Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włodek Ludwik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włodek Ludwik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 listopada 2011

Odcinek 150: Ludwik Włodek, 1906 rok

Fragment wspomnień Ludwika Włodka Na ziemi Waszyngtona

Nowy Jork, 19 listopada 1906 roku
Imigranci z Europy, 1906 rok.
W sobotę, już od samego rana, między pasażerami "Ameryki" dawał się uczuć ruch gorączkowy. Pakowano się gwałtownie. Potem, przy wczesnym obiedzie w cichej zazwyczaj sali jadalnej, było gwarno jak w ulu [...].
Nastrój w ogóle radosny. Ale tu i ówdzie widzę postacie smutno zadumane, spoglądające melancholijnie wstecz. To ci, którzy po raz pierwszy za parę godzin staną na nowym lądzie, by sobie nową stworzyć przyszłość. A teraz ostatnie chwile oddają tęsknocie, rodzinie, rozmyślaniom o ziemi ojczystej. Co im ta przyszłość przyniesie — pytają trwożnie w duszy, zanim ogarnie ich zamęt i wir ciężkiej walki o byt.
Niewiele czasu pozostało jednak na rozmyślania. Bo oto piękne, pokryte willami brzegi Staten Island, dalej mury fortecy Worthwich i "Ameryka" zarzuca kotwicę. Ale to jeszcze nie brzeg. Zbliża się do nas statek pocztowy, potem maleńki statek doktora sanitarnego, zdobny żółtą flagą, wreszcie duży kuter urzędu celnego. Nie tak łatwo postawić stopę na wolnej ziemi: trzeba poddać się całemu szeregowi formalności biurokratycznych, zapewne potrzebnych, acz nieco rażących w zestawieniu z ową wolnością, o której tyle się nasłuchaliśmy. Rev. Chodacki ze swoją dobroduszną filozofią robi uwagę, że i urzędnicy żyć muszą, i oni mają swój business...
Statek wolniutko teraz już rusza rzeką Hudson, a my poddawani jesteśmy różnym formalnościom. My — pasażerowie klasy drugiej, bo trzecia i czwarta będą badane daleko ściślej, jak przystało na demokratyczną Amerykę, i przed jutrem na ląd nie wysiądą, a klasa pierwsza traktowana jest bardzo oględnie. Bogaci idą — z drogi! Teraz rozumiem, dlaczego kasjerowie, uciekający z cudzymi pieniędzmi, wykupują bilety pierwszej klasy, a nawet najdroższe kabiny... 
Więc doktor bada nam oczy, urzędnik emigracyjny zapytuje, po co do Ameryki jedziemy, celnik pragnie się dowiedzieć, co wieziemy. Kiedy odpowiadam, jakiej jestem narodowości, z życzliwym uśmiechem słyszę wszędzie "aha, polski, polski", co świadczy, że Polacy mają tu markę dobrą. Godność journalist i cel turystyczny through America zwalniają mnie nawet od zapytania, ile mam ze sobą pieniędzy.
Po ukończeniu formalności wychodzę na pokład.
[...] Już przystań blisko. Ale takiemu olbrzymowi, jak "America" niełatwo się dostać. Przypinają się do niego niby pijawki małe stateczki w liczbie dziewięciu i z przeraźliwym świstem wpychają nasz parowiec do wąskiego doku. Trwa to jeszcze godzinę. Ale już z okien olbrzymiej hali przystaniowej powiewają chustki, już poznają ludzie wzajemnie krewnych, ojców, żony...
Kontrola oczu imigrantów na Ellis Island, 1906 rok.
W porcie ruch olbrzymi. Mkną na wsze strony małe stateczki, olbrzymie promy, tratwy z drzewem, węglem i gruzem. W powietrzu stoi gęsta mgła z dymu tych statków. Brzmi jakaś przeraźliwa symfonia świstów, ryków syren, hałasu zdyszanych maszyn, turkotu śrub...
Wpadam na chwilę do jadalni naszej. W tej chwili jest to salon des refuses, zebranie tych, którym Ameryka odmawia gościnności. Tym wylądować nie wolno, bo nie odpowiadają wymaganiom. Ten jest chory, ów nie ma pieniędzy, a przeważają młode panny, którym nie wolno wylądować bez opieki. Jeżeli zgłosi się po nie mąż, ojciec, brat, matka, siostra lub krewny wzbudzający zaufanie, dostaną się na ląd, jeżeli nie — będą musiały wrócić do Europy. Młodych, samotnych kobiet Stany nie chcą; nie chcą, by stawały się łupem rozpusty, by wolny ląd służył za arenę interesów handlarzy żywym towarem. A jednak z Europy różni handlarze wywożą tu tysiącami dziewczęta, umieją bowiem zastosować się do przepisów, które w ten sposób stają się aż nazbyt często więzami krępującymi właśnie jednostki moralne.
Jeszcze parę pchnięć i rzucają mostki. Jest godzina trzecia, w Warszawie dziesiąta wieczorem. Spóźniliśmy się o trzy godziny.
Rewizja celna — to dużo hałasu o nic. W olbrzymiej hali każdy staje pod literą początkową swego nazwiska. Kiedy zniosą wszystkie jego pakunki, z odpowiednim biletem idzie do inspektora, siedzącego przed literą A (dla mnie to znaczy pół wiorsty drogi tam i z powrotem), i dostaje urzędnika, który nalepia kartki tylko, bo mnie np. wcale kuferków nie otwierano. [...]
Ellis Island, Nowy Jork, 1906 rok.
Cyt. za: Ameryka w pamiętnikach Polaków, oprac. Bogdan Grzeloński, Wydawnictwo Interpress 1975,  s. 268-270.