Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyrmand Leopold. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyrmand Leopold. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 marca 2015

Odcinek 2016: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda

9 marca 1954 roku
[...] Snułem się dziś po Alejach Jerozolimskich w poszukiwaniu sklepiku pana Donimirskiego. Pan Donimirski sprzedaje rakiety tenisowe i robi naciągi, można u niego dostać to, czego nie można dostać w państwowych sklepach sportowych, a ja szukam niedrogiego czeskiego „Artisa”, bo sezon się zbliża i czymś trzeba grać. Przy okazji zanurzyłem się w ową knieje inicjatywy prywatnej, jeszcze nie zrąbaną toporem podatkowego domiaru, pomiędzy Kruczą a Marszałkowską. W kwadracie wyburzonych domostw utrzymuje się ciągle stan popowstaniowy: prowizorycznie łatane ruiny, ocalałe bramy, osobne jak luki zbolałego triumfu nie wiadomo nad czym, strzępy klatek schodowych, sklepy wyremontowane z cudownym sensem prowizoryczności, która trwa już dziewięć lat. Imponujący, hardy paliatyw warszawskiego handlu z pierwszych miesięcy po wojnie, rzadko spotykane bohaterstwo ekonomii, w którym Polacy okazali szaleńczą brawurę, jak niegdyś na polach bitew. Brudne sienie i błotniste podwórka o rozoranych brukach kryją sklepy, sklepiki, sklepiczki, składziki, warsztaciki, pracownie rannych pantofli i parasolek, rękawiczek i pluszowych zajączków o tak zgorzkniałym wyglądzie, że chyba dusza producentów wpełzła w ich oczka z guzików. Są tu sztuczne cerownie i farbiarnie, pralnie chemiczne i wytwórnie kosmetyków, z którymi fabryki państwowe konkurować mogą tylko dekretem i ceną, ale nigdy jakością. Gospodarcze getto, wiec prężne, walczące o życie, nie bojące się żadnego wysiłku, by przeżyć. Pstrokacizna szyldów, tabliczek, wywieszek przypomina przedwojenną Franciszkańską i Nalewki, stąd wniosek, że ci drugiej kategorii zawsze walczą i bronią się tak samo, kłębiąc się w natłoku i brzydocie, w schronieniu prześladowanych. Coś, co w oficjalnej nomenklaturze zawsze nazywa się anomalią — przed wojną nieproduktywność nędznego, żydowskiego pośrednictwa i faktorstwa, dziś kupiec w ogóle — jest w istocie sprawą namiętności. Dlaczego ludzie tkwią w uporze handlowania mimo wrogich sił, które raz widzą w ich pasji rasową skazę, zaś drugi raz klasową nikczemność? Jest w tym jakaś prawidłowość, nawet wielkość i moc, gdy widzi się na tych tu umiejętnie i przewidująco niechlujnych wystawach upozowane na lichość, niepozorność, tandetność polskie skarby epoki: szminki Heleny Rubinstein, perfumy Elizabeth Arden, tusze Cediba, kupony angielskich materiałów, nylonowe szczotki do zębów z amerykańskiej taniochy, kremy, mydła, Palmolive i Colgate, Gilette i Max Factor, włoskie krawaty, paryskie pończochy „bez szwu”, jak mówią kobiety, krajowa biżuteria sztuczna, przyrządy do depilacji brwi. Narzędzi chirurgicznych w Polsce brak, ale gdyby pozwolili robić tym samym, co robią pincetki, to można by obsłużyć wszystkie szpitale i jeszcze sprzedać za granicę. Ale nie pozwalają. [...]

Ul Targowa w Warszawie, 1947 rok (źródło).
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 282–283.

środa, 18 lutego 2015

Odcinek 2011: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda

18 lutego 1954 roku
Sceny z Bogną w roli głównej. Wielki konflikt pomiędzy jej charakterem a mymi wymaganiami, pewnie nie do rozwiązania. Kilka dni temu, wieczór szczególnie meczący i przykry: Bogna odezwała się grubiańsko, zostawiłem ją na środku ulicy samą. Biegła za mną, nieugiętym, od Wawelskiej do placu Trzech Krzyży, powtarzając ze łzami w oczach: „Nie rób tego!... Nie wolno ci tego robić!...” Wieczorem czekała, siedząc na podłodze korytarza, pod moimi drzwiami. I znów łzy, kłótliwe wyrzuty wzajemne, przebaczenia niechętne a konieczne. Po czym nowe kłamstwo, niezręczne i przygwożdżone, i wszystko da capo al fine.
Bogna pochłonięta jest konstrukcją systemu intensywnej kontroli. Zmusza mnie do codziennego widywania się, wypytuje skrupulatnie o każdą i godzinę dnia. Początkowo chciałem ukryć przed nią wizytę w Pałacu Mostowskich, ale pomyślałem niech wie. Może do niej dotrze, że cięższe groźby wiszą nad nami niż rozkład miłosnych słodyczy. Daremne nadzieje. Reakcja Bogny poszła po linii podejrzeń; że coś przed nią ukrywam, że ja z Masikiem, że oni już wiedzą, że nawet lepiej od niej. Pytania Bogny, natrętne i dociekliwe, drążą bez znieczulenia, toteż moje kontry też nie grzeszą taktem. Nie chcąc kłamać milczę, zaś milczenie jest często brutalniejszą odpowiedzią niż otwartość. Rozbieżność interesów Bogny z interesami UB polega na prostym fakcie, że Bognie chodzi o zdradę uczuć i zmysłów, a nie państwa czy proletariatu. Lecz tak jak oni, chce wiedzieć wszystko i karać bezlitośnie, Bognie ufać nie wolno, tak jak policji politycznej: miłość, młodość, zazdrość i głupota niosą w sobie przecież siłę opresyjną totalizmu. Powierzyć Bognie rozterki, wydać je na pastwę kombinacji mętnych domysłów z mętnymi podejrzeniami oznaczałoby nieodstępne zagrożenie, jakie dźwiga się ze sobą jak błoto w dziurawym bucie.
A przecież ja Bognę kocham, o ile miłością są szybkie drgnienia niedocieczonych satysfakcji. [...]
Kadr z filmu Cleo od 5 do 7, reż. Agnès Varda, 1961 rok. 
Gaszę światło, moszczę się pośród jej zapachów i gorąca pod kocami, i z ciemności wędrują ku mnie słowa Wojtka: „Pracujesz dla innych. Ta dziewczyna odejdzie od ciebie, i to zaboli. Wkładasz w nią dziś całą resztę, która ci jeszcze pozostała, lepisz wspaniałą kobietę. Ale nie dla siebie. Dla innych.” Leżę na wznak, bez ruchu, oczy w mroku pocętkowanym rozżarzonymi pręcikami elektrycznego piecyka. Bogna wtula się w moją pachę, pod ogarniające ją ramię. Jakby mój sceptycyzm, moja gorzka wiedza, były dla niej bezpiecznym schronieniem, gwarancją jej sukcesu.


Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 224–226.

poniedziałek, 31 marca 2014

Odcinek 1004: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda

31 marca 1954 roku
Socjalizm budowany jest na gruźlicy. Zastraszające, jak choroba ta atakuje segmenty społeczne niegdyś przed nią uodpornione. Na przykład ludzi starszych wiekiem. Znam dwa wypadki ostatnio, gdy ludzie po pięćdziesiątce, przykładowo zdrowi przez tyle lat, wieloletni sportsmeni, myśliwi, z tak zwanych wyższych sfer, znakomicie odżywiani przez całe życie, już są w sanatoriach. Zaś z sanatoriów podobno usuwa się nieuleczalnie chorych, co do których nie ma nadziei, a więc prątkujące wśród nas rozsadniki zarazy, po to tylko, aby uczynić miejsce nowym i podtrzymać w społeczeństwie mit, że coś się w ogóle robi przeciwdziała. Zagruźliczenie młodzieży w domach akademickich jest przerażające.
Masowe szczepienia przeciwko gruźlicy, 1949 rok.
Opowiadał mi młody inżynier, u którego wykryto spory naciek w lewym płucu, że lekarz nie mógł zdecydować się na wydanie mu zwolnienia z pracy, wahał się między współczuciem a strachem przed instrukcjami. Powiedział: „Gdybym miał pana zwolnić, ćwierć Polski miałoby prawo domagać się sanatorium...” Są w tym obrazie rzeczy akcenty melodramatyczne: niedawno, kręcąc się na ciuchach, widziałem w jednym z kramów, pośród nawału żyletek, kremów i skarpetek, butlę z „Remifonem”, czyli preparatem, który w praktyce zlikwidował gruźlicę w kapitalizmie na Zachodzie. Jakaś pochylona facetka, grzebiąc wśród kosmetyków i fatałaszków, odsunęła butelkę pogardliwie na bok mówiąc: „Coś dla suchotników...” Jakby mnie ukłuło w sercu: ktoś gdzieś, między Bałtykiem a Bieszczadami, modli się o taką butelkę i te właśnie pastylki. Rzecz jasna, na ciuchach „Remifon” ma cenę niebotyczną, może tylko spódnica z syntetycznej tafty kosztuje drożej. Niedawno aresztowano w Warszawie kilku młodych lekarzy, o czym doniosła agencja JPP — Jakaś Pani Powiedziała — stary i wypróbowany system przekazu i komunikowania w Polsce oparty o zasadę, że nie ma dymu bez ognia. Przestępstwo medyków polegało na tym, że wypisywali recepty na leki u nas nieosiągalne, które następnie ludzie posiadający krewnych za granicą wysyłali na Zachód i w ten sposób zdobywali lekarstwa czasem decydujące o życiu. Okazuje się, że tego robić nie wolno. Warstwa uprzywilejowana, dygnitarze partyjni i rządowi, ich dworacy propagandziści, sprzedajni artyści, nie mają tego problemu: stoją do ich dyspozycji tajne szpitale dla elity, ekskluzywne i odseparowane starannie od społeczeństwa, zaś zaopatrzone we wszystko, co medycyna i farmaceutyka może dostarczyć z Zachodu. Przy okazji wspomnieć warto o konstytucyjnie zagwarantowanej tajemnicy korespondencji: każdy list wychodzący z Polski i przychodzący do nas z obozu imperializmu otwierany jest i badany według unowocześnionych metod na specjalnie w tym celu wybudowanej pocztowej stacji przetokowej w Poznaniu. Za pieniądze, jakie kosztowała, można byłoby wyposażyć dwa tuziny najnowocześniejszych szpitali. Zresztą — po co im te cuda? Co drugi list z zagranicy ma i tak brutalną pieczątkę: „Przesyłka uszkodzona”, co po prostu stwierdza, że otwarty był w celach inspekcji i nikt się z tym nie kryje. Zaś „Życie Warszawy” pisało niedawno o „zamachach” na tajemnicę korespondencji w USA, nazywając to „nową zbrodnią amerykańskiego faszyzmu przeciw prawom człowieka i obywatela...”
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 366–367.

środa, 6 marca 2013

Odcinek 623: Leopold Tyrmand, 1954 rok


Z dziennika Leopolda Tyrmanda

6 marca 1954 roku
W Warszawie gorączka przygotowań do II Zjazdu PZPR. Wszyscy są podnieceni, nie obradami partii, bo kogo to obchodzi, ale tym, co rzucą na sprzedaż. Każdą imprezę, krajową czy międzynarodowa, poprzedza garnirowanie sklepów i to jest wszystko, co z niej mamy. Jest wtedy szynka, szprotki i materiały na spodnie, i tym podobne cuda ludzkiego geniuszu, o ile się ma na nie pieniądze. Sądząc po informacjach owej łani Szuflady, która robi w mięsnych Delikatesach, dostawa będzie niewąska. Już dziś słyszałem w autobusie: „Wie pani, polędwicy dziś u nas w spółdzielni, że tylko brać a brać...” – „Wiadomo, zjazd”. 
Znowu wezwanie na komisję kwalifikacyjno-weryfikacyjną Związku Literatów. Chyba mnie wyleją. Jestem od sześciu lat członkiem-kandydatem, a według statutu staż kandydacki to dwa lata. Zaś członkiem rzeczywistym zostaje się po dwóch wydanych książkach. Ja wydałem jedną, w 1948, Hotel Ansgar, a polem chała. Inna rzecz, że w Związku jest wielu gówniarzy, którzy nie wydali ani jednej, ale za to im wydano malutką legitymację czerwonego koloru w zupełnie innym lokalu, więc mogą się już nie troszczyć o wydawanie książek. Jak głosi przypowieść, wystarczy, że wydadzą jednego kolegę rocznie. Póki istniał „Tygodnik”, nieporęcznie było mnie wyrzucać: mówiono by na nieście, że to prześladowanie światopoglądowe. Muszę walczyć, nie chcę się dać wyboksować do kategorii zupełnego pariasa, nie mówiąc już o obiadach. [...] 
Wracałem dziś z Bogną autobusem do domu. Bogna pogwizdywała Why don’t you believe me..., całkiem ostentacyjnie i z uczuciem, była w wyśmienitym nastroju. Przejeżdżając obok gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa powiedziałem: „Przestań”. Na to Bogna: „Co mam przestać?” Na to ja: „Przestań gwizdać. Za tymi murami może właśnie mordują ludzi. Każdy przyzwoity człowiek w Polsce powinien się przez chwilę zastanowić nad tym, co się tam dzieje...” Na to Bogna napastliwie: „Wiesz, ty też masz zdrowego hysia...” Ale przestała gwizdać. [...]
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 270–271.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Odcinek 593: Leopold Tyrmand, 1954 rok


Z dziennika Leopolda Tyrmanda

4 lutego 1954 roku
Jedna z kawiarni na warszawskim MDM-ie.
[...] Na MDM-ie otwarto nową kawiarnię. Jest ładniejsza niż co w tej dziedzinie znam z Paryża, Berlina, Wiednia, Sztokholmu, Kopenhagi; lekka i strojna, ślicznie zaplanowana i wyposażona. Oddano ją do użytku tydzień temu. Dziś schody popękane, poręcze obłupane, podłoga pokryta warstwą źle sprzątniętego błota, na marmurowych kolumnach przyklejony papier pakowy z informacją, że zakazane jest pluć na podłogę, zaś nakazane oddawać płaszcze do szatni. Kto winien? Polscy wandale, czy komunistyczna metafizyka miejsc publicznego użytku? Niedawno wylano z wydziału propagandy KC szefa: niejaki Starewicz, człowiek przystojny i młody, a ohydna bolszewicka kreatura. To Starewicz pokrył miasto liszajem transparentów i ściennych sloganów, których zasady nie sposób zrozumieć bez analizy podobnej do owej Kisiela z meczu. Nieustępliwa, natrętna wszechobecność bzdury jako oręż w walce. A przecież istnieje jakieś iunctim pomiędzy ową kawiarnią a widoczną na każdym kroku zmoczoną deszczem, zeszmaconą płachtą czerwonego płótna, z którego co druga, brudno-biała litera już dawno odpadła, ale co komuniści ciągle jeszcze uważają za mobilizujące serca hasła. Wszystko jest nimi zaśmiecone – dworce i domy mieszkalne, bramy parków i szalety. W rzeczywistości, mobilizują one w ludziach poczucie opuszczenia, jakiegoś praruskiego „naplewat”, polskiego dodupizmu. Ściera o właściwościach chwastu jako instrument rządu dusz?
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 176.

piątek, 4 stycznia 2013

Odcinek 562: Leopold Tyrmand, 1954 rok


Z dziennika Leopolda Tyrmanda

4 stycznia 1954 roku
[...] Byłem na pokazie filmowym. Duński film o gruźlikach – podniosły, humanitarny. Co to kogo obchodzi. Mamy własnych gruźlików na kopy, tylko nie robi się o nich filmów. Nie wolno. Komuniści twierdzą, że gruźlica to zagadnienie kapitalizmu. U nas jej nie ma, a jeśli jest, to jedynie jako przeklęta spuścizna przeszłości, której godziny są policzone. Tymczasem faceci, którzy po straszliwych trudach przyjmowani są w końcu na uczelnie, wolą zrezygnować ze studiów niż mieszkać w domach akademickich, znanych jako straszliwe rozsadniki gruźlicy. Toteż ktoś, kto nie może sobie pozwolić na prywatne mieszkanie na mieście, staje przed wyborem: nadzieja na lepszą przyszłość i doraźne ryzyko lub gorycz zmarnowanych ambicji? To dopiero punkt wyjścia dramatu, nie sytuacja sentymentalna, jak u Duńczyków.

Słów parę o instytucji pokazów filmowych, bardzo interesującej. Zbiera się na nich elita. Jest to słowo pokraczne i mało precyzyjne, ale lepszego nie ma dla określenia zjawiska. W każdej złożonej społeczności elity są różne. W demokracjach elity współżyją, konkurują, zwalczają się, lecz w zasadzie ich wpływy są zrównoważone. W komunizmie elity są zhierarchizowane: jedna elita ma gdzieś inne elity i robi z nimi, co się jej żywnie podoba, co nie znaczy, że innych elit nie ma. Ta elita, która zapełnia pokazy filmowe, oficjalnie pracuje na niwie kultury. Nie jest to znów tak ścisłe, bo oprócz reżyserów, operatorów i aktorów, mnóstwo tu różnych takich, co nie wiadomo, co robią. Na przykład ja. Kiedyś coś tam pisałem dla filmu, potem pisałem recenzje filmowe, a od czterech lat już nic z tym nie mam wspólnego. Ale różne dziewczyny, które pracują w Centralnym Urzędzie Kinematografii i organizują pokazy, ciągle mi przysyłają zaproszenia, bo mnie lubią za to, że się sprzeciwiam. Tak się o mnie mówi na mieście. Wobec tego oglądam filmy z Zachodu, których nie pokazuje się masom, którymi zachwyca się dana elita. Masy do takich filmów nie dorosły. I chyba już nigdy nie dorosną, bo jak dojrzeją według marksistowskiej recepty, to zgodnie z kontrolowanym procesem dorastania powinny pluć na takie filmy jak na zjełczałe masło. Tak przynajmniej twierdzi owa elita w redagowanych przez siebie gazetach i pisanych książkach o tych samych filmach. Zaś wieczorami, w starannie ukrytych przed masami salkach projekcyjnych, elita zachwyca się i onanizuje kulturą wynaturzoną, ale jakże atrakcyjną, dywersją wrogą, ale jakże fascynującą. Rozkosz tarzania się w kłamstwach imperializmu na filmowych pokazach CUK-u, to właśnie arcyprzywilej tej elity, jej chwała i rozanielenie dwa razy w tygodniu.
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 28–29.

czwartek, 29 marca 2012

Odcinek 281: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda

29 marca 1954 roku
[...] Rozważałem dziś Warszawę z okna autobusu i przyznać muszę, że coś jest w komunistycznej przechwałce propagandowej brzmiącej we wszystkich przemówieniach: „Dźwignęliśmy stolicę z ruin...” Dziesięć lat temu nie było Warszawy, a teraz jest i tej prostej prawdy nikt nie jest w stanie obrócić we frazes. Ile w tym zasługi komunistów, a ile Polaków i warszawiaków, trudno zmierzyć. Niemniej, odbudowa lub jak kto woli wskrzeszenie tak wielkiego miasta nie dokonałoby się, gdyby komuniści z takich czy innych względów jej nie chcieli, bez ich zgody nic by się w tym kraju i w tym czasie nie stało. Można się też sprzeczać, czy gdyby ich nie było, Warszawa nie stałaby już większa i piękniejsza. Czy większa, nie wiem, to sprawa do dyskusji, trudna do ustalenia. Piękniejsza? Piękno miast jest w wielości motywów, najczęściej wbrew ludziom, a nie dzięki ludziom. Różnorodność szpetoty, szlachetniejącej z upływem czasu, starzejącej się i patynującej to właśnie piękno miast. [...]
Plac Konstytucji w Warszawie, 1954 rok.

Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 358.