Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczepański Jan Józef. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczepański Jan Józef. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2014

Odcinek 1150: Jan Józef Szczepański, 1945 rok

Z dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

24 sierpnia 1945 roku
Niemieckie dzieci we Wrocławiu, styczeń 1945 r.
Wczoraj kupiłem, wracając z pracy, chleb. Wiozłem go na bagażniku roweru i w chwili, kiedy wjeżdżałem w bramę kliniki, rower podskoczył na progu, a chleb wypadł na ziemię. Zatrzymałem się, żeby go podnieść. Równocześnie podbiegło w tę stronę dwoje niemieckich dzieci, dziewczynka i chłopiec.
Gdy umocowywałem chleb z powrotem, stanęli blisko i wymownie patrzyli mi w oczy. Siadłem na rower i pojechałem dalej, czując się jednak nieswojo i z każdą chwilą bardziej nieswojo.
Oczywiście: i u mnie trudno o chleb. Nie mam pieniędzy, jestem właściwie dosyć wygłodzony, ale to przecież nie ma nic do rzeczy. I to wielki wstyd, że w ogóle zacząłem wyszukiwać względy łagodzące. W takim wypadku powinno się działać zupełnie automatycznie: ja mam, ty potrzebujesz — daję. Dopóki nie będzie tej prostej reakcji i trzeba się będzie każdorazowo odwoływać do uczucia miłosierdzia, przekonywać siebie samego, że trzeba... dopóty to wszystko będzie burżuazyjną filantropią, krygującą się i fałszywą. [...]
Jan Józef Szczepański, Dziennik, t. 1: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie 2009, s. 25-26. 

środa, 21 maja 2014

Odcinek 1055: Jan Józef Szczepański, 1951 rok

Z dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

21 V 1951 roku
Byliśmy wczoraj z Anulką w Lasku Wolskim. Za klatką z niedźwiedziami jest domek ogrodnika czy stróża z małym obejściem. Anulką wypatrzyła tam koguta i to było największe przeżycie. Pytałem ją potem, jakie zwierzątka najbardziej jej się podobały. „Kogut i obażanty" — odpowiedziała.
Matura w 1951 roku.
Pomagałem przy zadaniach maturalnych córce stróża. Nie tak dawno ostatecznie sam zdawałem maturę, a to jest już inna epoka. I — bo ja wiem — może lepsza przy wszystkich swoich wadach. Przy ogromnie niebezpiecznych wadach. Jeden z tematów to była czysta demagogia. Agitka sklecona z gazetowych frazesów, ale z frazesów przemyślanych „centralnie", odważonych i odmierzonych. To by mogło iść bez przeróbek na wstępniak do „Dziennika Polskiego" jako artykuł Klominka. Frazesy sanacyjne były sto razy naiwniejsze. Drugi temat — kwestia chłopska w literaturze — z całą swoją jednostronnością na pewno głębszy od rozważań typowych dla szkoły moich czasów: kto na kogo miał wpływ i dlaczego. Przejrzałem przy tej okazji parę przedwojennych podręczników literatury (Kriedl, Feldman) i aż dziwno. Co za jałowizna!
Stwierdziłem też (któryż to już raz!), jakim jestem wszechstronnym ignorantem.
Ostatnio męczy mnie coraz wyraźniej moje połowiczne czy raczej „ćwierciowe" stanowisko wobec religii. Wytłumaczyłem sobie, że wierzę w Boga i sądzę, że jeżeli coś zasługuje na wiarę, to chyba Bóg, ale nie potrafię wyciągnąć z tego żadnych umysłowych konsekwencji.
Jan Józef Szczepański, Dziennik, t. 1: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie 2009, s. 280.

środa, 25 grudnia 2013

Odcinek 908: Jan Józef Szczepański, 1949 rok

Z dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

25 grudnia 1949 roku
Jan Józef Szczepański z synem, Michałem, ok. 1954 r.

Wczoraj wilia była świętem Anulki. Siedziała z nami przy stole, po wszystko wyciągała zachłanną łapkę (dia!). Jadła rybę i nawet liznęła trochę wina. Potem Danusia wyniosła ją na chwilę, a my z Julkiem [Wolskim] przynieśliśmy i zapalili choinkę. Zaniemówiła z początku, ale bardzo szybko oswoiła się z tym. Dostała różne pieski, kotki i laleczkę w sukience w niebieskie groszki. Ta stała się natychmiast ulubienicą, zresztą tylko na wczorajszy wieczór, bo dziś już na nią nie patrzy. Nosiła ją za głowę albo za nogę, pokazywała wszystkim i głosem drżącym z rozczulenia wykrzykiwała: „lala, a la-ala”. Wymawiała to grubo, tremolując, z entuzjazmem nie znającym żadnych skaz. Na świeczki i sztuczne ognie mówiła „fy, fy”, ale nie interesowała się nimi tak bardzo. W ogóle choinka zrobiła duże wrażenie dopiero dziś rano. Teraz, wieczorem, wróciły do łask dwa gumowe pieski. Mówi się na nie: „gęś”, „kaka”, „kakiś” albo „kakuś”. Kolektywnie. I najlepiej trzymać je w jednej garści naraz, za ogony. Strasznie śmieszne i dziwne takie stworzenie. Czuje się, że ono żyje w innym czasie czy raczej w czasie innego wymiaru. Chwilami to jest aż żenujące - kiedy się dla niej żałuje chwili jakichś ważnych rzekomo zajęć, które w porównaniu z jej sposobem użytkowania świata są takie cząstkowe, mało prawdziwe i mdłe.
Jan Józef Szczepański, Dziennik, t. 1: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie 2009, s. 225.