Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reymont Władysław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reymont Władysław. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 kwietnia 2014

Odcinek 1029: Władysław St. Reymont, 1895 rok

List Władysława St. Reymonta do brata, Franciszka

[Rzym, 25 kwietnia 1895 roku]
Piazza Venezia w Rzymie, 1895 r.
Moi złoci.
Słowo stało się ciałem i dlatego piszę do Was z Wiecznego Miasta; z miasta cezarów, papieży, lazaronów, sałaty i czarnych ludzi, jednym słowem — z Rzymu. Ot, co! Jesteśmy tutaj w paczce, bo Kostusiowie z Zosią, Henrykowie, Wągrowska i jedna z galaret panieńskich, p. Bieńkowska.
Wyjechaliśmy z Warszawy dopiero w środę po Wielkiej Nocy, bo rozmaite krakowskie szopki opóźniły wyjazd. Właściwą pielgrzymkę odłożono do maja, ale myśmy czekać nie chcieli i wyrwaliśmy się, a do nas przyłączyła się banda złożona ze 106 osób i podróżujemy sobie w towarzystwie, co prawda ani zbyt pięknym, ani zbyt miłym, ale cóż robić. Bandzie tej Henio zakrystianuje z powodzeniem. Kapitalny na sposób katolicki idiota! W Wiedniu byliśmy dwa dni, tyle akurat czasu, aby Kocio mógł się po uszy uraczyć oryginalnym pilznerem, ale z Wiednia mieliśmy potężny kurs drogi przez Styrię, Alpy do Padwy, 38 godzin w wagonie, i do tego w wagonie trzeciej klasy. No, jeszcze dzisiaj czuję to w kościach potężnie. Z Padwy, gdzieśmy siedzieli dzień, na Bolonię, Rimini, Anconę do Loreto. Cudowne miejsce! Z Loreta do Asyżu! Drugie cudowne miejsce - Twój patron, Franku. Nasze kobiety obłykały się w tyle odpustów, że śmiało im wystarczy do końca życia. Ja z Kociem łykamy tylko wino, które jest wcale dobre i ogromnie tanie, bo można za 40 groszy litr kupić, ale jedzenie pod psem. Od Wiednia nie jedliśmy ludzkiego obiadu. Mięsa mają wygląd rozgotowanych kaloszy, zupy — nie powiem czego, jedne sałaty są świetne. Wynagradza stokrotnie wszystko wiosna włoska. Jest pięknie, że tego się nie da łatwo opowiedzieć. Drzewa w kwiatach, pola w zieloności. Rzym to wielkie miasto, na gwałt przerabiane na modłę europejską. Na ulicach aż się mrowi od policji i księży — Jezus! Jeszczem nigdy tego robactwa nie widział tyle od razu. Swoją drogą jestem olśniony, nie miastem, a kościołami. Przecież znam Londyn, Paryż, Wiedeń, Berlin i Kolonię, tj. wszystkie ich najwspanialsze kościoły, ale wszystkie one są niczym przy Św. Piotrze rzymskim — ot, budy przy pałacu. Są to nie do opisywania rzeczy. Kościół, który pomieścić może 80 tysięcy ludzi! Kościół, który wewnątrz nie ma jednego cala kwadratowego, żeby nie był pokryty najcudniejszym marmurem, rzeźbą lub jakim arcydziełem.
Wiosna we Włoszech, mal. Isaac Levitan, 1890 r.
 Posiedzimy w Rzymie co najmniej z tydzień. Pojedziemy następnie do Neapolu i z powrotem na Florencję, Wenecję, Wiedeń do domu. Wycieczka cudowna. Mam pisać do „Gazety Polskiej" sprawozdania, ale do dzisiaj nie napisałem nic jeszcze, bo ani czasu, ani chęci nie mam. Co tu pisać, kiedy chce się właśnie nie robić nic, tylko patrzeć i patrzeć.
Swoją drogą od jutra już się muszę zmusić do roboty, bo groszy trza.
Bazgraninę moją musisz tam jakoś odcyfrować, ale już lepiej pewnie nie napisze, bo mi i pilno, i spać mi się chce, po całodziennym lataniu po Rzymie. Ulokowano nas przy Watykanie u jakiejś s. Marty, gdzie płacimy za całodzienny wikt z mieszkaniem 3 i 1/2 lira, tj. około 9 złotych. Tanio jest, ale podle także jest.
Mnie tu dzisiaj przyszły gryzące refleksje, że to Ty nie możesz się wyrwać w świat, aby coś zobaczyć,  chyba muszę już za nas obydwóch oglądać świat, co? Muszę skończyć, byłoby za dużo do pisania, a nie mam czasu i czuję zresztą, że piszę bez sensu. Napiszę do Ciebie może z Neapolu, może gdzie z Wenecji. W każdym razie napiszę. Całuję Was oboje serdecznie i rzucam: do widzenia. Zaraz po przyjeździe do kraju wstąpię do Nadarzyna.

Wasz
Wł. St. Rejment
Władysław St. Reymont, Listy do rodziny, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki i Barbara Kocówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975, s. 66-68.

niedziela, 14 lipca 2013

Odcinek 744: Władysław St. Reymont, 1894 rok

List Władysława St. Reymonta do brata, Franciszka

Londyn, 14 VII [18]94
Londyn, Oxford Circus, ok. 1894 r.
My Dear!
Mój złoty, piszę do Ciebie z Anglii ni mniej, ni więcej. Że się zdziwisz, w to wierzę. Ano — trafiła mi się sposobność dość taniego przejechania się i pojechałem. Jest nas kilka osób, a pomiędzy nimi i Dryzda... W Berlinie byliśmy dni dwa, coś w Magdeburgu, w Pyrmont kilka godzin, w Kolonii także. W Brukseli, Rotterdamie, Hadze zaledwie w przelocie. Wsiedliśmy w Ostendzie na statek. Morze jest zachwycające, ale było tak rozbrykane, że jeszcze dzisiaj czuję go we wnętrznościach. Chorowałem potężnie. Ten kanał La Manche to stary wariat, zawsze się wścieka. Wysiedliśmy w Dovrze, stąd już koleją do Londynu.
London Bridge, ok. 1894 r.
Cóż Ci pisać o tym kolosie potwornym? Jest to taki ogrom, jakiego sobie nikt nie jest w stanie wyimaginować sobie [!]. Ruch okropny, potrzeba niemal godzinami stać i czekać sposobności przejścia z jednej strony ulicy na drugą. Na ulicach trzeba się wprost przepychać, taki ścisk. Co za domy! A jakie konie i kobiety!
Wczoraj zbłądziłem w British Museum i z trudem wyszedłem. Doki londyńskie, tj. miejsca ładunków okrętowych, to cuda istotne, jakich nie ma nigdzie w świecie. Omnibusów miliony. Koleje gęstą siecią nad miastem i pod miastem.
Daruj, że nie piszę więcej, ale absolutnie brak mi czasu. Będę tu jeszcze z tydzień. Czy można zajechać do Was na jaki tydzień, a najwyżej dwa? Odpisz zaraz. Jeśli list ten odbierzesz we wtorek najdalej, to pisz do Londynu, a jeśli później — to do Berlina. Powracamy na Paryż—Marsylię. Całuję Was.
Twój W. S. R.
Władysław St. Reymont, Listy do rodziny, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki i Barbara Kocówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975, s. 61—62.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Odcinek 718: Władysław St. Reymont, 1900 rok

List Władysława St. Reymonta do Wandy Szczukowej

Niedziela, 10 czerwca 1900 r.
Moja! Wczoraj odebrałem Twój słodki i dobry list, odpisuję Ci zaraz dzisiaj rano, aby
Władysław St. Reymont.
mógł jeszcze dojść przed terminem, o jakim wspomniałaś.
To, co piszesz, sprawiło mi straszną przyjemność, wprost bezprzykładną, ucieszyłem się głęboko i jeszcze dzisiaj czuję mocno to wrażenie.
Dziękuje, całym sercem dziękuję za te słowa pełne ufności i miłości. A że słowami podziękować dobrze nie można, to odkładam do zobaczenia — a wtedy to chyba Cię uduszę uściskiem i zjem pocałunkami — zobaczysz!...
Pytasz, co dalej będzie — i nie chcesz myśleć o tym! I dobrze robisz, przedobrzę, bo po co zatruwać sobie dzień dzisiejszy, jeśli jest pięknym! Po co przewidywać — kiedy przewidzieć nic na serio nie można — a dręczyć się po co? Żyjmy miłością, szczęściem, jakie ona daje, nadzieją — patrzmy bez obawy w zakrytą twarz jutra — a reszta przyjdzie sama — chcemy tego czy nie chcemy. [...]
Dobrze, Kochana, następny list już wyślę na ręce wskazane, właśnie w liście ostatnim zapytywałem o to samo.
Czy długo on będzie w Zakopanem?
Nie, Droga, w Zakopanem przez lipiec i sierpień być nie mogę dla bardzo i różnych względów, a przede wszystkim dla Ciebie. Czy myślisz, że po miesiącu mojego tam mieszkania, po częstych moich wizytach u Ciebie, po częstym spotykaniu się z Tobą — nie gadaliby o nas?
Rozumiesz, Droga, że mnie chodzi nie o siebie. Ale nigdy bym nie chciał, abyś z mojego powodu miała chociażby przykrość najmniejszą.
Potem są i inne powody, że muszę mieszkać na wsi gdzie, w ciszy — oto dla roboty. A dlatego chcę mieszkać w Galicji, abym Cię mógł częściej widywać, bo przynajmniej co jakieś dwa tygodnie będę mógł wpaść do Za[kopanego]. Zresztą pomówimy o tym obszerniej. [...]
Dlaczego się mną zajmują tak mocno, że aż wiedzą, że nie mieszkam na Wolbórce, a w Warszawie — nie wiem. Ale wierz mi, że mieszkam na Wolbórce — tylko że w Warszawie bywam co drugi tydzień, no i mam tam, jak zwykle, gdy jestem w kraju, stałe mieszkanie, a to wprost dla oszczędności, aby za każdym razem nie stawać w hotelu. Może z tego powstała plotka. Ale pomyśl, dlaczego bym miał Cię okłamywać? W jakim celu? — Napisz, kto się mną tak zajmuje, z kim się zakładać chciałaś?
Dlatego właśnie, że ludzie tak gorliwie się mną zajmują — odsuwam się od nich coraz bardziej
I wiem, że skończę gdzieś w pustelni. Bo nic im złego nie robię — mam tylko jedną największą wadę, że wierzę ludziom, że nie umiem żyć — a to się mści później na mnie.
Powiedz, co Ci nagadali na mnie? Nie oszczędzaj mnie przez dobroć, nie zmartwię się tym zbytnio, bo już się miałem czas przyzwyczaić do obmów. Niech gadają! Odpowiadam — odsuwaniem się od nich, wyjazdem z kraju — a że nie pomaga — cóż zrobić! Nie umrę dla ich przyjemności. Ot, co! [...]
Kończę bazgraninę. Powiedz, czy aby zdołasz odczytywać moje kulfony?
Do widzenia, Wanda, do widzenia, Droga, Kochana, słodka, utęskniona! Całuję Cię całą tęsknotą [dalsze wyrazy zajmujące na szerokość pół strony — wycięte u dołu kolumny]. Czy Ty jeszcze pamiętasz?...
Twój chłopak Wł.
Władysław St. Reymont, Miłość i katastrofa. Listy do Wandy Szczukowej, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 58–61.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Odcinek 663: Władysław St. Reymont, 1896 rok

List Władysława St. Reymonta do brata, Franciszka

[Łódź] 15 kwietnia [18]96 roku

Brat pisarza, Franciszek, ok.1882 r.
Drogi Franku.
Daruj, że znowu nie przyjechałem, ale... zresztą na co się przyda przytaczać powody najrozmaitsze i najlepiej usprawiedliwiające, kiedy te faktu nie zmienią. Piszę znowu z Łodzi, a raczej jeszcze z Łodzi, będę tutaj do l czerwca, całe półtora miesiąca jeszcze. Roboty mam powyżej uszów, że mi się to już zaczyna nudzić, a przy tym błoto tutejsze, wiosna tutejsza, ludzie tutejsi — to niech pioruny spalą.
W tej chwili dopiero z nekrologów Kuriera dowiedziałem się, że Locia umarła! Dobrze się dla niej stało, bo już się przynajmniej nie męczy, ale pomimo to jest mi ogromnie żal: w 26 roku życia umierać — to okropne!
Zdaje się, że już dobiegam połowy życia, więc zbyt często nachodzą mnie refleksje o śmierci, a boję się jej i chciałbym, żeby przyszła bardzo późno, bo mam tyle do zrobienia jeszcze. Zacząłem dopiero żyć naprawdę. Wiesz, zdaje mi się, że się nie żenię z panną H., a jeśli nie, to Ci teraz to mówię. Chciałbyś wiedzieć dlaczego? Jest tylko jedna przyczyna — nie chcę. Za wcześnie dla mnie małżeństwo. Mam 29 lat i stoję na progu sławy i powodzenia, i potrzeba wytężyć wszystkie siły, aby stanąć niewzruszenie w literaturze, aby zająć w niej miejsce takie, jakie chcę zająć, tj. pierwszorzędne. Otóż żona nieco przeszkodziłaby, krępowałaby mnie w lotach i w rozmachu samym, byłaby kulą, a kule zwalniają chód; zresztą ja poznałem w ostatnich czasach, że życie porządne, życie w jednym miejscu, życie pokratkowane na codzienne kłopoty i przyjemności, życie regularne — nie dla mnie; mało, ale mi takiego życia prowadzić nie wolno, literatura mi tego nie podwala. W sztuce nie ma kompromisów, albo się jej oddasz i będzie twoją, albo połowicznie się nią zajmując zostaje się jej niewolnikiem — otóż ja chcę i zostanę jej panem, na niewolnika nie urodziłem się.

Pisarz z żoną, Aurelią z Szabłowskich.
Ślub odbył się w Krakowie 15 lipca 1902 roku.
Dzisiaj, kiedy w literaturze mam cel uświadomiony, do którego dojść muszę, wszelkie pęta, nawet miłości i majątku, są mi wstrętne i złe, bo powstrzymują. Pomyślę może kiedyś o żonie, ale wtedy, kiedy mi to uczynić będzie wolno. Tymczasem muszę zdobywać świat — a to przyjemniejsze. Zresztą, mój Drogi Franku, życie moje teraźniejsze jest krwawą walką, bo muszę zdobywać i jednocześnie sam i w ciszy muszę kuć narzędzia do tej walki, gdy tymczasem moi wszyscy współzapaśnicy w literaturze przyszli już opatrzeni w broń. Ot, co!
Powiem Ci plan mój najbliższej przyszłości. Przez czerwiec siedzę w Warszawie i odpoczywam. Lipiec, sierpień, wrzesień zaryję się w jakiej norze na wsi, może nawet u Ojca, i piszę ową sławną łódzką powieść.
Kończę ją i w połowie października najdalej jadę za granicę. Środki będę miał. Muszę, słyszysz, muszę być trzy lata w świecie; rok w Paryżu, aby owładnąć dobrze francuskim i pochodzić nieco do Sorbony na filozofię; rok następny w Londynie dla tego samego prawie — i języka, i nauk społecznych; i ostatni rok albo w Szwajcarii, albo w Niemczech, albo zresztą na Wschodzie. Przez te trzy lata mam zamiar nic nie pisać, odpoczywać tylko i nabierać sił do dalszej walki ostatecznej. Ot, mój plan.
Ściskam Cię, przepraszam i mówię do rychłego widzenia, O ile dziewczyny będą w Piotrkowie na weselu, to i ja będę.
Całuję Cię —  napisz.
Twój 
Wł. St. Reymont
Adres łódzki: Agentura Kuriera Codziennego, Piotrkowska nr 46, Wł. St. Reymontowi.
Władysław St. Reymont, Listy do rodziny, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki i Barbara Kocówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975, s. 80-81.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Odcinek 431: Władysław St. Reymont, 1900 rok


List Władysława St. Reymonta do Wandy Szczukowej

Warszawa, niedziela, 26 sierpnia 1900 roku
Wanda!
Władysław St. Reymont.

Za kwiaty, które już parę tygodni temu dostałem, a zaraz po adresie wiedziałem, że to od Ciebie, dziękuję Ci bardzo.
Myślałem, że jesteś w Warszawie, tak że cały tamten dzień oczekiwałem na Ciebie. Później dopiero zrozumiałem, że musiałaś kazać je przysłać.
O, nie, pieniędzy teraz mi nie potrzeba. Ale za Twoje dobre i życzliwe chęci dziękuję Ci całą duszą.
A ja jeszcze wciąż jestem w szpitalu, ale mam go już tak dosyć, że z niecierpliwością oczekuję na pasport. Otrzymawszy go wyjadę natychmiast.
Odwozi mnie i pozostaje ze mną Lange poeta i jedna z sióstr moich. Jadę na pobrzeża Adriatyku, bo tam będzie cicho i spokojnie, a zdaje mi się, że tam wyzdrowieję rychło. Prawdopodobnie zamieszkam na Lido obok Wenecji. Będę miał kąpiele morskie i różne zakłady lecznicze przy sobie, a miasto, które bardzo lubię, o dwadzieścia minut drogi.
Ale nie czuję się dobrze. Trochę zacząłem chodzić, chociaż z pomocą.
Do wszystkich moich nędz, z tej katastrofy płynących, przyszła nowa – miałem bardzo potłuczone nogi, pókim leżał, dokuczały mało – ale teraz, gdy chodzić zacząłem, pokazało się, że w stawach kolan porobiły się jakieś wysiękowe historie. Jeśli się to rozszerzy – to nie chcę już myśleć o tym.
Widzisz, jakim ja teraz niedołęgą!
Nie chcę już myśleć o tym ani pisać, tak mnie to uczucie własnej niemocy rozdrażnia.
Ale za wiadomości o sobie i Twoich dziękuję Ci całym sercem.
Wyjadę w tych dniach i prosto do Wiednia, tam tylko odpocznę i ruszę dalej.
Z Wenecji napiszę.
A gdybyś chciała napisać tam do mnie?
Napisz: Poste-Restante Zakopane, a później przyślę Ci szczegółowy adres.
Do widzenia. Całuję Twoje dobre ręce całą najgłębszą przyjaźnią i życzliwością.
Szczerze oddany
Wł. St. R
Władysław St. Reymont, Miłość i katastrofa. Listy do Wandy Szczukowej, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 82–83.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Odcinek 305: Władyslaw St. Reymont, 1900 rok

List Władysława St. Reymonta do Wandy Szczukowej

Niedziela, 22 kwietnia 1900 roku
Władysław St. Reymont,
rys. Leon Wyczółkowski.
Moja. Nie gniewaj się na mnie za milczenie, a szczególnie za nieodpowiedzenie na depeszę. Było tak: tegoż samego dnia rano wysłałem list do Ciebie i natychmiast wyjechałem do Piotrkowa, przyjechałem dzisiaj rano – no i zastaję depeszę sprzed trzech dni. Było mi i jest strasznie przykro, strasznie, żeś się niepokoiła o mnie i oczekiwałaś na próżno listów lub depeszy. Całym sercem Cię przepraszam za te niepokoje. [...]
Za te listy Twoje, za te dobre, słodkie, kochane listy nie umiem Ci dziękować listownie, bo to jest prawie niemożebnym zamknąć wdzięczność całą w słowie, w zimnym słowie – więc chociaż tylko listownie, biorę Twoje śliczne ręce i całuję je, całuję tak, jak całowałem kiedyś i jak może będę jeszcze całował.
Ale mnie bardzo pognębiły Twoje kłopoty domowe, Twoje sprawy z tym panem, który się nazywa mężem Twoim.
Sądzę, że powinnaś twardo i nieugięcie stać przy tym, aby Ci dzieci przywieźli na lato, nie powinnaś z tego rezygnować, nie.
Przepraszam Cię, że ośmielam się dawać Ci jakieś rady, ale Ty wiesz, że te rady mówię Ci przez miłość i głębokie, najszczersze pragnienie dobra dla Ciebie.
Wiesz, siedzę tutaj wśród ludzi, ale uciekam od nich, nie bywam nigdzie i u nikogo. Warszawa jest mi coraz bardziej nienawistna, a nienawistna przez swoją obłudę, przez panującą głupotę, przez to kłamstwo, jakim tutaj żyją wszyscy. Zdziczałem, tak zdziczałem, że z dziwną tęsknotą myślę o Zakopanem, że chętnie wyrzekłbym się wielu rzeczy i powrócił tam, gdzie Ty jesteś.
Wiem, że gdybym teraz tam mógł być, to byłoby mi i cicho, i dobrze, i spokojnie. Wiem, że mieszkałbym w jakiejś chacie odległej, nie widywał ludzi, nie żył gwarnym życiem stada ludzkiego, a miał w zamian od czasu do czasu Ciebie i Twoje usta na swoich, i Twoje ramiona na szyi, i Ciebie całą – i byłoby mi dobrze, ach, jak dobrze...
Jaka szkoda, że to tylko marzenia,..
Jaka nędza, że połowa życia jest tylko w marzeniu, w niespełnieniu marzeń. Ty musisz coś wiedzieć o tych niespełnionych.
Co robisz?
Wiesz – teraz, w tej chwili, w samotności mojej izby, mówię cicho, mówię duszą: Wanda! Wanda! Wanda!
Bo zdaje mi się, że za chwilę Twoje ramiona otoczą mnie i poczuję na ustach Twój pocałunek...
Znowu marzenia, znowu!
Ale usłysz to wołanie przez przestrzenie, usłysz i pamiętaj o mnie, pamiętaj!
Jaka szkoda, że znasz mnie tak mało!
Jaka szkoda, że ta nasza sielanka ma tylko dwa dni życia i szczęścia – a tyle tęsknot, tyle...
Do widzenia, Słodka, do widzenia, Kochana. Obejmuję Cię sobą, cisnę do piersi i całuję, całuję całą mocą tęsknoty, pożądania i nadziei, że będzie [nieczytelne], zobaczysz!
Do widzenia, pisz na wieś.
Twój Wł.
Władysław St. Reymont, Miłość i katastrofa. Listy do Wandy Szczukowej, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 35–37.