Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Venclova Tomas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Venclova Tomas. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2013

Odcinek 606: Tomas Venclova, 2003 rok



Z dziennika Tomasa Venclovy

17 lutego 2003 roku
Kalkuta wieczorem.
Kalkuta. Bez cienia wątpliwości to najokropniejsze miasto na świecie. Rynsztok, szczury, piekło albo co najmniej czyściec. Tutaj można zrozumieć Buddę, który pragnął wycofać się z ta­kiego istnienia w nirwanę. Z drugiej strony, można niemal zrozumieć Pol Pota, który usiłował w ogóle zniszczyć podobne mia­sta, a ich mieszkańców wygonić. W powietrzu smog, którego nie doświadczyła żadna miejscowość w Ameryce, pod nogami śmieci i skamieniały kurz, na ulicach korki samochodowe (dziwne, ale nie ma żadnych ofiar ruchu drogowego ani wypad­ków), domy jak zgniłe zęby: a wszystko to ciągnie się przez dłu­gie mile. Społeczny Park Jurajski. Nieprzypadkowo jest tutaj ty­le komunistycznych symboli: przy kilkunastu „rajkomach" widzę czerwone sztandary, często portrety trzech klasyków (Marksa, Engelsa i Lenina). Stalina nie ma — dzięki i za to. Są zresztą wielkie ulice Lenina i Ho Chi Minha.
Matka Teresa.
Wycieczka z kierowcą, który jak zwykle nie zna angiel­skiego i nie ma zielonego pojęcia o zabytkach: pojmuje wyłącz­nie ogólny kierunek drogi i setki razy wypytuje przechodniów, innych kierowców i policjantów. Ale bez niego całkiem bym zgi­nął. Za wycieczkę hotel wziął ode mnie trzydzieści dolarów; ale trwała ona siedem godzin, pokonaliśmy siedemdziesiąt kilome­trów i po niej mam jako takie pojęcie o mieście.
Zupełnie niedaleko mojego hotelu, choć nie od razu, trafi­łem do domu misyjnego Matki Teresy. Tam też znajduje się jej ascetyczny i monumentalny grób, a na piętrze kapliczka, gdzie modli się kilkanaście zakonnic w białych habitach oraz jeden czy drugi turysta. Święta w rzeczywistości zdołała pomóc może zaledwie jednej tysięcznej części ludzi, którzy w tym mieście potrzebują pomocy, ale i tak to znacznie lepsze niż nic. [...]
Na ulicach wiele świętych krów, można też napotkać riksze — rowerowe i piesze. Rikszarze to najczęściej ludzie starsi, a na­wet siwobrodzi. Wynajmują ich niemal tylko Hindusi — czasy białych sahibów dawno minęły. [...] Tylko zmarli znają Brooklyn — mówił Thomas Wolfe. Tyl­ko zmarli znają Kalkutę. Najbardziej piekielnymi ulicami posuwamy się w kierunku mostu Howrah i jeszcze dalej. Błyska bia­ło gipsowe popiersie Indiry Gandhi — niczym jakiejś trzykrotnej bohaterki ZSRR. Naraz jawi się nowy most przez Hooghly, dla kontrastu supernowoczesny, w równej mierze symbolizujący XXI wiek jak most Howrah — XX. Jest on jed­nakże dziwnie pusty. [...] 
Nieco odetchnąłem w Millennium Park — na skwerze nad Hooghly, który równie dobrze mógłby znajdować się gdzieś nad Wołgą. Na powierzchni rzeki pływają góry śmieci, resztki girland z kwiatów i... zaraz, czy nie zwłoki? Nie, może jednak to nie trupy, najpewniej gałęzie czy kije. Chociaż nie jestem pewien. [...]
Pod wieczór na chodniku koło hotelu do snu układają się dziesiątki bezdomnych, także dzieci. Ale nie wygląda to szcze­gólnie tragicznie, raczej przypomina cygański tabor. Okazuje się, że sam hotel jest muzułmański, dlatego nie ma w nim alko­holu. Jednak gospodarzą tu dwie kobiety, o wiele aktywniejsze i zmyślniejsze od mężczyzn.
Rzeka Hooghly.

Tomas Venclova, Z dzienników podróży, tłum. Alina Kuzborska, Fundacja Zeszytów Literackich 2010,  s. 184-187.

niedziela, 5 lutego 2012

Odcinek 228: Tomas Venclova, 2003 rok

Z dziennika Tomasa Venclovy
5 lutego 2003 roku
Tomas Venclova.
Spośród wielkich egzotycznych podróży mojego życia ta jest może ostatnia. Obudziwszy się około trzeciej rano, jeszcze w całkowitej ciemności dojeżdżam do lotniska w Hamburgu. Przesiadka w Paryżu: z góry miasto wygląda na przemysłowe, dostrzegam wieżę Eiffla, ale nic ponadto. W samolocie prawie sami Hindusi, dwojakiego rodzaju — albo niemłode, dosyć arystokratyczne damy z czerwoną kropką między brwiami, albo przyjaźnie nastawieni mężczyźni, którzy zdążyli dorobić się w zachodnim świecie. W jadłospisie brak potraw z wołowiny i cielęciny (co też zostało specjalnie zaznaczone). Ponadto pokazują hinduski film — muzyczny melodramat przypominający Monsunowe wesele, które niedawno oglądałem, tylko stokroć prymitywniejszy. Osiem godzin lotu wcale nie wydaje się tak długie. Z lewej strony za oknem widnieje zimowy masyw Kaukazu (lecimy nad Gruzją i Azerbejdżanem). Dobrze, że znowu je zobaczyłem po tylu latach. Potem, już po ciemku — Iran i trochę Pakistanu. Bombaj z lotu ptaka to nagromadzenie niewyraźnych światełek, co jest typowe dla miast Azji. Obecnie jest oficjalnie przemianowany na Mumbai, aczkolwiek tej nazwy tak naprawdę nikt nie używa.
Scena z bollywoodzkiego filmu
Czasem słońce, czasem deszcz.
Po wylądowaniu — wilgotny upał, słodkawy i mdławy zapach powietrza, słowem — tropiki. I duch głębokiej, beznadziejnej prowincji. Co prawda ludzie są nad wyraz grzeczni, ze wszystkimi można porozumieć się po angielsku (chociaż napisy przeważnie w dewanagari). Ta uprzejmość bardzo się przydaje, ponieważ zginęła moja walizka; przez dwie godziny, od pierwszej do trzeciej po północy (w Europie dopiero wczesny wieczór, toteż nie chce mi się spać), próbuję wyjaśnić, co się z nią stało. Okazuje się, że przez pomyłkę trafiła do innego samolotu: po jego wylądowaniu wszystko odzyskuję, również ten oto dziennik, jedyną rzecz, jakiej nie chciałbym stracić. Pomylili się, o ile rozumiem, nie Hindusi, tylko pedantyczni Niemcy. Potem znowu szarpanina nerwów, bo nie mogę odnaleźć taksówki, którą miał przysłać zarezerwowany przeze mnie hotel. W końcu znajduję: kierowca stoi z plakatem, a na plakacie napis „Prof. Tomas Clova”. Takich kierowców z plakatami co najmniej kilkuset.
Długa podróż do centrum. Betonowe budynki nie tylko są odrapane, z osypującym się tynkiem, lecz nawet podgniłe, jeśli w ogóle można sobie wyobrazić gnijący beton. Całe słynne wybrzeże wygląda okropnie. Za to hotel — za pięćdziesiąt dolarów — doskonale czysty i przytulny, w stylu kolonialnym. Zachowanie służby chyba się nie zmieniło od czasów Phileasa Fogga.
Tomas Venclova, Z dzienników podróży, tłum. Alina Kuzborska, Fundacja Zeszytów Literackich 2010, s. 156-157.