Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słonimski Antoni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słonimski Antoni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Odcinek 2067: Antoni Słonimski, 1937 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki „Król włóczęgów” Hookera i Posta

20 czerwca 1937 roku
Teatr Letni: KRÓL WŁÓCZĘGÓW" (THE VAGABOND KING), komedia w 4 aktach; tekst Brian Hookera i W.H. Posta; muzyka Rudolfa Frimla; przekład W. Szeluty; teksty śpiewne Juliana Tuwima; opracowanie muzyczne Tadeusza Sygietyńskiego; reżyseria Janusza Warneckiego; choreografia Jadwigi Hryniewieckiej; dekoracje Stanisława Jareckiego

Wydawać by się mogło, że libreciści amerykańscy nie powinni nic wiedzieć o Villonie. Niestety, dowiedzieli się i natychmiast napisali The Vagabond King. Bzdura operetkowo-filmowa na temat życia znakomitego poety znalazła zdolnego kompozytora i dzięki dobrej muzyce stała się popularnym widowiskiem. Oczywiście, nie wymagamy od operetki specjalnie inteligentnego scenariusza. Kołysani melodią, szarpani tańcami i kiwani tekstem, nie traktujemy poważnie ani fabuły, ani charakterów. Niestety, dyrekcji teatrów warszawskich przyszedł do głowy szatański pomysł przerobienia tej operetki na komedię muzyczną, czyli ograniczenia części wokalnej na korzyść elementów komediowych. Główna postać tej brechty broni się częstym przechodzeniem w śpiew. Pomysłowy p. Warnecki puścił Villona na scenę i kazał mu tylko gadać. Jeśli rolę Villona dostaje nie śpiewak, ale aktor dramatyczny, i to w rodzaju Damięckiego, zaczyna się poważne nieporozumienie i nieporozumienie to trwa aż do zapadnięcia kurtyny. Zamiast przyjemnej operetki dostajemy pretensjonalne sztuczydło nie mające nic wspólnego ani z Villonem, ani z krzewieniem kultury teatralnej w Polsce. Reżyser podkreślił wszystko, co jest szmirą operową, ukazał całą naiwność libretta. Bardzo niedowcipny tekst został wydobyty jak najstaranniej, podkreślono każdy zły żart i rozwleczono każdą głupią sytuację. Mimo to gdy do głosu przychodziła muzyka, a zwłaszcza gdy brzmiał marsz pięknie śpiewany przez Czaplickiego, publiczność waliła potężne brawa.
Scena z "Króla włóczęgów" (źródło).
Bardzo smacznie odśpiewały swe role pp. Brochwiczówna i Brzezińska. Karin Tiche jako Esmeralda okazała duże poczucie stylu i szczery temperament aktorski. Biedny Znicz robił, co mógł, aby wykrzesać choć trochę wesołości ze swej smutnej roli. Reszta zespołu wałęsała się po scenie, kucała, przewracała koziołki i czyniła bardzo wiele zamieszania, aby stworzyć pozory wesołości. Sztuka zdobyła dzięki temu uznanie galerii. Niektóre powiedzenia nagradzane były huraganami braw. Mnie te powiedzenia nie śmieszyły. Jedno z nich zapamiętałem: „Nie, nie wykąpię się, bo jako arystokrata jestem konserwatystą”. Pisałem już w życiu sporo rzeczy scenicznych, które śmieszyły publiczność, ale gdybym napisał to zdanie, nie liczyłbym nawet na szmerek. Może to ja jestem arystokratą i konserwatystą i dlatego nie rozumiem wymagań nowej publiczności? Jeśli tak, to nie mam racji, bo rację ma zawsze klient, gość, czyli szanowna P.T. Publiczność.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, WAiF 1982, s. 338–339.


poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Odcinek 2054: Antoni Słonimski, 1937 rok

Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa

„Wiadomości Literackie”, nr 18, 25 kwietnia 1937 roku
Gdyby huragan jakiś zburzył Rynek, Podwale i piękne budowle Krakowskiego Przedmieścia, Warszawa straciłaby niemal cały swój charakter, ale przedsiębiorczość ludzka jak zwykle wobec kataklizmu wzmogłaby się, i na ruinach Starego wyrosłoby miasto Nowe, wspanialsze i wygodniejsze od dawnych kamienic i pałacyków warszawskich. Ludzie kochający Warszawę nie czuliby się jednak dobrze wśród kwietników i oszklonych fasad nowej architektury. Taki jest już bieg wyznaczony przez naturę, że nawet ci, którym życie oszczędziło upokorzeń starości, wybiegają myślą z czystych i widnych wnętrz współczesnych i wspominają stare cukierenki, mieszkania z naftowymi lampami, secesyjnymi abażurami, i patrząc na kilimy i tkaniny nowoczesne, wzdychają po cichu do bardzo brzydkich gratów pokrytych nie tylko kurzem, ale i błękitnym pyłem minionej młodości. Czasem przychodzą takie huragany, po których pozostają jedynie ruiny. Rozsypują się w gruzy budowle, do których przywykliśmy od dzieciństwa, i nie ma siły ludzkiej, która by tę stratę mogła powetować. Odchodzą ludzie, którzy tworzyli atmosferę Warszawy, odchodzą ludzie, których wdzięk, malowniczość i urok złączone były z Warszawą niepodzielnie.
Żegnaliśmy oto naszego starego przyjaciela Franciszka Fiszera. Za trumną szły
Franciszek Fiszer, rys. Aleksander Żyw.
trzy pokolenia warszawskie: starcy, którzy siadywali z Fiszerem u Starorypińskiego, poważni panowie, którzy z Fiszerem noce spędzali na rozważaniach filozoficznych, i młodzi poeci, którzy rozprawiali z nim o literaturze w cukierni „Ziemiańskiej”. Za trumną Fiszera szli najwybitniejsi poeci, malarze, aktorzy, muzycy i architekci. Cała artystyczna Warszawa znalazła się na tym skromnym pogrzebie. Któż to był? Cóż takiego zdziałał ten starszy pan o bujnej brodzie koloru „changeant”, ten wspaniały starzec w poplamionym ubraniu, ozdobionym zawsze świeżym kwiatem w butonierce? Nie napisał książki, nie namalował obrazu, raczej był sam książką i obrazem.
Ojciec mój był przyjacielem Franca i ja z kolei szczyciłem się jego przyjaźnią. Nie w duchu i nie w stylu Fiszera byłoby mówić o nim dziś w sposób patetyczny. Fiszer, jak wszyscy ludzie naprawdę mądrzy i naprawdę delikatni, nie uznawał form banalnych i konwenansów. Formy te były mu niepotrzebne, jak niepotrzebny jest kodeks karny ludziom uczciwym. Jeśli dziś nad świeżym grobem wspomnę o jego fenomenalnym dowcipie, wydaje mi się, że uczynię rzecz najwłaściwszą. Dowcip ten powinien doczekać się specjalnej monografii, warto by zebrać i opublikować jego kapitalne powiedzenia, wspaniale riposty, genialne określenia. Wszyscy czuliśmy, że gdyby z takiego pogrzebu wracał z nami Franciszek, już za murem cmentarnym grzmiałby tubalnym głosem rozprawiając się z nieboszczykiem i z całą przy trumnie zebraną sosjetą. Czyżby to znaczyło, że nie było dla niego rzeczy świętych i że kpił z wszystkiego? Nie. Prawdziwe wartości umiał naprawdę szanować, a dowcip Franca prawie nigdy nie był krzywdzący. Fiszer był metafizykiem, ale przyznać muszę ze skruchą, że nic nigdy zrozumieć nie mogłem z jego metafizycznych wywodów. Niezwykły dowcip, dobroć i delikatność uczuć i miłość do poezji czyniły go nam wyjątkowo drogim.
Dowcip Fiszera był samorodny i niezwykle plastyczny. Fiszer gardził kalamburem. Operował obrazem. Opowiadał mi kiedyś, że u niego w Łomżyńskiem był stuletni sługa, który wspaniale tańczył kozaka. „Skakał szalenie wysoko do góry, a potem niesłychanie powoli opadał”. Ogarniał wszystkie rodzaje dowcipu. Potrafił powiedzieć złośliwość w sposób tak wykwintny jak Anatol France i kropnąć brechtę, i „pure nonsense”, od którego najbardziej surowy purytanin angielski rozleciałby się w kawałki. Miał swoich wrogów, byli ludzie, których nie znosił, a raczej do których podniecał umyślnie swą zawziętość, aby wyładować się w najzupełniej irracjonalnej pretensji. Któregoś dnia spotkaliśmy jednego z takich nieprzyjaciół Fiszera. Franc przystanął, obejrzał się za przechodzącym i mruknął: „Cóż za szubrawiec! Czy wiesz, że to bydlę ośmieliło mi się przyśnić?”. Wracając z pogrzebu jednego ze swych przyjaciół, powiedział do pewnej aktorki: „Była pani królową dzisiejszego pogrzebu”. Kiedyś był na obiedzie u pewnego dyrektora teatru i dostał bilety na premierę, która się tego dnia miała odbyć. „Po drugim akcie zbliża się do mnie jakaś paniusia i pyta o sztukę. Odpowiadam, że sztuka jest bydlęca, że to absolutne świństwo, i w tej chwili poznaję żonę dyrektora teatru. Cóż miałem zrobić? Pocałowałem babinę w rękę i powiedziałem: «Pani, gdyby to było w lesie, udusiłbym panią i nie byłoby gafy»”. Pewien aktor dramatyczny chwalił się kiedyś, że ma nos jak Dante: „Pisz pan nosem” – powiedział mu Fiszer. Nie mogę się oprzeć pokusie przytoczenia tych paru powiedzeń Fiszera, aby choć w przybliżeniu dać pojęcie o jego dowcipie i lotnej wyobraźni.
Śmierć przyjął Fiszer z godnością i pogodą wspaniałą. Nawet na łożu śmierci nie zdradził swego stylu. Gdy byłem u niego w szpitalu, na w pół już sparaliżowany mówił z najwyższym trudem rzeczy pogodne i żartobliwe. W pewnej chwili nachyliłem się nad nim, nie mogąc zrozumieć jego słów. Trudno było pochwycić sens, trudno było zrozumieć pojedyncze słowa. Ale poznałem rytm. Poznałem, że to był trzynastozgłoskowiec. Fiszer pozostał wierny poezji. Tak odszedł człowiek, po którym została Warszawa mniej już do dawnej Warszawy podobna.

Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1936–1939, LTW, s. 157–158.

wtorek, 9 czerwca 2015

Ocinek 2022: Antoni Słonimski, 1929 rok

Antoni Słonimski, „Kronika tygodniowa”
„Wiadomości Literackie”, nr 23, 9 czerwca 1929 roku
Ktoś mnie zapytał z żalem, czemu piszę tylko o rzeczach złych, o smutnych przejawach naszego życia, a nie podnoszę stron dodatnich. „Pan tylko ma przyjemność, jak pan rżnie”. „To o sołdatach, to o gazetach, to o Studzieńcu, to o głupich manifestacjach, to znowu o złej sztuce, złym aktorze, głupim artykule albo o dyrektorze Teatru Narodowego”. Muszę się przyznać, że rżnięcie istotnie sprawia mi przyjemność, ale nieraz entuzjazmuję się i piszę rzeczy pochlebne, tylko że o tym ludzie jakoś bardzo szybko zapominają. 
„Żeby pan raz przynajmniej kogoś pochwalił”. Czy jako poeta mam pisać dytyramby pochwalne o władzy państwowej? Czy może mam chwalić, jako satyryk, felietonista i krytyk teatralny? To prawie jakby wymagać od skazanego na tortury, żeby pękał ze śmiechu. [...]
„Przecież pan przez swoje artykuły i recenzje robi sobie samych wrogów” – powiedział mi ktoś życzliwy. Być może. Nie mam w tym żadnej kalkulacji, ale nawet z punktu widzenia interesu lepiej się opłaca zjechać niż pochwalić. Pochwalę np. sztukę p. X. Zyskam sobie przez to wrogów we wszystkich jego kolegach i konkurentach, a on sam będzie miał pretensję, że go nie dość jeszcze pochwaliłem. Natomiast gdy zerżnę p. X, ucieszę tym wszystkich jego przyjaciół, rozraduję konkurentów, a wroga mieć będę tylko w jednym p. X. 
Mówią mi również: „Trzeba pamiętać, że państwo jest młode, że
Plakat Stefana Norblina, 1925 rok.
przeszliśmyokres stuletniej niewoli, że kinematograf polski nie ma środków amerykańskich, że pisarze nasi źle zarabiają i że Gdynia się rozbudowuje”. Owszem. Mogę przed każdym felietonem dodać w charakterze premii wszystkie wyżej przytoczone okoliczności łagodzące. Ponieważ jednak byłoby to dość monotonnym balastem, proponuję tylko pierwsze litery: M. ż. G. s. r., co znaczy „Mimo że Gdynia się rozbudowuje”.
 
Otóż, M. ż. G. s. r., nie mamy szczęścia do pomników, pogrzebów i uroczystości narodowych. Rozumiem, że można nie lubić wszelkich pomp i czczych manifestacji, ale lubić je i nie umieć ich robić to rzecz żałosna. Generałowie nam chowali Słowackiego w Krakowie, a pogrzeb francuskiego generała w Paryżu pochował Mickiewicza. Czeka nas jeszcze sprowadzenie zwłok Szopena i Lelewela. Sprowadzenie zwłok nie zastąpi ważniejszej sprawy produkowania żywych wartości. Za bardzo się troszczymy o przeszłość, a za mało o teraźniejszość. Słyszałem, że pewnego gentlemana skazano na siedemdziesiąt tysięcy złotych i pół roku więzienia za zabicie łosia. Za zabicie dwu Żydów skazano pewnego oficera na dwa lata. To znaczy, jeden łoś kalkuluje się dzisiaj na pół Żyda. To bardzo dobra koniunktura na strzelanie Żydów. Łapać! Ochrona zabytków przeszłości i niedobitków zwierzostanu to rzecz bardzo wzniosła, ale musi być w jakiejś proporcji do troski o ludzi żywych. Or-Ot codziennie w „Porannym” drukuje wierszyk o jakimś patriotycznym zdarzeniu sprzed stu lat. Gdyby nam się teraz działo znacznie gorzej niż przed stu laty, rozumiałbym może tę tęsknotę za przeszłością. Ale nawet Or-Otowi lepiej się teraz powodzi, boby mu książę Józef nie dał nagrody miasta Warszawy. Czczenie wszystkich walk przeszłości ma jeszcze jedno niebezpieczeństwo. We Lwowie manifestują cześć dla zmarłych w walce z Ukraińcami. Zrozumiałą jest rzeczą, że i Ukraińcy pragną oddać cześć bohaterom walk o swoją niepodległość. Wynikają z tego starcia i konflikty bolesne i niebezpieczne. 
A może by ogłosić moratorium na spłacanie długów wdzięczności narodowej? Zrobić małą „pieredyszkę” i dać pokój „nawiązywaniom do świetnej przeszłości”. Czytelniku, czy już nawiązywałeś dzisiaj? A może pójdziemy trochę ponawiązywać? Nie mogę, bo idę nawiązywać. To szkoda, bo byśmy poszli nawiązywać. Podobno Kaden nawiązuje Akademię. 
M. ż. G. s. r., nie lubię naszych wystaw i wystawności, akademii i pogrzebów, rewii i manifestacji, nadymania i nawiązywania.


Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1927–1931, LTW 2003, s. 118–119.

sobota, 14 lutego 2015

Odcinek 1209: Antoni Słonimski, 1932 rok

„Kronika tygodniowa” Antoniego Słonimskiego

„Wiadomości Literackie” nr 7, 14 lutego 1932 roku
Każdy, kto był pod piramidami i fotografował sfinksa, zna z pewnością małego chuderlawego Araba, który się wynajmuje jako „skala”. Muszę wyjaśnić dokładniej, co to znaczy. Aby dać pojęcie o rozmiarach sfinksa, trzeba jakiejś wielkości porównawczej. Niebo i piasek nie wystarczą. Chuderlawy Arab zarabia w ten sposób, że staje pod sfinksem i małością swoją podkreśla wielkość beznosego kolosa. Nieraz myślę o tym, że przydałaby się nam taka skala w wielu sprawach naszej kultury. Zbyt łatwo bowiem tracimy poczucie proporcji. Mamy czasem złudne wrażenie o znaczeniu i zasięgu naszych poczynań. Wydałem niedawno książkę, która jest już wyczerpana. Rozeszła się w przeciągu paru tygodni. I co tu gadać o kryzysie, o braku czytelników! Chwileczka. Postawmy przy nakładzie mojej książki wyżej wspomnianego Araba, i cóż się okaże? Nakład książki wynosił wszystkiego tysiąc trzysta egzemplarzy. Cały mój sukces staje się właśnie małym Arabem wysokości metra trzydzieści, który przykucnął u nóg beznosego olbrzyma, reprezentującego trzydzieści dwa miliony mieszkańców pustyni, w której żyjemy. Jeżeli nawet rozejdzie się i drugi nakład, książka moja razem osiągnie trzy lub cztery tysiące egzemplarzy. Więcej już nie da rady. Dalej jest piasek i niebo. Pismo literackie, książka wziętego pisarza liczyć może tylko na garstkę inteligencji. Książka Remarque’a rozeszła się w Niemczech w milionie egzemplarzy. Znaczy to, że co sześćdziesiąty Niemiec kupił egzemplarz. Jeśli odjąć dzieci przy piersi, kobiety przy piersi i starców przy piersi, przynajmniej co czterdziesty przytomny Niemiec kupił Remarque’a. Aby osiągnąć ten stosunek u nas, książka wybitnego pisarza musiałaby rozejść się w ilości pół miliona. Czy była i czy jest możliwa taka książka? Najbardziej wzięta powieść może osiągnąć kilkanaście tysięcy.
Ale są przecież u nas wydawnictwa, które rozchodzą się w setkach tysięcy. Myślę tu, rzecz prosta, o sennikach egipskich i drukach dewocjonalnych. Dostałem w tych dniach prospekt wydawnictwa, któremu również wróżę wielkie powodzenie. Zwraca się do mnie redakcja Błękitnej księgi, abym wy­pełnił kwestionariusz, gdyż wydawnictwo bardzo liczy na moją osobę. Błę­kitna księga jest spisem szlachty polskiej, i oczywiście, nie powinno tam zabraknąć mojego nazwiska. Prospekt zaczyna się ładnie pomyślanym i wykonanym zdaniem: „Wobec zaistnienia możności, przez restytucję Rzeczypospolitej Polskiej, przystąpiliśmy do stworzenia mającego wkrótce ukazać się spisu szlachty...”. Musiał to pisać jakiś tęgi szlachciura, jakiś rębajło zaprawiony, mosterdzieju, bardziej do szabli niż do inkaustu. Albo po prostu jakiś Szopenfeld czy Lindenfeld, który nie bardzo umie pisać po polsku. Trzeba tam podać tytuł, herb, przydomek, rodowód oraz sześć adresów znajomej szlachty. Z tymi adresami to jeszcze najmniejszy kłopot. Nietrudno się dowiedzieć adresów Halamy, Ordonki, Maryny Brydzińskiej czy Majdrowiczówny. Trudniej jest podać rycerską przeszłość rodu. Trzeba by tu czegoś efektownego w rodzaju czasów pierwszej krzyżowej. Naturalnie, nie myślę o mięsie, tylko o wyprawie. Przekonany jestem, że Błękitna księga rozejdzie się w paruset tysiącach egzemplarzy. [...]Mądrzej jednak byłoby wydać skromny i tani sennik egipski. Świat idzie naprzód, a stare senniki jeszcze nie uwzględniają nowych słów i pojęć, które wdarły się do snów kucharki. W jakim senniku można znaleźć „szofera”, „aeroplan”, „radia słuchać” albo „Mozżuchina widzieć”? Tak, sennik to jedyny sposób prawdziwego dotarcia pod strzechy. Jak zdrowe wychowawcze znaczenie mógłby mieć taki senniczek, napisany przez kogoś sprytnego! Można by drogą tłumaczenia snów wywieść kuchtę polską z niewoli ciemnoty. Np.: „Kozę doić – niech kuchta zęby szczoteczką wymyje i nie czytuje czerwoniaka”. „Strażaka mieć – niech kuchta nie kradnie i niech nie chodzi na polskie filmy”. [...] Czyż drogą takiej agitacji nie można by wpoić w kuchtę polską zasad prawdziwej moralności? Kto wie nawet, czy to nie jedyna droga. Inaczej skazani będziemy na ten sam ciągle ciasny krąg odbiorców. Trzeba trafić jakoś do tych milionów niewolników i uczynić z nich wyzwoleńców. Żyjemy bowiem jak w jakiejś sparodiowanej Grecji. Garstka ludzi dość lekko ubranych, rozprawiających o rzeczach mądrych i subtelnych, co drugi pederasta, a wkoło ciemna pańszczyzna ludzi odzianych w skóry od Apfelbauma, fetyszystów, endeków, wojskowych, chałaciarzy, znachorów, i miliony chłopów mnożących się jak piasek na pustyni. Podobni jesteśmy wszyscy razem do tego chuderlawego Araba stojącego pod wielkim sfinksem, w którego wnętrzu siedzą kapłani i rżną w brydża.


Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, LTW 2001, s. 18–19.

piątek, 24 października 2014

Odcinek 1183: Antoni Słonimski, 1926 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki  Ślubne łoże Pawła Gandery

24 października 1926 roku


Teatr Ćwiklińskiej i Fertnera: Ślubne łoże, komedia w 3 aktach Pawła Gandery; reżyseria Jan Pawłowski; dekoracje E. Mucharska.
Barbara Kościeszanka, 1927 rok.
To już nie sztuka, to choroba — zaślepienie i rozgorączkowanie, które doprowadza do podobnych wydarzeń. W wyborze utworu, w obsadzie, w grze i reżyserii czuć chorobliwy obłęd ludzi nie mających nic do stracenia. Gdyby tonący miał swój teatr, na pewno by takie sztuki wystawiał (?). Gwałtowny brak pieniędzy i mętne nadzieje przywabienia publiczności — oto rodzice tego smutnego przedstawienia. Nie cofnięto się przed niczym. Fertner gra rolę poważnego amanta i jednocześnie udaje Żydka. Kościeszanka się rozbiera. Dla rozśmieszenia publiczności mówi się bardzo dużo o zepsutym żołądku. Ale trudno. Publiczność zrobiła się straszna. Nawet wtedy, gdy aktor, trzymając się za brzuch, wybiega ze sceny, nikt się nie śmieje. To by jeszcze nie było najgorsze. Niech się nie śmieje, niech przychodzi. Tymczasem tłumy zapełniają wszystkie kina, tłum przewala się po Nowym Świecie, lecz nie wchodzi do tego teatru — i ma rację.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. 1, Czytelnik 1959, s 222.

poniedziałek, 22 września 2014

Odcinek 1169: Antoni Słonimski, 1935 rok

Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa

„Wiadomości Literackie”, nr 38, 22 września 1935 roku
Teatry państwowe wystawiły parę nieudanych farsideł i ogłosiły skład osobowy swojej „dyrekcji generalnej”. Niemało musi być tych dyrekcji, jeśli jest „dyrekcja generalna”. W spisie tym nie ma zarządu Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej, nie ujawniono tam nazwisk Zawistowskiego i Kadena. Ale i to, co ogłoszono, wystarczy. „Kierownictwo literackie B. Gorczyński (doradca literacki), dr L. Pomirowski (kierownik literacki) i dr T. Terlecki (sekretarz kierownictwa literackiego)”. Jest w tym spisie jeszcze „szef wydziału prasy i propagandy” p. Świerczewski. Porządek musi być. Gdy „doradca literacki” chce doradzić „kierownikowi literackiemu”, żeby wystawił Kubusia, zwraca się do „sekretarza kierownictwa literackiego”, który „kierownikowi literackiemu” referuje radę „doradcy literackiego”. Po uzyskaniu aprobaty „sekretarza Towarzystwa” Zawistowskiego i „delegata Towarzystwa” Kadena idea wystawienia Kubusia zostaje przychylnie przyjęta przez „generalnego dyrektora teatrów TKKT” Szyfmana i dopiero wtedy „szef wydziału prasy i propagandy” daje komunikat, że „Teatr Letni wraca do właściwych mu zadań”(?).

Po całej serii klap i głupstw sztab kierowników jeszcze się wykłóca po pismach i chwali, jakich to cudów dokonano. Wystąpił niedawno z wielką filipiką p. Zawistowski. Chwali się, że przecież były i dobre przedstawienia. Udaje, że nie rozumie tak prostej rzeczy, że gdy się zagarnia wszystkich niemal aktorów i reżyserów, gdy się gra kilkadziesiąt sztuk rocznie, muszą się zdarzyć przedstawienia udane. Ale chodzi o to, że są to zdarzenia wyjątkowe na tle szmiry, nudy i gorączkowego pościgu za sukcesem kasowym. Dobre przedstawienia bywały i bez tego rodzaju opieki państwowej. Widzieliśmy niejeden świetny sezon w Polskim, Narodowym, Ateneum czy Małym bez falangi kierowników i doradców, bez blagi i państwowotwórczych manifestów. Ogólny poziom jest fatalny, atmosfera w teatrach senna, gospodarka nieudolna. I po co to wszystko? Państwo nie potrafiło zapewnić teatrom niezależności finansowej, i bardziej niż kiedykolwiek teatr, który miał niby stać się narzędziem idei (jakiej idei, tego, oczywiście, nikt nie wie), ugania się za byle ordynarnym farsidłem dla podratowania kasy. Naturalnie, p. Zawistowski tego wszystkiego nie widzi.
W trosce o dobro ogólne p. Zawistowski piętnuje wszystkich, którzy krytykują gospodarkę jego i jego pomagierów. Moralność p. Zawistowskiego ma tylko jedną odpowiedź na moje argumenty. Oczywiście, mszczę się za to, że teatry państwowe odrzuciły mi Rodzinę. Wraca ciągle do tych aluzji, wspomina, jak to próbowałem dostać się na scenę TKKT. Odrzucenie Rodziny, a raczej niezgodzenie się na wymagany przeze mnie termin, było szkodliwe, ale nie dla mnie, tylko dla teatrów państwowych. Ja wyszedłem na tym doskonale, bo sztuka miała ogromne powodzenie. Grana była sto kilkadziesiąt razy przez Jaracza i w szeregu miast prowincjonalnych. Jeśli chodzi o zarzuty natury moralnej, to może ja miałbym prawo oskarżać kierowników teatru o prywatę. Czym się kierowali ci panowie, robiąc trudności mojej sztuce? Czy aby nie zemstą i animozją prywatną? Moralność p. Zawistowskiego nie potrafi zrozumieć, że można pisząc o teatrze nie liczyć się z własnymi interesami autorskimi, które też zresztą nie są jedynie prywatną i finansową sprawą. Czy p. Zawistowski przypuszcza, że gdybym pisał dobrze o złych przedstawicielach albo wcale o teatrze nie pisał, i wtedy nie wystawiono by mi sztuki? W tym moralnym pojedynku z p. Zawistowskim nie będzie między nami zrozumienia, dopóki innymi myślimy kategoriami.
„Rodzina” Antoniego Słonimskiego w Teatrze Nowa Komedia w Warszawie, styczeń 1934 roku.
Nie łudzę się też nadzieją, że potrafię choćby jednego z braci Jędrzejewiczów przekonać o szkodliwości prowadzenia państwowego bałaganu teatralnego i o tym, że pp. Kaden, Pomirowski i Zawistowski nie mają zielonego pojęcia o teatrze, bo obaj bracia Jędrzejewicze na teatrze się nie znają i więcej mają zaufania do swojego sierżanta Zawistowskiego niż do mnie. Od czasu powstania TKKT rząd nasz zasiada w pierwszym rzędzie i premier bywa na premierach. Gdy widzę roześmiane twarze niektórych naszych mężów stanu, rozradowanych byle farsidłem, nie mogę się oprzeć melancholii i obliczam w myśli, wiele to jeszcze lat trzeba, aby ludzie, którzy z teatrem nic wspólnego nie mieli, nabrali smaku i zrozumienia dla spraw sztuki. Z pewnością nabiorą zrozumienia, bo są pilni, ale ten sposób krzewienia kultury teatralnej wśród rządu jest może zbyt kosztowny.
W ostatnim numerze pisma „Teatr” wydawanego przez TKKT znajdujemy opis stosunków teatralnych w Niemczech. Czytamy tam: „Hitler jest częstym bywalcem teatralnym, śledzi on bacznie wszelkie posunięcia w tej dziedzinie, i rząd nazistów ani na chwilę nie zapomina o doniosłości teatru w życiu narodu niemieckiego, którego teatr – jak to podkreślił Goebbels – uprawiał do niedawna tylko sztukę dla sztuki, zapominając o właściwym posłannictwie teatru. [...]”. Czyżby istotnie polskie teatry państwowe zgadzały się z genialną myślą Goebbelsa? [...] Teatr niemiecki uległ rozkładowi. Jest to fakt zbyt znany, aby na ten temat jeszcze dyskutować. „Zglajchszaltowanie” doprowadziło teatry niemieckie do upadku. Czy ma się to powtórzyć i u nas? Nie sądzę. Teatr w Polsce będzie i nadal służył sztuce. Trzeba się tylko wyrzec niepotrzebnej zabawy w mętną propagandę rzeczy nieistniejących. Trzeba wziąć odpowiedniejszych ludzi, ograniczyć się do teatrów dzielnicowych czy też do jednego teatru reprezentacyjnego, subsydiowanego przez państwo. Zlikwidować czym prędzej wszystkich „generalnych kierowników”, „doradców” i „szefów”, a belfrów odesłać do szkoły.
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, LTW 2001, 23s. 365–366.

środa, 9 lipca 2014

Odcinek 1104: Antoni Słonimski, 1933 rok

„Kronika tygodniowa” Antoniego Słonimskiego
„Wiadomości Literackie” 1933, nr 30, 9 lipca
Skończył się sezon teatralny i obejrzeć się na miniony okres znaczy prawie tyle, co spojrzeć w tył w pospolitym tego słowa znaczeniu.
 Repertuar teatrów miejskich pod dyrekcją p. Krzywoszewskiego był jednym pasmem udręki dla kulturalniejszego widza. Pana Krzywoszewskiego teatr postanowił wydoić tę krowę. Dużo było ryku, ale mało mleka. Jak na ironię klapę zrobiły wszystkie bzdury wystawione niby to na powodzenie, a Wesele, wystawione dla przyzwoitości, dało najlepsze kasy. Wszystkie siły aktorskie zmobilizowano w ponurym Uśmiechu hrabiny. Niezdarne farsidło miało być gwoździem sezonu. Pan Krzywoszewski nie wystawił natomiast sztuki Pawlikowskiej Egipska pszenica, która miała wielki sukces w Krakowie. Jak widzimy, „Głuszec” zapadł na egipską ślepotę. Miasto, dając za darmo trzy gmachy, światło, personel techniczny i administracyjny, i wszelkie możliwe świadczenia, nie licząc żywej gotówki, nie żąda nic w zamian. Obdarowany p. Krzywoszewski, zniżając poziom repertuaru, obniżył również gaże aktorskie. Gospodarkę jego w ubiegłym sezonie trudno określić inaczej jak zwykłym polowaniem na zarobek. Ale jeśli chodzi tylko o pieniądze, miasto mogło z lepszym dla siebie skutkiem wynająć gmachy na kino, na walki francuskie albo na konkursy wytrzymałości tańca. [...]
 
"Wesele" Stanisława Wyspiańskiego, w reż. Ludwika Solskiego, Teatr Narodowy 1932 rok.
Opieka państwa nad sztuką jest objawem wielce wzruszającym w obecnych, ciężkich czasach. Ciągle tylko powtarza się ten sam paradoks. Subsydiuje się teatry, aby służyły literaturze, ale gdy chodzi o najwybitniejszych pisarzy, którzy są w nędzy, robi się wielkie trudności o tych paręset złotych miesięcznie, bo właśnie dano paręset tysięcy na teatr. Opowiadano mi, że pewien wybitny przedstawiciel sfer rządowych, gdy interpelowano go o emeryturę dla starszego świetnego poety, odpowiedział: „Mamy już tysiąc pięćset takich samych podań”. Wyrażenie „takich samych” jest nieco dziwne. Czyżby naprawdę Polska miała półtora tysiąca takich poetów jak np. Leopold Staff?
 Gdy się porówna miniony sezon teatralny, także jałowy i lichy, z sezonem literackim, trzeba przyjść do przekonania, że właśnie literatura zasługuje na najdalej idące poparcie. Teatr wystawił kilkadziesiąt przeważnie dość lichych sztuk zagranicznych i parę bardzo złych krajowych. W ogromnych subsydiach teatralnych wstydliwie kryje się na dnie troska o literaturę, bo przecież literaturze ma służyć teatr upaństwowiony. Ciekaw jestem, jaka nazwa, a raczej jaki skrót przyjmie się dla Teatru Upaństwowionego. Może po prostu Te.Upa. Oczywiście, subsydiowanie przez rząd paru teatrów uważać należy za zjawisko dodatnie. Nie chcę być źle zrozumiany. Chodzi tylko o proporcję, o to, żeby przynajmniej skromne parę procent z tych sum przeznaczyć na literaturę. Wytwarza się tak nienormalny stan rzeczy, że dyrektor teatru dostaje setki tysięcy za to, że wystawia de Flersa, a – weźmy pierwszy przykład z brzegu – Biblioteka Boya, wydawana ofiarnie z prawdziwym bohaterstwem przez świetnego pisarza, ledwo robi bokami. A może by upaństwowić tę bibliotekę? Daję słowo honoru, że rzucam te myśl nie na złość Irzykowskiemu, ale tylko dlatego, że sprawa jest ważna i sprawiedliwa. Czyż nie należy się więcej poparcia pisarzowi, który popularyzuje najznakomitszych autorów i wydaje deficytowe setki tomów, niż dyrektorowi teatru, który pragnie zarobić i za pieniądze publiczne wystawia różnych Fedorów. Proszę porównać. Tu aromat bukietu prozy i poezji Francji, a tam po prostu Fetor. Proszę bardzo p. ministra Korsaka, aby zechciał rozsądzić swym sprawiedliwym węchem.
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, LTW 2001, s. 124–126

piątek, 16 maja 2014

Odcinek 1050: Antoni Słonimski, 1937 rok

„Kronika tygodniowa” Antoniego Słonimskiego

„Wiadomości Literackie”, nr 21,16 maja 1937 roku

Przedstawienie "Baba-Dziwo" Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej
w Teatrze Miejskim im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.
Pisarka (siedzi z prawej, w kapeluszu) w otoczeniu aktorów.
Opinia o literatach, o stosunkach panujących w sferach artystycznych, z dawna jest wyrobiona. Przeciętny czytelnik gazet sądzi, że poeta to albo wieszcz, albo świnia. Wieszcz – gdy już umarł, świnia – gdy jeszcze żyje. Utarło się, że artyści żyją w bagnie, że jeśli wychodzą z tego bagna, to po to, aby ukraść srebrną łyżeczkę i wrócić do gnoju, w którym czują się najlepiej. Jest to pogląd stałych bywalców magla i rzeźników z prowincji. Ale nie bez zdumienia spotyka się bardzo pokrewne poglądy na życie literackie, wypowiadane na łamach „kulturalnych” tygodników. W ostatnim numerze „Epoki” jakiś pan A. Grot napadł bardzo ostro na recenzentów, którym nie podobała się komedia świetnej poetki Marii Pawlikowskiej. Wielki ten moralizator nazywa nasze życie literackie „lawiną kału”. Lawina ta toczy się, jak powiada p. Grot, „przez kanały wynajętych przez nie dusz, zżartych przedajnością, gotowych zszargać i oplugawić wszystko, co wyrasta ponad wybredność ich smaku lub nad grzędą ich myśli”. Mowa tam jest również o „krzykliwych straganach literackich” i o tym, „do czego w Polsce zdolny bywa czelny, zapluty karzeł, gdy czuje, że bezkarnie może spotwarzać olbrzyma”. Nie wiem, czemu na konto literatury zapisał p. Grot zarówno metody prasy brukowej, jak i jakąś idiotkę z prowincji, która oskarżała naczelnego wodza o przywłaszczenie sobie pary butów. Wielki moralizator z „Epoki” wydaje cenzurki recenzentom nie tylko z literatury, ale i ze sprawowania. [...] Wszyscy jesteśmy zdrajcami, wszyscy z jakichś świńskich powodów przemilczeliśmy prawdę o zgniliźnie panującej w świecie literackim. Powstał jakiś „front jednolity” – „od Mikułowskiego do Boya”. Pan Grot wie, o co tu chodzi. Powiada: „nie zawsze, aby wypłynąć, trzeba demonstracyjnie pluć w twarz swoim wczorajszym ideałom. Nieraz wystarczy po prostu zawiesić walkę, wycofać się z pobojowiska i milczeniem wtórować żabom rechoczącym w sadzawce”. Czytelnik może sobie pomyśleć, że istotnie Pawlikowska okazała w całej okazałości i prawdzie bagno naszego życie literackiego i że my wszyscy postanowiliśmy ją za to ukarać. Warto te bzdury omówić nieco szerzej, bo są one dość typowe i symptomatyczne. 
Plecie się bez końca o „kapliczkach”, o „straganach literackich”, o zgniliźnie i bagnie, a trzeba wyraźnie powiedzieć, że stosunki w środowisku literatów są jak dotąd na poziomie znacznie przyzwoitszym niż w innych środowiskach artystycznych, choćby z tej prostej przyczyny, że pisarze mają większą możność wyładowania się w słowie drukowanym, że nie stykają się bezpośrednio z odbiorcą, że nie muszą zabiegać o zamówienia, że wreszcie każdy człowiek utalentowany stosunkowo bardzo łatwo znajduje dziś wydawcę i że nie autor szuka dziś dyrektora teatru, ale każdy teatr wystawi dobrą sztukę młodego pisarza bez żadnej protekcji. Dzieją się i w życiu literackim różne draństwa, jak i wszędzie ale to ustawiczne wybrzydzanie się na literaturę zaczyna w końcu irytować. Są pisarze, którzy walczą nieuczciwie, niejednego można by znaleźć karierowicza ale szczęśliwie, jak dotąd, nie doszliśmy do prawdziwej demoralizacji, jak w krajach totalnych. Pisarze zwalczają się przeważnie ze względów ideowych, i poziom moralny życia literackiego nie upoważnia do takich ryczałtowych obelg i kazań moralnych, jakie znajdujemy w „Epoce”. „Epoka” już nie po raz pierwszy występuje w roli patetycznego kaznodziei i gromiciela złych obyczajów. [...] My wszyscy, którzy się nie uważamy ani za wieszczów narodu, ani za świnie, jako ludzie słabi i ulegający pokusom jarmarku literackiego i podłego kramarstwa, coraz głębiej zapadając się w bagno, przyjmujemy w pokorze ostre słowa nagany ze strony „Epoki”. Ale swoją drogą mogliby ci panowie podać nam rękę, próbować wyciągnąć nas z tego bagna, a nie tak bezlitośnie wbijać nogę w ten gnój, gdzie musimy kraść srebrne łyżeczki i wzajem się opluwać jadem nienawiści. Mało tego, jeszcze nas kuszą i wystawiają na próbę. Pamiętam, jak pewien publicysta zwracał się do mnie parokrotnie, abym napisał recenzję teatralną do pewnego pisemka brukowego. Paręset złotych mi obiecywał. Mniejsza o to, kto był tym publicystą i kto redagował to pisemko. Odmówiłem, bo wiedziałem, że to tylko duchy czyste kuszą mnie umyślnie, aby się przekonać, czy już jestem dostatecznie „zżarty sprzedajnością”. Teraz żałuję. I tak płynę z „lawiną kału”, a do tego jeszcze bez tych paruset złotych.
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1936–1939, oprac. Rafał Habielski, LTW, s. 161–162.

piątek, 11 kwietnia 2014

Odcinek 1015: Antoni Słonimski, 1937 rok

„Kronika tygodniowa” Antoniego Słonimskiego

„Wiadomości Literackie” nr 16, 11 kwietnia 1937 roku
Właśnie w Zakopanem, wczesną górską wiosną, gdy jeszcze głębokie śniegi leżą na
Karol Szymanowski, rys. Witkacy, 1930 rok.
szczytach, a pierwsze krokusy kwitną na Chochołowskiej, właśnie tu gdzie tyle lat spędził i gdzie przywykliśmy go tak często spotykać – doszła do nas wiadomość o jego [Karola Szymanowskiego] śmierci. Tak dobrze pamiętam i tak czule wspominam te ostatnie lata, wspólne spacery i piękny jesienny dzień, gdy Paweł Kochański w „Atmie” pierwszy raz grał koncert skrzypcowy. Właśnie tu, w Zakopanem, był Szymanowski najbardziej sobą. Nie tylko dlatego, że twórca Harnasiów góralską muzykę wyprowadził na szeroki świat, że z motywów ludowych zbudował potężne, natchnione dzieło. Tu z dala od salonów Paryża i Nowego Jorku, z daleka od intryg warszawskich, żył zasłuchany w potok szumiący koło domu, w drzewa targane wiatrem orawskim, czy w tragiczne i bolesne jęki wiatrów halnych.
Od czasu śmierci Żeromskiego sztuka polska nie poniosła takiej straty. Szymanowski był największym artystą polskim obecnego pokolenia i jednym z największych twórców w muzyce europejskiej. Umarł młodo. Nie przeżył swej sztuki, ale opuścił ją w chwili życia najpłodniejszej. Takie śmierci bywają najboleśniejsze. Nie tylko dla sztuki i potomności, której nie zdążył wyśpiewać wszystkiego do końca, ale i dla samego twórcy walczącego ze śmiercią, nie złaknionego snu i spoczynku, odtrącającego zbuntowaną ręką mroczny napój zapomnienia. Zabrakło nam wielkiego reprezentanta prawdziwej sztuki. W epoce, która najwyższą wartość ludzką, jaką jest twórcze osiągnięcie, nazywa pięknoduchostwem, w czasach rozzuchwalonego prostactwa, był ten artysta dla nas czymś więcej niż wielkim kompozytorem. [...]
Scena z Harnasiów Szymanowskiego, Poznań, 1938 rok.
Poczuliśmy wszyscy, jak ciężką i niezastąpiona stratą była dla polskiej plastyki śmierć Skoczylasa i Stryjeńskiego. Pisarze polscy, osieroceni śmiercią Żeromskiego, odczuli wyraźnie ten ból, który się rodzi z osamotnienia. Muzyka polska okryła się teraz świeżą żałobą. Wiemy przecież, że przyjdą nowi polscy malarze, że literatura polska nie umarła z Żeromskim, że muzyka nie zginie, choć umarł Szymanowski. Ale dziś bardziej niźli kiedy indziej potrzeba nam sprzymierzeńców. Żyjemy na krawędzi dwóch epok. Coraz wyraźniej widzimy, że nadchodzące pokolenie nie podejmuje trudów rozpoczętych przez swych poprzedników, że się obraca przeciw tradycji pokoleń ostatnich. To nie walka dwóch kierunków, to nie obrazoburczy pęd młodzieży toruje nowe drogi, ale to konflikt głębszy, to zdrada kultury i sztuki i pogardliwe odejście od wszystkiego, co nie jest utylitarne. Lud pono pragnie chleba i widowisk. Choćby to był chleb wojenny, a widowisko choćby było ukrzyżowywaniem bliźnich i rzucaniem ich na pastwę dzikich bestii. Czy lud tego właśnie pragnie naprawdę? Nie. To się wmawia ludowi, do tego się lud pcha w państwach totalnych. Tym się i u nas w Polsce zaraża młodzież zapatrzona nie tyle w chleb, co w widowiska faszyzmu i stalinizmu. I dlatego nie tylko artyści, ale inteligencja polska liczy się oczami, szuka bratnich dłoni. Dlatego w tych właśnie czasach jeszcze boleśniej odczu­wamy zarówno zdradę, jak i śmierć każdego towarzysza. To, co się wokół dzieje, pogłębia poczucie przyjaźni dla bliskich. Płynąc w mrok, zapatrzeni w niepewne zarysy przyszłości, tym więcej pragniemy czuć obok siebie bratnie ramię przyjaciela. Dziś opuścił nas nie tylko przyjaciel, ale i wielki artysta. Ciemniej się stało wokół nas i przed nami.
O tym wszystkim myślałem w słońcu wiosny zakopiańskiej, w ten dzień, gdy przyszła wiadomość z Lozanny o Twojej śmierci, Karolu
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1936–1939, oprac. Rafał Habielski, LTW, s. 152–153.

środa, 19 lutego 2014

Odcinek 964: Antoni Słonimski, 1928 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki  Romans florencki Stefana  Kiedrzyńskiego

10 lutego 1928 roku


Teatr Narodowy: Romans florencki, sztuka romantyczna w 5 aktach  Stefana  Kiedrzyńskiego; reżyseria Józefa Węgrzyna; dekoracje i kostiumy Wincentego Drabika.

Jedna ze scen II aktu.  Kazimierz Justian jako Cornelio
i Wojciech Brydziński jako Beritolo.
Opera bez muzyki. Balet bez orkiestry. Słowa bez sensu. Akcja czyli fikcja. Nabijanie w butlę na renesansowo. Jago faszerowany blagą. Granda z dworu Ferdynanda. Cornelio. Vitelio. Leonardo z głową twardą. Rosalinda. Donna Pinda. Brednia buffo. Kretynizmo. Forsalinda. Fiume. Autore — tradittore. Direttore — głowy chore. Fiesole takie sztuki.
Spekulacja teatralna oparta na wzorach fabularnych „Barbary Ubryk" czy „Rinaldo Rinaldiniego", odpowiednik kolejowej literatury z czasów, gdy jeszcze nie było kolei, oleodruk renesansowy z podejrzanego hoteliku.
Po dokładnym rozbiorze i umotywowaniu naszego sądu jasne jest, iż utwór, czyli potwór, wylęgły spod pióra p. Kiedrzyńskiego, jest niezbyt udany. Autor porzucił Rypin i przeniósł się do Florencji, ale widz nie dostrzega tego i czuje się w dalszym ciągu jak na przedstawieniu straży ogniowej w Rypinie. Autor fars, niezbyt szkodliwy, gdy pisze marne skecze teatralne, porwał się na głęboki dramat namiętności. Sztuczydło, utrzymane w fałszywym, napuszonym tonie, nie ma ani jednego słowa tchnącego prawdą.
Wykonawcy, nie wiedząc co począć, grali tę sztuczkę do końca, nadrabiając miną i udając, że wszystko jest prawdopodobne i naturalne. Giuseppe Węgrzyn przykrywał aksamitem swego głosu próżnię Torricellego. Signora Lindorf wyglądała jak prymityw włoski, a mówiła jak prymityw polski. Signore Brydziński wyglądał również jak fresk, ale nie odnowiony. Donna Bronisz syczała namiętnością jak syfon z wodą sodową. Signore Justian był zły jak Borgia i nudny jak Lukrecja. Biedni aktorzy. Cóż robić? Muszą grać w takich sztukach. Wyrażam im współczucie.
Drabik gorszy był dla Florencji niż Medyceusze.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. 1, Czytelnik 1959, s. 292-293.