Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sienkiewicz Henryk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sienkiewicz Henryk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

Odcinek 1086: Henryk Sienkiewicz, 1889 rok

List Henryka Sienkiewicza do szwagierki, Jadwigi Janczewskiej

Piątek [Kraków, 21 czerwca 1889 roku] 
Henryk Sienkiewicz z dziećmi.
Dzidziuś ma i tak dużo do pisania, więc nie wiem, jak mam temu stworzątku dziękować za łaskę, którą dziś odebrałem w formie listu.
Mała ma się normalnie. — Mateczce [żonie Henryka Sienkiewicza] zdawało się, że oddech jest przyspieszony, ale doktor przyszedłszy dziś (piątek) znalazł, że gorączki nie ma wcale (37,2). Po takich operacjach często przychodzą zapalenia płuc — szczęściem, zdaje się, że u małej nie ma ani podobieństwa do tego — bo trzecia doba idzie, a gorączki nie ma śladu. Kupiłem jej dziś kilka porcelanowych zwierzątek, do których się uśmiechała i bawiła się nimi chętnie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, od przyszłej środy za tydzień będziemy mogli wyjechać. Oczywiście poproszę Racz[yńskiego] o powóz.
Dziś mam zamiar nocować przy małej, a mateczkę wyprawić spać na całą noc. Ale czy będzie spała? Doprawdy, że zupełnie a zupełnie podzielam zdanie mateczki, iż ktokolwiek byłby do pomocy, nie miałby nic do roboty. Mateczka jeszcze częściej by wstawała chcąc się przekonać, czy mała śpi; ja dziś próbowałem nocować w hotelu, ale nie spałem nic. Zresztą przy Dzince posługi nie ma żadnej. Spojrzeć, gdy nie śpi, żeby się nie kręciła zbytnio — i czasem coś podać, oto wszystko. Mateczka kładzie się na łóżko i śpi, póki mała śpi. Drzemie się trochę i w dzień — zresztą wszystko redukuje się do tego, żeby być przy niej, od czego żadna pomoc nie odciągnie. Dziś byłem od 10—1. O drugiej, zjadłszy obiad, pójdę i zostanę do kolacji. Przez ten czas mateczka wyjdzie trochę na miasto lub prześpi się.
Dzieci Sienkiewicza: Jadwiga i Henryk Józef.
To żeby przyjeżdżało takie chucherko kochane, taki mizeraczek, takie słabiątko jak Ty, to jest zupełnie szalony projekt, który zasługuje nie tylko na odrzucenie, ale na mocne wyłajanie i na rozgniewanie się, o ile to względem takiego Dzidziątka jest możliwe.
Jakaś Ty dobra, jaka poczciwa, że obiecujesz brać te pastylki. Nie o sam fakt chodzi, bo pewnie, choć dobrze zrobią, obyłoby się bez nich, ale o tę gotowość Twoją do zrobienia wszystkiego, o co proszą. A wyznaję, żem się nie spodziewał. Gdyby chodziło o największe ofiary zdrowia, życia, Bóg wie czego — ani chwili nie wątpiłem, że byłabyś do nich zdolna, ale znając Dzinusiowy lament na widok surowego mięsa, buraków etc., myślałem sobie: pewnie od razu się okrzyknie i trzeba będzie nie wiem jak błagać i nie wiem jak przepraszać za każdy pastylek zaniesiony do tej buzi. — A To takie dobre, że aż rozczulenie ogarnia. — Nie będę czekał z tym powrotem — prześlę pocztą, byłem chwilę znalazł. — [...]

Tymczasem całuję Twoje anielskie ręce, moja, moja Betsy, dobra, miła, kochana.


Henryk ...
Henryk Sienkiewicz, Listy, oprac. Maria Bokszczanin, Państwowy Instytut Wydawniczy 1996, t. II, cz. 2, s.77-79.

piątek, 27 grudnia 2013

Odcinek 910: Lew Tołstoj, 1907 rok

List Lwa Tołstoja do Henryka Sienkiewicza

27 grudnia 1907 roku, Jasna Polana
Lew Tołstoj.
Drogi Henryku Sienkiewiczu!
Dziwny ten zwrot spowodowany jest chęcią uniknięcia nieprzyjemnego, niemal nieprzyjaźnie chłodnego „Wielmożny Panie", i równie pełnego rezerwy „Monsieur", a zarazem chęcią nawiązania w liście bliskiego, przyjacielskiego kontaktu, na którym mi zależy, bo przeczytałem Pańskie utwory Rodzina Połanieckich, Bez dogmatu i inne, za które jestem Panu wdzięczny. Ta sama przyczyna skłania mnie do pisania do Pana w swoim języku, w którym łatwiej mi jasno i ściśle formułować myśli.
Sprawa, o której Pan pisze [list Tołstoja jest odpowiedzią na ankietę-list otwarty Henryka Sienkiewicza do intelektualistów świata, wzywający do potępienia działalności pruskiej Hakaty], jest mi znana i wywołała we mnie nie zdziwienie, nawet nie oburzenie, lecz tylko potwierdzenie tej niewątpliwej dla mnie prawdy — choć wydaje się ona paradoksalna ludziom, którzy ulegli państwowej hipnozie — że istnienie rządów opartych na przemocy stało się już przeżytkiem i że w naszych czasach ludźmi rządzącymi — cesarzami, królami, ministrami, naczelnymi wodzami, a nawet wpływowymi członkami parlamentów mogą być tylko ludzie stojący na najniższym szczeblu rozwoju etycznego. Ludzie ci dlatego właśnie zajmują takie stanowiska, że są wyrodkami moralnymi. Ludzie zajmujący się grabieżą mienia ludu pracującego pod postacią ściągania podatków, przygotowaniami do morderstw i samymi morderstwami, karaniem innych ludzi śmiercią, bezustannym okłamywaniem siebie i bliźnich — tacy ludzie nie mogą być inni. W świecie pogańskim mógł być cnotliwy władca — Marek Aureliusz, ale w naszym chrześcijańskim świecie nawet władcy minionych wieków — wszystkie francuskie Ludwiki i Napoleony, wszystkie nasze Katarzyny Drugie i Mikołaje I, wszystkie Fryderyki, Henryki i Elżbiety, niemieckie i angielskie — mimo wszelkich starań ich chwalców nie mogą w naszych czasach budzić niczego prócz obrzydzenia. Obecni zaś władcy, sprawcy wszelkiego rodzaju gwałtów i morderstw, stoją o tyle niżej od wymagań etycznych większości, że nie można się na nich nawet oburzać. Są tylko wstrętni i żałośni. Oburzać się — nie, nie oburzać się, lecz walczyć — należy nie z tymi istotami wyzutymi z wyższej ludzkiej świadomości, lecz z tą okropną zacofaną, narzuconą instytucją państwa, która jest właśnie głównym źródłem cierpień ludzkości. Walczyć należy nie z ludźmi, lecz z zabobonnym przeświadczeniem o konieczności państwowego przymusu, który jest tak sprzeczny ze współczesnym poczuciem etycznym ludzi chrześcijańskiego świata i bardziej niż wszystko inne przeszkadza ludzkości naszych czasów uczynić ten krok, do którego jest ona od dawna gotowa. A walczyć z tym złem można tylko jednym najprostszym, najnaturalniejszym, a zarazem najpotężniejszym, niestety dotychczas nie stosowanym sposobem, który polega tylko na tym, by żyć nie potrzebując rządowego przymusu i nie uczestnicząc w nim.

Ostatni portret Henryka Sienkiewicza,
mal. K. Pochwalski, Wiedeń 1915 r.
Co zaś dotyczy szczegółów tej sprawy, o której Pan pisze: przygotowań rządu pruskiego do ograbienia polskich posiadaczy ziemi — chłopów, to i w tej sprawie bardziej mi żal ludzi, którzy organizują tę grabież i będą ją urzeczywistniać, niż tych, których ograbią. Ci ostatni ont le beau role [są w lepszej sytuacji]. Oni i na innej ziemi, i w innych warunkach zostaną tym, czym byli, ale żal rabusiów, żal tych, którzy należą do narodu, państwa rabusiów i poczuwają się do solidarności z nimi. Myślę, że i teraz dla każdego wrażliwego moralnie człowieka nie może być wątpliwości w wyborze: czy być Prusakiem, solidarnym ze swoim rządem, czy też Polakiem, wypędzanym ze swego gniazda.
Oto moje zdanie o tym, co się dzieje lub dziać teraz będzie w Poznaniu, a jeżeli nie zdanie o samej sprawie, to myśli, jakie ta sprawa we mnie wzbudziła.
Proszę mi wybaczyć, jeżeli mój list nie czyni zadość temu, czego Pan sobie z mojej strony życzył. Jeżeli list ten Panu nie odpowiada, proszę go rzucić do kosza albo zrobić z niego taki użytek, jaki uzna Pan za stosowny.
W każdym razie miło mi było nawiązać z Panem kontakt.
Serdecznie Panu oddany kolega po piórze

Lew Tołstoj

Lew Tołstoj, Listy, tłum. Maria Leśniewska, Wydawnictwo Literackie 1976, t. 2, s. 267-268.

środa, 20 listopada 2013

Odcinek 873: Henryk Sienkiewicz, 1887 rok

List Henryka Sienkiewicza do szwagierki, Jadwigi Janczewskiej

[Warszawa] 20 listopada 1887 roku
Z góry wiedziałem, że będę gderany, ale wyrachowałem sobie tak: nie pierwszyzna mi! Przyschnęło tyle, przyschnie i to — a Ona będzie mieć wino, które ją wzmocni i na zdrowie Jej posłuży. Ponieważ zaś gderanie było nawet mniejsze niżem się spodziewał, więc teraz mówię: cha! cha! i zacieram ręce. A będziesz Ty mi, żabo, zmęczona? A nie będziesz Ty mi się wzmacniać grzecznym napitkiem? A niech się tylko dowiem, że nie pijesz pilnie, zaraz przysyłam dziesięć nowych butelek. [...] W sklepie powiedziałem, że to jest zamówione za moim pośrednictwem dla osoby niemrawej, aż z Krakowa. Dzięki reputacji, jakiej używa firma — że więc ambicja jej powinna być w tym, by wino było dobre. Bardzo się tylko martwię, że stosunkowo posyłam za mało białego, ale poprawy nic przyrzekam, bo się Dzideczki naprawdę boję. [...]
Piszę dosyć. Z przyjemnością dochodzi mnie ze wszystkich stron, że I tom Wołod[yjowskiego] bardzo się podoba. Znawcy wychwalają robotę. „Kraj" umieścił obszerne, a pochlebne sprawozdanie. Powiedział między innymi, że nikt dotąd nie opisał miłości dawnej z taką siłą i pozorem rzeczywistości — i nazwał te karty świetnymi improwizacjami. Czy wiesz, że na wiecu w Poznaniu jeden z mówców cytował opowiadanie pana Muszalskiego z drugiego tomu — i czynił przy tym porównania do losu Polaków pod rządami pruskimi. Teraz „Tygodnik Ilustrowany" w pamiątkowym numerze poświęconym rocznicy 25 Szkoły Głównej dał mój portret jako jej dawnego ucznia. Jest także Prus, Chmielowski i Świętochowski. Już mi mówiono, że psuje im to krew, że postawiono mnie na czele. Naprawdę wszystko mi to jedno, bo jeśli mam trochę chełpliwości — to przed Tobą...
Jeszcze jeden szczegół tragikomiczny. Gazety donoszą, że z Grójeckiego przywieziono jakiegoś nieszczęśliwego wariata, który zwariował na tym punkcie, że jest Kmicicem. Założyłem się, że „Przegląd", „Prawda" etc. napiszą: „Oto są skutki powieści Sienkiewicza!" [...]
Nigdy nie piszesz szczegółów o swoim zdrowiu Narzekam na to bardzo. Tak się cieszę na to wino dla Ciebie! Trzeba tylko kupić kieliszek do miary, trochę większy od zwykłych stołowych, cienki, grający. Może Ci to Paryż przypomni.
Całuję Twoje ręce miłe, gładzę, lubię. Pozdrowienie Edwardowi i pannie Muni. Uważaj na swoje zdrowie bardzo i pisz o nim zawsze.
H. S. ...
Henryk Sienkiewicz, Listy, oprac. Maria Bokszczanin, Państwowy Instytut Wydawniczy 1996, t. II, cz. 1, s. 463-466.

środa, 31 lipca 2013

Odcinek 761: Henryk Sienkiewicz, 1886 rok

List Henryka Sienkiewicza do szwagierki, Jadwigi Janczewskiej

[Kraków]. Sobota, 31 lipca 1886 roku
Nimfa Nefele, mal. Andrew Lang, 1926 r.
Dzinka jest najpoczciwsza i najmilsza z mgieł za to, że napisała. Do odpowiedzi jestem podobno bardzo leniwy, lecz tym razem uczucie wdzięczności wrodzone Czerwonoskórym przemogło, więc zasadzam nowe pióro w białą obsadkę i poczynam od błogosławieństw. Niech wiatry zakopiańskie zostawią Cię w spokoju, o Nefele! niech zimne powiewy nie rozpraszają Twych kształtów, niech zorze nasycą Twą przejrzystość różanym blaskiem, a wieczór niechaj Cię do snu kołysze żabia kapela. Oby nie spotkał Cię nigdy los świętej Perpetuy. Niech najdziksze krowy przypadają do nóg Twoich, a niech natychmiast pobodą wszystkich Twych nieprzyjaciół. Obyś co krok spotykała młodego kota i obyś nigdy nie przyszła z wizytą do Afa-Parku w chwili, gdy w tamtejszej spiżarni nie ma śmietanki. Na tym kończę życzenia, o Nefele!
Wyjeżdżam dziś wieczór do Wiednia, a przez drogę będę się pytał swej duszy ponurej, gdzie mam jechać dalej. I prawdopodobnie Gastein wykreślę z liczby projektów. Mniejsza już z tym, że tam bawi elektor brandenburski K, zbuntowany lennik Rzeczypospolitej, bo od złego towarzystwa można się uchronić — ale to daleko i tej drogi do Salzburga się boję.
W każdym razie napiszę, gdzie będę, a żeś się obrała sekretarzem całego towarzystwa, bądźże i moim — zatem napiszę do wszystkich przez Ciebie — o Nefele!
Pochwalski portret skończył. Czekał tylko na bransoletkę, która nie przyszła dotąd. Dziś przyszli do mnie z Gujskim i zabrali mnie na obiad „Pod Różę". W Sukiennicach spotkałem Twego żebrzącego modela i obsypałem go złotem... austriackim. Wrócisz mi to! Był tu Lubowski, wczoraj wyjechał do Koziebrodzkiego, zaś po drodze w Krakowie zbił sobie potężnie kolano na karuzeli w ogrodzie, do którego zaciągnął go Koźmian. Ja nie mogłem dotrzymywać im kompanii, bo pisałem ciągle i napisałem dużo. Przerwy pewnie nie będzie. Już w następnym rozdziale (X) będzie bitwa pod Prostkami i pogrążenie Bogusława. Za miesiąc skończę niewątpliwie, choćbym miał po rozdziale na dzień pisać, bo nie chcę, by mi cokolwiek w Zakopanem przeszkadzało. Wolę czytywać w hamaku, przy hamaku, w lasach i na dolinach Odyseję... i mieć to poczucie swobody, którego dawno nie zaznałem.
Wjazd do Zakopanego, rys. St. Witkiewicz, 1888 r.
Krótkiej kuracji dopełnię w Jaszczurówce, jeśli termometr pozwoli. Na dobrą sprawę należałoby zaczynać od Jaszczurówki, a kończyć na hydropatii. Życie w Zakopanem miałoby swój dawny wdzięk, ponieważ bawi tam znowu najhumorystyczniejsza mieszanina mgły, apetytu, dystynkcji, ujemnych entuzjazmów, reakcji, kotofilstwa, krowofobii, sympatyczności — artyzmu, słowem: najdziwniejsza z istot, której przymioty — o Nefele! — wprawdzie się ceni, ale przepada się prawdziwie za wadami. —
A teraz jedno skromne pytanie: prawda, jaki jestem miły? Mówię to, widzisz, dlatego, żeby Ci dowieść, że opłaci się do mnie pisać. A odpowiedź zawsze wszystkim przyrzekam. Oj! przypomina mi się, żem nie odpisał Helence, ale za późno! bo musiała już na wieś wyjechać. Odebrałem także kilka listów z Warszawy z redakcji — między innymi od Abakanowicza, który rozpytuje się o Brazylię. Nie pojadę, wolę Wschód i angorskie koty.
Jadwiga Janczewska.
W tej chwili przerwano mi. Przyszedł chłopiec od Tawca i przyniósł mi granatową wojskową kurtę, którą kazałem na wzór białej sobie zrobić. Jestem Żydem, jeśli za pomocą niej nie pogrążę do reszty... panny Józefy. To „do reszty" odnosi się nie do mojej osoby, ale do białej kurtki. Zresztą servus!
Za cztery tygodnie wracam. Po Odysei nastąpi Don Kichote. A czy zaczęłaś tłumaczyć? Weź się do tego, Dzinku, będziesz miała rozrywkę i zrobiemy na współkę arcydzieło przekładu. Zatem do widzenia. A przedtem pamiętaj o mnie i pisuj. Ojca może zobaczę w Wiedniu.
Mateczki ręce całuję. Dzieciom głowy głaszczę. Dembowskim serdeczne pozdrowienie. Bądźże i Ty zdrowa, kochana Dzinko. Przed powrotem zapytam miłego radcy kolejowego, jak wracać, by ominąć Kraków. Good bye, frog! Całuję Twoje ręce.
Henryk Sienkiewicz
Henryk Sienkiewicz, Listy, oprac. Maria Bokszczanin, Państwowy Instytut Wydawniczy 1996, t. II, cz. 1, s. 140-142 .

czwartek, 22 listopada 2012

Odcinek 519: Henryk Sienkiewicz, 1901 rok



List otwarty Henryka Sienkiewicza na wieść o wyroku wydanym w sprawie dzieci strajkujących we Wrześni i ich rodziców

„Czas”, 22 listopada 1901 roku
Zapadł niesłychany wyrok! Nie podniesiono na żadnego ze szkolnych katów ręki, nie było napaści, ani czynów przemocy, a jednak rodziców tych małych dzieci skatowanych przez pruską szkołę sądy pruskie uka­rały długim więzieniem za to, że pod wpływem rozpaczy i litości wypo­wiedzieli zbyt głośno słowa oburzenia przeciw takiej szkole i takim nauczycielom.
Wszędy, gdzie zwyrodniała kultura nie przeszła w stan dzikości, nawet wśród tych Niemców, którzy woleliby w dziejach inną rolę niż rolę zbirów pruskich, wyrok ten wzbudzi jednaką grozę i pogardę, a zarazem napełni serca trwogą o przyszłość i zdumieniem.
My jedni, którzy od czasu, gdy część narodu naszego weszła w skład Prus, znamy bliżej to środowisko – nie powinniśmy się ani dziwić, ani też poprzestać na słowach i załamywaniu rąk. Tak jest! Zdziwienie nie byłoby na miejscu. Wszakże ich własny, niemiecki pisarz wypowiedział znamienne słowa, że złudzeniem jest, aby niemoralna polityka mogła nie znieprawić społeczeństwa i przyszłych jego pokoleń.
Stało się więc to, co się stać musiało. Od czasów Fryderyka II i jeszcze dawniejszych polityka pruska była nieprzerwanym ciągiem zbrodni, przemocy, podstępów, pokory względem silnych, tyraństwa względem słabszych, kłamstwa, niedotrzymywania umów, łamania słów i obłudy. Jest to zdanie nie tylko obcych, ale i niemieckich niepodległych historyków, a zatem cóż dziwnego, że w takich warunkach nastąpił ogólny rozkład dusz, że zwyrodniało poczucie sprawiedliwości i prawdy, że zanikł zupełnie zmysł moralny, a w ogólniejszym rozłajdaczeniu szkoła stała się katownią, a spodlałe sądy powolnym narzędziem dzikich instynktów i przemocy.
Więc gdy na koniec taki organizm społeczny, wskutek zbiegu nieszczęsnych wypadków, uczuł się zarazem państwowo silnym, musiało dojść do objawów tak potwornych, jak między innymi ostatnie procesy toruński i wrzesiński. Można się pocieszyć myślą, że to wszystko nie może trwać.
Historia świadczy, że budowy wznoszone tylko na tyranii, złości i głupocie nie trwały nigdy długo. Rosja, która jęczała pod równie bezecnym jarzmem tatarskim, zdołała je w końcu zrzucić. Okrutne władztwo hiszpańskie nie ostało się we Flandrii. Chrześcijanie i kulturalne narody nie mogą długo podlegać barbarzyństwu. Niemcy nie mogą także przez całą wieczność podlegać prusactwu – więc przyszłość musi przynieść jakąś ewolucję i ekspiację. Ale tymczasem co mamy robić my, nad którymi zbrodnia i dzikość ciąży bezpośrednio?
Strajkujące dzieci z Wrześni.
W ogóle – wytrwać! a w szczególności pomóc do wytrwania tym, którzy się stali bezpośrednimi ofiarami łotrostwa i przemocy. Po skatowaniu dzieci skazano na więzienie rodziców, którzy pracowali na ich chleb. Jedną z obwinionych, ubogą matkę siedmiorga drobiazgu, zamknięto na dwa i pół lata. Czy chodziło również o to, by bohaterskie dzieci pomarły z głodu? W społeczeństwie Hakaty – doprawdy – to możliwe. Niech się więc poruszą serca wszystkich naszych matek! Dajmy chleba dzieciom, przynieśmy tę pociechę skowanym rodzicom, że ich nieszczęsne dzieci nie będą zmuszone żebrać! Prawo boże, prawo chrześcijańskie nakazuje nam litość nad dziećmi wszystkimi, a cóż dopiero, gdy chodzi o takie dzieci.
Dołączam do niniejszego listu dwieście koron na chleb dla ofiar.

Polska w latach 1864–1918, red. Adam Galos. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne 1987, s. 192–193.