce, 1927 rok
Dwór w Jodańcach.
[...] W Wigilię było robienie porządków ostatecznych i upiększeń mieszkania, ubieranie choinki, potem wysłałyśmy konie po Ciebie na wszelki wypadek z futrem i walonkami na nogi i czekałyśmy z wilią na powrót koni. [...] Pod obrusem było siano i snop pszeniczny w rogu, choinka była śliczna. (Zrobiłam sto pięćdziesiąt zabawek, prócz masy orzechów złoconych przez nas z zapałem.) Dzieliliśmy się opłatkiem, położyliśmy nakrycie „dla Tatusia”, jedliśmy gotowaną pszenicę, „by być dobrymi gospodyniami cały rok”, potem zaprosiliśmy całą służbę na choinkę i słodycze, zapaliliśmy świeczki i śpiewaliśmy kolędy, a dzieci rozdały służbie przygotowane podarunki, a chłopcom papierosy. Były strasznie rozradowane z wilii i choinki, wróżyły ze słomy spod obrusa, cieszyły się darami: od Reni portmonetki, a w nich po 6 l[i]t[ów], ode mnie albumiki z motylkami i pieskiem do pisania wierszy, rysowania rysuneczków lub pisania pamiętnika, oraz kajeciki na książeczki rachunkowe z własnych kapitałów. P. Alinie zrobiłam małą serweteczkę, a Reni dzieci wyszyły podstawkę do lampy i sachette na zapałki z herbem. Obydwie rzeczy usilnie wykańczałam, bo „było trudno”. [...]
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 440–441. 

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, więzienie Pawiak, 1940 rok
„Duch więzienia”,
rys. Jadwiga Tereszczenko.
Od samego rana wydawano świąteczne paczki. Każda, uradowana, pędziła do dyżurki i wracając z pudłem próbowała już po drodze domowych smakołyków. Wiele z nas na próżno czekało do wieczora! Ponieważ nie zdążyli rozdać takiej ilości, część pozostawiono na dzień następny. O czwartej Patronat urządził wspaniałą ucztę: śledzie, kartofle i kluski z makiem. Łyknęłyśmy szybko, aby zapomnieć, że to wieczerza. Nie można się „rozklejać”! Po wyjściu Niemców, wszystkie cele były pootwierane. Na każdym piętrze choinka, a więźniarki urządzały uroczyste wieczerze. Poszłam do celi 12. Połączono stoły, nakryto prześcieradłem i zastawiono różnymi przysmakami z paczek. Przypominały prawdziwy stół wigilijny. Gałązka świerku, poprószona watą, kilka świeczek i opłatek – dopełniały całości. Po wspólnej modlitwie, przerywanej cichymi łkaniami, podzieliłyśmy się opłatkiem, życząc sobie nawzajem wolności. W milczeniu zasiadłyśmy do stołu. Każda z myślą o domu przy rodzinnym stole, przez łzy łykała mikroskopijne porcyjki.
W szpitalu wszystkie chore zebrały się wokół choinki i śpiewały chórem kolędy. Irka nie wytrzymała tego nastroju i poszła wypłakać się do łóżka. Po apelu stałam jeszcze długo przy otwartym oknie.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 190.


E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

Warszawa, 2003 rok
Zdzisław Beksiński.
[...] Wigilię spędzę w domu przy komputerze – czyli mamy stereotypowy obrazek w landrynkowym stylu pt. „Samotna Wigilia osamotnionego starca”. Mój Boże. Od czasów Dickensa uważa się, że akurat we Wigilię budzą się w człowieku jakieś specjalne emocje, ale zaręczam, że we mnie się nie budzą, mimo iż na ogół nie jestem głąbem pozbawionym głębszych uczuć. Wigilia to Wigilia i nic poza tym. Oczywiście, gdy była jeszcze rodzina, to trzeba było (żona kultywowała tradycję) siadać do wspólnej kolacji, był barszcz z uszkami, plastikowa namiastka choinki i jakieś tam prezenty, a raczej atrapy tradycji, ale to wszystko było w moim odczuciu sztuczne i wysilone. Tomek też za tym nie przepadał, a już kolęd po prostu NIENAWIDZILIŚMY. Dzielenia się opłatkiem też. U szwagra ryczy się kolędy, palą się świeczki i panuje atmosfera skoncentrowanego koszmaru. Ryba, opłatek, obyśmy, choinka do sufitu w tle i tak dalej. Naprawdę za tym nie tęsknię, a myśląc o tych, którzy ode mnie odeszli codziennie i to wielokrotnie, nie myślę akurat intensywniej dlatego, że w oknach bloku naprzeciw palą się światła choinek. Daję uroczyste słowo. [...] Stille Nacht heilige Nacht. Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt. W końcu stać mnie na odrobinę konwencji. Beksiński
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 64.

piątek, 25 listopada 2011

Odcinek 156: Zofia Wańkowiczowa, 1927 rok

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

25 listopada 1927 roku
Melku – posyłam listy dzieci do Ciebie i do Frani. Mróz tutaj do 9 stopni i śnieg. Dzieci co dzień wychodzą z Renią do gospodarstwa, poją małe cielęta, a Tili woła grubym głosem, naśladując skierdzia: „Nu, nastąp się”, i na widłach roznosi krowom koniczynę. Wczoraj przeszłyśmy rzekę pieszo na brzeg nowotrzebski: Renia naprzód, potem Dudy i ja. Tili kwitnie, Krysia szczupła i nerwy trudne do utrzymania. Tili mnie spytała: „Czy chcesz, żebym była tak gruba, jak Tatuś na arystokracji” (miało znaczyć: na karykaturze). Czyta zawzięcie wszystkie podręczniki do historii Polski, strona za stroną, i choć czasem jaki król nazywa się np. „Wazeliusz”, doskonale kombinuje i pamięta. Krysię interesuje tylko gospodarstwo i konie. Rysuje i po swojemu się rozwija. Wczoraj było malowanie sztandarów różnych państw (wezwałam do pomocy małego Larrousse’a) i szczegółowo wyliczały sobie kraje, „w których Tatuś był”. Hodujemy w pokoju dwa wróble, które nam mróz przypędził, a które mimo otwieranych okien nie chcą się dotąd wyprowadzić. Przed kilku dniami przywędrowała pod nasze okno kuropatwa, ale uciekła gdzieś pod śniegiem, nim nasza obława się rozwinęła. Dziś byłam leczyć chorego dzidziusia u robotnika oraz hoduję skrzypiącą Alinę. Przeczytałam sześć tomów różnych pamiętników historycznych.
Na wilię mają dzieci zaprosić wszystkie dzieci służby na choinkę (dziesięcioro). Jutro jadę z Renią do Kowna starać się, abyś Ty mógł tu przyjechać. Nadziei na wysłanie Ci jakichkolwiek pieniędzy w najbliższym czasie nie mam – wszystko zapadło w sen zimowy, drogi do nas nie do przejechania, czujemy się wśród zasp śniegu. Czasem bawimy księdza proboszcza lub kogo z przejezdnych sąsiadów. Jutro idę z Renią na świren robić inwentarz i wobec nowej zmiany służby mam współdziałać zmniejszeniu bałaganu w kuchni na prośbę Reni. Mereżkuję Reni serwetki, znaczę ręczniki, robię poduszki itp. Dzieciom wieczorami czytam bohaterskie historie z czasów ks. Józefa, a teraz jakieś polowania i o zwierzętach. Byłam chora cały tydzień, bo się zaziębiłam, ale gorzej dokuczyły bóle głowy. W niedzielę zabieram dzieci do Nowotrzeb na obiad. Takie tatary, że jeszcze gorsze, niż były, tak hasają po domu.
Krysi nie przeczytałam w liście, że piszesz o jej niegrzeczności, bo to byłoby straszne zmartwienie. Przyszedł jednak okres trudności charakterowych z nią: krnąbrna, dla służby nieraz niegrzeczna i często nieposłuszna odbijają się na niej różne drobne miejscowe warunki. Ale natura szlachetna. Głowa rozproszona, nerwy rozwiałe, ale inteligencja ciekawa. Wczoraj była z nią wielka dyskusja: że zwierzęta mają duszę i że koniecznie trzeba je ochrzcić, aby to im pomogło być dobrymi i mądrymi. Na co Tili zaopiniowała, że to niepotrzebne, bo zwierzęta nie grzeszą. Na co Krysia, że o to jej chodzi, żeby mogły zwierzęta iść do Bozi, bo inaczej byłoby niesprawiedliwie. Tili uczy się z wielką łatwością i b. porządnie. Krysi nigdy nie można przewidzieć, czy będzie wiedziała, ile 2 i 3, i co i jak długo będzie myślała między jednym a drugim słowem. Może będzie miała ciekawy umysłek, tymczasem swoje nerwy kładzie na mnie. Tym niemniej codziennie lekcje odbywamy i, zdaje się, idziemy naprzód w rozwoju. Czytają sobie teraz same bajki Andersena pożyczone z Nowotrzeb (może twoje dziecinne?) z mniejszym może zachwytem, choć roztapia się to i tak w tym śniegu naokoło, tych wróblach i kuropatwach – prawda?, za to ze swoim wielkim zachwytem. Napisz, czy chcesz tu przyjechać na święta i ewentualnie robić jakie starania? Moje papiery są na razie u naczelnika powiatu, jak je wydobędę, zacznę staranie o paszport zagraniczny mój. To, zdaje się, wszystkie wiadomości. Czuję się bardzo zmęczona. Jak tylko jakie pieniądze będą, prześlemy, pilnuję, by zaraz wysłać.
Ściskamy wszystkie
Zosia
Rodzina Wańkowiczów na wakacjach w Jastarni, 1927 rok.
Pierwsze od lewej Marta (Tili) i Krystyna, pierwszy od prawej Melchior Wańkowicz, trzecia od prawej Zofia Wańkowiczowa.
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 430–431.

piątek, 2 września 2011

Odcinek 72: Zofia Wańkowiczowa, 1922 rok

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

2 września 1922 roku
Marta i Krysia
Wańkowiczówny
Był doktor, który zadecydował, że u Tili [Marta, młodsza córka] objaw ten wynika z rozstroju brzuszka i z tego że mięsień kiszeczki widać jest rozluźniony. Przepisał odpowiednią kurację, którą zaraz zaczęłam od dania olejku. Tili spaceruje cały dzień u nas na ręku i jest wesoła, tylko mizerna. Napiszę Ci, jak kuracja poskutkuje. Lepiej nie opowiadaj o tym niedomogu, dobrze, bo te nasze córeczki robią takie niezwykłe „spodzianki”. Doktor mówił zresztą, że to często u dzieci się zdarza. Jestem mocno zmartwiona i radzę, jak mogę. A powiem Ci, że obie córeczki są szalenie miłe. Krystyna [starsza córka] pojechała dziś z dziećmi do Czerwonej Wsi. Pojechał też z nimi Karolek z p. Janiną, którzy przyjechali z Gorzyczek. Oddaj Mamankowi i Mariecie załączone kartki.
Całuję mocno, mocno
Twoja Zosia
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 251.