Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Schulz Bruno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Schulz Bruno. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

Odcinek 710: Bruno Schulz, 1937 rok

List Brunona Schulza do malarza i grafika Zenona Waśniewskiego

Drohobycz, 2 czerwca 1937 roku
Drogi, Stary, Poczciwy Przyjacielu!
Ile razy myślałem w tym czasie o Was, czułem dotkliwy wyrzut sumienia i wstyd, że
Józefina Szelińska,
narzeczona pisarza,
rys. Bruno Schulz, 1934 rok.
tak się wówczas wobec Was zachowałem. Dlaczego tak się stało – sami mnie wytłumaczyliście w Waszym poczciwym liście. Nie byłem wówczas panem moich nerwów, mojego zdenerwowania i mojej rozpaczy. Dlaczego potem milczałem, mimo że przypominaliście się mi, posyłając mi [miesięcznik literacki] „Kamenę”? Chyba ze wstydu, uważając mój stosunek do Was za zabagniony i zepsuty. Tymczasem sami w swojej poczciwości odezwaliście się do mnie. Trafiliście znowu na ciężką chwilę u mnie. Jestem właśnie po ostatecznym zerwaniu z narzeczoną. Moja znajomość z nią była pasmem cierpień i ciężkich chwil. W końcu odczuwam to jako ulgę, że zerwała ze mną ostatecznie. Wiadomość w gazetach była mylna. Nie wziąłem z nią ślubu. Mimo że powinienem być zadowolony z tego zerwania – czuję teraz straszliwą pustkę i nicość życia. Nie mogę nic robić, nie mogę żadnej książki wziąć do ręki, bo mnie mdli i nudzi okropnie. Czy przeżywaliście kiedyś coś takiego ? Nie poznaję siebie samego. Ja, który zawsze miałem głowę pełną zagadnień, problemów, podniecony zawsze przez różne idee, teraz wlokę się pusty, bezmyślny i ospały i mam uczucie, że to już koniec wszystkiego. Od miesięcy nic już nie piszę, nie jestem w stanie najmniejszego artykułu napisać. Nawet napisanie listu kosztuje mnie [wiele] ogromnego przezwyciężenia. Nie otrzymuję też już od dawna żadnych listów i sam nie piszę do nikogo. Czuję, że to wszystko nie jest tylko skutkiem moich przeżyć sercowych, ale że wszedłem w jakąś w [sic!] nową fazę życia, której dominantą jest wielkie i zasadnicze rozczarowanie – nicość życia.
Książkę moją [Sanatorium pod Klepsydrą] oddałem do druku jeszcze w styczniu. Kiedy wyjdzie – nie wiem, nie interesuję się tym, gdyż książka ta nie cieszy mnie. Jest to zbiór wszystkich nowel, które już były drukowane w czasopismach. Mesjasz leży odłogiem.
Co Wy porabiacie ? Jak się Wam życie wiedzie? Naturalnie, że każda wiadomość od Was będzie mi bardzo miła. Nie gniewajcie się tylko, jeżeli czasem nie zaraz odpowiem. Nie mam jeszcze programu na wakacje – nie mogę się zdobyć na żadną decyzję. A Wy? Czy będziecie gdzieś blisko?
Ściskam Was bardzo serdecznie
Wasz
Bruno Schulz
Bruno Schulz, Księga listów, Wydawnictwo Literackie 1975, s. 52–53.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Odcinek 516: Bruno Schulz, 1941 rok


List Brunona Schulza do malarki Anny Płockier

19 listopada 1941 roku
Droga Pani Aniu!
Bruno Schulz (z lewej) i Anna Płockier (z prawej).

Dziś właśnie doświadczyłem żywych wyrzutów sumienia na myśl o moim liście do Pani, w którym zachciało mi się dogodzić mentorskim czy moralizatorskim zapędom, zamiast cieszyć się sukcesami i odkryciem bliskiej mi i drogiej osoby. Myślałem także, że pewnie Pani wybiera się do Warszawy i zabierze ze sobą wspomnienie o mnie skażone i popsute. Z listu Pani widzę, że miałem słuszność, ale zarazem poznaję, że Pani się nie gniewa, za co Pani stokrotnie dziękuję. Odjazd Pani jest dla mnie bardzo smutny. Nie umiałem wykorzystać obecności Pani, nie wyzyskałem Pani, ale sama obecność Pani tak blisko była do pewnego stopnia ostoją, czymś, o co zaczepić było można. Właściwie nie mówiliśmy nigdy o rzeczach istotnych. Popularyzowaliśmy przed sobą wyniki naszych doświadczeń nie jak wtajemniczeni tej samej tajnej wiedzy, ale jak profani. Teraz widzę, że trzeba było więcej zaufania do naszej bliskości, że trzeba było sięgać do aktualnych dla nas spraw i przedyskutować je na gorąco, tak jak to w monologach ze sobą samymi robimy. Dystans nasz był sztuczny i konwencjonalny, polegał tylko na terminologii i słownictwie szkół różnych, istotnie identycznych pod względem ducha i intencji.
Chciałbym, by bliski nasz kontakt nie ustał przez wyjazd Pani, byśmy się wzajemnie komunikowali, często i w sposób istotny. Może być nawet, że taki kontakt na odległość stanie się dla nas produktywny i obrodzi nam urodzajem marginesowej twórczości. Przeczucie mówi mi, że się wkrótce jeszcze spotkamy i że dzieje naszej przyjaźni nie są skończone. Dopiero się zaczną obiektywnie, gdy dotychczas trzymały się w granicach prywatnych.
Czy Pani uważałaby za rzecz beznadziejną wziąć mnie w swoją naukę jako adepta malarstwa? Przeprowadzić ze mną, może przy pomocy Marka [narzeczony Anny], kurs malarstwa oczyszczonego od akademickości? Ja, w zamian, podzieliłbym się z Panią moim doświadczeniem pisarskim.
Zdaje mi się teraz, że miałbym Pani dużo jeszcze do powiedzenia, niewyczerpane zasoby obchodzących nas żywo rzeczy. Teraz, kiedy Panią, potocznie mówiąc – tracę. Niech Pani mi napisze jeszcze, czy gotowa jest Pani odpowiedzieć z równym zapałem na moje propozycje, czy nasz kontakt będzie utrzymany. Oby nam dane było w spokoju i bez niespodzianek utrzymywać naszą tak ważną i istotną rozmowę. Może jeszcze Pani coś stąd napisze. W przeciwnym razie oczekuję stamtąd [z Warszawy] prędko wiadomości. Serdecznie i gorąco Panią pozdrawiam
Bruno
Jak smutno pomyśleć, że pod Mazepy 30 [adres Płockier w Borysławiu], gdzie tyle miłego przeżyłem, już nikogo nie będzie, że to wszystko już tylko legenda. Nie wiem, dlaczego mam poczucie winy wobec siebie samego, jakbym z własnej winy coś tracił.
Bruno Schulz, Księga listów, oprac. Jerzy Ficowski, Wydawnictwo Literackie 1975. s. 132.

środa, 19 września 2012

Odcinek 455: Bruno Schulz, 1936 rok


List Brunona Schulza do Romany Halpern

Drohobycz, 19 września 1936 roku
Józefina Szelińska, rys. Bruno Schulz.
Proszę mi wybaczyć, że tak późno odpisuję i że odpisuję w całkiem zmienionych warunkach, w których problemy wszczęte w naszej korespondencji uległy dziwnemu przedawnieniu. Sprawy oderwane, którymi zawsze byłem w głębi zajęty, odbiegły ode mnie daleko. Przechodzę bardzo konkretne i ciężkie sprawy osobiste. Moja narzeczona [Józefina Szelińska] (czy Pani wiedziała o jej istnieniu?) chce mnie porzucić, uważa mój powrót do Drohobycza za asumpt do zerwania ze mną kontaktu. Nie mogę jej, niestety, odmówić racji. Zbyt długo na mnie już czeka i marnuje swe dni w samotności i w jałowej pracy w Urzędzie Statystycznym. W mojej awersji do spraw praktycznych zaniedbałem sprawę naszego ślubu, gdy był czas odpowiedni po temu i gdy mnie o to prosiła. Teraz trudności techniczne są jeszcze większe, ale mam wrażenie, że gdyby mi się udało przeprowadzić te formalności – sprawa nie byłaby jeszcze stracona.

Tylko czy Pani ciekawa jest moich spraw prywatnych? Chciała Pani kontaktu z poetą, a znajduje Pani człowieka pogrążonego w sprawach najkonkretniej-życiowych. Niestety, jestem teraz tylko człowiekiem prywatnym, cierpiącym po ludzku, któremu usunięto grunt spod nóg i który nie znajduje sensu w swym życiu. Ona, moja narzeczona, stanowi mój udział w życiu, za jej pośrednictwem jestem człowiekiem, a nie tylko lemurem i koboldem. Ona mnie więcej kocha niż ja ją, ale ja jej więcej potrzebuję do życia. Ona mnie odkupiła swoją miłością zatraconego już prawie i przepadłego na rzecz nieludzkich krain, jałowych Hadesów fantazji. Ona mnie przywróciła życiu i doczesności. To jest najbliższy mi człowiek na ziemi.
Czy Pani wie, że zanim Panią poznałem, chciał mnie p. Szturm skierować do Pani w tej właśnie sprawie, w nadziei, że Pani znajdzie dla mnie jakąś radę. Chodziło właśnie o mój ślub z J[...]. Nie wiem, na czym budował swe nadzieje. Czy Pani ma doświadczenie w zakresie ślubów cywilnych? Czy zechciałaby Pani i mogła coś dla mnie zrobić? Niech Pani wybaczy, że zwracam się z tym do Pani. Przedstawię Pani mój wypadek – może Pani znajdzie dla mnie jakiś ratunek. Byłbym Pani nieskończenie wdzięczny. Niech Pani pozwoli, że przedstawię stan faktyczny:
Moja narzeczona jest katoliczką [...]. Ja zaś nie chcę przyjąć chrztu. Dla niej zrobiłem tylko to ustępstwo, że wystąpiłem z gminy żydowskiej. W tych warunkach możliwy jest ślub tylko według ustawy niemieckiej, obowiązującej w byłym zaborze pruskim, np. w Katowicach. Jak mnie informują, ślub mogą otrzymać tylko zamieszkali przez 3 miesiące na terenie woj. śląskiego. Można obejść tę ustawę przez zameldowanie się pozorne w jakimś mieście śląskim. Czy Pani coś wie o tych sprawach? Czy Pani znany jest ktoś, jakiś adwokat, który podjąłby się przeprowadzenia takiej sprawy? Może Pani zna kogoś, kto niedawno brał ślub cywilny według ustawy niemieckiej? Czy Pani jest w stanie coś dla mnie zrobić?
To są problemy, dookoła których krąży teraz moja myśl. Muszę mieć zapewnioną bliskość i łączność, z J[...] (tak się nazywa moja narzeczona), ażeby móc w ogóle funkcjonować. To jest punkt zerowy, od którego wznoszę się w górę na skali fantazji. Nie mogę teraz nic pisać ani rysować. Czekam z niecierpliwością Pani łaskawej odpowiedzi. Miałem przed paru dniami kartkę od Witkacego.
Bardzo serdecznie Panią pozdrawiam
Bruno Schulz
Drohobycz, 19 IX 1936, Floriańska 10

Bruno Schulz, Księga listów, Wydawnictwo Literackie 1975, s. 80–81.

czwartek, 26 stycznia 2012

Odcinek 218: Bruno Schulz, 1934 rok

List Brunona Schulza do Juliana Tuwima

Drohobycz, 26 stycznia 1934 roku
Floriańska 10
Szanowny, Drogi Panie!
Dziękuję [za list z wyrazami zachwytu Sklepami cynamonowymi]. Nie spodziewałem się tego, ale w głębi duszy postulowałem, żądałem żarliwie Pańskiego rezonansu. Na dnie pasji i zaciekłości tej książki była i ta stara tęsknota. Uciszył ją Pan dziś we mnie, nasycił i napełnił po brzegi. Co za spełnienie!
Trochę to przyszło późno – nie z Pańskiej winy.
Bruno Schulz, Autoportret.
Gdy Pan przed laty przyjechał do Drohobycza [na spotkanie autorskie], byłem na sali, patrzyłem na Pana mściwie i buntowniczo, pełen ponurej adoracji. Stare dzieje. Pewne wiersze Pańskie doprowadzały mnie wówczas do rozpaczy z bezradnego podziwu. Bolało – czytać je powtórnie i za każdym razem toczyć pod górę tę ciężką bryłę podziwu, która przed samym szczytem leciała w głąb, nie mogąc utrzymać się na stromej pochyłości zachwytu. Unicestwiały mnie one, a zarazem dawały upojenie, przeczucie nadludzkich triumfalnych sił, którymi kiedyś rozporządzać będzie wyzwolony i szczęśliwy człowiek. Nosiłem w sobie wówczas jakąś legendę o „genialnej epoce”, która kiedyś była rzekomo w moim życiu, nie zlokalizowana w żadnym roku kalendarza, unosząca się ponad chronologią, epoka, w której wszystkie rzeczy oddychały blaskiem bożych kolorów, a całe niebo wchłaniało się jednym westchnieniem, jak haust czystej ultramaryny.
Nigdy jej naprawdę nie było. Ale w Pańskich wierszach była ona urzeczywistniona i jaskrawa, jak pawie oko broczące lazurem i urzęsione krzycząco – była, jak rozkrzyczane gniazdo kolibrów...
Pan mnie nauczył, że każdy stan duszy, dostatecznie daleko ścigany w głąb, prowadzi poprzez cieśniny i kanały słowa – w mitologię. Nie w zastygłą mitologię ludów i historyj – ale w tę, która pod warstwą nawierzchnią szumi w naszej krwi, plącze się w głębiach filogenezy, rozgałęzia się w metafizyczną noc.
W tej mitologicznej głębi ma Pan chyba pakt z Szatanem. Tu wiersze Pańskie stają się transcendentem, od strony rzemiosła zgoła niewymierne, przekraczające miarę rzeczy zrobionych.
Dziś mam wielką, triumfalną chwilę. Przełamał się czar – to, co nagromadziłem z zachwytu, wyegzaltowałem w atakach podziwu, dotychczas obce i przeciw mnie zwrócone – potwierdza mnie i przyjmuje. Dzięki.

Bruno Schulz

Bruno Schulz, Opowiadania. Wybór esejów i listów, oprac. Jerzy Jarzębski, Ossolineum 1989, s. 416–417.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Odcinek 138: Bruno Schulz, 1934 rok

List Brunona Schulza do malarza i grafika Zenona Waśniewskiego

7 listopada 1934 roku
Drogi Kolego!
Bruno Schulz, Autoportret.
Najmocniej Was przepraszam za długie milczenie, którym odpowiedziałem na Wasz piękny i smutny list owiany nastrojem Zaduszek. Skąd ten ton funebryczny, skąd to kokietowanie z straszliwie ponętną i smutną Panią grobów? Czy to może podświadoma reminiscencja starego święta natury, święta śmierci i rozpusty, listopadowych bakchanalii na cmentarzach? Czy już i Was się chwyta „taedium vitae” – wielkie zniechęcenie – bierny opór, chęć sabotażu, wyłamania się z ogólnego kieratu? Wstydzę się Was, mojej płaczliwej niemęskości, recydywy zwątpienia – Wy jesteście o tyle dzielniejsi ode mnie i o tyle bardziej po męsku znosicie Wasz los!
Od miesiąca już nic nie pisałem, nie malowałem – i mam niekiedy uczucie, że już nic porządnego nie napiszę. Wielka mi szkoda zmarnować taki sukces, jaki odniosłem Sklepami, a zmarnuję go, jeśli jeszcze w tym roku nie wydam rzeczy przynajmniej na tym poziomie stojącej. Napisałbym ją, gdybym otrzymał urlop, a tu o urlopie głucho, podanie utonęło w podziemnych trybach Ministerstwa i tracę nadzieję, czy jeszcze wypłynie. [...]
Ta cudowna jesień (prawdziwa „druga jesień” z traktatu) opada ze mnie nie wykorzystana, ledwo zauważona. Tylko wieczorami, kiedy powietrze staje się kolorowe i pełne refleksów i z wszystkich przedmiotów, już zmierzchających, wydzielają się barwne emanacje, astralne ciała, cień za cieniem – lubię patrzyć na jasne niebiosa grynszpanowe, seledynowe, topazowe, jak księga czarodziejska popstrzone czarnymi znakami, tureckim alfabetem wron, i obserwować te ogromne sejmy wronie zgiełkliwe i jękliwe, te ich szerokie, fantastyczne loty i kołowania, nawracania i nagłe inwazje na niebo, które napełniają falowaniem swych skrzydeł i migotliwym krakaniem. Czy zauważyliście, że chwilami, odleciawszy bardzo daleko, stają się jak tuman pyłu ledwo widoczne i giną z oka, a potem nagle przy nawrocie, nastawiwszy się do nas szerokością skrzydeł, skrupiają się czarną kaszą, osypują płatkami sadzy i rosną coraz szerzej i coraz gwałtowniej?
Muszę Wam donieść, żem Was fałszywie, a raczej przedwcześnie poinformował o zakupie losów loterii klas. Otrzymałem w międzyczasie list z kolektury, który załączam, a z którego dowiecie się, żeśmy w pierwszej klasie wcale nie grali, gdyż numery przez nas zakupione już były sprzedane. Wobec tego za cenę 20 zł przysłała mi kolektura 1 los do drugiej klasy ciągnienia, gdyż w drugim ciągnieniu podwaja się stawka. Numer losu 164 617. Pięknie, żeście pamiętali punktualnie o odnowieniu stawki. Czy odesłać Warn, czy też zachować do grudniowego i styczniowego ciągnienia? Zdaje się mi, żeśmy jednak wskutek tego manewru stracili nie tylko pierwsze ciągnienie, ale i część kwoty. Takie to są igraszki losu. Czy Was może ten zwrot sprawy zniechęca do dalszej gry?
Co tam słychać koło Was, Drogi? Czy malujecie? Czy Was ta jesień natchnęła do jakichś nowych sformułowań barwnych? Czy macie tam piękny krajobraz? Czy od Leszczyca jakieś wiadomości? Napiszcie mi o sobie obszernie!
Serdecznie Was ściskam i pozdrawiam
Bruno Schulz
Bruno Schulz, Księga listów, Wydawnictwo Literackie 1975, s. 44–45.