Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samozwaniec Magdalena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samozwaniec Magdalena. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 czerwca 2016

Odcinek 2065: Magdalena Samozwaniec, 1960 rok

List Magdaleny Samozwaniec do Zofii Kossak-Szczuckiej

Kraków, 16 czerwca 1960 roku
Najmilsza moja Zosiu!
Twój list bardzo mnie wzruszył. Nie składam Ci kondolencji z powodu śmierci Twojego
Jadwiga Witkiewiczowa i Witkacy.
zięcia, tak podobno pod każdym względem udanego. To za bolesna sprawa. Natomiast nie wiem, czy wiesz o śmierci biednej Ninki [Jadwigi Witkiewiczowej, żony Witkacego], telefonował do mnie wczoraj Zygmuś z Warszawy. Kucharcia odebrała telefon. Podobno się OTRUŁA!!! Możesz sobie wyobrazić, Zosiuniu, jakie mnie dręczą wyrzuty sumienia. Nie zdajemy sobie sprawy, że ci nieznośni też umierają. Była biedaczka niemożliwa, a ja wobec niej okrutna, ale wiesz, jaka ona była, nie można jej było wpuścić do domu, bo zaraz zaczynała robić porządki i rządzić się.
Czy pamiętasz? Jako małe dziewczynki nazywałyśmy ją „królową dzieci” i ten kompleks królowej pozostał jej do końca życia. Dwa lata temu chciała koniecznie zamieszkać na Kossakówce podczas mojej nieobecności, ale Kucharcia, domowy cerber i opiekun, nie wpuściła jej. Można by rzec, że charakter człowieka jest kowalem jego losu, Kucharcia zakosztowała już tego jej pobożnego egoizmu, gdy mieszkała u nas po wojnie i za nic nie chciała mieć za lokatora po raz drugi tego rodzaju przedziwnej istoty. Poza tym od razu zaczęła robić intrygi między mną a moim mężem. Pocieszam się, jak mogę, ale mnie ta wiadomość dotknęła boleśnie.
Pisałaś w swoim czarującym liście, że tylko ona i ja pozostałyśmy jako twoje siostrzyczki, czy przypuszczałaś wtedy, że czarna płachta, ostatnia żelazna kurtyna, zasłoni ją nam na zawsze! Dobrze, że pozostała nam jeszcze kochana Hania Kruczkiewicz, dobra, mądra, pogodna – byłam u niej niedawno we Wrocławiu. Pomyśl, jakie to dziwne, że każda z tych sióstr ciotecznych i stryjecznych, takie do siebie niepodobne, jak gdyby odrębne rasy!
Zosiu kochana, cieszę się niezmiernie, że tak dużo piszesz, tylko nie opowiadaj, że niewiele lat ci już pozostało! Isia mówiła, że jesteś w doskonałej formie!
Wiesz, wracając do biednej Ninki, jest dla mnie trochę pociechą, że tak dobrowolnie poszła w zaświaty, a nie, że Bóg ją do siebie powołał. Sądzę, że była psychopatką w ostatnim stadium depresji. A przecież nie była ani bezdomna, bo w Krakowie miała ten pokoik u Literatów i z dzieł Witkacego też jej coś kapało. Wszystkiego dowiem się od p. Flukowskiej, w Warszawie, dokąd dziś jadę. Proszę, Zosiu, zatelefonuj do mnie zaraz, jak przyjedziesz do Warszawy. Trzeba się koniecznie widywać. Ściskam Was oboje mocno.
Madzia
Magdalena Samozwaniec, Moich listów nie pal! Listy do rodziny i przyjaciół, oprac. Rafał Podraza, WAB 2014, s. 69–71.


wtorek, 16 września 2014

Odcinek 1165: Magdalena Samozwaniec, 1972 rok

List Magdaleny Samozwaniec do Jarosława Iwaszkiewicza

Warszawa 16 września 1972 roku
Hanna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, 1969 r.
Drogi Jarosławie!
Twój list sprawił mi dużą radość i to, że mój prezencik, dany od serca, ucieszył Was oboje. Przyjęcie z okazji złotych godów było wszechsferyczne, czyli czarodziejskie! Te piastowskie stoły z mięsiwami i glinianymi dzbanami z winem - co za wspaniała sceneria do jakiegoś filmu, pomyśl o tym! Nastrój wraz z tą orkiestrą trochę z „Wesela” i trochę z zachodnich garden party wręcz niezapomniany! Czułam się naprawdę nie „jak u siebie w domu”, bo to żadna przyjemność, ale gdzieś daleko od Warszawy i daleko od naszej codziennej szarzyzny.
Magdalena Samozwaniec.
Bardzo dobrze, że towarzystwo było mieszane, to znaczy i starzy, i młodzi. I tak było aż za wiele tych moich „rówieśnic”, które rzucały się na mnie i przyciskając do wydatnych kształtów, przypominały nasze ostatnie spotkania („Nie pamiętasz pięćdziesiąt lat temu w Zakopanem w «Stamarze»?”...). I dopiero szukaj, rozglądaj się w tych grubych, rozkisłych rysach uroczej dziewiętnastoletniej przyjaciółki. Powtarzam, że można być starym, ale nie należy tego po sobie pokazywać. I Ty właśnie, drogi Jarosławie, jesteś z tych, którzy tego po sobie nie pokazują. Ja zresztą też staram się, jak mogę, co mi się nie zawsze udaje.
Uciekłam wcześnie, ponieważ, będąc już zaziębiona, bałam się doziębić, mimo ciepłego i serdecznego nastroju, jaki panował. A już widok tych młódek dekoltowanych po sam pas spotęgował uczucie zimna. Ach, ta młodość, do której zimno nie dociera! Ale wiele innych rzeczy również (na szczęście).
Więc jeszcze raz dziękuję za tę niezapomnianą biesiadę leśną i życzę Wam obojgu wiele pięknych dni i wesołych godzin.
Wasza Madzia Samozwaniec
Rafał Podraza, Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, Instytut Wydawniczy Latarnik 2012, s. 152-153.

czwartek, 24 lipca 2014

Odcinek 1119: Magdalena Samozwaniec, 1967 rok

List Magdaleny Samozwaniec do Stefanii Darowskiej

Warszawa, 24 lipca 1967 roku
Magdalena Samozwaniec.
Najmilsza Steniu!
Doprawdy że jesteś wspaniała! Twoja poczta była genialna! (jak już nie mówi w tym sezonie młodzież. Ale mnie się trudno odzwyczaić). Skąd wiedziałaś, że mi właśnie było potrzeba takiej białej bluzeczki?!, że tak w sam raz utrafiłaś moją miarę. Perfumik z pstryczkiem też jakiś bardzo niezwykły. Sama siebie dziś na porannym pokazie filmowym wdychiwałam z rozkoszą. Przegryzając ptasim mleczkiem. To była naprawdę wspaniała niespodzianka, bo o moich imieninach w samo święto narodowe mało kto pamięta... Żebym ja tak była choć trochę „fajna dla rodziny jak ty, to bym Ci też coś ładnego przysłała na imieniny. Postaram się do Ciebie upodobnić.
Zygmuś na Magdalenę wziął mnie na kamping na Mazury. Byliśmy nad różnymi jeziorami, aż za Ostródę, gdzie zdaje się Boguś będzie na ćwiczeniach wojskowych. Powiedz mu na pociechę, że tam jest uroczo i mnóstwo ładnych dziewczynek z długimi nogami, a za to w krótkich spódniczkach. Chłopcy też schludni i urodziwi. Ach, wszyscy tam tacy młodzi... A chłopaki idąc z ukochaną, trzymają ją za pupkę (zdaje się, że to ostatni krzyk mody młodzieżowej). Gdy sobie uprzytomniałam, ile będzie uroczych dzieci z tych czułych parek, to mi się zimno zrobiło!
Spaliśmy w namiocie na dmuchanych materacach z Kubą i Niusią, która rozumiejąc swoją rolę i z pogardą, właściwą pracownikom służby zdrowia, znosiła ponure nastroje Zygmusia, który - jak zwykle - nic nie załatwił! Teraz Zygmuś jedzie z całą kompanią nad jeziora augustowskie w pierwszych dniach sierpnia, a ja popracować i grać w karty do Obór. [...]
Moja Złota, więc jeszcze raz dziękuję za wszystkie prezenciki i Waszej sympatycznej kompanii dziękuję za życzenia. Całuję całą gębą!
Wasza Madzia


Magdalena Samozwaniec, Moich listów nie pal! Listy do rodziny i przyjaciół, oprac. Rafał Podraza, WAB 2014, s. 121.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Odcinek 899: Magdalena Samozwaniec, 1953 rok

List Magdaleny Samozwaniec do Natalii Gałczyńskiej

Kraków 16.12.1953

Natalia i Konstanty Gałczyńscy w Praniu,
początek lat pięćdziesiątych.
Droga Pani Natalio!
Przede wszystkim przepraszam, że piszę na maszynie, ale mam bardzo niewyraźne pismo, a chciałam w nieudolnych słowach wyrazić to, co czuję po stracie Pani męża, a naszego największego i najukochańszego Poety. Nieszczęście Pani nie ma sobie równych, bo co innego jest pożegnać się na zawsze ze zwykłym człowiekiem, chociażby on był nawet bardzo kochanym, a co innego z taką silną niezwykłą i niezastąpioną indywidualnością, jaką był kochany Kostek, i stracić tak wielką potężną i poetyczną miłość, jaką On do Pani czuł aż do ostatniej chwili swojego krótkiego życia. Płaczę nad Panią, moja śliczna Pani Natalio, przypominając sobie, co odczuwałam po śmierci mojej najukochańszej siostry - równie jak On - wielkiego poety. To nie są normalne straty naszych najbliższych - to są nieszczęścia ponad wszelkie nieszczęścia i po prostu nie mogę sobie dać rady, myśląc bez przerwy o tej Pani strasznej katastrofie życiowej. A tak Pani go strzegła przed tą ostateczną katastrofą, dbała o niego jak matka o dziecko - nic sobie Pani nie może mieć do wyrzucenia, bo Pani całe życie od dnia waszego ślubu była nie tylko jego śliczną i mądrą Muzą, ale również i siostrą - pielęgniarką, najlepszą przyjaciółką i opiekunką. Ach droga Pani - nie wiem, po co to wszystko piszę, przecież Pani dobrze wie o tym sama... Gdy przyjadę do Warszawy, dowiem się od wspólnych znajomych, że „Pani się wspaniale trzyma", że „Pani jest bohaterska" itd. Znam ja dobrze te wszystkie „trzymania się". A co się wewnątrz człowieka dzieje, o tym wie dobrze tylko on sam. Z takich katastrof się umiera! Pani jednak nie może tego uczynić (chociaż jest z tych żon, które szły za mężem na stos), bo po pierwsze, ma Pani córkę tak fizycznie podobną do Konstantego, a po drugie, chociaż jako poeta będzie nieśmiertelny, ale najwięcej będzie żył w Pani, w jej wspomnieniach, w rozmowach o nim, w jej myślach i sercu.
Ach Pani Natalio - Pani jest dotknięta najbardziej i najcelniej, bo w samo serce i w samo życie, ale my wszyscy, ci, którzyśmy go kochali i czytali - również. Co tu mówić: zeszedł z tego świata ostatni polski poeta - liryk, poeta - pieśniarz, poeta - bard, poeta - dziwo i niezwykłe w ogóle stworzenie i wydarzenie. Nie lubię, gdy czytam o nim w nekrologach „Poeta-Satyryk" - Poeta-satyryk to może być i Minkiewicz, i Brzechwa, On był po prostu POETĄ w najczystszym znaczeniu tego słowa, a że każdemu wielkiemu poecie zostaje jeszcze zawsze z jego twórczości uśmiech, więc potrafił być również i zabójczo dowcipny.
Kończę już Pani Natalio ten list, boję się, czy nie poruszyłam w nim zanadto tę całą lawiną, nieszczęścia, jaka w Pani musi teraz istnieć. Trudno, i my koledzy, i czytelnicy mamy prawo się wyżalić. Całuję Panią mocno i płaczę wraz z Nią.

Szczerze oddana 
Magdalena Samozwaniec 

Rafał Podraza, Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, Instytut Wydawniczy Latarnik 2012, s. 256-257.