Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solska Irena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solska Irena. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 października 2017

Odcinek 2082: Irena Solska, 1906 rok

List Ireny Solskiej do Stanisława Eliasza Radzikowskiego
[Zakopane, 6 X 1906 roku]

Widział Pan kiedy konia wyścigowego pysznej rasy przy jednokonce żydowskiej, widział Pan kiedy psa bitego, a widział Pan duszę w poniewierce?
Dziękuję Panu, że się Pan od tego nie odwraca, a dłoń z pomocą wyciąga.
Miałam zły, ciężki tydzień. Odgadł Pan, że to nerwy rozigrane sprowadzały powrót choroby. Z pęcherzem już dobrze, serce bardzo słabe, doktor znalazł osłabienie mięśnia.
Źle, że przyjazd mój do Krakowa tak się odwłóczy. Tutaj wielu rzeczy robić nie mogę, a z doświadczenia wiem, jak niezmiernie dobrze robiły mi kąpiele gazowe, które i teraz mam przepisane.
Tu strasznie wszystko kosztuje, a liczyć się trzeba.
Irena Solska, rys. Stanisław Wyspiański, 1904 rok.

Ciernie — mój Boże, na ten rok chcę ich sobie oszczędzić i choć do domu wrócę, na scenie zostawię pole drugiej Pomiance. Jak ten rok bez sceny zniosę, nie wiem. Zasnę na ten rok albo oszaleję. Pan wie, że to jedyne moje ukochanie. Dziury sobie w oczach wypłakuję na myśl, że nigdzie miejsca dla mnie nie ma. Do domu wracam, bo nie chcę skandalu. I szukać będę, może się co i dla mnie znajdzie. Źle mi, źle mi, źle mi — to jedno, co czuję, z czego sobie sprawę zdaję. Szyję całymi dniami i strach mnie zbiera, że w te maleńkie spódniczki, sukienki wszywam tyle łez i bólu, i pragnień nieziszczonych.
Nie mieć gdzie pracować, tęsknić tylko za pracą, być spychaną, odsuwaną dla brudu, dla upojeń chwilowych nawet przez własnego Męża. Gdzież jest ta czysta piękna sztuka. Czyż nie ma nikogo, co by jej samej wystawił przybytek, zwołał ludzi powołanych, żeby Jej służyli.
Płaczę bez końca i lęk mnie przejmuje na myśl, że mogę nic już dla siebie nie znaleźć.
Przepraszać Pana nawet za ten list nie będę. To czuję, o tym myślę i dlatego o tym piszę. Dziękuję jeszcze raz z całego serca za dobre słowo.
Ir. Sol.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 74–75.

środa, 12 listopada 2014

Odcinek 1190: Irena Solska, 1906 rok

List Ireny Solskiej do Stanisława Eliasza Radzikowskiego

[Kraków, 12 listopada 1906 roku]
Panie Doktorze
Irena Solska, rys. Karol Frycz,
1907 rok (źródło).

Łazarz ze mnie. Przywitanie z Krakowem przechorowuję ciężko. Katar szalony opadł mi teraz na piersi. Grać musiałam, poszło nieźle, ale z męką dla mnie. Dziś leżę, jutro znowu gram. Haneczka też dostała influency i zęby jej raptownie idą — nic się jej teraz nie podoba. Śmieszna okropnie. Nie wolno nikomu się do mnie zbliżyć, pocałować, suknię zapinać, buciki kłaść, rzeczy moich nie wolno ruszać. Krzyczy i pakuje się sama. „Mama” jest w jej usteczkach najcudowniejszą pieszczotą. „Moja biudna” jeszcze czasem dodaje. Jak mnie nie ma, gładzi mój szlafrok, całuje i mówi: moje, moje, moje.
Ale nie wiem, jak to będzie. Jestem po bańkach, na noc obłożę się kozłowym łojem, może pomoże. Doktora nie wzywam, bo prócz Pana i Janiszewskiego nie mam do żadnego zaufania.
Strach, jak wiele dzieci mają w sobie „pewności posiadania”. Później się to zatraca.
Dziękuję Panu za „dziawolenie”, za porządne listy, za wszystko. Dziękuję Panu także za wiadomości o sztuce nowej — dziennikom nigdy nie wierzę.
Ale nie wiem także, dlaczego Lwów cały zapomniał o 4 listopada. Dziwne jesteście ludzie.
Niechże Pan tu przyjeżdża.
Do widzenia, myślę, niedługo.
Ir. Sol.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 76–77.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Odcinek 677: Irena Solska, 1927 rok


List Ireny Solskiej do Edwarda Osmolskiego

Warszawa, 29 kwietnia 1927 roku
Panie Edwardzie
Posyłam Panu fotografię jednej z „kandydatek” [własne zdjęcie Solskiej w roli Żony w „Nie-Boskiej komedii”]. Jest ruda, zła jak osa, jedyna jej zaleta: umie pielęgnować chorych. Nie lubi dużych mieszkań. Lubi bielone ściany. Kury hodowała, indyki przed nią klękają. W czasie wojny tuczyła świnie. Ojej, lat, nie pamięta, wiele ma. Nigdy ich nie liczy, boby to wyglądało na wyrachowanie. Prosi, żeby Pan przyjechał do Warszawy, bo bardzo chce Pana widzieć. A jeżeli Pan się nie lubi pakować, to proszę wziąć koszulę nocną, grzebień, szczotkę – mydło się znajdzie – i przyjechać, ale spokojnie, nie męczyć się. Bo jakkolwiek lód w Warszawie jest, uważam, że ciepłe okłady będą skuteczniejsze.
Solska jako Żona
w „Nie-Boskiej komedii”, 1920 rok.
 Zdjęcie dołączone do listu.
Panie Edku, niech Pan nie dziczy. Już wiem, jaki Pan jest. Bierze się za rękę i mówi: Chodźże!
Wszystko mi się ciągle kręci w życiu. Występy w Warszawie na razie odłożone, bo aktor grający Rasputina rozchorował się śmiertelnie. Wobec tego 10-go pojadę do Poznania na jakieś trzy sztuki. Przecież Pan mnie woli widzieć u mnie w domu jak w hotelu poznańskim. A tam musiałby Pan przyjechać – i to dalej jak do Warszawy. List Pan dostanie jutro. Czekam Pana w niedzielę rano. Po tylu latach mam Panu tyle do opowiadania, a Pan mnie. Ale Pan jest niegościnny. To nie szkodzi. Jak się zmęczę występami, i tak przyjadę. Zrealizują się różne Pana opowiadania sprzed lat. Wysyłam równocześnie depeszę. Chociaż na krótko niech Pan przyjedzie. A może Pan jaką księżą gospodynię i czworo dzieci chowa?
Do widzenia. Fotografia jest wściekle groźna, aż zabawnie. 
Bałabym się takiej „kandydatki”. W razie Pana zgody, oddam jej Pana pierścionek, który od lat noszę. Do widzenia, Panie Edku.
Ir.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 110–111,

wtorek, 26 marca 2013

Odcinek 643: Irena Solska, 1929 rok


List Ireny Solskiej do Edwarda Osmolskiego

Miechów-Charsznica, dn. 26 marca 1929 r.
Panie Edku, niedźwiedzisko najmilsze, Dżencie, „postarzały” awanturniku, Przyjacielu.
Do jutra mam czyste, spokojne sumienie, bo wiem, że P. Halka [Skoczylasowa] jest w Kuliczkowie. Od jutra zaczynam się niepokoić, ale liczę na przygotowania świąteczne. Boże, jakże mi ślinka idzie na te smakołyki. Otóż najwcześniej przyjadę w tę sobotę, najpóźniej w drugi dzień Świąt — zawsze tylko w południe i do Bełza.
Połączenia stąd są tak diabelskie, że do Krakowa będę jechała 5 godzin, a z Krakowa do Jarosławia, z Jarosławia trzecie przesiadanie — Rawa Ruska, Bełz; to jest ten sam pociąg, który jedzie i łączy się z warszawskim. Godzinę i dzień podam Panu telegraficznie.
Chciałam jechać aeroplanem do Lwowa z Katowic, już miejsc nie ma. Może nie utonę na drogach Waszych, mimo że z Bełza.
Hanka ma tu szalone przykrości ze służbą — tak, że musiałam Jej przywieźć moją z Warszawy. W ogóle straszny tu kąt. Ale fabryka wielka. Janek [Malatyński] ma pracę bardzo odpowiedzialną.
Jasiek mały oświadczył mi dziś, że o ile odjadę, to na aeroplan, którym będę jechać, wyśle całą gromadę orłów, żeby go rozszarpały, bo mam z nim być, nie jeździć światami. Tak mi powiedział. Cóż Pan na to? Jest śliczny, śliczny.
Panie Edku, za tydzień najdalej będziemy razem. Bardzo, bardzo się cieszę. Uważam, że Wielkanoc to Święto bardzo rodzinne i to mnie krępuje i dlatego chcę przyjechać dopiero w drugi dzień Świąt. We czwartek wyślę depeszę. [...]
Jeżeli się Pan będzie wściekał, to proszę zbić spodek żółty albo żółtą filiżankę. Czy Pan dostał list imieninowy? Nic mi Pan nie odpisał. [...]
Panu do widzenia, do widzenia. Do widzenia.
Ir.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 205–206.

wtorek, 23 października 2012

Odcinek 489: Irena Solska, 1950 rok


List Ireny Solskiej do córki, Anny Sosnowskiej

Warszawa, 23 października 1950 roku 
Moje Kochanie

Dziś list Twój przyszedł [...].
Irena Solska (1875–1958),
gwiazda teatru modernistycznego.
Rys. Witkacego.

Żałuję, że nie mogę Ci opisać całej podróży. W Bernie było szalenie miło. Minister [Przyboś] jest nieprawdopodobnie miły i gościnny. Czytał moje notatki. Bardzo mu się podobały, bardzo go wzruszyły. Przyjaźń zawarta. W ogóle bardzo wszyscy byli dobrzy i wzruszeni. Nawet profesor wyszedł z formy, bardzo był serdeczny. W Zurichu załatwiła wszystko sekretarka Poselstwa.
A Praga bardzo fatalnie mi się przedstawiła. Ciągle się pytałam gdzież jest ten osławiony porządek. Że wyjechałam, do cudów należy. Paszport nie wiadomo gdzie, bilet i kwity nie wiadomo gdzie. Tragarzy nie ma. Jechała gromada Czechów, pomogli. O cle będzie specjalny rozdział w moim pamiętniku. Zabrali dwie paczki z czekoladą. Jedna była moja, z napisem: własność p. Ireny Solskiej, największej itd., a druga: dla itd. Zabrali. Moje biedne plecionki przewrócili do góry dnem. Któryś z zachwytu nad dziecinnymi trykotami zwędził kilka sztuk. Walizeczkę z papierami ostro przetrząsali, w kopertach szukali dolarów. To bez komentarzy. Zjawił się woźny z lecznicy, przyjechał z sanitarką. Jakiś wyższy rangą przyszedł z żądaniem okupu za czekoladę. Powiedziałam: Nic płacić nie będę, panowie mogą zabrać. Już siedziałam w aucie, przyleciał jeszcze jeden. Proszą, żebym zabrała bez okupu. Proszę, niech Pan przyniesie, i wstydzę się za panów.
Walizy Czechów nie były przeglądane. Czekoladę przynieśli. Miałam przedsmak innych przyjemności. [...] Dużo leżę i wypoczywam po kuracji i cieszę się Tobą. [...] Wszyscy Cię ściskają, a ja przytulam się do Ciebie najdelikatniej.
Bardzo Twoja Matka IRS.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 292–293.