Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sévigne Maria de. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sévigne Maria de. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lipca 2015

Odcinek 2028: Maria markiza de Sévigne, 1671 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan
Les Rochers, 15 lipca [1671 roku]
Gdybym pisała Ci o wszystkim, co przychodzi mi do głowy, listy moje byłyby
List pani de Sevigne.
najdłuższe w świecie, ale to się nie godzi; piszę więc o tym, co można napisać, a marzę o tym, o czym trzeba marzyć — mam po temu czas i miejsce. La Mousse cierpi na zęby, a księdza drze w kolanie, dzięki czemu ja mogę robić, co mi się żywnie podoba. A podoba mi się przechadzać wieczorami do ósmej; mój syn już mi w tym nie towarzyszy; wokoło cisza, spokój i samotność, które niełatwo byłoby znaleźć gdzie indziej. [...]

Panna du Plessis często zaszczyca nas swoim towarzystwem; wczoraj opowiadała, że w dolnej Bretanii ucztowano wspaniale i że na weselu jej szwagierki w jeden dzień zjedzono tysiąc dwieście sztuk pieczystego. Słysząc to wszyscy osłupieliśmy. Zebrałam się na odwagę i powiedziałam: „Czy aby na pewno? czy nie chciała pani powiedzieć dwanaście sztuk? Czasem można się przejęzyczyć.” „Ależ nie, proszę pani, tysiąc dwieście albo tysiąc sto; nie chcę się upierać, czy tysiąc sto czy tysiąc dwieście, aby nie zełgać, ale w każdym razie jedno lub drugie”, i powtórzyła to ze dwadzieścia razy, nie chcąc darować sobie ani jednego kurczaka. Mówiliśmy, że musiało tam być ze trzystu ludzi do szpikowania pieczystego i że wszystko odbywało się na rozległej łące, na której rozbito namioty; a gdyby ich było tylko pięćdziesięciu, musieliby zabrać się do dzieła o miesiąc wcześniej. Ubawiliśmy się setnie i Ty także byłabyś się ubawiła. Czy masz u siebie kogoś równie skorego do zmyślania?
Poza tym, mój skarbie, zegarek, który od Ciebie dostałam, a który zawsze spieszył się albo spóźniał o godzinę albo i więcej, teraz tak się wyregulował, że nie ma ani minuty różnicy między nim a wielkim zegarem; bardzo się z tego cieszę i jeszcze raz Ci dziękuję; krótko mówiąc, kochanie moje, całym sercem jestem z Tobą. Ksiądz mówi, że Cię uwielbia i że chciałby Ci wyświadczyć jakąś przysługę, ale nie widzi okazji; i że krótko mówiąc, kocha Cię nie mniej niż mnie.

Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s.105–107.

piątek, 20 lutego 2015

Odcinek 2012: Maria markiza de Sévigne, 1671 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Piątek, 20 lutego [1671 roku]
[...] A więc dowiedz się, moja mała, że przedwczoraj, we środę, wróciwszy od pana de Coulanges, gdzie szykowaliśmy pocztę do wysłania, poszłam spać. W tym nie ma nic osobliwego, niezwykłe będzie to, że o trzeciej po północy usłyszałam krzyki: „złodzieje!” „gore!”, i to tak blisko mnie i takie gwałtowne, że sobie wyobraziłam, że to u mnie; wydało mi się nawet, że mówią o mojej wnusi; byłam pewna, że to ona się spaliła. Zerwałam się w trwodze, bez światła, trzęsąc się tak, że ledwo mogłam ustać na nogach. Popędziłam do jej pokoju, to znaczy do Twojego dawnego: spokój, cisza. Za to zobaczyłam, że dom Guitautów cały w ogniu; płomienie niosły się aż ponad dom pani de Vauvineux. Na naszym podwórzu, a jeszcze bardziej u pana de Guitaut było widno, że aż strach: krzyki, zamieszanie, harmider, z góry lecą belki większe i mniejsze. Kazałam otworzyć bramę i wysłałam czeladź na ratunek. Pan de Guitaut przysłał do mnie puzdro z kosztownościami; zaniosłam je do saloniku, a potem jak inni wypadłam na ulicą pogapić się; byli tam już oboje państwo Guitaut półnadzy, pani de Vauvineux, ambasador wenecki, cała jego służba, mała Vauvineux, którą zaniesiono do ambasadora (nawet się nie zbudziła), całe mnóstwo mebli i sreber, które dano na przechowanie do ambasadora. [...] Kapucyni, których zręczność dorównuje miłosierdziu, działali tak sprawnie, że uporali się z pożarem. Zgliszcza oblano wodą i wreszcie
Bój dobiegł końca z braku bojowników;
to znaczy, kiedy przedpokój na pierwszym i na drugim piętrze, mały pokój i gabinet na prawo od salonu spaliły się do szczętu. Jak mówiono, całe szczęście, że nie wszystko poszło z dymem, choć biedny Guitaut ma strat na jakieś dziesięć tysięcy talarów; bo chcą odbudować pokoje, które były malowane i wyzłacane. Było tam też parę pięknych obrazów pana Le Blanca, który jest właścicielem domu; poza tym stoły, zwierciadła, miniatury, sprzęty, dywany. Rozpaczają nad utratą listów: były to chyba listy księcia Kondeusza. [...]
Gaszenie pożaru, rycina angielska, 1612 rok.

Zapytasz, skąd w tym domu doszło do pożaru; nikt nie wie; w pokojach, gdzie zaczęło sią palić, nie było ognia. Gdyby w tak smutnych okolicznościach godziło się śmiać, jakże zabawnie musieliśmy wyglądać! Guitaut był w samej koszuli i gaciach, pani Guitaut bez pończoch, w jednym tylko pantoflu, bo drugi zgubiła; pani de Vauvineux w bieliźnie, bez żadnego wierzchniego ubrania; cała służba i wszyscy sąsiedzi w szlafmycach. Ambasador — w robdeszanie i w peruce zachował całą powagę godną Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Najwspanialszy jednak był jego sekretarz: mówi się o torsie Herkulesa! ten naprawdę był całkiem inny: pierś jak u panny, biała, tłuściutka, pulchniutka i naguteńka, bo wstęga  przytrzymując koszulę, oberwała się w czasie szarpaniny. Takie to są smutne nowiny z naszej okolicy. Poprosiłam pana Deville, aby co wieczora sprawdzał, czy ogień wszędzie wygaszony; nigdy za wiele ostrożności, byle tylko uchronić się przed takim nieszczęściem. [...]
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 75–77.


niedziela, 16 marca 2014

Odcinek 989: Maria markiza de Sévigne, 1672 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Paryż, środa, 16 marca 1672 roku
[...] Pytasz mnie, drogie dziecko, czy wciąż kocham życie. Wyznam Ci, że smutku w nim wiele bolesnego znajduję, ale jeszcze większą odrazą śmierć mnie napawa; tak nieszczęśliwą czuję się na myśl, że wszystko się wraz z nią zakończy, iż gdybym mogła wstecz zawrócić, zrobiłabym to bez wahania. Znajduję się w kłopotliwym położeniu: gdy wkraczałam w życie, nie pytano mej zgody; muszę kiedyś odejść, to mnie gnębi; jakże bowiem odejdę? Którędy? Jakimi drzwiami? Kiedyż to będzie? W jakim usposobieniu? Czy tysiączne cierpienia sprawią, że umrę w rozpaczy? Czy umysł mój przytomność utraci? Czy umrę w wypadku? Jakże stanę przed Bogiem? Co też mu przedstawię? Czy lęk i konieczność sprawią, że się ku niemu zwrócę? Czy strach będzie wtedy jedynym uczuciem? Czegóż mogę oczekiwać, jaką mieć nadzieję? Czy godnam być w raju? Czy godnam być w piekle? Jakaż alternatywa! Jakiż ambaras! Nie masz większego szaleństwa niż niepewność zbawienia, ale też nic bardziej naturalnego, i głupie życie, jakie wiodę, jest jeszcze tym, co najłatwiej pojąć. Gubię się w tych myślach i uważam śmierć za rzecz tak okropną, że bardziej nienawidzę życia za to, że mnie ku niej prowadzi, niż za wszystkie ciernie, jakimi nas rani. Powiesz mi, że chciałabym żyć wiecznie. Nic takiego; lecz gdyby zasięgnięto mego zdania, wolałabym raczej umrzeć na rękach piastunki: mniej doznałabym cierpień, a zbawienie byłoby mi pewniejszym i lżejszym; lecz mówmy o czym innym. [...]

Ars longa, vita brevis, mal. Pieter van Steenwijck, I poł. XVII wieku.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 136–137.

środa, 28 sierpnia 2013

Odcinek 789: Maria de Sévigne, 1675 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Małgorzaty de Grignan

Paryż,
środa 28 sierpnia 1675 roku
Henri de Turenne, mal. Robert Nanteuil.
Zlikwiduję zatem poniedziałki. Nie pamiętam już, co mogłam w tych datach pomylić ostatnio. Wiem tylko, że pisałam do Ciebie trzykrotnie: w poniedziałek, środę i piątek, abyś mogła wybierać. Podobnie uczynię w tym tygodniu, ponieważ pisałam już w poniedziałek; potem powrócę do normalnego rytmu. Gdybyż można było pisać codziennie, bardzo by to dobrze było; często przychodzi mi do głowy, by to uczynić, choć listy nie odchodzą. Tę przyjemność pisania tylko wobec Ciebie odczuwam; do wszystkich innych bowiem piszę jak najprędzej i tylko z powinności. Moja duszko, zamierzam jeszcze mówić o panu de Turenne. Pani d’Elbeuf, która kilka dni spędza u kardynała de Bouillon, zaprosiła mnie wczoraj do nich na obiad, by opowiadać o swym strapieniu. [...] Stało się tak, jakeśmy postanowili: oczy nie zdążyły nam obeschnąć. Miała ona sporządzony cudownie portret tego bohatera [de Turenne’a]. Cała jego służba i domownicy zjawili się o jedenastej; wszyscy ci biedacy byli spłakani i nosili żałobę. Trzej szlachcice wpadli w rozpacz na widok tego portretu: ich okrzyki rozdzierały serce; słowa nie mogli wymówić; jego pokojowcy, lokaje, pazie i trębacze tonęli we łzach i przywodzili innych do rozpaczy. Pierwszy, który zdołał wymówić słowo, odpowiedział na nasze smutne pytania: opowiedział nam o jego śmierci. Chciał się wyspowiadać wieczorem i w tajemnicy wydał rozkazy na wieczór, zaś następnego dnia, czyli w niedzielę, przystąpić miał do komunii. Zamierzał wydać bitwę i spożywszy posiłek, wsiadł na konia o drugiej w sobotę. Miał koło siebie wielu ludzi, ale pozostawił ich na trzydzieści kroków od wzniesienia, na które chciał się udać. Rzekł do małego d’Elbeufa: „Zostań tu, mój bratanku, kręcisz się wciąż koło mnie, jeszcze mnie rozpoznają.” Spotkał pana d’Hamiltona w pobliżu miejsca, do którego się udawał, a ten rzekł mu: „Panie, proszę tędy, tam strzelają.” „Już wracam — odparł — wcale nie chcę być dzisiaj zabity, to by dopiero było.” Zawrócił konia i spostrzegł Saint-Hilaire’a, który rzekł doń, zdjąwszy kapelusz: „Panie, zechciej rzucić okiem na tę baterię, którą tam ustawiłem.” Pan de Turenne cofa się o dwa kroki i, nie powstrzymany przez nikogo, dostaje kulę, która urwawszy rękę z kapeluszem Saint-Hilaire’a, miażdży ramię i przeszywa ciało tego bohatera. Szlachcic ów wciąż nań patrzył; nie widział, aby upadł; koń poniósł go ku miejscu, w którym pozostawił małego d’Elbeufa; wciąż trzymał się w siodle z czołem wspartym na łęku; w tym momencie koń staje, a on spada w ramiona swoich ludzi; dwakroć jeszcze rozwarł oczy i usta, po czym znieruchomiał na zawsze. Pomyśl, że nie żył już i część serca zniosła mu kula. Krzyk buchnął i płacz; pan d’Hamilton uciszył ten zgiełk i oderwał małego d’Elbeufa, który rzucił się był na ciało i nie chciał go puścić, krzycząc i mdlejąc z rozpaczy. Zarzucają na ciało płaszcz, niosą go w zarośla i straż przy nim pełnią w milczeniu; podjeżdża karoca; zabierają go do namiotu [...]. Oddano mu honory wojskowe w obozie, gdzie łzy i okrzyki prawdziwą czyniły żałobę; wszyscy oficerowie przywdziali czarne szarfy, wszyscy dobosze okryci byli krepą; piki i muszkiety leżały na ziemi; obraz całej armii w rozpaczy musi być poruszający. [...]
Śmierć H. de Turenne na polu bitwy.

Kiedy ciało opuściło armię, nowa była desperacja; wszędzie gdzie przejeżdżał kondukt, słychać było lamenty, lecz w Langres przeszli sami siebie: wyszli wszyscy na jego spotkanie, wszyscy w żałobie, w liczbie ponad dwustu, a za nimi tłumy; cały kler w żałobnych ornatach; odprawiali uroczystą mszę w mieście i w jednej chwili złożyli się wszyscy, by pokryć ten wydatek w wysokości pięciu tysięcy franków, gdyż odprowadzili ciało aż do następnego miasta, odciążając w ten sposób orszak pana de Turenne. Cóż powiesz o tych spontanicznych dowodach przywiązania, wynikających z jego niezwykłych zalet?
Do Saint-Denis kondukt przybędzie dziś wieczór lub jutro; wszyscy jego ludzie wyszli mu na spotkanie na dwie mile; ciało złożone zostanie w kaplicy, nim przygotują dlań kaplicę specjalną. Odbędzie się tam msza, zanim nastąpi najbardziej uroczysta ceremonia w Notre Dame. [...]
Zostawaj z Bogiem, moja najdroższa i najmilejsza, moja najczulej kochana. [...] Całuję Cię tysiąckrotnie, moje drogie dziecko, z tkliwością, której opisać nie sposób.
Listy pani de Sevigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 178–183.

czwartek, 25 lipca 2013

Odcinek 755: Maria de Sévigne, 1689 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Rennes, poniedziałek 25 lipca 1689 roku
[...] Dostałam właśnie Twój list z szesnastego; jest przemiły, prześliczny i przezabawny. Śmiałam się sama do siebie z zakłopotania waszych murarzy i robotników. Lubię ogromnie swobodę i frywolność waszego życia i posiłków, dzięki czemu nie przeszkadza wam byle uderzenie młotka. Mój Boże! Jakże byłabym szczęśliwa mogąc zakosztować choć odrobinę takiego życia, w takim towarzystwie! W każdym razie nic nie jest w stanie odebrać mi nadziei, że znajdę się tam pewnego dnia. A jako że zależy to od woli Boga, modlę się o to i wciąż mam nadzieję. Nie przypuszczałabym nigdy, że masło musi wchodzić w skład waszych miłych posiłków; zupełnie, jakbyście byli w Bretanii. Nie chcą jednak nigdy zapomnieć o przyczynie, która sprawia, że jadasz do woli; nie czujesz bowiem głodu: „Jeść będę do woli, gdyż nie jestem już głodna”; dziękuję Ci za to zdanie. Zapewniam Cię, że bardzo mnie zmęczyły wielkie uczty: „Jadłabym do woli, gdyby nic nie było do jedzenia” — oto moja odpowiedź. Niestety! Daleka jestem od smutku samotności o zmierzchaniu; marzę o tym, by się tam znów znaleźć; wszystko, co czynię, to tylko z rozsądku i przez politykę. Oto i sposób na spędzanie dni w tęsknocie, która mi życie nadzwyczaj przedłuży: Bóg tak chce. Dbać będę o zdrowie w miarą swych możliwości; jestem szczęśliwa, że Ty się zdrowiem cieszysz doskonałym i że stan pana kawalera uległ poprawie. Moje drogie dziecko, całuję Cię i Bogu polecam. [...]
Martwa natura z owocami, mal. Alexander Coosemans, ok. 1660 roku.

Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 350–351.

poniedziałek, 27 maja 2013

Odcinek 704: Maria de Sévigne, 1680 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Nantes, poniedziałek wieczór 27 maja 1680 roku
Moja duszko, piszę do Ciebie dziś wieczorem, gdyż, Bogu dzięki, wyruszani jutro z samego rana i nie będę już nawet czekać na Twoje listy, aby Ci zaraz odpisać; zostawiam tu tylko umyślnego na koniu, który mi je dowiezie w porze obiadowej i pozostawiam też ten list, który odejdzie wieczorem; tak więc czynię, co w mojej mocy, iżby zakłóceń żadnych w naszej korespondencji nie było.
Niestety, moja najdroższa, nieobecność Twa dosyć nam jeszcze innych cierpień przysparza! Czy myślisz, na przykład, że zdrowie Twoje, cokolwiek byś mi na ten temat mówiła, nie jest najczulszym punktem? Otóż zapewniam Cię, że jest. Ta Twoja delikatność, chudość, to gorąco w piersiach, bóle nóg, te kolki i gorączka, która zjawiła się w zeszłym roku, kiedyśmy się tego najmniej spodziewali, wszystko to mnie dręczy i takim napawa smutkiem, iż powinnaś zrozumieć dla tej nowej racji, że Twa nieobecność i skrajne nasze oddalenie są dla mnie cięższymi do zniesienia niźli kiedykolwiek. Zaklinam Cię, abyś mi o sobie mówiła najwięcej, jak tylko możesz. [...]
Byłam wczoraj w Buron; wróciłam wieczorem. Myślałam, że się rozpłaczę, patrząc na
Baron Charles de Sévigne,
syn Marii markizy de Sévigne, mal. nieznany.
spustoszenia tych ziem. Były tam prastare lasy; syn mój w czasie ostatniej podróży oddał pod topór, co jeszcze zostało. Postanowił nawet sprzedać mały zagajnik wyjątkowej urody; wszystko to pożałowania jest godne. Dostał za to czterysta pistoli, z których po miesiącu nie miał już ani grosza.
Nie sposób pojąć, jak on to czyni, ani ile kosztować go mogła podróż do Bretanii, gdzie był jak ladaco, gdyż wszystkich lokai i stangreta do Paryża odesłał; sam tylko Larmechin był z nim w tym mieście, gdzie przez dwa miesiące siedział. Doprawdy, znajdzie zawsze sposób, by wydawać nie kupując, przegrywać nie grając i trwonić nie płacąc. Wciąż ta nienasycona potrzeba pieniędzy, tak w czasie wojny, jak i w czas pokoju; to jakaś niepojęta otchłań, fantazji bowiem żadnej nie ma, a pieniądze mu w dłoni topnieją jak w tyglu. Moja duszko, znieść musisz moje utyskiwania. Te wszystkie driady zrozpaczone, które wczoraj widziałam, te stare sylfy, które nie wiedzą już, gdzie się schronić, te kruki leciwe, co od dwóch stuleci mieszkały w czeluściach tych lasów, sowy, których złowieszcze krzyki zapowiadały w mroku nieszczęście dla ludzi, wszystko to skarżyć mi się jęło wczoraj, raniąc mi serce boleśnie. [...]
Zdrowie moje miewa się doskonale. Przeprowadziłam w końcu tego miesiąca ten sam zabieg co zazwyczaj: jedna pigułka i sok z czereśni. Boga proszę, moja najdroższa, aby się Twoje zdrowie wzmocniło, stając się takim, jak mi je przedstawiasz, aby wszystkie przypadłości obecne i grożące Ci jeszcze minęły bez śladu i abym znów ujrzeć mogła moje drogie dziecko urodziwe, miłe, w pełni sił i okrągłej tuszy, jaką Cię zawsze widzieć pragnę. Ach, mój Boże! Czyż powietrze w Grignan uczyni te cuda? Mój drogi hrabio, cóż o tym sądzisz? Ściskam Cię i polecam, jak zawsze, Twej uwadze to zdrowie, tak nam drogie.
Odpiszę z Les Rochers na list, który wkrótce przyjdzie. Całuję panny de Grignan i moje drogie maleństwa.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 290–293.

niedziela, 24 marca 2013

Odcinek 641: Maria de Sévigne, 1671 rok


List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Livry, [Wielki Wtorek] 24 marca [1671 roku]
Znów Cię zagadam na śmierć, moje Ty biedactwo. Jestem tu, mój skarbie, od trzech godzin. Wyjechałam z Paryża z księżulem, Heleną, Hebertem i Marfizką, aby do Wielkiego Czwartku pobyć tu z dala od ludzi i zgiełku. Chcę być całkiem sama, urządzić tu sobie małą pustelnię, modlić się i dumać nad różnymi sprawami. Chcę się wypościć, a to z różnych powodów, nachodzić się za wszystkie czasy przesiedziane w pokoju, a przede wszystkim wynudzić się Bogu na chwałę. Nade wszystko jednak, moja nieboraczko, będę tu za wszystkie czasy myśleć o Tobie. Czynię to od chwili, kiedym tu przyjechała, a teraz, nie mogąc się już powstrzymać, zabrałam się do pisania, przysiadłszy na mchu, na którym Tyś się czasem wyciągała, w tej cienistej alejce, którą tak lubisz. Ale bo też, mój Boże, czyż nie widzę Cię wszędzie, gdziekolwiek rzucę okiem? i jak boleśnie myśli takie przeszywają mi serce? Nie ma tu ani jednego zakątka, czy to w domu, czy w kościele, czy w okolicy, czy w ogrodzie, gdzie bym Ciebie nie widywała; wszystko — tak czy owak — wiąże się z jakimś wspomnieniem; a jakiekolwiek ono jest, jakże mnie boli! Widzę Cię, jesteś tu dla mnie obecna, wciąż od nowa wracam myślą do tych wspomnień; zadręczam się na próżno: dziecko moje najukochańsze jest hen daleko, o dwieście mil ode mnie; nie ma jej przy mnie. Wobec tej prawdy nie mogę powstrzymać się od łez; kochanie moje, nie mogę już tego wytrzymać; wiem, że to słabość, ale nie mam sił, by przemóc te uczucia tak naturalne i tak uzasadnione. Nie wiem, w jakich warunkach będziesz czytać ten list. Trafem może nadejść w bardzo niestosownej chwili i będziesz go czytała z całkiem innymi uczuciami niż te, z jakimi ja go piszę. Ale nie ma na to żadnej rady; ten mój list ma w tej chwili przynieść mi pewną ulgę; to wszystko, czego po nim oczekuję. Trudno wprost uwierzyć, do jakiego stanu doprowadziło mnie to miejsce. Proszę Cię, nie mów mi o mojej słabości; powinnaś raczej kochać i szanować te łzy, płynące z tak bardzo oddanego Ci serca.
Livry-Gargan, rezydencja pani de Sevigne.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 88–89.

niedziela, 3 lutego 2013

Odcinek 592: Maria de Sévigne, 1676 rok


List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Les Rochers, poniedziałek 3 lutego 1676 roku
Od pani de Sevigne, dyktującej swemu synowi.

Zapalenie stawów, detal z
La familia de Jordaens en un Jardin
pędzla Jacoba Jordaensa, ok. 1630.
Zgadnij, co to jest, moja duszko, co najszybciej się zjawia i najwolniej znika, najbliżej do wyzdrowienia przywodzi i najdalej odeń odsuwa, wprawia w stan najmilszy w świecie i nagle nie pozwala się nim cieszyć, daje Ci najpiękniejsze nadzieje i najdalej odsuwa ich ziszczenie? Czy potrafiłabyś zgadnąć? Czy się poddajesz? To reumatyzm. Cierpię nań od dwudziestu trzech dni; czternastego dnia ustąpiła gorączka i bóle, i w tym radosnym stanie, myśląc, że mogę chodzić – a to jest wszystko, czego pragnę – widzę nagle, że jestem spuchnięta ze wszystkich stron, stopy, nogi, dłonie, ręce; i opuchlizna ta, która nazywa się moim wyzdrowieniem i jest nim istotnie, stanowi główny przedmiot mej niecierpliwości, choć mogłabym poczytywać ją sobie za zasługę, gdyby istotnie na dobre mi wyszła. Myślę wszelako, że teraz już po wszystkim i za dwa dni chodzić będę mogła. Larmechin utrzymuje mnie w tej nadziei: o che spero! [o, jakże mam nadzieję!] Zewsząd dostaję listy pełne zadowolenia z poprawy stanu mego zdrowia, i to nie bez racji. Dwa razy zażywałam przeczyszczający proszek pana de Lorme, pomógł mi cudownie, zamierzam zażyć go jeszcze; to prawdziwe lekarstwo na wszystkie takie choroby, obiecują mi potem zdrowie wiekuiste; dałby to Bóg! Pierwszy krok, jaki uczynię, to będzie wyjazd do Paryża, proszę Cię więc, moje drogie dziecko, abyś uspokoiła swe obawy; sama widzisz, że zawsze pisałam Ci szczerze. Zanim list ten opieczętujemy, zapytam swojej grubej dłoni, czy nie zechciałaby jednak napisać Ci słów kilku: nie sądzę, by teraz chciała, może zechce za dwie godziny.
Zostawaj z Bogiem, mój najmilszy i najpiękniejszy skarbie; proszę was wszystkich, byście szacunek najwyższy mieli dla tego, co zwie się reumatyzm; zdaje mi się, że żadnych teraz ważniejszych nie mam dla was poleceń. Tymczasem frater najgorsze miota na Ciebie wyrazy od tygodnia, za Twój opór stawiony w Paryżu lekarstwu pana de Lorme.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 205–206.

niedziela, 9 września 2012

Odcinek 445: Maria de Sévigne, 1694 rok


List Marii markizy de Sévigne do kuzyna, Emmanuela-Philippe’a Coulanges’a

Grignan, 9 września 1694 roku
Otrzymałam kilka Twoich listów, mój drogi kuzynie, żaden się nie zagubił: byłaby to wielka szkoda; każdy z nich bowiem ma swoją szczególną wartość, a wszystkie one wiele radości sprawiają całemu naszemu towarzystwu; adres, jakim opatrzyłeś ostatni, pozdrowiwszy wszystkich po kolei, nie skłócił nas z nikim: Zamek królewski w Grignan. Uderzający jest ów adres i pozwala przynajmniej ufać, ku naszej radości, że pośród wszystkich wspaniałych rzeczy, które wypełniają Twoją wyobraźnię, uroda tego zamku, niezwykła w istocie, zachowuje wciąż swoje miejsce, co wcale niemałą jest jego zasługą: trzebaż więc, abym Ci o niej opowiedziała nieco, skoro tak ją sobie cenisz.

Chateau de Grignan.
Te ohydne schody prowadzące na drugi podwórzec, co wstyd przynosiły Adhemarom, całkowicie zostały zburzone, a w ich miejsce postawiono znacznie ładniejsze; nie mówię największe czy też najwspanialsze, gdyż córka moja nie chciała rujnować wszystkich pomieszczeń i trzeba się było ograniczyć do pewnej przestrzeni, lecz powstało tam prawdziwe arcydzieło. Westybul jest piękny i bardzo wygodnie można tam spożywać posiłki; prowadzą doń szerokie schody; na drzwiach widnieją herby Grignanów; bliskie są Twemu sercu, dlatego o nich wspominam. Apartamenty prałatów, gdzie znany był Ci tylko salon, umeblowano z należytą starannością i całkiem odpowiednio do użytku, jaki z nich czynimy. Skoro już przy tym jesteśmy, pomówmy chwilą o okrutnym i nieustannym ucztowaniu, jakie się tam odbywa, zwłaszcza obecnie; a są to przecież tylko te same rzeczy, które się jada wszędzie: kuropatwy to rzecz zwykła; nie zdarza się jednak zazwyczaj, by ktoś, jak to bywa w Paryżu, wąchając je, skrzywił się i zawołał: „Ach, jaka niemiła woń!”; udało nam się zlikwidować takie niespodzianki; kuropatwy nasze żywione są wyłącznie tymiankiem, majerankiem i innymi ziołami z tych stron; nie mają innego wyboru; to samo dotyczy tłuściutkich przepiórek, których udka same od razu oddzielają się od reszty, a także doskonałych turkawek.
Wnętrza zamku Grignan.

Co do melonów, fig i winogron muszkatelowych, to aż dziw bierze: gdybyśmy zapragnęli jakimś kaprysem znaleźć niedobrego melona, trzebaż by go chyba z Paryża sprowadzić, u nas takiego nie znajdziesz; figi białe i słodkie, winogrona jak bursztynowe krople, pękające w zębach i łacno zakręciłoby się od nich w głowie, gdyby ich zjeść ponad miarę, zupełnie, jakbyś drobnymi łykami popijał najprzedniejsze wino z Saint-Laurent; mój drogi kuzynie, co za życie! Znasz je, choć nie pod takim słońcem: wcale nie przypomina bytowania w la Trappe [opactwo na odludziu]. Widzisz sam, w jakie się zapuściłam szczegóły: przypadek prowadzi nasze pióra; opisałam Ci wszystko, o co pytasz, z prawdziwą przyjemnością; wygodnie mi z tym, nie muszą szukać daleko tematu do listów. […]
Wszyscy Cię tu kochają, każdy z osobna ściska, jak mu serce dyktuje, a ja przed wszystkimi. Biskup Carcassonne zachwyca się Twoimi listami.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 378–380.

czwartek, 23 lutego 2012

Odcinek 246: Maria de Sévigne, 1680 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Paryż, piątek 23 lutego 1680 roku
Catherine Deshayes zwana La Voisine,
położna, zajmowała się wróżbiarstwem,
oskarżona o czary i trucicielstwo.
Zamieszana w skandal trucicielski
na dworze Ludwika XIV i stracona.
Akwaforta Roberta Nanteuila, ok. 1680 r.
[...] Opowiem wam tylko o pani Voisin: nie we środę, jak napisałam, lecz dopiero wczoraj została spalona. Od poniedziałku znała już swój wyrok, rzecz to dość niezwykła. Wieczorem powiedziała do strażników: „Jak to, żadnej przekąski nie będzie o północy?” I pożywiała się razem z nimi w środku nocy, dla czystej fantazji, gdyż nie był to wcale postny dzień; wypiła wiele wina i wyśpiewywała pijackie piosenki. We wtorek poddano ją torturze zwyczajnej i nadzwyczajnej; zjadła obiad i spała osiem godzin; konfrontowano ją na łożu tortur z paniami de Dreux, Le Feron [oskarżonymi o zamiar otrucia mężów] i wieloma innymi. Nie wiadomo jeszcze, co powiedziała, lecz wciąż się przypuszcza, iż niejedną rzecz dziwną ujrzymy. Wieczorem zjadła kolację i choć cała była zdruzgotana, rozpoczęła znów sprośne hulanki, skandal czyniąc; wytknięto jej, iż wstydu nie ma i że raczej powinna pomyśleć o Bogu i śpiewać Ave maris stella lub Salve, a nie tamte piosenki; odśpiewała parodię obu tych pieśni, jadła cały wieczór i poszła spać. Cała środa upłynęła podobnie, na konfrontacjach i sprośnych piosenkach, przy jedzeniu i piciu bez umiaru; nie chciała słyszeć o spowiedniku. Wreszcie we czwartek, czyli wczoraj, przyniesiono jej tylko bulion: narzekała, że sił mieć nie będzie na rozmowę z tymi „panami”. Przywieziono ją karocą z Vincennes do Paryża; ogarnęły ją lekkie duszności i niepokój; próbowano nakłonić ją do spowiedzi, wszystko na nic. O piątej ją związano; ukazała się na wózku z pochodnią w dłoni, cała na biało, w stroju skazanych na stos; była bardzo czerwona i widziano, jak odpycha gniewnie spowiednika i krzyż. Widzieliśmy ją, gdy przejeżdżała koło pałacu Sully: była tam pani de Chaulnes i pani de Sully, hrabina de Fiesque i inni jeszcze. W katedrze Notre-Dame nie chciała okazać skruchy, a na placu de Gréve wzbraniała się wysiąść z wózka, jak tylko mogła. Wyciągnięto ją siłą i posadzono na stosie, przywiązując łańcuchem; okryto ją słomą; bluźniła bardzo; kilkakrotnie odrzucała słomę, lecz w końcu ogień się wzmógł i straciliśmy ją z oczu; teraz prochy jej krążą już na wietrze. Taka była śmierć pani Voisin, sławnej przez swoje zbrodnie bezbożnicy. Sądzi się, że jeszcze nastąpią dalsze, zaskakujące nas wszystkich zdarzenia.
La Voisin w celi.
Pewien sędzia, z którym mój syn rozmawiał niedawno, mówiąc, iż rzecz to niesamowita, że pali się je tak na wolnym ogniu, odrzekł mu: „Mój panie! Istnieją pewne względy dla płci słabej”. „Jakże to, czy się je dusi?” „Nie, rzuca im się kłody na głowę; pomocnicy kata zrywają im głowy żelaznymi hakami”. Widzisz więc, moja córko, że to wcale nie takie straszne, jak się myśli: jak się czujesz po tej opowieści? Mnie aż zadzwoniły zęby. [...]
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 279–280.

 

środa, 28 grudnia 2011

Odcinek 189: Maria de Sévigne, 1689 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan
Les Rochers, środa 28 grudnia 1689 roku
Nie dostałam Twoich listów, moja najdroższa. Lecz nie powinnam się uskarżać: nie zdarzało się to już od dawna. Mój pocztowy doniósł mi, nim zdążyłam się na cokolwiek poskarżyć, że często poczta z Bretanii odchodziła, zanim listy od Ciebie nadeszły; częstokroć jednak otrzymuję je jak należy i być może zima przyczyną jest tych drobnych nieporządków, toteż nie radzę Ci zmieniać ustalonych dni.
Rzekoma komnata pani de Sevigne na zamku Les Rochers.
Mieliśmy tu przepiękną pogodę aż do wigilii Bożego Narodzenia. Byłam właśnie na krańcu dużej alei i podziwiałam urodę słońca, kiedy dostrzegłam nagle wynurzającą się z zachodu chmurę czarną i poetycką, w której słońce zatopiło się rychło i jednocześnie opadła ohydna mgła; umknęła zaraz. Nie wychodziłam z pokoju i z kaplicy aż do dnia dzisiejszego, kiedy znów zjawił się biały gołąb, zwiastun pogody: ziemia odzyskała swą barwę, a drzewa, pokryte przez kilka dni kandyzowanym koperkiem, są znów takie jak zawsze; słońce wychodzące ze swej norki skłoni mnie zapewne na powrót do podjęcia spacerów; mogę Cię bowiem zapewnić, moja najdroższa, skoro tak troszczysz się o moje zdrowie, że ilekroć jest brzydka pogoda, spę­dzam czas przy kominku na rozmowach z Twoim bratem i jego żoną. [...]
Piękna księżna du Lude kazała porąbać wszystkie swoje srebrne meble na kawałki: Beaulieu widział to na własne oczy; lecz kawałki okazały się mieć wcale ładną wartość i dostała za nie jeszcze dwadzieścia siedem tysięcy talarów, co pozwoliło jej umeblować się na nowo meblami z drewna, powstawiać lusterka i zwierciadła, wszystko za skromną sumę dwóch tysięcy talarów. Wszyscy Rochefoucauld podczas pożaru noc całą spędzili w ogrodzie i nazajutrz ksiądz de Marsillac i jego siostry okropnej dostali chrypy i kaszlu; strat mieli na dwadzieścia tysięcy talarów. Opowiedziałam Ci oto, moja najdroższa, o niemałych zmartwieniach; w niedzielę lepszy list napiszę, mówić bowiem będę o Tobie i wszystkim, o czym mi piszesz. Tymczasem kocham Cię z całego serca, zawsze i codziennie. Myślę często o swej najdroższej córce i wierzę, że mnie kocha. Proszę ją o przekazanie wszystkim pozdrowień ode mnie i przyjęcie takowych od swego brata i jego połowicy.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 362–364.

czwartek, 27 października 2011

Odcinek 127: Maria de Sevigne, 1675 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Les Rochers, niedziela 27 października 1675 roku

Markiza de Sévigne,
portret pędzla Claude'a Lefebvre’a.
Nie dostałam od Ciebie żadnych listów, mój najmilszy skarbie: wielki to smutek dla mnie. Nigdy by mi do głowy przyjść nie mogło, że to Twoja wina; wiem, jak się o mnie troszczysz; rozumiem jednak, że Twe przybycie do Grignan wprowadzić mogło pewne zamieszanie.
[...] Te wieczory, o które tak się, biedna moja, troszczysz, nie są mi nudne; prawie zawsze mam coś do napisania albo czytam i już północ przychodzi niepostrzeżenie; nasz ksiądz Dobrodziej opuszcza mnie o dziesiątej i te dwie godziny samotności nie bardziej mi ciążą niźli pozostałe. Dnie zaś całe mijają na omawianiu spraw z Dobrodziejem albo też przy moich drogich robotnikach lub nad przemiłą robótką. Koniec końców, życie mija tak szybko, moje dziecko, że nie wiem, jak można się głęboko zamartwiać sprawami tego świata. Tutaj czas mamy na rozmyślania, a jeśli moje lasy nie dają mi ku temu natchnienia, sobie tylko muszę przypisać winę. Czuję się wciąż doskonale; wszyscy moi ludzie cudownie spełniają Twoje polecenia: troszczą się o mnie do przesady; co wieczór odwiedzają mnie w pełnym rynsztunku, a na każdą wiewiórkę chcą dobywać szpady.
[...] Cóż Ci jeszcze powiem, moja najdroższa? Nie skończyłabym nigdy, gdybym wyrazić chciała, ile miejsca zajmujesz w moim sercu; sama wiesz, ile czułości mieści się zazwyczaj w tych słowach, i nie życzysz sobie, abym się nad tym rozwodziła.
Niecierpliwie czekam od Ciebie wieści. [...]
Zostawaj z Bogiem, mój najdroższy i najmilejszy skarbie; całkowicie jestem Ci oddana i całuję Cię z całego serca, z bezgraniczną tkliwością.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 189–192.