Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacki Juliusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacki Juliusz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2016

Odcinek 2064: Juliusz Słowacki, 1837 rok

Z listu Juliusza Słowackiego do matki

Na morzu, 14 czerwca 1837 roku
Moja droga! Od czterdziestu dni jestem na morzu — i mam nadzieję, że za dwa dni wyląduję w Livorno, gdzie będę musiał odbyć dni 30 kwarantanny, nim do Florencji się udam. Tak długo bez żadnej od Ciebie wiadomości! Z niespokojnością zbliżam się do Europy — i te trzydzieści dni, które będę musiał wysiedzieć zamknięty, są dla mnie prawdziwą męką, bo spodziewam się, że we Florencji listy na mnie Twoje czekają. A Ty, droga moja! ile ja Ciebie niespokojnych nabawiłem nocy moją podróżą? Ty mi nieraz wyrzucać musiałaś moją wędrówkę. Tobie się zapewne strasznymi wydawały morza, które ja bez żadnego niebezpieczeństwa przebyłem; piaski afrykańskie, gdzie mi tak było wygodnie jak na spacerze w lekkiej lektyce niesionemu, bo siodło kołysane na wielbłądzie do snu łagodnie kołysze. Lecz Ty wiesz już o mojej podróży, jeżeli, o czym nie wątpię, odebrałaś dwa listy ostatnie, z Bejrutu pisane. Wkrótce może dojdzie rąk Twoich i dziwny płaszczyk tunetański, który przez Odessę wędruje z Kairu. [...]
Wracam z mojej wschodniej podróży zupełnie odarty: i jak Babka mówiła,
Palenie nargili w Indiach, XIX wiek.
spanachawszy manatki. Koszule moje noszą pięć ran Chrystusowych; będę się musiał zupełnie na nowo oszywać i opierać. Wiozę sobie na ranne wstanie zamiast szlafroka płaszcz arabski wełniany; wiozę także dywanik, który mi za pościel służył, w Kairze kupiony. Mam także sziszę, czyli nargille. Jest to rodzaj szklannej lulki, z której się pali tytuń. Składa się z kryształowej butelki, w którą zamiast korka wkłada się gliniany garnuszeczek na tytuń, potem butelka napełnia się wodą i przyprawiony wąż skórzany wyciąga z niej dym przechodzący przez wodę, która ciągle bełkoce i śpiewa jak słowik gardłujący. Z takich lulek palą wschodnie damy i bardzo im z tym ładnie. Ubrany w arabskim płaszczu, siedząc na tureckim dywanie, paląc z wschodniej lulki, będę ranne wizyty przyjmował. Mam jeszcze szkarpetki perskie z różnokolorowej wełny, bardzo gustowne, które mi za meszty służyć mogą. [...]
Bądź zdrowa, droga moja... Oby Twój pierwszy list uspokoił mnie zupełnie! Z jakim biciem serca myślę o tej poczcie, gdzie pójdę szukać wiadomości od Ciebie. Odpędzam od siebie wszystkie złe myśli, ale ta jednostajność morza rodzi przywidzenia i pokazuje oczom duszy dziwne obrazy... Trzeba myśleć, a myśląc nie można być panem imaginacji... Droga! bądź Ty szczęśliwa, zdrowa; niech ta myśl, że Twój J dalekie odbywał podróże, da Ci choć chwilę przyjemnych myśli. Chciałbym kiedyś wszystkiego, com nabył pamięcią, na rozpłoszenie Twoich smutnych myśli użyć — i być Twoją książką wtenczas, kiedy już w innych przyjemności nie znajdziesz... Ściskam Ciebie serdecznie, droga moja, a Ty Filów kochanych uściśnij ode mnie.
Juliusz

Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s. 254–255, 259, 261. 

wtorek, 27 października 2015

Odcinek 2038: Juliusz Słowacki, 1833 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Genewa, 27 października 1833 roku
Droga, najukochańsza Mamo moja! Cóż Ci w tym liście opisywać będę?
Dandys, 1823 rok.
Spojrzawszy na cały miesiąc upłyniony nie widzę żadnego interesującego wypadku. Anglicy, Angielki i wszystkie inne narody, które przez lato dom nasz wypełniały, z przyjściem jesieni uniosły się jak jaskółki na południe i nie ma nikogo, oprócz młodego Anglika, który jest doskonale nudny. Wystawcie sobie bowiem młodego chłopca, wysokiego niezmiernie, dość przystojnej twarzy, który nigdy prawie nie gada, a kiedy się wyda z jakim zdaniem, to go i sam diabeł o mylności zdania nie przekona. Wystawcie sobie tę machinę, grającą cały dzień na gitarze pierwszą lekcję ze szkółki, a będziecie mieli obraz doskonały pana Speare, co znaczy po polsku „dzida”. Jest to więc ostatni z gości letnich, i ten porzuci nas wkrótce, co uczujemy tylko po ogłuchłej gitarze w murach naszego domu. W takim towarzystwie, dodawszy do tego Anglika moje gospodynie, może bym się nudził szalenie, gdyby nie
kraina urojeń i marzeń, która silniej niż kiedykolwiek oddzieliła mię od świata. [...]
Nie możecie wystawić sobie, jaki wdzięk ma tutejsza jesień. Dotąd czas najpiękniejszy — słońce świecąc na wpół pożółkłych drzewach zdaje się być bardziej złociste i piękne, murawy nie tak jak u nas spalone i bez życia; murawy tu dotąd zachowały wiosenną szmaragdową barwę. Kilka dni temu o południu pływałem czółnem po jeziorze. Wystawcie sobie jezioro czyste i równe jak zwierciadło, tak równe, że kiedy po nim z daleka przepłynął parowy statek, w kwadrans potem widziałem zbliżający się fałd czarny rozbitej kołem parnego statku wody. Fałd ten posuwał się z wolna, wspaniale, i czółnem moim lekko zakołysał — przeszedł — popłynął dalej — a czółno znów stało nieruchome na zwierciadle wody. Wystawcie sobie po dwóch stronach jeziora brzegi zielone — nad brzegami w oddaleniu topole, pożółkłym liściem okryte jak złote kolumny — wiele drzew zielonych — Wiele białych domków i pałacyków — a za tym brzegiem Mont Blanc — biały, świeżym śniegiem z przyległymi mu górami okryty, podobny do jakiegoś sybirskiego kraju, podobny do snycerskiego posągu sybirskiej krainy. Wśród takiej natury trzeba być smutnym — albo trzeba się kochać... Na mnie Bóg rzucił jakieś przekleństwo — na mojej drodze stawia mi lalki — zabawkę — serce moje żywię okruszynami uczuć... i w moich uczuciach nic nie ma wielkiego — oprócz tej jakiejś nieskończonej niespokojności — bez rysów prawie — a którą jednak widzę wszystkimi zmysłami. [...]
Bądźcie zdrowi! Bądźcie zdrowi, moi mili i najukochańsi. — Ja zdrów jestem jak ryba, powietrze tutejsze bardzo mi służy, albowiem nigdy nie doświadczamy wielkiego zimna, a góry śniegiem okryte chłodzą nas w wielkie upały. Prawdziwie, że ta ziemia to raj dla szczęśliwych... Mamo droga, całuję Ciebie po tysiąc razy. Twój
Juliusz

Juliusz Słowacki, Listy do matki, Ossolineum 1983, s. 132–136.

wtorek, 10 lutego 2015

Odcinek 1207: Juliusz Słowacki, 1833 rok

List Juliusza Słowackiego do matki
Genewa 10 lutego 1833 roku
Odebrałem, najukochańsza Matko, w Genewie Twój list, pisany do mnie do Paryża, a przy liście przysłane mię doszły podarunki. Kochana Mamo! już to setny raz dzięki Tobie. [...]
Co do mojego teraźniejszego położenia, bardzo sobie miłe życie prowadzę. Mieszkam na wsi, jak już Wam pisałem — u ludzi, którzy kazali mi Mamie napisać, że mnie bardzo kochają — i starają się to samo dla mnie uczynić, co chcą, aby dla ich oddalonego syna czyniono... Stara dama, pani Pattey, ciągle mnie się pyta o moje chęci, gusta — wszystkim chce dogodzić, nad zdrowiem moim czuwa, słowem, mogę Was zaręczyć, że bardzo godna i uczciwa osoba. Jej córka, panna Eglantyna, która już ma lat około 30, bardzo mnie także lubi, stara się bawić, w kilku domach mnie zapoznała a w domach tych przyjmują mnie ze znaczną atencją — i rozróżniają od innych. Winien jestem pannie Eglantynie, że wprowadzony zostałem na kasyna — i bywam na nich często dosyć... Kasyna tutejsze są bardzo świetne. Szwajcarki, ładne blondynki, jak śnieg białe, mieszają się w kołach walca z zamyślonymi [An]gielkami, których tu jest najwięcej. Tańcują zaś tu tylko kontredanse, walce i galopady...
Mont Blanc, rycina z 1835 roku.
Zaproszony byłem także na kilka balów, przez nieznajome dawanych osoby — dziwny to wcale zwyczaj. Byłem na jednym z nich — i z trudnością wyśledziłem przeczuciem prawie gospodynią, której się trzeba było ukłonić. Na takich balach tańcują mazura — i to mi największą sprawia przyjemność. Najprzyjemniejsza jednak część dnia dla mnie jest ta, którą przepędzam w do[mu.] Jestem zupełnie na wsi — z rana po śniadaniu wychodzę z panną Eglantyną do ogrodu. Czas tak mamy śliczny, że dzisiaj chodząc w surducie spotnialem. Ogród zawsze zielony, pełny sosen i jodeł — niebo błękitne — a na horyzoncie wysoko wznosi się Mont Blanc śnieżny, lekko jak chmura skreślony, czasem wiankiem białej chmury okryty... Wyrysuję Wam kiedyś i przyszle widok domu, w którym mieszkam, wzięty z ogrodu. Chodząc tak z rana, często pannie Egl[antynie] opowiadam różne przypadki mojego życia, zaczynając od lat 4 wieku — i zbieramy fijołki, które już się pokazują. — Kilka dni temu pani Pattey umyślnie dla mnie dała wieczór i kilku Polaków zaprosiła — i kilka dam było ładnych. Bawiłem towarzystwo, jak mogłem — nauczyłem mazura — z trudnością przypomniałem sobie z dziesiątek figur — i bardzo były panny kontente. Potem ustawiłem wszystkie do angleza i znów im różne nasze figle pokazywałem. Kręciłem wszystkich w długiego gęsiora i tak się rozhasałem, żem im wszystkie tańce pokazywał, aż do kozaka. W głębi duszy jednak czułem nadzwyczajny smutek — wspomnienia tłumem cisnęły się do głowy i napełniały puste serce. [...]

Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s. 101–102.

wtorek, 15 lipca 2014

Odcinek 1110: Juliusz Słowacki, 1833 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Genewa, 15 lipca 1833 roku

[...] Zamyślam siedzieć w Genewie i nie robię żadnych wędrówek po Szwajcarii, bo to niezmiernie kosztuje wiele — tu zaś żyję tak, jak za granicą najoszczędniej żyć można. Czasem gwałtem chce mi się wioski na Podolu — chce mi się własnego domu — ale o tym już podobno myśleć nie należy. Jak mogę, przypominam sobie moją ziemię — niedawno nauczyłem moich gospodarzy robić chłodnik, ale nie bardzo w nim smakują. Wprowadzenie nowej potrawy jest niezmiernie trudne u cudzoziemców — zdaje się, jakoby celne komory stały temu na zawadzie. [...]

Czas mamy teraz dosyć chłodny. Podczas dni gorących wstawałem zawsze o godzinie 6-tej z rana i kąpałem się w jeziorze. Kąpiele te bardzo na zdrowie mi były... i zdrów jestem do zadziwienia — nigdy mię piersi nie bolą. Nie uwierzycie, jaka to przyjemność kąpać się w jeziorze pod drze[wami] pięknego ogrodu. Zdaje mi się, że kiedyś będę żałował dni teraz upływających — Wy mi może teraz gór szwajcarskich zazdrościcie?
Jezioro Genewskie, mal. Camille Corot, 1839 rok.


Niedawno byłem przytomny w Genewie obiorowi króla strzelców. W środku jeziora wystawiono żagiel, na którym [odmalowany Negr] trzymał białą tarczę. Do tej tarczy strzelali płynąc na łodziach s[trzelcy. Jeden z boga]tych obywateli, ogłoszony królem, w orszaku dawnych królów szedł przez ulicę, [odprowa]dzany do domu. Godność taka kosztuje wiele, bo obrany musi w kilkanaście dni wyprawić wielką fetę — fajerwerk — ucztę... muzykę na jeziorze. Ma to być bardzo piękne — jak będzie, opiszę...
Panna  Eglantyna chce się przypisać, zostawiam jej miejsce i całuję Ciebie, kochana Matko, i wszystkich serdecznie ściskam.
Wasz Juliusz

Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s.121–122.

poniedziałek, 26 maja 2014

Odcinek 1060: Juliusz Słowacki, 1832 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Paryż, 26 maja 1832 roku
[...] W tydzień potem miałem scenę innego rodzaju — musiałem być sekundantem jednego z moich znajomych — jednego z posłów. Pojedynek miał być śmiertelny — i muszę Wam się przyznać, że chciałem koniecznie, aby się na niczym nie skończył. O godzinie 4-tej rano wyjechałem z moim protegowanym do Lasku Bulońskiego — wszak musicie znać ten lasek, bo jest sławny z pojedynków — śliczny lasek, zupełnie mi wieś przypomniał. Ranek był taki piękny. Widzieliście mnie czasem, kiedy wzburzony chodzę prędkim krokiem; otóż właśnie miałem taką minę chodząc po alejach ocienionych krzakami leszczyny, wtenczas kiedy mój towarzysz leżał pod drzewem i myślał — zapewne o Litwie i o rodzicach. W godzinę przyjechali nasi przeciwnicy, a z nimi Hłuszniewicz jako doktor. Oznaczyliśmy plac — aż tu strażnicy lasów pokazują się i widząc plac rozmierzony oświadczają nam, że w lasku od niejakiego czasu strzelać się nie wolno. Wsiedliśmy do karet i ujechawszy z wiorstwę zastanawiamy się, obieramy nowy plac, nabijamy pistolety — aż tu znów ci sami strażnicy, już serio na nas rozgniewani, że za nic ważymy ich ostrzeżenia. Znów więc siedliśmy do powozów i wyjechaliśmy z lasku aż do St. Cloud. Tam zwierzywszy się woźnicom z naszego zamiaru, ci zawieźli nas dalej o milę od Paryża, do lasku ogrodzonego jak ogród i tam oświadczyli, że możemy się strzelać, bo nam nikt nie przeszkodzi. W tym lasku odbył się pojedynek — okropny, bo z taką zimną krwią się odbywał, że trwał półtorej godziny — a trzy razy strzelali się. Właśnie, kiedy ja komenderowałem schodzenie się do barier — kiedy oba przeciwnicy przybliżali się mierząc do siebie i przybliżali się żółwim krokiem — zegar jakiś z bliskiego miasteczka uderzył godzinę 10-tą, ale tak pomału, tak donośnie, że my sekundanci, oparci o drzewa, spojrzeliśmy na siebie i zadrżeliśmy. Przyznali się nam potem dwaj przeciwnicy, że i na nich zegar ten okropne uczynił wrażenie. Za trzecim strzałem mój towarzysz w rękę raniony został — i dalszego strzelania się nie dopuściliśmy — to jest oni nie dopuścili, bo ja z najzimniejszą krwią nabijałem pistolety. Aby się tu przed Wami uniewinnić, muszę tu dodać, że mój towarzysz był obrażony tak, że widziałem, iż tylko przez domaganie się coraz nowych strzałów aż do śmierci honor jego mogłem ocalić — jakoż mam w nim teraz wdzięcznego przyjaciela. Po pojedynku przywitałem się z jego przeciwnikiem — i odwieźliśmy obu zwaśnionych do Paryża. Nie pogodzili się z sobą, ale są grzeczni nawzajem i w towarzystwie witają się z daleka. [...]
Pojedynek, ryc. irlandzka z 1815 roku.
Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s. 56-57.

sobota, 15 marca 2014

Odcinek 988: Juliusz Słowacki, 1833 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Genewa, 15 marca 1833 roku
Kochana Mamo moja!
[...] U nas tu niedawno graliśmy w domu komedią po francusku. Ja miałem grać
Suknia balowa, 1833 rok.
także — i znajdywali wszyscy, że wybornym jestem aktorem. Ale po kilku próbach tak mię zajął drukujący się tom poezji, że abdykowałem moją rolę i cała komedia upadła. Na miejsce tej komedii wybrano inną, mniejszą — a ja ofiarowałem się być suflerem. Jakoż po wielu próbach stanął teatr z parawanów i z wazonów, i z sosen wybudowany. Bardzo przyjemnie przeszedł ten wieczór. [...] Potem tańcowaliśmy — i czy wierzycie, że ja tu pierwszy animuję towarzystwo. Kiedy tańczę, młodzież ściga mię oczyma i zgodnie mi pierwszego miejsca ustępuje. Na tym wieczorze zadziwiłem ją walcem, tańcowanym tak, jak u nas tańcują wojskowi, to jest uderzając ostrogami. Ja zaczynam mazura — ja prowadzę kotiliona — i pokazuję nowe figury, jako to z szalem, z czterma królami kartowymi itp. Często gram do tańca na fortepianie - i potem panna Pattey opowiada mi, co o mnie damy gadają — i bardzo pochlebne rzeczy słyszę, o czym Wy z trudnością wierzyć możecie, widzieliście mnie bowiem dzieckiem nudnym, teraz zaś umiem czasem grać rolę wesołego chłopca i tylko domowi widzą mnie smutnym i posępnym. Nie odraża ich to ode mnie, bo moje położenie, oddalone od kraju i od Was, usprawiedliwia tygodniowe spliny. [...]
Ogród nasz okrył się tysiącami fijołków i pierwiosnków, które tu żółtego i różowego są koloru. Drzewa już się zaczynają rozwijać. Piję wszystkimi zmysłami poezją wiosny i szwajcarskiego powietrza. Listy Wasze często odczytuję nad Genewskim Jeziorem, a po przeczytaniu myślę o Was patrząc na rozległe błękity fali. Nie uwierzycie, ile ten obraz ma smutku i myśli. Szum jeziora zaledwo słyszeć się daje — cicho — cicho — i słyszałbym głos Wasz, gdy­byście mnie wołali. Tu wszystko cichą przybiera barwę — nawet wspomnienia wielkich ludzi są wspomnieniami ci­chego życia. [...]
Adieu, kochana M[amo]. [...]
Twój syn Juliusz

Wiosenny poranek, mal. William J.C. Bond, 1856 rok.
Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s. 105–109.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Odcinek 962: Juliusz Słowacki, 1835 rok

List Juliusza Słowackiego do Eustachego Januszkiewicza

[Genewa], d. 11 lutego 1835 r.

M. E. Andriolli, ilustracja
do Pana Tadeusza.
Kochany Eustaszku!
Znów długie było między nami milczenie; sam nie wiem, czemu to przypisać należy. Z mojej strony było trochę lenistwa, trochę tego zniechęcenia, jakie mnie napadło dla świata i ludzi — żyję bowiem samotniejszy od mnicha; i wszyscy moi znajomi opuścili mię jak ponurego wilka w leśnym łożysku. Tak zamknięty przez całą zimę, wyznam Ci, że pisałem i pisałem, i napisałem dwie tragedie, które różny los mają: jedna spalona, druga czekać będzie, aż mi jakiś wypadek nieprzewidziany pieniężnych nie poprawi interesów.
Słusznie, o ile sobie przypominam, strofowałeś mię, Eustaszku, za to, żem nie czytał Pana Tadeusza. Kilka miesięcy temu miałem przyjemny dzień życia, pożerając te dwa tomy historii szlacheckiej... Gdybym był szedł za pierwszym popędem serca, wsiadłbym w dyliżans i pojechałbym był prosto do Paryża, aby ścisnąć za rękę Mickiewicza; ale potem, jak zwyczajnie, pomyślałem o tym i o owym, i — zostałem jak zawsze samotny w mojej Genewie. Nie czytałem jeszcze Giaura i Korsarza. Przeczytanie Pana Tadeusza sprawiło to, żem zrobił autodafe z mojej pierwszej tragedii.
Rys. H. Heath,1825 rok.
Chciałbym Ci coś nieco z genewskich udzielić wiadomości... Ale prawdziwie, że my tu, Polacy, żadnych ciekawych dziwów nie wyrabiamy; wszyscyśmy prawie (oprócz mnie), a na czele tych wszystkich Gr......., zakochani w jednej Angielce, zakochani szalenie. Nigdyś Gr. w takim stanie nie widział, więc sobie wystawić nie możesz. Wszak musisz pamiętać, jak często w naszych polskich miastach jedna piękność wiedzie za sobą tłum cały miejskiej młodzieży. Tak niegdyś panna Chłopicka w Wilnie — od najmniejszego i najcieńszego z akademików aż do najgrubszego z nadakademików, Bajkowa, serca podbiła. Fenomen podobny obserwuję teraz na południku genewskim. Jeżeli Wam kiedyś potrzeba będzie Polaków genewskich do założenia legionu, to będziecie musieli na trębacza zawerbować pannę Angielkę — inaczej ani się ruszą dźwigający jeden łańcuch chłopcy.
Pobyt nasz w Szwajcarii zatrważają nieco noty dworów;   może   więc   będziemy   przymuszeni   wyruszyć do Francji.
Dowiedziawszy się o zaaresztowaniu Konstantego Z........., lękam się trochę, czy Ciebie turbować także nie zaczęli. Odpisz mi więc, abym Ciebie nie wystawiał sobie w myśli — siedzącego u stóp Świętej Pelagii,                                      
Adieu, drogi Eustaszku,
Twój przyjaciel
Juliusz Słowacki
Ps. Napisz mi, jakie imię nosisz teraz i jak Ci mam listy adresować.
Juliusz Słowacki, Listy do krewnych, przyjaciół i znajomych (1820-1849), oprac. Jerzy Pelc,Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich 1952, s.  83-84.

czwartek, 2 stycznia 2014

Odcinek 916: Juliusz Słowacki, 1838 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Florencja, 2 stycznia 1838 roku
Najdroższa moja! Otóż Nowy Rok, a my sobie niczego powinszować nie możemy — a nie wiem, czego bym Ci mógł życzyć, tak wszystko dobre niepodobnym jest prawie do nas. — Melancholija jest gościem moim we wszystkie święta i rocznice pamiątek, toteż i tego roku jest ze mną. Coraz cichszy i smutniejszy przyjmuję rzadkie rąk uściski, z którymi przychodzi do mnie małe grono znajomych — i myślę w sobie, że jeszcze kilka nowych roków — kilka świąt a polem wszystko będzie tak, jak gdyby to życie upłynęło wśród najszczęśliwszych okoliczności — pełne wesela — głośnego śmiechu — różowych kolorów — i jasności.
Zima. Dworek o zmierzchu, mal. Józef Chełmoński, 1906-1907.

Wigiliją jadłem z ziomkami — w domu Hermana na sianie. Sama gospodyni domu dała nam wszystkie dawne potrawy, w których wspomnienia były pieprzem i rodzynkami. Nie wiem dlaczego, ale ciągle myślałem o wilii u prefekta Jarkow[skiego], którą kiedyś jadłem będąc dzieckiem. Potem przyszła mi na myśl wielka Babuni piekarnia — czeladź śpiewająca kolędy — potem wertep krzemieniecki, któremu może winien jestem mój szekspirowski zapał... Nareście dawnym zwyczajem wyciągnąłem źdźbło siana spod obrusa i wyciągnąłem je bez kwiatka. Pani domu widząc moje zasmucenie ofiarowała się, że mi drugie wyciągnie; jakoż dobyła mi źdźbło krótkie bardzo, nie z kwiatkiem, ale z kłosem na końcu... Tłumacz więc sobie, droga moja, że dni moje będą krótkie, ale kłos zostanie po nich... ja tak tłumaczę sam i cieszę się. [...]
[Już] Ciebie muszę pożegnać i złożyć Ci na koniec moje życzenia noworoczne, i uściskać Filów także na Nowy Rok. a ten listek niech będzie dla Was jak mój opłatek; rozłamcie go pomiędzy sobą i niech każde weźmie część, która się mu należy z mego serca, z moich życzeń, z mojego przywiązania. Jeden pocałunek posyłam Wam wszystkim — a Ciebie, droga moja, jeszcze ukradkiem, kiedy się inni odwrócą, w nóżkę Twoją całuję na kolanach przed Tobą. Addio.
Twój Juliusz
Juliusz Słowacki, Listy do matki, Ossolineum 1983, s. 281–284.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Odcinek 773: Juliusz Słowacki, 1848 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Paryż, d. 12 sierpnia 1848 r. Ponthieu 30
Najdroższa Matko! [...]
Kawiarniczkę kupiłem sobie taką jak Twoja, ale że trochę większa, więc mi co dzień, gdy patrzę na nią, żal, że jej Tobie posłać nie mogę, bo miałabyś lepszą porcją kawy i zupełnie odpowiadającą Twojej potrzebie. Uśmiech mi wystąpił na twarz, bom wspomniał o Twoim gustowaniu i ciasteczkach, a teraz łza mi zastąpiła oczy, bo przypomniałem sobie o tym rannym śniadaniu, któreś Ty jak służebnica dla mnie niegodnego syna gotowała. Oby Ci Bóg oddał w słodyczy anielskiej i w jasnościach wiecznych ducha ten pokarm Twój, który ja brałem od Ciebie. Całuję Ciebie, moja najdroższa, i wszystkich moich miłych ściskam.

Jul.
Zestaw do kawy z 1848 roku.

Cyt. za: Izabela Jarosińska, Kuchnia polska i romantyczna, Wydawnictwo Literackie 1994, s. 84.



poniedziałek, 15 lipca 2013

Odcinek 745: Juliusz Słowacki, 1833 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Genewa, 15 lipca 1833 roku
Najukochańsza Mamo! Czas ciągle upływa dla mnie bez żadnej zmiany — ani nawet nadziei zmiany. Siedzę cicho i spokojnie nad brzegami jeziora — i myślę o Was. Czasem jestem tak odrętwiały, że potrzebowałbym, aby mnie pszczoły Twojej, Mamo, pasieki pokąsały. Smutno! smutno! Przez jakiś czas, póki wielka familija Ouwaroff bawiła w naszym domu, miałem nieco roztargnień. Z obu stron między nami panowała taka delikatność, żeśmy sobie uczuć nie dali różnicy narodowej — [...]

Kilka razy towarzyszyłem im konno na spacer. Jeden z tych spacerów, najprzyjemniejszy, był na góry otaczające jedną stronę Genewy... góry, z których mniejsza równa naszej Zamkowej Górze... Damy jechały w dwóch powozach, ja zaś dostałem sobie dosyć niezłą szkapę i tak przybyliśmy aż do stóp Saleve... Tam wszyscy wsiedliśmy na osły. Moje zwierzątko, największe i najmocniejsze, prowadziło cały orszak, orszak wesoły, śmiejący się, błyszczący różnymi kolorami sukien damskich. Na górze czekało nas wiejskie śniadanie — na długim stole z desek pod gruszami i jabłoniami... Potem oczy nasze rzuci[liśmy] na ogromną dolinę, po której płynie kręty Rodan — jezioro — w końcu jeziora najeżona [dachami] Genewa — i kilkanaście innych miasteczek — łąki — drzewa — — słowem, widok ogromny, rozległy, prawdziwie prześliczny... Po górach snuło się mnóstwo dzieci, ubranych fantastycznie w pióra, z chorągwiami, z muzyką. Były to dzieci Szwajcarów, bawiące się w niedzielę, jak przystoi na potomków Tella. Uformowani w dwa oddziały snuli się po wąwozach, [strzelali z pistoletów], podobni niegdyś do Julka-Achillesa w zbroi... Kilka razy pływaliśmy w czółnach [na jeziorze. Majtek,] który nas woził, był niegdyś przewoźnikiem Byrona i dlatego często z nim wc[hodzę] w rozmowę. Stary wioślarz dotąd o niczym nie gada, tylko o angielskim poecie. [Zdaje] mu się, że jakaś część sławy przy nim została po długim obcowaniu z Lordem. [Między] innymi szczegółami opowiada, jak raz z Byronem poszli w zakład o luidora, kto z [nich] prędzej na drogi brzeg jeziora dopłynie. „Nie dziw, że mnie Lord wyprzedził, powiada Maurycy (tak się nazywa majtek), albowiem za Byronem płynęło czółno — i służący leżącemu na wznak Anglikowi lał do gardła dobre wino, co niemało w pływaniu dopomagało”. Powiada dalej, że przegrawszy zakład oddał Byronowi luidora, który się długo wzbraniał, ale nareszcie przyjąć musiał. Dodaje wszelako Maurycy, że Byron, chociaż dobrze trzymał się w wodzie, niewiele robił drogi, bo miał koszlawą nogę, nie większą od jego dłoni... Bardzo czasem wielką przyjemność znajduję w rozmowach majtka — i patrzę na wielkich ludzi z tej samej strony, z jakiej się na nich lud zapatruje... [...]
Mt Saleve koło Genewy.

Juliusz Słowacki, Listy do matki, w: Dzieła wybrane, t. 6, Ossolineum 1983, s. 118–119.

czwartek, 6 czerwca 2013

Odcinek 714: Juliusz Słowacki, 1833 roku

List Juliusza Słowackiego do matki

Genewa, 6 czerwca 1833 roku
Kochana Mamo! Czy zaczynasz już zapominać o mnie? Listy Twoje, o dwa miesiące jeden od drugiego odległe, napełniają mię smutkiem i rozpaczą. Matko, koniecznie proszę Ciebie o więcej otwartości w Twoich listach — zdaje mi się, że jestem już człowiekiem i mam dosyć mocy do znoszenia nieszczęść...
Donoszę Ci, kochana Matko, że od dni 20 wyszedł na świat tom III-ci moich poezji. Wydawca dzieł mego Ojca mieć je będzie — spodziewam się więc, że i Was kiedyś dojdzie — ale kiedy? Pierwszego dnia po wyjściu zwróciło mi się pół kosztu druku — spodziewam się, że wkrótce cały wyprzedażą pokryję. [...] — Jeżeli tak dalej płodną będzie moja imaginacja, jeżeli co roku zacznę tomy nowe drukować, to wkrótce w Waszej małej szafce będziecie mi musieli poświęcić całą jedną policę — a po mojej śmierci ten, kto mnie poznać zechce, będzie musiał miesiąc cały ze mną obcować.
Takie są teraz sny moje. Żyję sobie dosyć przyjemnie i spokojnie. Horyzont mój zamknięty drzewami okrył się tysiącem róż — bzy przekwitły — laur największy stojący pod moim oknem usechł, choć go sam polewałem. Prawda, że to zła wróżba? Są to najważniejsze nowiny. [...]
Panna Eglantyna wróciła z Lyonu. Pierwszego dnia po powrocie przy śniadaniu oddała mi przywieziony stamtąd prezent, obwinięty starannie w cienki papier. Rozwijam go i znajduję nóż — czyli raczej scyzoryk, za dwa grosze kupiony. Nic jeszcze bardziej barbarzyńskiego nie widziałem — chowam go i kiedyś w kraju będę pokazywał dowodząc, że Francuzi od Hotentotów mało się różnią cywilizacją. Scyzoryk malowany żółtym pokostem, na którym świecą czerwone kwiatki — z jednej strony w rozszczepionym drewnie nóż do ćwieka podobny, z drugiej strony flecik, jeden tylko cienki głos wydający... Dar ten przypomniał mi owego staruszka gipsowego z kiwającą się głową, któregoś Mama Jędrzejowi Ś[niadeckiemu] na imieniny ofiarowała. Ale przy tym nożyku dostałem także śliczną kieskę do pieniędzy, z największym wytworem haftowaną przez damy lyońskie. [...]
Dom po odjeździe Anglika został pustym przez czas niejakiś. Wtem jednego poranku zwaliła się jak lawina ogromna familija rosyjska — pani Ouwaroff, córka ministra, z dziećmi. Z początku doznałem elektrycznego wstrząśnienia — teraz bardzo dobrze jesteśmy, niezmiernie grzeczni dla siebie. Pani Ou. sama już jest w dosyć podeszłym wieku — żywa — i krzycząca. Córka najstarsza — dosyć rozlana i szeroka, ma twarz przyjemną i ładne czarne oczy. Włochy mało się odbiły na jej imaginacji — została nie ociosaną statuą. [...] Śpiewa robiąc zawsze trzy omyłki w każdej arii — nigdy mniej ani więcej. [...] Synek mały, w czerwonej huzarce haftowanej złotem — bardzo dobry dziewięcioletni chłopczyk. Przyjaciel syna, karzeł, lat ma 40, łokieć i ćwierć wysokości, twarz pomarszczoną, ale głowę nie nazbyt wielką, uśmiecha się do wszystkich i nie jest bynajmniej gniewliwy. [...] Całe trzy piętra domu rozlegają się od ich krzyku. Mówią różnymi językami — i nieraz mi się zdaje, że jestem w babilońskiej wieży...
Niedawno miałem rozczulającą scenę z powodu karła — doniesiono mu bowiem, że jego ojciec umarł. Wystawcie więc sobie tę małą figurkę upośledzoną — przy herbacie wyciągał z kieszeni małą chusteczkę do nosa i ocierał łzy, które mu mimowolnie płynęły... [...]
Całe ranki przepędzam zawsze w publicznej bibliotece, gdzie się znajdują wszystkie dzienniki i pisma periodyczne — co dnia więc czytam mnóstwo gazet i wiem doskonale, co się dzieje w Europie. Nic nazbyt pocieszającego — dla nas bieda i smutek. Po przeczytaniu gazet siedzę przez kilka godzin w bibliotece, gdzie czytam różne dzieła, a najwięcej dzieł filozoficznych. O czwartej wracam do domu na obiad. Na odgłos donośnego dzwonka schodzi się do salonu całe towarzystwo, a stamtąd udajemy się do jadalnej sali, dziwnie ozdobionej dwoma gipsowymi posągami, z których jeden wyobraża Apolina Belwederskiego, a drugi jakąś Wenerę. Po obiedzie z pannami gram w wolanta i w obręcze, czyli w kółka. W obu tych grach doszedłem do wysokiego stopnia zręczności, choć mi wyższości nad sobą panny przyznać nie chcą. Często w takich grach przychodzi do walki, wtenczas zrywamy róże i rzucamy na siebie — słowem, wesoło nam czasem...
Damy grające w wolanta.
Pytałaś się, Mama, czy gram na fortepianie — otóż donoszę Ci, że gram bardzo często, ale tylko fantazje i słyszane aryjki z oper. [...]
O Matko moja! Rzadkość Twoich listów przerażające mi często nastręcza myśli. [...]
Napada mię czasem chęć czynniejszego życia — marzę o różnych projektach, ale wszystko to na próżno. Nic mi nie pozostaje, jak cicho siedzieć — myśleć i pisać. Gdybym jeszcze mógł wybierać kraj do mieszkania, przeniósłbym się do Niemiec i żył spokojnie i tanio — ale teraz wszystkie kraje zamknięte są przede mną, nawet do Francji powrócić trudno. Nie możecie sobie wystawić naszego położenia — najsmutniejsze... [...]
Matko moja najukochańsza, najdroższa! Żegnam Ciebie — ale nie na zawsze. Musiemy się kiedyś zobaczyć. Kochanych Dziadunia i Babuni z uszanowaniem rączki całuję. Teofila i Hersylkę serdecznie ściskam.
Wasz Julo
Juliusz Słowacki, Listy do matki, w: Dzieła wybrane, t. 6, Ossolineum 1983, s. 114–117.

piątek, 12 kwietnia 2013

Odcinek 660: Juliusz Słowacki, 1831 rok


List Juliusza Słowackiego do matki

Drezno, 12 kwietnia 1831 roku
Kochana Mamo! Co za szczęście! Wyrwałem się z nudnego Wrocławia, gdzie po długich korespondencjach odebrano z Berlina odpowiedź, żeby mnie puścić w dalszą drogę. Dano mi więc paszport do Francji – ja zaś przyjechałem do Drezna i myślę tu czas niejaki posiedzieć. Bardzo mi się to miasto podobało, bo przez długi pobyt w Warszawie stęskniony byłem po pięknych okolicach – tutaj zaś są prześliczne. Czy doszedł rąk Mamy kochanej list mój z Wrocławia? Byłem tam pod ścisłą obserwacją i dlatego się o ten list pytam. Niegodziwy Wrocław – w „Goldene Gans” zdarli mnie okropnie, bo za dni 16 zapłaciłem 30 talarów, i miałem tylko tę przyjemność, że mieszkałem w zupełnie starożytnej kamienicy, której dachy wyższe są niż trzypiętrowe ściany, a pod dachami pieje kogut i krzyczą koty. Do Drezna przyjechawszy w Wielki Piątek, stanąłem w hotelu pod „Złotą Koroną”; zdaje mi się, że tam i Mama kiedyś mieszkała. [...] Po obiedzie w dzień mego przyjazdu wyszedłem na miasto w nadziei, iż chodząc po ulicach napotkam gdzie Odyńca. Błądząc różnymi drogami zachodzę na wielki rynek, spostrzegam jakąś najpiękniejszą cukiernię (Baldyniego) i nad drzwiami napisane: „Cafe de l’Europe”. Ha, myślę sobie, Odyniec musi być w Europie – wchodzę na pewno i za pierwszym rzutem oka postrzegam naszego poetę, który mi zaraz na moje zapytanie: „To Czatyrdach?”... odpowiedział: „Aa!”... i nie przez jedno tylko „Aa!” wyraził niepospolite zadziwienie; przeprowadzał je przez wszystkie tony jak Karp, marszałek wileński. Krótko mówiąc, ucieszyliśmy się oba ze spotkania i zaraz, wziąwszy się za ręce, poszliśmy do Odyńca kwatery. Tam wyrządził mi wielką przysługę, bo zaraz przez swojego gospodarza, który jest wielkim przyjacielem Polaków, wynalazł dla mnie prywatną stancją, która tak jest niedroga, iż po warszawskich mieszkaniach zdaje mi się, tu za darmo mi przychodzi. Za 6 talarów na miesiąc mam ładny salonik o 5 oknach (a przez każde okno, jak powiada Odyniec, inną widzę panienkę). Salonik cały umeblowany bardzo ładnie, nawet z lampą alabastrową, podobną do tej, jaka jest u Hersylki, tylko trochę zapylona – słowem, że mogę wieczorami lampę zapalać i bajronizować. Żeby zaś o wszystkich przyjemnościach mieszkania dać Wam wyobrażenie, donieść muszę, iż oprócz ładnego widoku na plac wielki, na kościół, znajduję przyjemność patrząc na ładną córkę mojej gospodyni. Panienka mówi po francusku – i ładnie gra na fortepiano. [...] Przez jedno okno mego salonu (najmniej przyjemne) mogę rozmawiać z Odyńcem – przez drugie okno (przyjemniejsze) mogę rozmawiać i rozmawiam z ładną sąsiadką, która vis-a-vis mieszka; tylko ten język niemiecki zawsze mi stoi na zawadzie, a jak na nieszczęście w rozmówkach, danych mi przez kochaną Mamę, nie znajduję stosownych do okoliczności wyrażeń... [...]
Most na Łabie w Dreźnie, ryc. Bernardo Bellotto, 1749 rok.
Kochana Mamo, pisz do mnie do Drezna poste restante; jeszcze dotąd wekslu Mamy nie zmieniłem. Dotąd żyję i jeszcze żyć będę z miesiąc z 40-tą dukatami, z którymi wyjechałem z Warszawy. Pieniądze więc mi dosyć dotrzymują placu, lecz kiedy wyjechałem na wojaż, chciałbym dalej jechać, wszystko to jednak od woli kochanej Mamy zależy. Dobrze by było jednak, żeby na przypadek jakiej przerwy w naszych źródłach zabezpieczyć się przynajmniej na lat 2. Jeżeli możecie gdzie podnieść z 5000, to mi je przyślijcie w wekslu na Paryż lub Genewę. Kochana Mamo, nie uwierzysz, ile na tym czuję, że Ciebie tak ogałacam, że tyle wymagam, nie mając nawet nadziei kiedyś wywdzięczenia się za to. W biurze nie było żadnych widoków, nawet to biuro, gdzie byłem, zaczęło być źle uważane z powodu...... Trzeba było iść do wojska – miałem aż nadto do tego chęci. Los jakiś rządzi moją karierą i widzę, iż zawsze będzie mi na przeszkodzie stawał. Kochana Mamo, całuję Ciebie serdecznie w rączki i w nóżki, Babunię i Dziadzia dobrodzieja o błogosławieństwo proszę – z dalekich gór Krzemieńca spłynie ono na moją głowę... Ściskam Was, Hersylko, Teofilu i Melanko... Adieu. S.
Juliusz Słowacki, Listy do matki, w: Dzieła wybrane, t. 6, Ossolineum 1983, s. 12–15.

sobota, 5 stycznia 2013

Odcinek 563: Juliusz Słowacki, 1849 rok

List Juliusza Słowackiego do Ludwiki Reitzenheim i jej córek

Paryż, 5 stycznia 1849 roku
Mal. Henriette Browne.
Moje Panienki!
Mam   zaszczyt   zapowiedzieć na  jutro, dzień Trzech Króli, moją oficjalną wizytę jako opiekuna. Spodziewam się zastać Was w dobrym zdrowiu i wesołe. W tym celu posyłam Warn ptaszka w miejsce tamtego, który zakończył życie. Dołączam ciasto, które przyczyni się może do obioru mojej osoby na króla, oraz butelkę hiszpańskiego wina; kilka jego łyków ułatwi, przypuszczam, elekcję i pozwoli mi uwierzyć w rzeczywistość mego improwizowanego panowania.
Wasz czcigodny opiekun i przyjaciel
Wyjednajcie dla mnie przebaczenie Waszej mamy, jeśli się gniewa.
Juliusz Słowacki, Listy do krewnych, przyjaciół i znajomych (1820-1849), oprac. Jerzy Pelc,Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich 1952, s. 372-373.