Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Melchior. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Melchior. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 sierpnia 2014

Odcinek 1140: Melchior Wańkowicz, 1941 rok

List Melchiora Wańkowicza do żony, Zofii

14 VIII 1941, Istambuł
Ayas-pasa Gemussu 
Palas 26/8 
Witold Piasecki
Melchior Wańkowicz.
Moja Kochana - I Ty domeczku z wszystkimi trzema Kochanymi!
Czytałem nowelę, w której każdym słowie tkwiła litera „r”. Ale niechby kto napisał co sensownego, mając do rozporządzenia tylko połowę alfabetu. Wczoraj wystukałem duży list — dziś po przebudzeniu się poszedł do kosza. Bo jeszcze i to: jak się pisze z Płocka do Warszawy, to dziś można sobie pozwolić na ten nastrój, a jutro na inny. Ale w takie dalekości? Trzeba wypośrodkować jakiś średnioarytmetyczny nastrój totalny i w nim pisać.
Mówiąc krótko: jest ze mną i źle, i dobrze. Źle - bo jestem zawistnie przez swoich strzeżony, abym nie pracował w swoim fachu. A jednak potrzeba tej pracy wrosła we mnie przez ostatnie lata. I nie umiem twórczo myśleć, nie będąc do tego zmuszonym, po prostu, kiedy nikt na to nie czeka.
Dobrze - bo się opancerzyłem. Przez zimę uczyłem się angielskiego, tak że teraz w nim czytam (to jest jednak przyjemność, pracując w bibliotece, operować źródłami francuskimi, niemieckimi, rosyjskimi, angielskimi...), oraz porządnie z notatkami i różnymi źródłami przerobiłem historię Anglii. Obecnie uczę się historii kraju, w którym żyję, w różnych przecięciach: i od dwu tysięcy lat począwszy, i współcześnie. Dużo jeżdżę po kraju. Narastają mi kupy notatek. Na ogół mi się zdaje, że już nic nie potrafię z tego zrobić. Ale tak samo może się wydawało pszenicy faraonowej.
Opancerzyłem się też na tęsknotę za Wami i za wszystkim. Nawet w dniu codziennym sam bym przysiągł, że dobrze się opancerzyłem. Ale list do Was nie jest dniem codziennym, przez ten list widzę siebie jak naszą Marysię w chwili wybuchu wojny, kiedy powtarzała ciągle: „Ja się nic nie boję”, a miała uśmiech skamieniały i zastygły. Ja nic nie tęsknię...
Częścią tych samozabiegów jest to, że od wybuchu wojny nie czytałem żadnej literatury (poza paru powieściami historycznymi, potrzebnymi z tych czy innych względów), a w kinie też bywałem tylko na dokumentalnych obrazach. Bo w najmarniejszej powieści czy filmie zawsze jest zasadzka.
No a wczoraj po raz pierwszy przeczytałem książkę Łużycówny, o której tyle słyszałem, i po raz pierwszy od dwu i pół lat - byłem w teatrze (bo cały czas Ameryki też nie byłem przed wojną). [...]
Więc wyniosło się wczoraj we mnie i spuchło w środku jak bania: żalu i niepokoju nad sobą, radości nad nią, a głównie, a głównie jednak... że były jakieś światy, w których ludzie płynęli żywą krwią. Z wierzchu tej bani czułem własną głowę jak małą trupią główkę, co patrzy złym okiem na morze martwych notatek na stole — martwych i nikomu niepotrzebnych.
A potem, wieczorem, byłem w teatrze. Ludzie w obcym języku mówili do siebie wzniosłe słowa o miłości. Wyszedłem na ciemną, lepką od gorąca ulicę, namacałem w tej ciemności stolik kawiarenki ulicznej i siedziałem w ciemności doskonale schowany, puszczając bez końca od nowa zasłyszaną płytę mowy obcej, a przecie mówiącej to, o czym się nie myśli. Kelner nie podszedł, nie spostrzegając w ciemności. Więc poszedłem uliczką w górę do siebie. W pokoju moim kamienna posadzka. Leżałem na niskim tapczanie i nie spałem do rana, aż nad ranem wziąłem adalinę.
Dzisiaj - dzień od nowa. Gdybym kiedy na tej posadzce zdechł, to by może za dwa tygodnie zaczęli pytać, co ze mną. [...]
Pracuję dużo. To znaczy - wszystko jest względne. Gdyby był pedometr do mierzenia wysiłku umysłowego mego i Tili, to by się na pewno okazało, że adaptuję ćwierć tego co ona. Mam zupełny zanik pamięci. Ludzie naokoło, którzy wkładali ćwierć tego wysiłku co ja, np. w angielski, już rozumieją słysząc angielski, a ja nie. Ale pracuję dużo na miarę subiektywną, tzn. - ile tylko mogę. Łatwo się męczę. Pocieszam się, że może nadrabiam zdolności innych łatwością skojarzeń. Ale to się tylko domyślam, tak jak można się domyślać, że zamknięty koń wciąż szybko będzie chodził. Ale ile lat wolno się tak domyślać?
O szóstej rano siadam do książek i notatek. Zaparzam sam herbatę. Koło pierwszej wychodzę na obiad. Przed obiadem piję w kiosku mrożony sok z grejpfruta, winogron lub granatu. Wszystko to b. tanie. Obiady mam zupełnie dobre. Po obiedzie godzinę czytam coś lżejszego, ale mającego związek ze studiami, śpię godzinę, znów pracuję dwie-trzy, wychodzę na kolację, znów pracuję godzinę, dwie. Czasem idę do morza kąpać się (raz na kilka dni) albo do biblioteki zmieniać książkę. Program się zmienia, jeśli wyjeżdżam na prowincję.
Ściskam Was, kochane Renisko z jej kozą i królikami. Wilczurkę z jej kuchnią i pomidorami, i Ciebie, Ojcze Rodziny, w jasne oczka całuję, byś choć na chwilę przestał się czuć tym ojcem rodziny.
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1939–1968, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. s. 242-244.

wtorek, 11 grudnia 2012

Odcinek 538: Melchior Wańkowicz, 1927 rok


List Melchiora Wańkowicza do córek, Krystyny i Marty

11 grudnia 1927 roku
Kochane Moje Córeczki,

Nic nie piszecie o ślizgawce. Czyżbyście jej nie używały? Przecież wzięłyście ze sobą łyżwy, blaszki łatwo w Kownie przyprawić. Proście o to Mamuśkę – prędko, prędko!
Ślizgać się możecie na sadzawce, którą same możecie ze śniegu oczyszczać (niech ciocia Renia każe zrobić dla Was dwie deseczki na długich kijach do zsuwania śniegu i dwie miotły). Jeżeli zaś Niewiaża wolna będzie od śniegu – toż dopiero przyjemność hasać na łyżwach aż do Nowotrzeb! A pod Nowotrzebami na jeziorkach z tamtej strony Niewiaży również bywa doskonała ślizgawka.
Interesuje mnie kuropatwa, która przyszła pod Wasze okno. Musiałyście źle patrzeć, tam na pewno były i inne kuropatwy, bo one zimą trzymają się stadami. Robią sobie dołki w śniegu i siedzą tak zakopane, że ich nie widać i aż się konie postraszą, gdy nagle furkną. Jak jest bardzo zimno, to łebkami tulą się do środka, co wygląda jak gwiazda.
Raz syn naszego ogrodnika strzelił w sam środek takiej gwiazdy, w główki kuropatw, i zabił ich osiem. A ja, jak byłem małym chłopcem, szedłem raz z fuzją i gapiłem się na obłoki – raptem: frrr! spod samych nóg – dwie kuropatwy. Przestraszyłem się i strzeliłem prawie nie patrząc i strasznie się zdziwiłem, kiedy jedna kuropatwa spadła. Z radością ją zaniosłem do domu i dałem kucharce, żeby usmażyła, ale po rozcięciu kuropatwy okazało się, że było w niej trzydzieści małych jajeczek. Gdybym więc jej nie zastrzelił, to by je kolejno zniosła i zimą by było całe stado kuropatw.
Z tego powodu gniewali się na mnie i mnie było wstyd, żem taki głupi, bo zimą kuropatw się nie strzela.
Innym razem skierdź przyniósł nam osiemnaście jajek, które znalazł w gnieździe kuropatwim. Położyliśmy je pod kurę i pewnego dnia wylęgły się małe kuropatewki. Zdziwiona kura kręciła głową, patrząc jednym, to drugim okiem: co też to za takie dziwne córeczki jej się powylęgały? Były bowiem malusieńkie okrągłe kuleczki, wielkości orzecha włoskiego, które szalenie szybko szmygały po pokoju. Mama kura była dla nich dobra, karmiła, hodowała, ale cóż, kiedy podrósłszy nieco, małe szelmy – myk! myk! myk! – pouciekały w pole.
No, do widzenia, bzdury. A jak Wam łapki nie służą, to dyktujcie listy naszej kochanej Mamuśce.
Tata
Józef Chełmoński, Kuropatwy na śniegu, 1891 rok.
Melchior i Krystyna Wańkowiczowie, Korespondencja, oprac. Aleksandra Ziółkowska, Twój Styl 1993, s. 19–20.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Odcinek 291: Wielkanoc

Jak Wilia miała swoje tradycyjne potrawy, tak i Wielkanoc miała swoje niezbędne minimum, którego nie przyszłoby do głowy nigdy nikomu zmniejszyć, choćby czasy były najcięższe.
Musiała być ogromna głowizna z jajkiem w pysku, pieczone prosięta, gotowana szynka — przysmak, który mieliśmy tylko na Wielkanoc, bo przez cały rok jedliśmy tylko wędzone szynki. Były, wstyd przyznać się, wszelkie rodzaje zwierzyny, bo Nowotrzeby pojęcia nie miały o ochronie zwierzyny, w lasach naszych polował, kto chciał, i babka od kłusowników kupowała wszystko o każdym czasie. Były to złe tradycje matriarchatu — babskich rządów czterech pokoleń.
Ciasta miały swoją hierarchię. Musiał być „dziad, „cygan, „prześcieradło, nie mówiąc o babach-olbrzymach i sękaczu z dwustu jaj.
Pośrodku wszystkiego stały dwie arki z rzeżuchy, w które wstawiane były baranki z cukru.
Dla czeladzi ustawiano wielkiego barana z masła z oczami ze śliwek suszonych.
Od rana nie jadło się nic i poprzednich dni mało. Modlitwy trwały aż do południa, jak zwykle, ze służbą.
Aż kiedy buchnęło: Wesoły nam dziś dzień nastał..., wiedzieliśmy, że otworzą się drzwi, wjedzie taca z ćwiartkami jajek, którymi babka podzieli się ze wszystkimi, znowu nie szczędząc maksym i napomnień. Po czym służba pójdzie do swego stołu, a my do swego.
Babka rozpoczyna, biorąc na talerz kawałek głowizny wycięty koło ucha.
Panowie skupiają się przy wódkach. My szmyrgamy z talerzami i krajemy, co chcemy.
Czytałem o takiej uroczystej uczcie u Eskimosów, gdzie pierwszy kąsek, ociekający tłuszczem, bierze do ust uroczyście patriarcha rodu.
Domu nowotrzebski! Na którym też byłeś kilometrze między jurtą eskimoską a lunchem?
Po generalnym objadaniu się szło towarzystwo ociężałym krokiem do stołowego na rosół w filiżankach.
Potem długo w noc przewraca się w boleściach żołądka wuj Sewerutek, narzekając, że na pewno ten rosół zaszkodził.
Pocztówka wielkanocna z 1901 roku.
Melchior Wańkowicz, Szczenięce lata, Prószyński i S-ka 2009, s. 30-31.