Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Marta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Marta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 marca 2013

Odcinek 648: Marta Wańkowicz, 1941 rok


List Marty Wańkowiczówny do siostry, Krystyny

Rosemont College, 31 III 1941 roku
Kochana Krystyno!
Jutro jest to, co się kiedyś nazywało prima aprilis i dyngus, i na samo wspomnienie robi mi się radośnie na duchu, krzycząco, dzikoludowato i rozczochranie. Może to i wiosna tak działa. Bo zaczyna się tu cudowna wiosna, jeszcze niepewna, jeszcze bezlistna, ale już słoneczna, miękka i ciepła i bardzo błękitna, jak mamowe tuptołki bożonarodzeniowe, zeszłoroczne. Zaraz za dzień, za dwa, zaczną strzelać pąki i zacznie być cudownie naokoło college’u i na terenie szkolnego campusu. Za dziewięć dni zaczynają się nasze dziesięciodniowe wielkanocne wakacje. Za dwa miesiące już i koniec roku. Zleciał jak z bicza, aż mi dziwacznie myśleć, że już tu blisko rok siedzę.
Dziś jest poniedziałek, pierwszy dzień tygodnia szkolnego, który zaczęłam w usposobieniu dosyć sennym po nader ekscytującym weekendzie.
Obciąwszy lekcje piątkowe siadłyśmy w auto i w piątkę pojechałyśmy reprezentować Rosemont na zjeździe międzykolegialnym w Leigh University, jakieś sto kilometrów stąd. Każda szkoła reprezentowała inne państwo i omawialiśmy stosy ekonomicznych i politycznych zagadnień, kłócąc się jak przekupki z wielkim zacietrzewieniem o każdy drobiazg. Ja działałam też aktywnie, choć w duchu intensywnie przerażonym własną bezczelnością. I rzeczywiście... Au milieu jednego z moich epokowych przemówień (które nie mogły być z góry przygotowane i musiały być improwizowane) utknęłam fatalnie nie mogąc znaleźć słowa „zniesione” – abolished. Efekt najpiękniejszego zdania był kompletnie zdławiony. [...] Ale jakoś wybrnęłam ku ogólnej radości. To łatwo pisać, ale wyobraź sobie siebie stojącą pośrodku gapiących się na Ciebie kilkudziesięciu par oczu i mówiącą trudne rzeczy w obcym i niebywale dziwacznym w wymowie języku. Chciałabym widzieć Twoje strusie podrygi!...
Ale wszystkie trudy okazały się warte stuprocentowo. Nareszcie znalazłam kogoś, jak się tu mówi: to write home about – o kim warto by napisać do domu. Właściwie nie bardzo jeszcze jestem pewna, ale w każdym razie jest o wiele korzystniejszy niż wszyscy tutejsi młodzi ludzie, których dotąd spotkałam. Jest wysoki i smukły. Raczej brzydki, ale miła, jasna twarz i miły uśmiech. [...] Ma bodajże dwadzieścia lat, tańczy pysznie walca, co tutaj jest więcej niż rzadkie, był w Europie przez dwa lata po parę miesięcy w czasie wakacji, włócząc się na rowerze po Francji, Hiszpanii, Szwajcarii, Włoszech etc. Szykuje się na dziennikarkę, na korespondenta zagranicznego czy coś w tym rodzaju. Jego ojciec pracuje w największym i najlepszym dzienniku amerykańskim „New York Times”. Jak widzisz więc – same plusy. Poza tym jego rodzina musi być dosyć snobistyczna, bo młody człowiek nazywa się G. M. Courts Oulahan, co znaczy, że ma na imię właściwie George czy coś w tym rodzaju, ale nazywają go Courts, co jest albo panieńskim nazwiskiem matki, albo babki, albo prababki (cóż za rzadkość!...). On za to nie ma krzty snobizmu. [...] Przywiozę Ci go do Warszawy na obejrzenie. Miałybyśmy dobrego kompana na wszelkie rajzy. Za cztery tygodnie jest w Rosemont jakaś tea dance. Zwykle nie chodzę na te jazzowe rozkosze, ale tym razem zaproszę Courtsa, pójdę, a potem Ci wyślę biuletyn. [...]
Kaplica w Rosemont College.
Chciałabym z duszy serca przestać pisać Ci te nonsensy o młodych amerykańskich geniuszach, ale skoro już przedsięwzięłam opis ostatniego weekendu, to muszę i przez niedzielę przebrnąć i nawet nie uwierzysz, zapewniam Cię, że jestem w pełni zdrowych zmysłów. W sobotę rano, drugiego dnia obrad, [...] zakończyłam tryumfalnie wszystkie sesje, wytańczyłam noc z soboty na niedzielę, spakowałam w niedzielę manatki, pośpiesznie nawróciłam na pójście do kościoła w niedzielę dwóch młodych ludzi, z których jeden jest protestant i nigdy w życiu nie był w kościele – po czym wsiadłyśmy z Cathie w jej auto [...] i pojechałyśmy. [...] Betty oczekiwała mnie rozpromieniona, podskakująca naokoło auta. Okazało się, że przygotowała mi małą niespodziankę: czekała na mnie z autem i planem jazdy do Indian Town, wielkiego centrum przeszkolenia, gdzie około tuzina naszych przyjaciół tkwi od paru miesięcy. [...] Przyjechałyśmy wreszcie do Rosemont koło jedenastej wieczór w niedzielę, czyli dokładnie dwadzieścia cztery godziny temu, i jak byłam senna wtedy, tak i jestem teraz, więc chyba już zakończę ten najgłupszy z dotąd do Was wysłanych listów. Mam nadzieję (oby „niepłonną”...), że zachowasz go na ściśle domowy użytek i nie będziesz rozczarowywać bliższych i dalszych znajomych co do mojej inteligencji.
Dostałam listy Mamy z 28 lutego i 4 marca. Błagam, nie myślcie o żadnych nonsensach wysyłania mi czegokolwiek. Przecież to brzmi po prostu śmiesznie i wstyd mi samej siebie: przetrząsam sumienie, ale nie zdaje mi się, żebym Warn dała nawet cień idei, że mi czegokolwiek brak. Do inteligentniejszego listu!
Tili
Melchior i Krystyna Wańkowiczowie, Korespondencja, oprac. Aleksandra Ziółkowska, Twój Styl 1993, s. 91–94.