Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stendhal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stendhal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 października 2017

Odcinek 2083: Stendhal, 1811 rok

Z dziennika Stendhala

[9 października 1811 roku]
W okolicy Gaeta ujrzałem wreszcie na końcu drogi morze. Rozkoszny widok Mola di Gaeta. Wspaniały krajobraz aż do Neapolu, tego miasta wesołości. Rzym to wzniosły grobowiec. Trzeba śmiać się w Neapolu, a kochać w Mediolanie. [...] 
Do Neapolu przyjechałem 9 października o wpół do czwartej rano. Od razu spostrzegłem, że panorama dała mi właściwe wyobrażenie miasta. O wpół do czwartej stało przy bramie siedmiu czy ośmiu mężczyzn, dla których już zaczął się dzień. Dwaj lazzaroni pokłócili się, który poniesie mój bagaż. Stanąłem w „Oberży Królewskiej”, skąd doskonale widzę Wezuwiusz, ale nie widzę morza. Lambert chciał, abym zamieszkał na pięknym bulwarze Chiaja, ale tam nieustannie prażyłbym się w ośle­piającym słońcu. W „Oberży Królewskiej” mam słońce tylko rano.
Widok na port w Neapolu i Wezuwiusza, mal. Jakob-Philipp Hackert, 1771 rok (źródło).
W czasie podróży spostrzegłem, że myślę z czułością o pięciu kobietach, że spotkanie z jedną z tych kobiet sprawiłoby mi cudowną przyjemność. Tych pięć kobiet to: Ang[ela] P[ietragrua], Palfy, Melania, Livia B[ialowiska] i Ang[elina].
 
Myślę, że jestem zakochany w tej pierwszej. W każdym razie od Bolonii wolałbym raczej być z nią niż tam, gdzie akurat byłem. Przyłapywałem się po kilka razy na dzień, że myślę o niej z czułością, z rozmarzeniem; rytm mojego oddechu staje się coraz szybszy, z przykrością porzucam rozkoszne rozmyślania. 
W Neapolu znalazłem kiepską muzykę, jak wszędzie we Włoszech z wyjątkiem Mediolanu. To mnie pogodziło z Odeonem. Opuszczając Paryż sądziłem, że będę wracał z niechęcią, kiedy mi przyjdzie opuścić cudowne Włochy. Brak przyjaciół i towarzystwa we Włoszech i niższy stopień cywilizacji, co mi trochę dokucza w drobiazgach, sprawia, że z przyjemnością znajdę się znów w Paryżu, jeżeli the love for the signora P[ietragrua] nie przepełni mnie tkliwym żalem. Wydaje mi się, że to, co czuję, to jest miłość w najszerszym pojęciu, jakie ma to słowo w moim umyśle. Rwę się do powrotu do Mediolanu. Nic mnie nie wzrusza. Byłbym bardziej wrażliwy na to, co widzę, gdybym był ominął Mediolan. Może nie pojadę do Ankony. [...]

Stendhal, Dziennik. Wybór, tłum. Felicja Śniatecka-Wowerowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1973, s. 302–303.

wtorek, 3 listopada 2015

Odcinek 2040: Stendhal, 1806 rok

List Stendhala do siostry, Pauliny Beyle

Berlin, poniedziałek, 3 listopada 1806 roku
Zdaje mi się, moja droga, że pójdziemy do Brunszwiku. Jest to podobno piękne miasto, z francuskim teatrem. Tutaj, jak się godzi, jest niemiecki. Gra w nim słynny Iffland, widziałem go tam kilka razy. Moim zdaniem ma dużo naturalności w rodzaju sentymentalnym i dużo naiwności w komicznym, czyli że, innymi słowy, kiedy gra rolę komiczną i jest w niej do powiedzenia coś śmiesznego, nie pokazuje po sobie, że mu się to wydaje śmieszne, mówi to po prostu, jak głupcy mówią głupstwa w życiu. Jest, zdaje mi się, autorem tragedyj.
Pozawczoraj pogoda była zimna i wilgotna. Pojechaliśmy na przegląd do Charlottenburga o dziewiątej; biegałem już od siódmej; trochę zmarzłem. Wczoraj wieczorem spostrzegłem, że jest mi zimno, że jestem cały rzeczą. Dziś wieczorem poczułem te same symptomy, tak dalece że zamiast pójść na obiad, piszę do ciebie.
Boję się, żeby to nie była moja gorączka sprzed dwu lat. Chcę to szybko przeciąć; wtrącała mnie co wieczór w okropny smutek. Prawda, że aby się poczuć szczęśli­wym, miałem w owym czasie tylko świat mojej myśli. Byłem w Paryżu, bez ognia, bez światła, bez ubrania, w dziurawych butach. Tu jest całkiem inaczej. Powinienem mieć trzysta albo czterysta ludwików. Jestem dość dobrze ubrany, niezupełnie jednak. Kiepsko mieszkam i dobrze jadam.
Berlin, Alexanderplatz, 1806 rok.
W zamian za to mój umysł nie może mnie uczynić wesołym albo smutnym — jest biedak tutaj zmuszony do spania. Stoimy w pałacyku, który ma cztery kolumny podtrzymujące balkon. Jestem w tej chwili między oknem A i oknem Z tej samej kondygnacji. Myślę o tobie i dałbym wszystko w świecie, żeby móc cię w tej chwili uściskać.
Jestem naprzeciwko arsenału, wspaniałego gmachu obok pałacu królewskiego. Oddziela nas od niego odnoga Szprewy, której wody są koloru zielonej oliwy. Berlin jest położony na pasie piachu, który zaczyna się zaraz za Lipskiem.
We wszystkich miejscach, które nie są wybrukowane, człowiek zapada się po kostki. Piasek sprawia, że okolice miasta są puste, masz tam tylko drzewa i trochę trawy.
Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby założyć miasto wśród tych piachów. To miasto ma jakoby sto pięćdziesiąt dziewięć tysięcy mieszkańców, tak mówią.
Dowiedziałem się dziś rano nowin z armii, w której sztabie jestem, z nadesłanych właśnie numerów „Monitora” z dwudziestego i dwudziestego pierwszego.
Tutaj tysiące przeróżnych pogłosek co chwila sobie przeczy, można liczyć tylko na to, co się widzi.
Widziałem tylko pole bitwy pod Naumburgiem. Jestem zaledwie tymczasowym k[omisarzem] w[ojennym]. W liście do ciebie napisałem list do dziadka; poproś go, żeby zrobił, o co proszę.
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 123–125.


sobota, 5 kwietnia 2014

Odcinek 1009: Stendhal, 1841 rok

List Stendhala do Dominika Fiore

Civitavecchia, 5 kwietnia 1841

Stendhal, mal. Pierre-Joseph Dedreux-Dorcy.
I ja też się mocowałem z nicością. Samo przejście jest przykre i ta zgroza bierze się ze wszystkich bzdur, jakie nam wbijano w głowę, kiedy mieliśmy trzy lata.
Proszę nic nie mówić Colombowi, miałem zamiar i panu nic nie pisać, ale wierzę w życzliwość, jaką mi pan okazuje. A więc, potworne migreny przez pół roku, potem cztery ataki choroby, takie oto:
Nagle zapominam wszystkich słów francuskich. Nie mogę nawet powiedzieć: „Daj mi szklankę wody." Obserwuję siebie z ciekawością: tracę zdolność posługiwania się słowami, ale zachowuję wszystkie naturalne właściwości zwierzęcia. To trwa osiem do dziesięciu minut. Potem powoli pamięć słów wraca, tylko jestem zmęczony.
Nie bardzo wierząc w medycynę, a jeszcze mniej w lekarzy, ludzi małej wartości, poradziłem się jednak, po sześciu miesiącach straszliwych migren. Pan S[everin], homeopata z Berlina, kurował w Rzymie z pięknymi wynikami. Wyrecytował mnóstwo zdań, pod koniec których dorozumiałem się, że chodzi o apopleksję nerwową, nie krwawą. [...]
Pan S[everin] (fizjonomia złośliwa, sprytna, mowa szarlatana) kazał mi zażywać tojad, żeby ożywić krążenie, i na wiosnę chce mi zaaplikować siarczek. Najlepszym lekarstwem byłoby lekarstwo pana Dijon. Pojadę do Genewy na dwa dni, do poczciwego doktora Prevost, który, zabraniając mi spożywania kwasów, wypędził ze mnie piasek nerkowy i podagrę. [...]
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 526-527.

środa, 29 stycznia 2014

Odcinek 943: Stendhal, 1803 rok

List Stendhala do siostry, Pauliny

Paryż, 9 pluvióse’a roku XI [29 stycznia 1803 roku]
Jestem smutny, droga Paulino, chcę się pocieszyć przy tobie. Będę ci mówił o zasadach moralnych literatury, czyli o tym, co stanowi piękno, i o tym, co zachęciło wielkich ludzi do wytwarzania piękna. Ponieważ nie robię brulionu, może się zdarzyć, że – mimo wszelkich starań, by być jasnym – nie zrozumiesz mnie przy pierwszym czytaniu. Proszę cię więc, byś zachowała moje listy; ale pilnie dbaj, żeby ich nikt nie zobaczył. Będziesz mogła je czytać Karolinie.
Poza geometrią jest tylko jedna metoda rozumowania, metoda faktów.
Pigmalion i Galatea,
mal. Anne-Louis Girodet, 1819 rok.
Przeglądając spis ludzi wielkich we wszelakich dziedzinach, można spostrzec, że narody biedne zawsze były bardziej spragnione sławy i bardziej płodne w ludzi wielkich niż narody bogate. Ludami najszczęśliwszymi są ludy najuboższe; bo są najcnotliwsze, a jedna tylko jest droga do szczęścia na tej ziemi, właśnie cnota. Złoczyńcy z daleka nieraz wydają się szczęśliwi, ale kiedy się do nich zbliżyć, widzi się, że dręczą ich wyrzuty sumienia i lęki. W związku z tym przypomnij sobie Pigmaliona, okrutnego króla Tyru, odmalowanego w Telemaku. Im więcej ma człowiek potrzeb, tym bardziej jest podległy tyranii, im więcej ma potrzeb kobieta, tym bardziej jest podległa występkowi. [...]

Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 26–27.

środa, 11 września 2013

Odcinek 803: Stendhal, 1811 rok

Z dziennika Stendhala

Mediolan, 11 września 1811 roku
Streszczenie dnia 10 września – Wczoraj (10 września), o piątej, byłem tak zadowolony, że aż się bałem, aby z Paryża nie nadciągnęła jakaś burza. Lękałem się niejasno, że przez tę absorbującą przyjemność zapomnę o jakimś obowiązku. Aby się uspokoić, przypominałem sobie, że z pewnością wiele ludzi zażywało takich samych rozkoszy, ale nie mówiło o tym, i że wobec tego nie jestem wyjątkiem i nie mam się czego obawiać.

Na moją przyjemność składało się zapewne wiele próżności, ale była to próżność połączona z odrobiną uczucia; bez tej domieszki rozkosz próżności po kilku minutach jest dla mnie prawie niczym.
A zatem wczoraj, kiedy wstałem, poszedłem do konsula Francji (pana Flury,
Domniemany portret Angeli Pietragrua.
zdaje mi się). Ujrzałem w salonie piękne grawiury przedstawiające Konstantynopol i portret jakiejś olbrzymiej postaci. Wyciągnąłem stąd wniosek, że mieszkał w Pera i że ta olbrzymka to jego żona. Zjawił się konsul. Jest to człowiek tej tuszy, która przeszkadza myśleć.
Stamtąd poszedłem do Marino, aby złożyć bilet u pana de Saint-Romain, prokuratora generalnego Dworu cesarskiego w Turynie; zdaje się, że to z nim pojadę objąć stanowisko w Rzymie. Marzyłem, aby go nie zastać, przeciągnąć pertraktacje, do niczego się nie zobowiązywać, słowem — aby zostać tu dwa tygodnie, jeżeli będę miał panią P[ietragrua].
Miałem powóz, trochę dla wygody, ale głównie przez próżność wobec pani P[ietragrua]. Trzeba pamiętać, że gdyby brać pod uwagę jedynie stosunki towarzyskie, jestem dla niej nowym znajomym. Drobiazgi maja w takich wypadkach ogromne znaczenie.
Przyszedłem do pani P[ietragrua] o pierwszej. Była niedysponowana. Wkrótce potem przyszedł pan Widman z zezwoleniem potrzebnym do zwiedzenia Brera. Pani P[ietragrua] postanowiła jechać. Zostawiła nas i poszła się ubrać. [...]

Stendhal, Dziennik. Wybór, tłum. Felicja Śniatecka-Wowerowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1973, s. 277–278.

wtorek, 11 czerwca 2013

Odcinek 719: Stendhal, 1804 rok

List Stendhala do siostry, Pauliny Beyle

22 prairiala roku XII, 11 czerwca 1804 roku
[...] Mężczyzna, który się rzuca w świat, wyrzeka się samodzielnego istnienia; może już egzystować tylko przez innych, ale też i inni tylko dla niego egzystują.

Na przykład, dzisiejszy (prairial roku XII) mężczyzna modny wstaje o dziesiątej, wdziewa surdut, idzie do kąpieli, stamtąd na śniadanie. Wraca, wzuwa długie buty, kładzie na pół zużyty frak i aż do wpół do czwartej składa wizyty, nie w interesach, ale żeby rozmawiać z tymi, których spotka. O czym? Wychodząc sam tego nie wie. Gada, o czym wszyscy gadają. O czwartej wraca, idzie na obiad, znów wraca, przebiera się, idzie do teatru, gdzie jest od siódmej do wpół do dziesiątej, wychodzi po pierwszej sztuce, przywdziewa skórzane spodnie, jedwabne pończochy, potrójny żabot i chodzi po herbatkach do północy, do pierwszej, zostając tam, gdzie się bawi, zmykając, skoro go otoczenie znudzi.
Mdlejący dandys, karykatura angielska.

Ale zawsze oszczędza próżność, namiętność powszechną. Nawet zmykając z nudy, udaje, że ulega przemocy. Jeśli go znudzą wieczorne wizyty, idzie o jedenastej do Frascati, ogrodu, gdzie się chadza na lody i spotyka jedynie ludzi w dobrym tonie. W tym wielkim Paryżu jest może tysiąc młodzieńców eleganckich. Wszyscy się poznają z wyglądu, a jeszcze bardziej z wzięcia. Byle chłystek może się dobrze ubrać za dwadzieścia pięć ludwików; ale widząc go z odległości pięćdziesięciu kroków, i to z tyłu, powiem: „To nie jest człowiek z towarzystwa.”
Można by napisać o tym i pięćdziesiąt stron.
„Jak poznać dobre towarzystwo? — powiesz mi. — Każde tak siebie nazywa.” — Po kunszcie, z jakim oszczędza próżność. Im bardziej towarzystwo wygląda na złożone z przyjaciół, którzy kochają się do uwielbienia, są bardzo dowcipni i są ludźmi najskromniejszymi w świecie, w tym lepszym jest tonie.
W gruncie, ani się kochają, ani nienawidzą. Przeważnie są to ludzie dosyć poczciwi i tak bezmiernie próżni, że obrażają ich lub cieszą rzeczy najbłahsze w świecie; ale nigdy nie dają po sobie poznać, że ich coś zasmuca. Ten, kto się smuci publicznie (na oczach świata), jest głupcem albo człowiekiem pełnym pychy.
Jeżeli wierzy, że inni biorą udział w jego zmartwieniach, jest głupcem; jeżeli sądzi, że jest dosyć ważny, by martwiły one innych, jest pyszny. [...]
Żegnaj, kochana siostrzyczko. Chciałem napisać cztery zdania do jutrzejszego listu — wciągnęło mnie. Wczytuj się co dzień w moje listy, żeby je zrozumieć; to cię rozerwie. [...]
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 46–48.

czwartek, 28 lutego 2013

Odcinek 617: Stendhal, 1805 rok


Z dziennika Stendhala

9 ventose’a roku XIII [28 lutego 1805 roku]
Gilbert Stuart, Portret młodej damy,
ok. 1803 roku.
Widziałem wczoraj i dzisiaj miłą Melanię. Moja miłość zadziwiająco wzrosła. Wieczorem była całym moim życiem. Musiałbym zadać sobie za wiele trudu, aby to właściwie wyrazić, rezygnuję z opisywania tego. Sądzę, że pan Le Blanc wcale jej nie utrzymuje i jest po prostu literatem, który analizuje jej rolę, ale wymaga dyskrecji. A w takim razie to prawdziwie anielska dusza! Jakże daleka była od przypuszczenia, że mogę ją podejrzewać, i jak daleki od rzeczywistości jest ten niezręczny opis jej subtelności! Ona mnie kocha, ale nie chce mi tego powiedzieć; muszę jutro pokazać jej, że jestem smutny. [...]
Stendhal, Dziennik. Wybór, tłum. Felicja Śniatecka-Wowerowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1973, s. 103–104.

piątek, 11 stycznia 2013

Odcinek 569: Stendhal, 1803 rok

List Stendhala do Edwarda Mounier

21 nivôse’a roku XI [11 stycznia 1803 roku]
Dziewczyna pisząca list, mal. Pietro Rotari.
I cóż ci powiedzieć mogłem, drogi Mounier, w czasie tych sześciu miesięcy mego życia spędzonych w najzupełniejszym szaleństwie? Nareszcie poznałem tę namiętność, której moja płomienna młodość pragnęła tak gorąco. Ale teraz, kiedy miła galanteria zajęła miejsce tej posępnej miłości, zniósłszy tyle żartów przyjaciół, mogę o niej pożartować z tobą. Tak, przyjacielu, byłem zakochany, i kochany w osobliwy sposób, w młodej osobie, którą ledwie żem widział i która odpłaciła tylko wzgardą najgłębiej odczutą namiętność. Ale nareszcie jest już po wszystkim. Nie mam już czasu marzyć, tańczę prawie co dzień. Jako szaleniec, oddałem się pod opiekę przyjaciół, którzy nie znaleźli innego sposobu na uleczenie mnie, jak sprawić, żebym się zakochał. Toteż się i zakochałem w bardzo ładnej żonie bankiera. Tańczyłem z nią kilka razy, kazałem się przedstawić w jej towarzystwach, właśnie napisałem do niej piąty list, trzy odesłała mi nie czytane, pierwszy podarła, podług wszystkich prawideł powinna przeczytać piąty i odpowiedzieć na szósty albo siódmy. Przed pół rokiem zaślubiła świetny ekwipaż i dwa miliony gamonia, który w swej pospolitości jest o nią zazdrosny, zazdrosny o paryżankę! Daremnie traci czas. Toteż liczę, że się nieźle pobawię tym bydlakiem. Pozawczoraj zafundował mi nieopłaconą komedię. Malli powierzyła mojej pieczy swoją chusteczkę i pieniądze. Wyszła o wiele wcześniej, niż mi powiedziała, co sprawiło, że pan mąż odnalazł mnie podczas kontredansa, którego tańczyłem w drugim końcu sali, żeby zażądać rzeczy swojej żony. Był tak uciesznie poważny wywiązując się z tego pięknego zlecenia, że wszyscy parsknęli; jeszcze się śmieję pisząc ci to. [...]
Wszyscy winszują mi szybkości moich postępów. Jestem pierwszym kochankiem pani B.; odmówiono ludziom o wiele więcej niż ja wartym. Powtarzam to sobie co chwila, żeby się wbić w pychę, ale w rzeczywistości te rozkosze miłości własnej są bardzo krótkotrwałe. Cieszę się przez chwilę, kiedy pochylony nad jej fotelem sprawiam, że się uśmiecha, albo kiedy robię człowieczka z rogu jej chustki. [...]

Ale wybacz, przyjacielu, nudzę cię moimi szaleństwami, to już ostatni raz. [...] Czy nie będę miał przyjemności uściskania cię tej zimy? Przyjedź zobaczyć trochę nasz Paryż, teraz kiedy jest w swoim blasku. Jestem pewny, że choć taki filozof z ciebie, spodoba ci się o wiele bardziej niż wiosną. [...]

H.B.
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 24–26.

piątek, 9 listopada 2012

Odcinek 506: Stendhal, 1812 rok

List Stendhala do Feliksa Faure

Smoleńsk, 9 listopada 1812 roku


Theodore Gericault, Ranni żołnierze
wycofujący się spod Moskwy.
Oto znów jestem w tym malowniczym mieście, które pod tym względem wciąż wydaje mi się jedyne. Śnieg potęguje efekt zarośniętych drzewami wąwozów, wśród których jest zbudowane. Mróz jest lekki, dwa albo trzy stopnie, ale ponieważ jesteśmy w Rosji, każdemu się zdaje, że marznie. Nasze myśli sprowadzają się jedynie do rzeczy fizycznych: mieć buty, futro albo nie mieć — oto wielka sprawa. Od dwudziestu dni nie mogłem do ciebie napisać. Były chwile, w których szczerze chciałem zachować wspomnienie tego, com widział w mojej duszy i dookoła mnie, ale nie dało się pisać. Dziś cała wzniosłość mojej duszy jest znów zneutralizowana przymusowym towarzystwem, nie powiem, że tego czy tamtego, ale ludzi. Jestem pozbawiony pancerza, wszystkie okoliczności walą się bezpośrednio na moją duszę, która staje się przez to płaska - oto stan, w jakim się mam zaszczyt znajdować po przespaniu się z dwoma poczciwcami na podłodze komórki, obok pokoju, w którym ośmiu czy dziesięciu kolegów tak samo spało. To wszystko nie na wesoło, ale z ludźmi, którzy tylko przejrzystym lakierem pokrywają gorycz, jaką w nich wywołują niewygody. Zauważyłem, że wojskowi, którzy się niewygodami chełpią, traktują je z nieustającą wesołością. Ta wesołość zapewne z początku jest tylko pozorna u ludzi młodych, i w każdym wieku po nieszczęściu prawdziwie dotkliwym. Wesołość tę ułatwia całkowity brak wrażliwości co do innych i co do siebie. Chorują na zgniłą gorączkę w opuszczonej wsi, siedzą tam dwanaście albo piętnaście dni w skrajnej nędzy — po miesiącu ledwie o tym pamiętają, ledwie wspomną. Wiem dobrze, jest tak głównie dlatego, iż są pewni, że słuchających ludzi nic to nie obchodzi, ale oni rzeczywiście już nie pamiętają o tym. Sprawdziłem to na dowódcy batalionu 46 pułku, z którym odbyłem drogę z Moskwy aż tu. Moi koledzy, przeciwnie, chcą ze swych niewygód wycisnąć awans i mają żałosne miny i zgorzkniałe serca.
Chciałem ci opowiedzieć o tej drodze. Porobiłem trochę notatek i zgubiłem je. Skoro raz już miałem jakąś myśl, nie może więcej wrócić, wzbudza we mnie wstręt. Dla tej jednej podróży opłaca mi się porzucenie Paryża, bom w niej widział i czuł rzeczy, jakich siedzący na miejscu literat nie domyśliłby się i w ciągu tysiąca lat. Najciekawsze były 25 i 26 października...

Jean-Charles Langlois,
Bitwa pod Smoleńskiem,  1812 rok.
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 201-202.

wtorek, 16 października 2012

Odcinek 482: Stendhal, 1840 rok


List Stendhala do Honoriusza Balzaka

Civitavecchia, 16 października 1840 roku
Stendhal.
Byłem bardzo zaskoczony artykułem, jaki pan zechciał poświęcić Pustelni. Dziękuję bardziej za rady niż za pochwały. Zdjęła pana nadmierna litość dla sieroty porzuconego na ulicy. Nie przypuszczałem, że będę czytany przed rokiem 1880. [...]

Dostałem pismo wczoraj wieczorem i dziś rano zmniej­szyłem do czterech czy pięciu pierwsze pięćdziesiąt cztery strony pierwszego tomu Pustelni.
Z żywą przyjemnością pisałem te pięćdziesiąt cztery strony, mówiłem o rzeczach, które uwielbiam, i ani przez chwilę nie myślałem o sztuce pisania powieści. W młodości zrobiłem kilka planów powieści i pisząc plany stygnę na lód.
Piszę dwadzieścia albo trzydzieści stron, potem potrzeba mi rozrywki, trochę miłości, kiedy mogę, albo trochę rozpusty. Następnego dnia rano już nic nie pamiętam i podczas czytania trzech czy czterech ostatnich stron z dnia poprzedniego przychodzi mi rozdział na dany dzień. Książkę, którą się pan tak serdecznie zajął, podyktowałem w sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt dni. Popędzały mnie myśli. Nie myślałem o regułach. [...]
Wreszcie, odpisując wiele pańskich pochwał na rachunek litości dla nieznanego dzieła, zgadzam się ze wszystkim, wyjąwszy uwagi o stylu. Niech mnie pan nie posądza o pychę. Ja widzę tylko jedną regułę: styl nigdy nie jest za jasny, za prosty. Poglądy na ... są nie znane świeżo wzbogaconym, głupcom itd., itd. i to, co się o tym pisze, nie będzie nigdy za jasne. [...]
Uzna mnie pan za potwora pychy, skoro odważam się panu mówić o stylu. Proszę, mało znany autor, którego wynoszę pod niebiosa, a on chce, żeby go jeszcze i za styl pochwalić. Z drugiej strony, nie wolno niczego ukrywać przed swoim lekarzem. Poprawię styl; przyznam się panu, że liczne strony narracji zostały tak, jakem je podyktował, bez żadnej poprawki. [...]
Dzięki pańskim uwagom z przyjemnością przeczytałem na nowo kilka ustępów z Pustelni.
Jak by tu się panu odwdzięczyć za tę niespodziankę i przyjemność, jaką mi sprawiła „Revue”? Posyłając list szczery zamiast listu grzecznościowego, nadającego się do pokazywania, w którym bym przemycił mój zachwyt dla pani de Mortsauf (Lilia w dolinie) i dla Ojca Goriot. [...]
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 510–514.

poniedziałek, 5 marca 2012

Odcinek 257: Stendhal, 1841 rok

List Stendhala do Dominika Fiore

Rzym, 5 marca 1841 roku
Królowa Maria Izabela.
W ostatnim tygodniu karnawału, we wspaniałym pałacu Colonna przystrojonym tkaninami podarowanymi przez Ludwika XIV żonie konetabla Colonna, znalazłem się na balu z dwiema królowymi. Moja niewiasta koniecznie chciała tam iść i co więcej, włożyć swoje trzy diamenciki wartości dwóch tysięcy pięciuset franków — wielki zaszczyt dla mnie.
Królowa Neapolu [Maria Izabela] wygląda jak przytłoczona starością sklepikarka. Jej mąż jest piękny i głupi, i cały przykryty szeroką błękitną wstęgą.
Królowa Hiszpanii [Maria Krystyna] ma wygląd dobry i życzliwy, ale straszliwie pospolity. Trudno sobie wyobrazić, że ma trzydzieści cztery lata, wygląda na czterdziestkę. Widziałem ją przez cały czas na odległość dwóch stóp i na Corso podczas maskarad; rzucała przyjaciołom confetti z wymuszonym wdziękiem, niezbyt sympatycznym.
Królowa Neapolu ma nadąsaną minę zdziwaczałego filantropa i wydaje mi się w gruncie dobra. Jej córka miała na balu mały kapelusz z różowego filcu. (Niech pan poprosi przyjaciela Colomba, żeby to przeczytał.)
Królowa Maria Krystyna.
Królowa Hiszpanii mieszkała u Serny'ego, w najlepszej gospodzie, i wydawała tam czterysta osiemdziesiąt franków dziennie, razem ze świtą. Hrabia Colombi, jej szambelan, dawny attaché francuskiej ambasady w Konstantynopolu, jest jej factotum. Królowa świetnie strzela z pistoletu i zabiła kilka dubeltów, ptaków morskich, jadąc tu miesiąc temu parowcem.
[...] Królowe nie wydawały na prawo i lewo i nie zrobiły w Rzymie wrażenia. Lud rzymski wierzy tylko w doraźny wydatek. Karnawał nie był piękny; cudzoziemcy rzucali bukiety kosztujące pół bajoka albo i mniej, i gipsowe kulki. Skąpstwo rzymskie jest w żałobie po śmierci księżnej Torlonia i księżnej Borghese - znakomita okazja, żeby nie wydawać przyjęć. Przyjęcia u ambasadora francuskiego były cudowne.Zapomniałem całe mnóstwo anegdot o Neapolu. Bale są tam wesołe i koło drugiej po północy król zamyka drzwi, żeby nie dać tancerzom wychodzić.
We Florencji podziwiano, jako bogaty, ślub córki wielkiego księcia z Modeną. Ten wielki książę jest godny podziwu, szczególnie jeśli idzie o wielkie trakty. Z Rzymu do Florencji można przejechać przez Civitavecchia, bez śniegu, bez okropnych gór Radicofani i bez niebezpieczeństwa.
Trzeba by przeciąć na pół fundusz dla ambasad i konsulatów. Na przykład dla ambasadora w Rzymie sześćdziesiąt .tysięcy franków pensji, sześć balów po trzy tysiące franków każdy dwanaście obiadów. Przy takich dochodach uwielbiano by nas i całowano w duży palec u nogi. Z orderów i godności kpią.
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 524-526.

sobota, 25 lutego 2012

Odcinek 248: Stendhal, 1842 rok

List Stendhala do Filipa Cini

Compiegne, 25 lutego 1842 roku
Drogi hrabio,
Dostałem pański list z 6 lutego. Z wielką przyjemnością dowiaduję się, że pani hrabina cieszy się doskonałym zdrowiem i że dopiero o piątej rano wyszła ze świetnego balu, wydanego przez naszego ambasadora. [...]
Scena myśliwska, autor nieznany, koniec XIX wieku.
Często myślałem o panu polując w pięknych lasach w okolicy Compiegne. Zaprzyjaźniona ze mną dama, która miała męża bardzo leciwego i zapalonego myśliwego, straciła tego małżonka; konieczne formalności zmusiły ją do zamieszkania w jego zamku. Zaprosiła przyjaciół, żeby jej w tej smutnej okoliczności dotrzymywali towarzystwa. Jako zawołany myśliwy, otrzymałem w spadku wspaniałe polowanie. Najmniej przez pięć dni w tygodniu robiłem po pięć i sześć mil z myśliwymi z sąsiedztwa, z którymi szybko wszedłem w najlepszą komitywę. Czy pan mi uwierzy? Często żałowałem samotności w Civitavecchia. Uprzejmość zmuszała mnie do prawie że nieustających pogawędek i nie mogłem się oddawać własnym myślom, co byłoby mi takie miłe w tych wspaniałych lasach. Na domiar mej niedoli musiałem, pod grozą zyskania sobie opinii dumnego, przysłuchiwać się ciekawym rozmowom trzech dojeżdżaczy nieboszczyka dziedzica, którym dawałem pięć franków dziennie, ilekroć coś upolowałem; strzelałem na ogół po pięć do dziesięciu sztuk. Byłbym szczęśliwy, gdybym za dziesięć mógł kupić prawo nieodzywania się przez cały dzień. Ale zyskałbym sobie reputację przykrego człowieka u pań pokojowych z zamku i ośmiu czy dziesięciu służących, którzy nam towarzyszyli. Inna niedola to konieczność przebierania się do obiadu. Ponieważ zmarły dziedzic miał o trzydzieści pięć lat więcej niż młoda wdowa, postanowiono, że pomimo żałoby i żeby nie karmić smutkiem przyjaciół przybyłych z Paryża dla dotrzymywania jej towarzystwa, może wydawać obiady dla dam z okolicy. Mimo okropnych dróg zjeżdżano się na te obiady z odległości trzech mil. Wyznam panu nawet, że wesołość panująca podczas tych obiadów była dla nas krępująca. Teraz znów się mówi o powrocie, jeśli nie na polowanie, to przynajmniej na wieś w pierwszych dniach marca. Zimę mamy do tej pory bardzo piękną, dwa razy w tygodniu jest słońce, śnieg ledwie że popadał. Dowiaduję się z gazet, że Bolonia była zasypana śniegiem. A wy, w Rzymie, czy byliście kontenci z zimy? Proszę mi wybaczyć ten długi list, stałem się tak leniwy do pisania, że skwapliwie korzystam z tej dobrej okazji, żeby z panem dłużej pogawędzić.
Proszę przyjąć, drogi hrabio, zapewnienia mej najszczerszej przyjaźni i najgłębszego szacunku
B.
Stendhal, Korespondencja. Wybór, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 533–535.

wtorek, 8 listopada 2011

Odcinek 139: Stendhal, 1805 rok

Z dziennika Stendhala

17 brumaire'a roku XIV 8 listopada 1805 roku
Carl Wilhelm Kolbe, Et in Arcadia ego,
rycina, 1801 rok.
Wczoraj wieczorem, kładąc się spać, powiedzieliśmy sobie, że dziś wstaniemy o siódmej, aby iść na przechadzkę, i że wrócimy o dziesiątej.
Dzisiaj wstaliśmy o wpół do dziewiątej i napełniliśmy małą ciemną butelkę winem. Wziąłem ją i poszedłem do paszteciarni obok Casatiego, gdzie kupiłem dwa drozdy na zimno, jednego skowronka i dwa małe kawałki ciasta, jeden z konfiturą, drugi z kremem. Doszliśmy do łąk w Montfuront, idąc na przełaj przez różne posiadłości. Zjedliśmy cudowne śniadanie pod drzewem, rozkoszując się sielskim, poetycznym szczęściem, o którym tyle razy marzyłem, zwłaszcza w Saint-Vincent i we Włoszech. Zostawiliśmy pod drzewem trochę chleba i prawie cały kawałek ciasta, krusząc go, żeby uszczęśliwić ptaki.
Po długim śniadaniu, które jedliśmy rozkoszując się swoim szczęściem – ona zachwycona wspaniałą pogodą i tylko od czasu do czasu narzekając na ból między łopatkami, którego nabawiła się wczoraj po przedstawieniu – zaczęliśmy spacerować po łąkach.
W spacerze do północnego skraju łąki przeszkodzili nam dwaj mężczyźni pogrążeni w rozmowie, jeden uzbrojony w fuzję. Spoczęliśmy w uroczym zakątku, kładąc nogi w słońcu, a głowy w cieniu wielkiej topoli. Melania powiedziała, że wyglądam, jakbym umierał z chęci robienia tego; to była prawda, ale nie było to moim jedynym pragnieniem, chciałbym w niej widzieć trochę więcej uniesienia, a ściślej mówiąc, trochę uniesienia. Jeżeli idzie o urodę, trudno być bardziej szczęśliwym; miałem więcej, niźlim pragnął – urodę doskonałą, wzniosłą, urok najpiękniejszych greckich twarzy, ale chciałbym trochę tego uniesienia, które, jak sobie wyobrażam, miała Angelina. Byłem gotów do wzlotu, ale abym mógł to zrobić, trzeba mi było jej uniesienia (rzecz godna uwagi in my love for her).
Kiedy odpoczywaliśmy, powiedziałem, że z jej charakterem byłoby jej łatwiej pokochać mężczyznę, który budziłby w niej zaufanie i pewien podziw. Na słowo „podziw” wykrzyknęła: „Za bardzo podziwiałam, mój podziw już się wyczerpał”. – „Jesteś jak bluszcz, przywarłaś do małego drzewka i to cię niepokoi, a powinnaś raczej związać się z potężnym drzewem, w którym pokładałabyś całą ufność”.
Tak to mniej więcej brzmiało. Odrzekła, że trafiłem w sedno. [...]
Stendhal, Dziennik. Wybór, tłum. Felicja Śniatecka-Wowerowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1973, s. 138–139.