Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rolland Romain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rolland Romain. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 grudnia 2012

Odcinek 535: Romain Rolland, 1915 rok

Z dziennika Romain Rollanda

8 grudnia 1915 roku
W nocy z 7 na 8 grudnia jestem na dworcu w Cornavin, asystuję przy przejeździe francuskich ciężko rannych. Noc czarna, ciepława i deszczowa. Na środkowym peronie panie z Czerwonego Krzyża i pielęgniarki obładowane paczkami z podarkami i jedwabnymi chorągiewkami. Konsul Pascal d’Aix z żoną. Tronchin niesie koszyk z drewnianymi fajkami. Tłum, odsunięty od torów, stoi na placu przed stacją. Pociąg (przybywający z Konstancji) wjeżdża na dworzec powoli, o czwartej rano. Sygnalizują go ognie bengalskie i wycie tłumu, który wita w ten sposób pierwsze wagony. W ciemności widać setki poruszających się ramion i powiewających chusteczek. Pociąg jest bardzo długi. Zawiera 300 rannych żołnierzy i 150 cywilów, prawie wszyscy gruźlicy. Ci, którzy mogą stać o własnych siłach, cisną się do okien i krzyczą: „Niech żyje Szwajcaria!” Nawet ci,  którzy leżą, odwracają się z trudem na hamakach i usiłują machać ręką przez otwarte okno albo wykrzywiają twarz w uśmiechu. Pociąg ma się zatrzymać tylko na dziesięć minut. Ludzie rzucają się do wagonów, by podać rannym tytoń, owoce, czekoladę, laski, worki, przybory toaletowe itd., ja robię to samo co inni. Przypadkiem przy uścisku pierwszej z brzegu ręki słyszę, jak ktoś wymienia moje nazwisko, i widzę wyraz radości na twarzy pięknego zucha z wielką blond brodą i ręką na temblaku; jest to pewien młody człowiek, którego przed kilku laty spotkałem we Florencji w salonie Luchaire’a. Został wzięty do niewoli w Wogezach, a ostatnio spędził parę miesięcy w Rastatcie; ma prawe ramię zdruzgotane granatem; jest to jeden z najlżej rannych z tego konwoju. [...] Przebiegam wagony, rozdzielając swe zapasiki. Biedni ci ludzie, którzy tu leżą; prawie wszyscy są bardzo grzeczni, usiłują się uśmiechać i uprzejmie odpowiadać, ale wyglądają na bardzo znużonych, ten i ów jest posępny i ponury. Niektórzy, zwłaszcza ci na posłaniach dolnych, pogrążają się w cieniu, odwracają się plecami, udają umarłych. Żaden nie stara się zwrócić na siebie uwagi. I słychać kaszel rozdzierający serce... Ach! wyczuwam w głębi wielu serc wielką, niemą rozpacz... Inaczej jest w wagonach z ludźmi, którym zrobiono amputację; ich klatka piersiowa pozostała prawie nietknięta. Pociąg rusza. Mój młody ranny z jasną brodą żegna mnie serdecznym uśmiechem. Żołnierze śpiewają Marsyliankę. I odwracając się słyszę, jak głupi urzędnicy powtarzają według formuły, że jest to „widowisko bardzo krzepiące”.
Pociąg z rannymi, litografia Fortunina Matanii, 1916 rok.
Romain Rolland, Dziennik z lat wojny 1914–1919, tłum. Zofia Karczewska-Markiewicz, Wydawnictwo MON 1965, s. 145–147.

niedziela, 12 lutego 2012

Odcinek 235: Romain Rolland, 1913 rok

List Romaina Rollanda do Zofii Bertolini Guerrieri-Gonzaga

Środa, 12 lutego 1913 roku
Fot. sprzed I wojny światowej.
Czy zna Pani dobrze dziewczęta, które mają teraz od szesnastu do dwudziestu pięciu lat? Obserwuję je niemało i z paroma koresponduję. Jakież gorące pragnienie życia, jakiż głód idealizmu, jakież nadzieje i rozpacze widzi się często u tych biednych dziewczątek! Jak bardzo trzeba im współczuć, wiedząc, co życie zrobi z nich w dziewięciu przypadkach na dziesięć! I nie można im tego powiedzieć. Niektóre same o tym wiedzą; i to właśnie jest smutne. Ileż zwierzeń mi poczyniono [...]! Wydaje mi się niekiedy, że jestem starym ojcem i że to są moje córeczki.
Najtragiczniejszym może zjawiskiem naszej epoki (którego żaden mężczyzna nie wydobył dotąd na jaw, bo prawie wszyscy mężczyźni są egoistami i nie obchodzi ich, co myślą kobiety) jest fakt, że ewolucja moralna mężczyzn i kobiet, bardzo wyraźna od jakichś dziesięciu, dwudziestu lat, nie idzie w tym samym kierunku. Ogólny ruch umysłowy prowadzi z powrotem mężczyzn we wszystkich prawie krajach do poszanowania porządku, autorytetu, tradycji, a nawet do katolicyzmu (mam przynajmniej na myśli inteligencję burżuazyjną). Natomiast młode kobiety zmierzają ku swobodzie - swobodzie moralnej, intelektualnej i społecznej. Jest to bardzo widoczne u nas (a również i u moich korespondentek zagranicznych). Zanosi się na walkę, od której ucierpi rodzina. Ale jest to z pewnością konieczne, aby osiągnąć układ społeczny bardziej odpowiadający dzisiejszym potrzebom; i nie zdziwię Pani zapewne mówiąc Jej, że w tym konflikcie jestem, jak zawsze, po stronie zbuntowanych. [...]
Do zobaczenia! Mam dobry temat do nowej powieści. Mam nawet trzy dobre tematy (powieści, sztuki teatralnej i nowel). Mojemu umysłowi nie brak więc zajęcia.
Romain Rolland, Świadek epoki, oprac. Maciej Żurowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 284-285.

poniedziałek, 26 września 2011

Odcinek 96: Romain Rolland, 1914 rok

Z dziennika Romain Rollanda

26 września 1914 roku
Igor Strawiński
Długa wizyta Igora Strawińskiego. Przez trzy godziny rozmawiamy w ogrodzie hotelu Moosera. Strawiński ma około trzydziestu lat; jest niski, wątły, brzydki, twarz ma żółtą, mizerną i zmęczoną, wąskie czoło, włosy zaczesane w górę i rzadkie, zmęczone oczy za szkłem lornionu, nos mięsisty, wargi grube, twarz nieproporcjonalnie długą w stosunku do czoła. Jest bardzo inteligentny i prosty w sposobie bycia; mówi płynnie, choć nieraz szuka w myśli słów francuskich; i wszystko, co mówi, jest jego własne i przemyślane (prawdziwe czy fałszywe). Pierwsza część naszej rozmowy dotyczy kwestii politycznych. Strawiński oświadcza, że Niemcy nie są państwem barbarzyńskim, lecz zgrzybiałym i zdegenerowanym. Jego zdaniem Rosja odegra rolę pięknego i zdrowego barbarzyńcy, brzemiennego w zarodki nowego, które zapłodni myśl świata. Przypuszcza, że po wojnie rewolucja, która już się przygotowuje, obali dynastię i stworzy Słowiańskie Stany Zjednoczone. Zresztą jego zdaniem winą za okrucieństwa caratu trzeba częściowo obciążać naturalizowanych w Rosji Niemców, którzy dzierżą w ręku kluczowe stanowiska rządowe i administracyjne. [...] Potem rozmawiamy o muzyce. [...]
Mówi, że zmusza się do pisania każdego dnia, niezależnie od tego, czy natchnienie się zjawia czy nie. Nic nie jest w stanie dorównać radości, jaką się czuje przy pierwszej koncepcji, gdy rodzi się żywy pomysł. „To jest przyjemność prawie sadystyczna”, mówi. Z chwilą gdy pomysł zaczyna znajdować wyraz, radość maleje. A skoro utwór jest gotowy, radość dla autora już nie istnieje. Jego utwór rozpoczyna wtedy życie, w którym uczestniczy cała publiczność, słuchacze lub czytelnicy, którzy z kolei na nowo go tworzą; często utwór nie przestaje ewoluować przez całe wieki; i nieraz większa dzieli go odległość od pierwszego twórcy niż od kogokolwiek innego.
Jego sądy o muzyce i muzykach są stanowcze i nieubłagane. Nie lubi prawie żadnego z uznanych mistrzów: ani Jana Sebastiana Bacha, ani Beethovena. Za to gustuje w Mozarcie, którego piękne barwy nie zostały przyćmione patyną stuleci. A spośród czystych Niemców (bo Mozart jest jego zdaniem więcej niż w połowie Włochem) lubi tylko Webera, zresztą przesiąkniętego kulturą włoską. Spośród swoich (ziomków szanuje tylko Musorgskiego i (trochę) Rimskiego-Korsakowa, który był dla niego dobry. Nie jest grywany w Rosji. Publiczność zdobył we Francji i trochę w Anglii. Mówi, że w sztuce, jak we wszystkim, lubi tylko wiosnę, nowe życie. Dojrzałość mu się nie podoba, bo jest początkiem schyłku. Dlatego doskonałość wydaje mu się niższym stopniem żywotności; a geniuszami klasycznymi są dla niego (jak i dla mnie) ci, którzy nie tyle tworzyli nowe formy, ile doskonalili formy stworzone przez innych. [...]

Romain Rolland, Dziennik z lat wojny 1914–1919, tłum. Zofia Karczewska-Markiewicz, Wydawnictwo MON 1965, s. 37–40.