Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Krystyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wańkowicz Krystyna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2013

Odcinek 591: Krystyna Wańkowiczówna, 1941 rok


List Krystyny Wańkowiczówny do ojca

2 lutego 1941 roku
Kochany mój, najmilszy Tatuśku – kiedy mam zasiąść do napisania listu do Ciebie, to staczam ze sobą zaciekły bój: pisać czy nie pisać?
I chcę, i nie chcę. Bo z jednej strony jesteś tak nieskończenie daleko, że nam się zdaje, że nasze listy w ogóle do Ciebie nie dotrą. [...] Włos mi bieleje na myśl o tych okrętach, kolejach i samolotach, które mają nasze listy przewozić przez te góry, morza, i rzeki, a zgoła oceany, przez te ilości rąk, przez które będą musiały one przechodzić i ile razy będą otwierane przez cenzury różnych krajów, żeby dobrnąć w końcu do Ciebie. A jak już dobrną, to nastrój i fakty w nich zawarte zmienią się i przekoziołkują dziesięciokrotnie, stokrotnie, jak to, że teraz jest dwadzieścia stopni mrozu i ogromne zwały śniegu leżą w ogródku, a zanim ten list Cię odnajdzie, będzie może już w Warszawie całkiem zielona wiosna, i nawet nie wiem, czy będziesz tam jeszcze, gdzie jesteś. Dlatego nie wiem, co i jak pisać. Wydaje się, że takie słowo z trudem przerzucane od nas ku Tobie powinno być specjalnie ważkie, i że w takich listach nie może być miejsca na opisywanie błahych dni naszego żywota, a naprawdę nie ma o czym pisać. [...]

Dlatego nie chciałam Ci pisać, że zdałam w tych dniach egzamin na zawodowe prawo jazdy. [...]
Dwie dziewczyny, które jako jedyne uzyskały pozwolenie
armii amerykańskiej na prowadzenie jeepów wojskowych
na Hawajach, 1942 rok.
Więc słuchaj: mam czerwone prawo jazdy, czego mi zazdrość, bo tak znam motor, że żaden Piętaszek by mi nie był w drodze potrzebny. Miałam dużego stracha przed egzaminem. który trwał dwie godziny i z którego wyszłam obronną ręką, a nawet bardzo chwalebnie. Cała ta historyjka kosztowała mnie dwa miesiące solidnej pracy, a teraz już jestem szofer i mogę jeździć nawet na wszelkich taksówkach, autobusach i innych ciężarówkach. Jednym słowem, fach w ręku. Po egzaminie urządziliśmy z kolegami szoferami gruntowną popijawę i niespodzianie odkryłam w sobie Twoje talenty do urzynania ludzi, bom ja jedna ostała się trzeźwa na pobojowisku. Miałam już ofertę na posadę na taksówki, które mają zacząć chodzić po Warszawie, alem się na to nie zdecydowała ze względów zasadniczych. Natomiast może się jakoś inaczej urządzę, żeby poszoferować trochę i nabrać wprawy, choć na odpowiedzialną posadę szoferską boję się straszliwie leźć, bo zawsze teoria a praktyka to dwie różne rzeczy. Najchętniej bym się zgodziła na pomocnika szoferskiego, tak żeby przy szoferze uczyć się jeszcze. Z prowadzeniem bym sobie dała radę. O ile mogę ocenić, jeżdżę dziś znacznie lepiej niż Ty wtedy, kiedy nas wiozłeś do pana Wacka Matrasia [...], najgorzej jest z naprawą defektów motoru, bo to są sprawy, które znam dosyć dobrze teoretycznie, ale których nigdy sama nie ćwiczyłam, z wyjątkiem najprymitywniejszych rzeczy ćwiczonych na warsztatach, jak montaż opon na przykład. Gdybym pojeździła przez miesiąc przy jakim dobrym szoferze, nie bałabym się niczego. [...]
W tych dniach będziemy obchodzili Wasze srebrne wesele. Mama zamawia ranną mszę, na którą pójdziemy tylko we trzy, a potem jesteśmy na śniadaniu u Wysockich, gdzie będzie też stryj i ciocia Marieta. Czy też będziesz pamiętał o tym? Miałam wyjechać już dziś na wieś, ale specjalnie odłożyłam wyjazd, żeby choć jedno dziecko było z Matką „w ta żałobna okoliczność”. Całuję, mój Kinguśku kochany
Krystyna
Melchior i Krystyna Wańkowiczowie, Korespondencja, oprac. Aleksandra Ziółkowska, Twój Styl 1993, s. 69–72.

piątek, 17 sierpnia 2012

Odcinek 422: Krystyna Wańkowiczówna, 1941 rok


List Krystyny Wańkowiczówny do siostry, Marty

17 sierpnia 1941 roku
Krystyna Wańkowicz
(1919–1944).
Siedzę teraz na małej, bardzo zielonej łączce na skraju Puszczy Kampinoskiej. Tyle tylko wiem o miejscu mego biwaku, bom się tłukła całe rano jakimiś zakazanymi ścieżkami przez bajora i dziurawe mostki puszczy, aż straciłam orientację i zupełnie nie wiem, w jakim kierunku i w jakiej odległości jest dom.

Od dwudziestu czterech godzin zachowuję się jak krnąbrna pokojówka, a raczej jak zbuntowana dziopa do wszystkiego. Wszystkiemu winien sierpień. Pyszny miesiąc. Jarzębiny są już dawno czerwone, a przedwczoraj, na Zielną, na wsi tam pewnie oni pojechali do Olchowca na mszę z bukietami kwiatowo-kłosowo-owocowo-jarzynowymi. I ścierniska na święcickim gaju są najlepsze do galopów, bo podorywki jeszcze pewno nie zaczęte. W sierpniu upały są najbardziej nasycone i w żadnym innym miesiącu tak głębokie i wilgotne cienie nie leżą pod drzewami w suche, gorące dni. I żadne inne noce nie mają takiego ciemnego nieba z lecącymi gwiazdami, ani ogórków z miodem, ani pierwszych jabłek, ani takich niebieskich zmierzchów. I jeszcze nigdy sierpnia nie spędzałam w Warszawie...
Każdego roku o tej porze, kiedy zwoziło się ostatnie zagraby ze ściernisk, a pola czerniały od pierwszych podorywek, ciotka Maria mawiała, że powietrze jest jesienne, choć słońce grzało jak w czerwcu. Wtedy serce ściskało się straszliwym żalem za końcem wakacji. I wtedy było najrozkoszniej. Czy nie myślisz, że przyjemność wtedy jest najpełniejsza, gdy obok niej stoi smutek, gdy jest tym smutkiem jakby podkreślona? Dlatego lubię sierpień, że w żadnym innym miesiącu nie ma takiego natężenia radości dojrzałego, pełnego lata i tak intensywnego smutku lata przełamującego się ku jesieni jednocześnie.
Wczoraj, po okresie deszczowym, pierwszy raz wylazło na niebo słońce. Chwyciły mnie wakacyjne wspomnienia i już rano, przy motykowaniu kartofli na działce, ruszałam się jak mucha w smole, a głupie wekowanie fasoli zajęło mi całe popołudnie. Na te weki chyba kto zły urok mi rzucił: wszystkie butle mi pękły w gotowaniu, korki strzelały z hukiem w górę, rozlała się woda. Grzebałam się z tym do nocy. Uporawszy się wreszcie, wściekła i zmordowana, wypełzłam z kuchni na taras i... rozdziawiłam usta z zachwytu. Bo noc była całkiem niewarszawska. Ciepła. Z powodu godziny policyjnej cicha i pusta. Z powodu zaciemnienia – czarna zupełnie. Ogródek pachniał maciejką, petuniami i rosą. Gwiazdy leciały po ciemnym niebie tak prędko, że zanim zdążyłam wypowiedzieć życzenie, już gasły i tylko jedna smuga była po nich na niebie. Wywlekłam polowe łóżko na taras ku zgorszeniu domowej gawiedzi, żeby przed zaśnięciem załapać bodaj jedną gwiazdę i wypowiedzieć życzenie. Ale że kości bolały od okopywania grzęd, zasnęłam, ledwom się przyłożyła do poduszki. Tak więc i życzenie licho weźmie.
Kiedym się obudziła, słońce świeciło mi prosto w twarz, a pęd dzikiego wina, spuszczający się z zielonego dachu nad tarasem, jeździł mi po nosie. Ranek był... Nie, nie truchlej! Opis ranka już nie nastąpi! Liczę się z Twoimi nerwami. Więc żeby znaleźć trafne a lakoniczne określenie: ranek był sierpniowy („rezeda pachnie jak rezeda”). Wy­skoczyłam z łóżka, które nie omieszkało się z hukiem zawalić, pogna­łam pod prysznic, wypiłam szklankę wczoraj zdobytego mleka, podpompowałam opony rowerowe i zwiałam szosą modlińską zostawiając nie posłane łóżko, brudne naczynia i cały ranny bałagan domowy na biednej głowie mamowej. Zapakowałam się na jakieś karkołomne leśne ścieżki, starym zwyczajem waląc się z rowerem w każdej głębszej koleinie, podrapałam łydki, obgryzły mnie komary, zgubiłam kierunek, w jakiejś leśnej chałupie wyżłopałam litr wody i zwycięsko wychynęłam na kraj lasu na jakąś słoneczną łoneczkę, na której się już dekuję dobre parę godzin. Mam mocne postanowienie nieruszania się stąd do wieczora. Leżę na trawie i dobrze mi.
Melchior i Krystyna Wańkowiczowie, Korespondencja, oprac. Aleksandra Ziółkowska, Twój Styl 1993, s. 108–109.