Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudzki Kazimierz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudzki Kazimierz. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 marca 2014

Odcinek 999: Kazimierz Rudzki, 1973 rok

List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

26 marca 1973 roku
Mój kochany!

Za podarki imieninowe — herbata i bilety wizytowe — piękne dzięki. Żeby nie było niejasności — herbata w kopertkach już i u nas jest w dowolnych ilościach. Bilety — też, ale chciałem mieć od Ciebie, bo przy każdej sposobności przyjemnie mi się robi, że to od Ciebie... Jeszcze raz — ślicznie dziękuję. [...]

Rok 1973 to mój jubileuszowy rok... 35 lat pracy w teatrze... 20 w Szkole Teatralnej, no i... 25 lat temu zmieniłem stan cywilny na lepszy (?). Jubilat, nestor, senior, czyli dostojny starzec... Jak to pisał Kraszewski w „Starej baśni”? „Był to starzec około pięćdziesiątki, acz trzymał się krzepko i raźno...”
W sobotę zmarł mąż Sykulskiej — malarz, grafik, facecjonista przedni — Jan
Jan Marcin Szancer.
Marcin Szancer. Osobiście nie byłem entuzjastą jego twórczości, ale był to facet z roz
machem, dużej aktywności, w pewnym sensie uniwersalny (...) W ogóle, mimo wyraźnej poprawy standardu życiowego u nas — umierają ludzie, którzy dotychczas nigdy nie umierali (patrz Tuwim „Przebłyski genialności”).
Czy wiesz (chyba pisałem Ci o tym?), że ten znany pisarz młodszej generacji (oczywiście młodszej nie w pojęciu czasów Rimbauda i Verlaine’a...) Janusz Głowacki to syn mojej siostry... Inteligentny, ironiczny, nawet wysoko plasowany — jeszcze ciągle nie napisał książki swego życia. Niby ma jeszcze czas, ale ja mam go już niewiele i dlatego niecierpliwię się.
Widziałem film „Clockwork Orange” Kubricka (jak to tłumaczyć? U nas mówią „Mechaniczna pomarańcza”. Brzmi to okrutnie, czy to może jakiś idiom?) Film zrobiony kapitalnie, ale okrutny, przerażający... Zrozumiałem mechanizm... Mansona. Straszny świat! W Rzymie oglądałem „Kabaret” z Minelli. Świetne!
Scena z filmu "Mechaniczna pomarańcza" w reż Stanleya Kubricka.
Kabaret „Pod Egidą” to lokal autorów, gdzie występuje doskonała aktorka Barbara Krafftówna, autorzy Jan Pietrzak, Jonasz Kofta (utalentowany poeta) i Jan Stanisławski — autor, wykonawca... Ta trójka wyszła z teatrzyków studenckich, wydoroślała, dojrzała i na czymś im zależy... Dlatego jestem w tym lokalu i... komentuję to, co się dzieje na estradzie i w życiu — z po­zycji starszego pana... Pewnie opowiadał Ci Aleksander Janta o tym lokalu.
WSZYSTKIEGO DOBREGO, Pani rączki całuję, Ciebie ściskam. Wala łączy serdeczności...
Twój
Kazimierz
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 321–323.

środa, 21 sierpnia 2013

Odcinek 782: Kazimierz Rudzki, 1973 rok

List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa, 21 sierpnia 1973 roku
Panie W......

Jestem człowiek zaawansowany w latach i coraz mi trudniej znaleźć w sobie
Tadeusz Wittlin, 1942 rok.
siły do utrzymania korespondencji z Panem na pewnym poziomie. Wszak nie ma co się wzajemnie opierdalać, o wiele prościej przyjąć do wiadomości, że nie otrzymałem Twojego listu, w którym pisałeś, że dostałeś książkę o Majakowskim. I tak właśnie było. Ja nie jestem, panie W., Ehrlichman, ale ein ehrlicher Mann i mówię tak, jak było, ale rozumiem, że ktoś żyjący w oparach WATERGATE nie przyjmuje do wiadomości wersji prawdziwej. Czyli jednego listu nie dostałem, a późniejsze minęły się w drodze i stąd to qui pro quo, czyli kochana stara buda...

Serdecznie gratuluję Ci MacMillana i Rizzeliego, cieszę się, że w wieku dojrzałym opływasz w dostatki i że Twoje biographies romancees zdobyły sobie takie uznanie, zwłaszcza że wyspecjalizowałeś się w życiorysach prawdziwych artystów, egz. Modigliani.
Ja raczej jestem u schyłku dnia... Popularność i „sławę” daje dzisiaj TV, z którą nie jestem w bliskich stosunkach. Generacja, która aktualnie jest „on the top”, odznacza się bezwzględnością i tymi (obok niewątpliwych talentów) cechami, które są wysoko notowane właśnie teraz, a których mnie jest po prostu brak... Oczywiście, trzeba sobie powiedzieć otwarcie, że lata również robią swoje... Jestem w teatrze, w Szkole Teatralnej (a propos, te afisze otrzymałem ze Szkoły i miałem prawo przypuszczać, że Szkoła, tak goszczona w Waszyngtonie, wpadnie na pomyśl wysłania podziękowania za pamięć. Przepraszam, omyliłem się!), w Radio, miewam niekiedy spotkania w pewnych środowiskach, ale chyba moje widzenie sztuki, teatru i estrady (kabaret, piosenki etc.) różni się bardzo od lansowanej na świecie mody gitarowych wrzasków i piosenek nie tyle literackich, co tych modlitewno-rozpaczliwych krzyków na temat dziwności tego świata... Ale daję sobie radę, nie mam — jak dotychczas — kłopotów natury materialnej, a te inne... nie nadają się do wypowiedzi listownych. [...]
Piszę do Ciebie w środku okresu urlopowego. Właśnie wróciliśmy z Wisły, gdzie było pięknie i słonecznie, i będziemy jeździć do naszego weekendowego domeczku nad Zalewem Zegrzyńskim, ale dzisiaj pogody nie ma, za to dotarł do mnie Twój list i zaraz odpisuję, bojąc się brutalnych ekscesów z Twojej strony. Jak jednak te pieniądze i pozycja społeczna uderzają do głowy!
Teatr rozpoczyna działalność w pierwszych dniach września, a w tej chwili jest tak zwany martwy sezon, czyli saison morte, po polsku sezon mord... Nie jestem przekonany, czy Wasza wspólna wizyta w Warszawie nie byłaby aktualna... Rzecz jest chyba do zbadania w na­szym przedstawicielstwie w Waszyngtonie. [...]
Tadek, wspominasz żartem o Zakopanem (dawno nie byłem, jest koszmarnie zatłoczone, zapełnione samochodami, spalinami, wyziewami...) — pomyśl tylko, żeby wpaść do kraju i obejrzeć stare kąty i nowe, naprawdę, wspaniałe rzeczy... O ludziach nie wspominam, bo jestem osobiście zainteresowany.
Przepraszam, że mój list jest tym razem trochę na... „nie”, ale jakoś taki mnie ogarnął nastrój. Czego mi naprawdę brak? Wiary w ludzką wierność i lojalność, ale nie jestem w moich rozczarowaniach odosobniony, prawda? Może właśnie dlatego do Ciebie dzisiaj napisałem. I za tę możliwość jestem Ci wdzięczny.
Wszystkiego dobrego, ściskam Cię długo i serdecznie, panią Geną przecudnie pozdrawiam. Wala — też.
Twój
Kazimierz
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 336–339.

sobota, 25 maja 2013

Odcinek 702: Kazimierz Rudzki, 1969 rok


List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa, 25 maja 1969 roku
Drogi Panie Wittlin!

Co znaczy, jak uregulować? Włożyć pieniądze do koperty i wysłać! A może dojdzie? Już bywały takie wypadki... I wtedy ja mam pieniądz na części samochodowe, które niekiedy są i właśnie tylko za dewizy żywą gotówką na stół już od razu... Otrzymywałem już nawet z Kalifornii w ten sposób dwa razy po jednym zielonym banknocie i – doszło [...] Zresztą nieważne, możesz wysłać, możesz nie wysłać, ja jestem syn kupca z Marszałkowskiej i [...] swój honor mam, nie będę się opierdalał długo o głupie parę groszy w przeliczeniu na centy... Zrozumiano?
Zaczynam egzaminy, czyli orgia nudy... Codziennie przez kilka godzin muszę wysłuchiwać, jak gówniarze (przeważnie źle!) recytują i udają przeróżne postacie z różnych sztuk. Wiem, że to mój umiłowany zawód, ale egzaminy to piekło nudy, udręki plus odpowiedzialność za tzw. ludzkie losy...
Rudzki na zajęciach ze studentami
PWST w Warszawie.
Na prowokacyjne pytanie dotyczące wypadu w kierunku Paryża nie replikuję. Poniżej godności, panie W.! Wszak wiesz Pan, że ani to nie są dla nas terminy, ani kierunki. I niby skąd ja na zjazd? Co ja jestem – zjazdowiec? Killy, psiakrew! Pójdę jechać na zjazd? Literat jestem czy co? Jurandot co innego. On jest i pisarz, i skarbnik, i działacz, oj, niedobrze, panie Bobrze... A ja jestem skromny obywatel, trochę grywam na scenie, rzadko w TV i filmie, częściej w radio, felietonów nie pisuję, bo mi sąsiedzi na kolumnach nie konweniują, rozumiesz Pan? Nie czuję się godzien. Jasne? [...]
Tadek, biegnę już do Szkoły (mam zebranie Rady Wydziału Aktorskiego, któremu przewodniczę!), wszytkiego dobrego, całuję Cię mocno, panią Genę pozdrawiamy przecudnie, odpoczywajcie, bawcie się dobrze, żyjcie pięknie itd.
My chyba wyjedziemy na lato do Kołobrzegu, bo chociaż tam morze zimne, ale powietrze wspaniałe.
Zresztą jeszcze na pewno nie wiemy.. Jakoś żadna zagranica w tym roku nie klei się nam i zresztą wcale tego nie żałujemy.
Ściskam mocno 
Kazik
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 111–112.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Odcinek 600: Kazimierz Rudzki, 1966 rok


List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa, dnia 11 lutego 1966 r. 
Tadeuszu,
[...] „Modiglianiego” [książka Wittlina] czytam sobie teraz dokładnie z wielką rozkoszą. Lubię tę epokę, która właściwie otarła się o nasze dzieciństwo i do której tak bardzo tęskni się dzisiaj w czasach cybernetyki, astronautyki i permanentnej frustracji.
Chyba za wiele zwaliło się na nasze pokolenie, nie uważasz? I stąd La Goulue [tancerka kankana w paryskim „Moulin Rouge”] – to nie tylko szantan [kabaret] i podwiązki, ale i... spokój, czasem tylko przerywany turkotem dorożki konnej.
I tak .trudno jest odskoczyć od obłędu dzisiejszych osiągnięć cywilizacyjnych... Przypuszczam, że gdyby jakiś kosmonauta dowolnej narodowości zawieruszył się na księżycu, cały świat zmobilizowałby się dla ratowania człowieka-bohatera-pioniera-odkrywcy... A jednocześnie codziennie padają bomby, giną ludzie, pali się ziemię i lasy, wszystko, żeby zachować jakieś tam pozory jakiegoś prestiżu w obronie jakiejś tam polityki, której nikt z normalnych ludzi nie jest w stanie zrozumieć.
Ciągle zimno, mrozy, śniegi – cholerny klimat... Wam to dobrze, macie na podorędziu Florydę, Kalifornię, Wyspy Fidżi i jeszcze jakieś tam drobiazgi... A u nas, przypuśćmy, że pojadę do Leśnej Podkowy, no i co?
Mam komplikacje z filmem „Wojna domowa” (rodzice i dzieci, dla telewizji. I seria miała ogromne powodzenie), bo właśnie Axer zaczyna lada dzień próby ze sztuki Weissa (tego od „Marata”) o procesie morderców wojennych i oczywiście wszyscy mężczyźni będą zatrudnieni... (tylko bez dowcipów, p. Wittlin, na temat, że jeżeli rzecz dotyczy mężczyzn, dlaczego ja mam być zajęty.
Kazimierz Rudzki w Dochodzeniu
Petera Weissa, reż. Erwin Axer,
Teatr Współczesny w Warszawie.
No nic, jakoś sobie poradzimy... Tylko z kalendarzem nie umiemy sobie poradzić... Leci, skurwysyn, naprzód i to bez względu na ustrój, położenie geograficzne i właściwie – te trochę, lat, co zostało, powinno spędzić się gdzieś w jakimś Monte Carlo w cieniu pergoli, gladioli, z kuzynką Grace Moore uplasowaną na kolanach. Ale skąd wziąć gladiole? Dlaczego z kuzynką p. Grace? No, przecież nie będziemy zaczynać z księżną... Pamiętasz, jak do „Expressu Porannego” Paczkowski pisał „Dobre rady wuja Tomasza” i dostał list od Tuwima z zapytaniem: „Pierdoliłem hrabinę i zesrałem się, co czynić?” Oj, czasy, czasy... (...)
No nic... wszystkiego dobrego... (...)
Panią Genę przecudnie pozdrawiam, Ciebie ściskam – Kazik.
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 100–102.

niedziela, 30 grudnia 2012

Odcinek 557: Kazimierz Rudzki, 1972 rok


List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa, dnia 30 grudnia 1972 roku
Tadeusz!

Przed chwilą otrzymałem dawno upragniony list od Ciebie i natychmiast (immediately, at once) piszę, żeby w przyszłości uniknąć karczemnych obelg i nasyconych niewybrednymi żarcikami pogróżek!!! [...]
A propos uwag o oszczędności, czyli skąpstwie... Widzisz, na czym piszę... Gdyby nie zupełnie przypadkowe zaproszenie do Onassisa i Jackie, nie leciałbym Olympikiem i tej papeterii też bym nie miał [...] Teraz już wiesz, jaka jest u nas sytuacja? Ale pamiętaj, Tadeuszu, że kraj był doszczętnie zniszczony przez hitlerowskiego siepacza vel gada, że powstawaliśmy z ruin i wara Wam, którzyście ani cegiełki nie dołożyli do tej budowli – od naszej praojców ziemicy! [...]
Żeby skończyć z problematyką gospodarczą – gardzę papeterią z kraju, rzucającego bomby na szpitale i dzieci, a herbatę w kopertkach (in bags) można i u nas kupić... Nie będę się prosił, żeby dostać paczkę herbaty i nie dostać puszki dobrej kawy typu INSTANT za parę centów!... [...]
Przed Świętami byłem tydzień w Italii... Kongres Syndykatu Pracowników Telewizji i Filmu. Zaprosili również i nas... Byliśmy w trójkę... Andrzej Łapicki (czołowy aktor naszego filmu i TV, kulturalny, inteligentny, poczucie humoru, syn profesora), efektowna aktorka z Teatru Polskiego Eugenia Herman i ja, jako przewodniczący delegacji. Obrady odbywały się w Spoleto. Miejscowość raczej udana. Zabytki i amfiteatr z czasów rzymskich na miejscu. Byliśmy w Asyżu. Mroźno było, acz pięknie. [...]
Zima niebywała... Dotychczas mroźno (około 6 st.), słonecznie, bezśnieżnie. Najważniejsze, że sucho. Co dla nas starszych ma znaczenie, bo po prostu przyjemniej, a na saneczki raczej już nie chodzę.
A propos Italii... Zatłoczenie Rzymu samochodami – przerażające. A nawet i Spoleto czy Asyż – niszczone są ciągle krajobrazowo przez ruch samochodowy. Ta dysproporcja między architekturą i urbanistyką, pomyślaną jak tło dla ludzi z generacji chodzących pieszo lub z rzadka posuwających się pojazdami konnymi – a mknącymi w zawrotnym tempie fiatami, to naprawdę jakiś koszmarny wycinek naszego świata. Wiem, że nic nie może i chyba nie powinno zatrzymać tzw. postępu, ale żyjemy w oparach szaleństwa i nasza generacja, urodzona na styku dorożki konnej i samochodu, odczuwa to szczególnie boleśnie... [...]
Jeszcze o teatrze... Ostatnio, w związku z 50 rocznicą Związku Radzieckiego, wystawiono u nas sporo sztuk radzieckich, na ogół nie najlepiej napisanych i dlatego niechętnie u nas grywanych. Ale teraz wystawiono ich sporo. Wyobraź sobie, publiczność chętnie słucha tej tematyki... Dlaczego? Bo stęskniła się za sprawami jednoznacznymi, za tzw. tematyką życiową, bo zmęczyła się udawaniem, że rozumie Witkacego i Różewicza, i Pintera. i Albee’ego... Oczywiście pisząc „publiczność” mam na myśli tzw. szerokiego widza, nie „elitę”... która zresztą też nie rozumie wielu rzeczy, ale przynajmniej... udaje, że rozumie. Przecież rodowód sukcesu „Love story” jest chyba taki sam... Bo nie powiesz mi, że to arcydzieło! Ale kochają się, on zamożny, ona nie, rodzice przeciwni, ona umiera... A jeszcze do tego w filmie muzyka w stylu Rachmaninowa skrzyżowanego z Schubertem i Chopinem... Ludzie tak mają dosyć niezrozumialstwa pod firmą „nowinek”, że gotowi są wzruszyć się byle szmirą, a na pewno prostą opowieścią z życia wziętą...
Żebyś nie gadał, że nie wysłałem życzeń, załączam odnośny bilecik.
Całujemy Was mocno i jeszcze raz życzymy wszystkiego dobrego, tzn. Tadeusz, żebyśmy mogli (jeżeli już nie zobaczyć się z bliska) jeszcze przez długie lata korespondować ze sobą.
Twój Kazimierz
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 312–315.

sobota, 17 listopada 2012

Odcinek 514: Kazimierz Rudzki, 1975 rok


List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa 17 listopada 1975 r.
Tadeuszu drogi!

Dostaliśmy wspaniały list i urocze podarki... Krawat bardzo piękny, chociaż mnie się trudno przyzwyczaić do tej szerokości geograficznej, która obowiązuje powszechnie. EX LIBRISY naprawdę ładne, będą musiał zacząć używać. Książki na półkach każą mi zawsze myśleć o śmierci, to znaczy o tych licznych książkach, do których już nie zdążę nigdy zajrzeć... Dzięki za pamięć! [...]
Jak się czuję? Podle, ale przyzwyczaiłem się... Chodzę do lekarzy, staram się działać normalnie uważając oczywiście, żeby się nie przemęczać etc., etc. Co mi jest? Bolą mnie plecy, nogi, ręce, serce nawala, z żołądkiem nie najlepiej i sam także marnie sią czuję – jak mówił o tym stary dowcip. Nieważne! Za ofertą lekarstwową – dzięki, postaram się nie skorzystać!
Tak więc żyjecie w małej mieścinie (wiem, że tak nie jest, wiem), gdzie musi być przyjemnie, ale czy macie szansę na coś, co nazywa się środowiskiem, towarzyst­wem, gronem ludzi, z którymi etc., etc. Pytam o to, choć my praktycznie nie kontaktujemy się z nikim towarzysko... Mam dosyć kontaktów obowiązkowych, a dom jest do odpoczynku i... czytania. Czas knajpy minął razem z knajpami, które nie wabią, nie kuszą ani gastronomią, ani entourage’em. [...]
„Zemsta" wróciła po sukcesach w USA. Rzeczywiście, obsada pojechała mocna: Świderski, Holoubek, Szaflarska, Gołas i inni. Inna rzecz, że nie słyszałem, żeby ktoś wrócił z USA... nie po sukcesach. Albo my jesteśmy tacy dobrzy, albo publiczność, jak to się. mówi, ciągle wdzięczna i spragniona.
Panorama Pragi, widoczne wieże kościoła św. Floriana.
Patrzę teraz z okna na drugi brzeg Wisły, czyli na Pragę – już poza kościołem św. Floriana prawie same wysokie bloki mieszkalnych domów. Młoda generacja przynajmniej nie musi wracać pamięcią do czasów dorożek, i rewelacyjnego drapacza chmur na placu Unii Lubelskiej (Restauracja NIESPODZIANKA) albo na placu Napoleona – PRUDENTIALU... A nam roi się Prus i Instytut Wód Mineralnych w Ogrodzie Saskim, i ten spokój, za którym tak się tęskni... Nawet wyjazd za miasto to widoki traktorów i przeróżnych maszyn, a zobaczenie bociana – to niemal odkrycie... Nawet motyli jest mało, bo chemia, pestycydy etc. [...]
I dlatego doskonale rozumiem Waszą decyzję, żeby lata... dojrzałe spędzić daleko od metropolii, gdzie istnieje możliwość kontaktu z naturą i oderwania się od tego, co dawni autorzy nazywali w piosenkach: „wielkomiejski szum”... „Idę pełen dum, w obojętny tłum, nieznacznie rzucam wzrok z ukosa. Patrzę: dziewczę cud, jak z żurnalu mód, miękkich włosów w bród, szarych jak... dymek z papierosa”.
A jeszcze pamiętam, jako chłopca Tatuś zabrał mnie na... ryby nad Wisłę, właśnie u; okolice Zamku, tam gdzie teraz mieszkamy... I to była niedzielna duża wy­cieczka!
Wczoraj woziłem trochę po mieście pewnego aktora i dyrektora teatru z Montrealu. Z polecenia Kanadyjskiego Przedstawiciela w Executive Comite FIA (Międzyna­rodowa Federacja Aktorów) zatelefonował i musiałem nim się zająć... Pokazałem mu Stare Miasto – był zachwycony – on jest z Quebec, więc ocenia czar „dawności” – a wzruszony był ulicą Agrykola (jesienne liście, złoto, brąz, Łazienki i Janek Sobieski na miejscu + bieżąca woda, czyli Jezioro Łabędzie), ostatnia ulica w Warszawie, na której konserwuje się gazowe latarnie!
I stąd tyle uznania dla nas ze strony całego świata... Że mamy kult dla tradycji, dla pielęgnacji zabytków, że państwo daje forsę na Grotowskiego, którego wszyscy po­dziwiają (ja też: za genialne poczucie rzeczywistości!!!), że Wajda, że Zanussi, że Penderecki pisze Pasję św. Łu­kasza, a jest rektorem w Krakowie i otrzymuje pensję od komunistów... W tym jest jakiś magnes dodatkowy, który „gra” dla nas, prawda? [...]
Wczoraj Kanadyjczyk zapytał mnie o Pałac Łazienkowski, czy nie uległ czasu wojny zniszczeniom. Odpowiedziałem: – Hitlerowcy nie zdążyli go wysadzić w powietrze, zrabowali tylko wnętrze. – Wysadzić? – zdziwił się Mr Herbert z miasta Quebec. – Po co? – I jak mu wytłumaczyć, że można wysadzić zabytkowy pałacyk tylko po to, żeby go nie było. Musiałem powoływać się na Hitlera, Himmlera i innych. Ale młodsza generacja nie czyta ani o Hitlerze, ani o Himmlerze, a rodzice nie mają powodu opowiadać, bo nie wiedzą też... A nasza generacja wie wszystko, wie naprawdę wszystko... o wojnie, o torturach, o tragicznych rozterkach politycznych – my wiemy i chociaż nie zawsze wszystko jest dla nas jasne i zrozumiale – wiemy dużo, bardzo dużo... A świat wie mało i dzięki temu łatwiej może żyć, zarabiać, spędzać czas etc.
Przepraszam za te poważniejsze wtręty, może to sprawa samopoczucia, chyba też i sprawa lat, które minęły, i tych, które... ewentualnie zostały do przeżycia. Naturalnie nie wpadam w żadne obsesje, ale z biegiem czasu coraz trudniej jest rozmawiać z ludźmi. Kiedy profesor Pankiewicz, ten malarz, wdał się w dyskusję towarzyską, pewien młody plastyk ostro przeciwstawiał się poglądom profesora twierdząc, że to on i tylko on może mieć rację. Na to Pankiewicz: – Młody człowieku, niech pan tylko weźmie pod uwagę, że ja miałem już 20 lat, a pan nigdy nie miał... 70!
Jeszcze raz dziękuję za gifty, żyjcie zdrowo i szczęśli­wie nad brzegami Wielkiej Wody, niechaj Orle Pióro przyjmie Was w swoim wigwamie i zaproponuje fajkę pokoju, a ponieważ zbliżają się Święta, chcąc uniknąć natłoku kartek pocztowych, załączam jednocześnie... dodatkowe wigilijne życzenia...
Ściskam Was z całego serca Wala i Kazimierz
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 395–400.

wtorek, 4 września 2012

Odcinek 440: Kazimierz Rudzki, 1958 rok


List Kazimierza Rudzkiego do dyrektora „Orbisu”

Warszawa, dnia 4 września 1958 roku
P.T.
Dyrektor Naczelny
CZPU „ORBIS”
w miejscu
Szanowny Panie Dyrektorze!
Proszę darować mi pełen nerwowej niepewności charakter pisma, ale trudno zdobyć się na opanowanie, jako że w okresie 12 VIII—l IX br. brałem razem z żoną udział w wypoczynkowej wycieczce „Orbisu” do Warny.
Zdając sobie sprawę z tego, jak powszechne i banalne stały się wszelkie uwagi pod adresem instytucji, którą Pan, Panie Dyrektorze, reprezentuje – muszę jednak stwierdzić, że sposób zorganizowania wspomnianej wycieczki do Warny był po prostu – proszę mi wybaczyć ostrość określenia! – żenujący...
Bo proszę tylko posłuchać: już sam transfer (jak to się u Was fachowo nazywa!) w pierwszą stronę wydał mi się podejrzany. Zarówno sama podróż, jak i wyżywienie w wagonach (jakość i technika podawania posiłków) odbiegały od wieloletnich, wypróbowanych tradycji P[rzedsiębiorstwo] W[agonów] S[ypialnych] i R[estauracyjnych "Wars"] i były pomyślane – nienagannie!
A teraz, dalej... Panie Dyrektorze! W Warnie – hotel „Bor”... doskonały! Ładnie, czysto, porządnie, świetna usługa, słowem... prawie jak w Międzyzdrojach! Wprawdzie kolor morza niezupełnie odpowiadał kwalifikacjom zawartym w prospekcie – było bardziej niebieskie niż Czarne! – ale za to ogólny pejzaż zgodny był z informacjami zamieszczonymi w Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej, a więc taki, jaki powinien być... [...]
Warna, Hotel "Bor", pocztówka z 1957 roku.

W ogóle, Panie Dyrektorze, z prawdziwą przykrością zmuszony jestem zauważyć, że wycieczka, zorganizowana w taki sposób wyraźnie odbiegający od naszych tra­dycji, przypomina raczej styl zachodnioeuropejski, co w okresie zbliżającego się naszego narodowego Milenium przynosi niepożądany powiew kosmopolityzmu. [...]
Wszystko to, Panie Dyrektorze, należałoby napiętnować jako moment odrywający nas od krajowych, ojczystych obyczajów... I dlatego temu groźnemu zjawisku trzeba się energicznie przeciwstawić! Chyba że zaczęlibyśmy zmieniać obyczaje u nas, w kraju... Ale to za proste, żeby na to się zdecydować...
Panie Dyrektorze! Mimo tak poważnych przekroczeń ze strony pracowników „Orbisu” (przekroczenia planu w dziedzinie nadmiaru sprawności i uprzejmości są przecież u nas konsekwentnie tępione!), chciałem prosić Pana Dyrektora (myślę, że nie tylko we własnym moim imieniu!) o przekazanie serdecznych podziękowań dla całej „Orbisowej” obsady.
Dzięki takiej organizacji i opiece pobyt w Warnie był nie tylko prawdziwym wypoczynkiem, ale pozostawił drogie wspomnienia (jeszcze jak... drogie! Pięć i pół tysiąca od osoby!), i nawet obecność na plaży paru dygnitarzy nie zdołała zepsuć pięknego czarnomorskiego krajobrazu.
Tak więc, ogólnie biorąc, wycieczka udana, i naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy zamiast do Bułgarii wolą dopłacić parą groszy i jadą do „Orbisu” w... Juracie. 
Łączę wyrazy prawdziwego szacunku
Kazimierz Rudzki


Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 89–91.