Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatarkiewiczowa Teresa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatarkiewiczowa Teresa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2015

Odcinek 2024: Teresa Tatarkiewiczowa, 1962 rok

List Teresy Tatarkiewiczowej do siostry, Marii Dmochowskiej

4 lipca 1962 roku, Berkeley
Wynajęliśmy tutaj znów umeblowane dwa pokoje w pobliżu (dwanaście minut drogi piechotą) uniwersytetu i biblioteki (trzeciej z rzędu pod względem wielkości na świecie: 1. Biblioteka Kongresu, 2. w Princeton, ale Ty pewnie to wiesz). Pościel i garnki oraz porcelanę dostarczył mi komitet pań profesorowych opiekujących sią studentami i profesorami obcymi, którzy przyjeżdżają tu na studia. Nie mam słów, jak te panie były życzliwe, chętne i usłużne. Wczoraj jeszcze przyniosły mi do domu mnóstwo tiulowych firanek, bo zauważyły, że mieszkamy na parterze i można do nas zajrzeć. Zaprosiły mnie na damskie zebranie zapoznawcze na dziesiątego b.m., ale to będzie pierwsze śniadanie! O dziesiątej rano. Oprócz Amerykanek opiekują się też nami różne osiadłe tu Polki, a także młodzież, która przyjechała tu z Polski na studia. Wszyscy mają samochody i wszyscy chcą nas wozić i pokazywać tutejsze cudowne okolice. Byliśmy już raz w San Francisco, co jest daleką wyprawą po drugiej stronie zatoki, ale droga jest tak piękna, że warto ją parę razy przejechać: połączenie oceanu, zatoki, gór jest fantastyczne, powietrze cudowne morsko-górskie, słoneczne, zupełnie nieduszne, taki nasz wrzesień na temperaturę, wieczory i ranki chłodne.
Uniwersytet w Berkeley, ok. 1967 roku.
My mieszkamy w dzielnicy willowej z cudownymi ogródkami, roślinność jest już podzwrotnikowa: palmy, bugenwille, róże fantastyczne, wielkości dużej sałaty, hortensje: jeden bukiet, fuksje — ogromne krzaki obwieszone kwiatami na palec długimi; nic nie jest ogrodzone, ale nikt nie ruszy cudzego kwiatu.Widziałam, jak robią trawniki: przywożą zwinięty w rulony jak chodnik, rozkładają na przygotowanej ziemi i podlewają obficie takimi wiatraczkami. Dziś, przy narodowym tutejszym święcie, panowie strzygą maszynkami swoje trawniki przed domami. Jakby tego nie zrobili, miasto zrobi na ich koszt. Mnóstwo tu kwiatów, których nigdy nie widziałam, nawet w cieplarniach. Nad nami spore góry, na które pnie się Berkeley. Widok stamtąd fantastyczny. Dziś wieczór mamy jechać ze znajomymi nad morze patrzeć na fajerwerki z okazji tego święta.W Chicago byliśmy po drodze, ale tylko półtora dnia. Władek miał tam odczyt w Związku Polskich Akademików. Mnóstwo było ludzi, zgłaszali się dawni uczniowie Władka, m.in. jakaś pani z indeksem z Warszawskiego Uniwersytetu sprzed trzydziestu lat, w którym był podpis Władka: prosiła, żeby go znów podpisał. [...]

Teresa i Władysław Tatarkiewiczowie, Wspomnienia, Państwowy Instytut Wydawniczy 1979, s. 94–95.

środa, 2 października 2013

Odcinek 824: Teresa Tatarkiewiczowa, 1967 rok

List Teresy Tatarkiewiczowej do siostry, Marii Dmochowskiej

2 października 1967 roku, Berkeley
W Berkeley przyjechano po nas na lotnisko i zawieziono nas do naszego mieszkania, które przypominało mi bajki dla dzieci. Cztery pokoje wykwintnie, choć skąpo umeblowane, łazienka, kuchnia; łóżka posłane, kolacja na stole, lodówka pełna zapasów, w szafach ręczniki i porcelana, odkurzacz, telefon, dwa radia, telewizor, ogrzewanie automatyczne, które się nastawia na żądaną ilość stopni, a nagrzawszy mieszkanie do tej temperatury automatycznie sią wyłącza.

Byliśmy już na jednym większym przyjęciu wieczorem w polskim domu. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie wczoraj, gdy podczas mszy w naszym studenckim kościele do komunii przystępowali ojcowie dźwigając na rękach niemowlaki ze smoczkami w buzi. Jeden z ojców był biały, drugi czarny. Prawie wszyscy obecni na mszy przystępowali do komunii, a po błogosławieństwie ksiądz celebrujący podał ręce kilkunastu obecnym, którzy podeszli do ołtarza, ci potem ściskali za rękę swych sąsiadów, a ci dalszych tak, że to błogosławieństwo obeszło w ten sposób cały kościół. Kościół świeżo wybudowany, jest nadzwyczaj nowoczesny, cały z szarego betonu — mnie się podoba, ale zdania są podzielone.
Na campusie uniwersyteckim można się napatrzeć przedziwnych strojów, a raczej negliżów. Kobiet większość chodzi w bardzo obcisłych spodniach w jaskrawych kolorach, z włosami rozpuszczonymi na ramiona, a włosy muszą być proste i brudne; trudno też odróżnić od tych kobiet mężczyzn, chyba czasem po obfitych brodach i bokobrodach; część chodzi na bosaka i w łatanych, obszarpanych od dołu spodniach, ale to nie z biedy, to taka moda. Są w San Francisco dwie ulice takich narwańców, którzy wolą kraść lub żebrać niż korzystać z pieniędzy rodziny lub zarobić. Nazywają siebie hippis — nie wiadomo, co mają za idee, wszystko to jest mętne i narwane.
Hippisi.
Teresa i Władysław Tatarkiewiczowie, Wspomnienia, Państwowy Instytut Wydawniczy 1979, s. 100.

czwartek, 6 września 2012

Odcinek 442: Teresa Tatarkiewiczowa, 1962 rok


List Teresy Tatarkiewiczowej do siostry

6 września 1962 roku pisany na statku „Leonardo da Vinci”
Pustynia Nevada.
Po czułych pożegnaniach w Kalifornii i ostatnich wycieczkach poza miasto i do San Francisco wyruszyliśmy 21 sierpnia pociągiem do Denver – podróż była wspaniała; widoki niezwykłe, przejechaliśmy dwa łańcuchy gór, Sierra Nevada i Skaliste, przez szereg wąwozów i kanionów, najprzód jechaliśmy doliną rzeki Colorado, przełomem przypominającym przełom Dunajca, ale dziesięć razy chyba dłuższy[m], a potem pustynią Nevada, porosłą kępkami trawy na tle żółtego piasku, i dalej wśród czerwonych ścian skał. Kanion podobny czasem do twierdz z murami, czasami do piramid. Przejechaliśmy przez tę trzydziestogodzinną podróż sześćdziesiąt pięć tuneli. Wszystkie te widoki można było wygodnie oglądać, bo prócz własnego sypialnego przedziału mogliśmy korzystać z nadbudowy oszklonej z wygodnymi fotelami, znajdującej się na kilku wagonach, prócz tego ostatni wagon był od połowy oszklony i też stały tam fotele i stoliki, obok był bar, wreszcie był wagon restauracyjny i jeszcze jeden bar oraz przedział ze stołami i grami dla dzieci. Bo Amerykanie wszędzie jeżdżą ze swymi licznymi pociechami, nawet niemowlakami. (Tu, na statku, jest np. trzymiesięczne niemowlę, nie licząc gromady trochę starszych dzieci.)

W Denver przyjechano po nas z Institute for International Education, przewieziono do hotelu, gdzie przenocowaliśmy i nazajutrz znów ktoś był po nas samochodem i odwiózł na lotnisko; to samo w Nowym Jorku. Ale i tu nie byli to urzędnicy tej instytucji, ale tzw. wolontariusze, osoby zamożne, z samochodami, które chcą coś społecznie robić; chętnie podejmują się takiego opiekowania się cudzoziemcami – najczęściej to młode osoby. W Los Angeles taka pani poświęciła nam cały dzień i woziła nas po mieście, gdzie chcieliśmy, aż wreszcie wieczorem zaprosiła nas do siebie na kolację do pięknej willi.
W Nowym Jorku sporo było do załatwienia różnych spraw, na szczęście wizę włoską dostaliśmy jeszcze przed wyjazdem z San Francisco, ale znów było zahaczenie z kabiną na statku, ostatecznie pomyślnie załatwione, no i jeszcze pożegnania; a na pożegnanie przyjaciele zawieźli nas dwa razy nad ocean na plażę, mieliśmy też polską kolację: chłodnik, zrazy z kaszą gryczaną (którą tu kupuje się w puszkach z napisem „Kaska”; zresztą kupowaliśmy też kasze w restauracji w San Francisco, gdzie są polskie szynki i kiełbasy). Wreszcie byliśmy na przyjęciu weselnym siostrzeńca Adasia Nagórskiego; podobno młoda para czekała na nas z tymi zaślubinami, bo i pannę młodą znaliśmy jeszcze w Polsce. Było ze dwadzieścia osób, m.in. egzotyczne pary: Polak – Japonka, Polak – Norweżka, Polka – Węgier.
SS "Leonardo da Vinci".
Jedziemy statkiem od piątku w południe – mamy maleńką kabinę ze swoją umywalnią, prysznicem i w.c., bardzo praktycznie wszystko obmyślone. Mnóstwo salonów, otwartych pokładów, basenów kąpielowych, barów. Ja piszę teraz na spacerowym pokładzie, patrzę na bezkresne morze i ciągle myślę o odwadze Krzysztofa Kolumba oraz tego wspaniałego dziewiętnastoletniego Japończyka, który sam jeden przepłynął Ocean Spokojny z Tokio do San Francisco przed tygodniami, płynął małą żaglowo-motorową łodzią trzy miesiące.
Żywią nas tu wspaniale, aż za dobrze, bo tyjemy, mało chodzimy, ale odpoczynek wspaniały. Dziś przepłynęliśmy koło Hiszpanii, zatrzymaliśmy się w Gibraltarze, ale tylko na godzinę i nie wolno było wysiąść na ląd. W sobotę za to będziemy mieć postój sześciogodzinny w Neapolu i wolno będzie wysiąść na ląd, potem Cannes, też postój, i wreszcie Genua w niedzielę.
Teresa i Władysław Taterkiewiczowie, Wspomnienia, Państwowy Instytut Wydawniczy 1979, s. 98–99.