Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raszewski Zbigniew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raszewski Zbigniew. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2014

Odcinek 1077: Zbigniew Raszewski, 1990 rok

List profesora Zbigniewa Raszewskiego do Małgorzaty Musierowicz 

[Warszawa], 12 VI 1990
Zbigniew Raszewski.
Droga Pani,
Bardzo dziękuję za list z suplementem.
Najpierw przyszedł suplement, jeszcze w zeszłym tygodniu, dopiero wczoraj list. Wczoraj było 11 VI, list datowany 5 VI. Z czego wniosek, że nie warto niczego wysyłać ekspresem poleconym. Albo jedno, albo drugie. Skumulowanie dwóch poleceń jest ponad siły Poczty Polskiej. I chyba ją nawet przeraża. I pomyśleć, że przed wojną można było wysłać list lotniczy do dowolnej wsi, tak wsi, co się opłacało, ponieważ poczta gwarantowała dostarczenie go następnego dnia przez umyślnego, a kosztowało to mniej niż ekspres zwykły. O zaginięciu przesyłki wtedy nie mogło być mowy. Polecone wysyłało się w sprawach urzędowych. Przepraszam, to śmieszne i banalne. Wyrwało mi się, bo po odebraniu suplementu czekałem na właściwy list, jak ten pan, co czekał, aż jego sąsiad zdejmie drugi but.
Pani mnie psuje.
[...] Pani oświadczenie w sprawie przyszłości (że nie będzie Pani pisać książek dla dorosłych szubrawców ani nie będzie Pani pisać złych zakończeń) wprawiło mnie w doskonały humor. Natomiast nie jestem pewny, czy Pani korespondentka miała rację w sprawie Lisieckich. Nie wiem, czy mogą być Jeżyce bez Lisieckich, czy nie będą to Jeżyce wylizane. Nie jest to chyba sprawa gatunku pisarskiego. Gatunek domaga się happy endu i to trzeba uszanować (moim zdaniem). Ale nie wyklucza Lisieckich. Tak jak nie wyklucza tysiąca innych rzeczy bolesnych, przykrych, smutnych.
Jean Gabin w roli Maigreta.
Mój Profesor uważał, że powieść jest z natury swojej gatunkiem krytycznym wobec rzeczywistości. Tak jak poemat — jego zdaniem — zrodził się z zachwytu dla rzeczywistości. Ma się rozumieć, że Profesor uznawał za prawowite te odmiany powieści, które mają w swojej naturze pomyślne zakończenie, jak np. kryminał.
Przepadał za kryminałami. Kiedy już byłem dorosły, pożyczaliśmy sobie nawzajem Maigrety [cykl powieści kryminalnych Georga Simenona]. Do dziś sądzę, że są to znakomite powieści. Oczywiście, trzeba je czytać po francusku. Każdy przekład, tak jak każda adaptacja (filmowa, telewizyjnn), niweczą wszystkie uroki  tej   świetnej   literatury. Otóż Simenon, wytrawny pisarz, godzi obie rzeczy: krytyczny obraz świata i zwycięstwo sprawiedliwości. Cóż za Paryż! Wszystko tam jest, łącznie z marginesem społecznym, przedstawionym ze znawstwem, a nie bez sympatii. Ale   sprawiedliwość   zwycięża  nieuchronnie. Inaczej nie byłoby Maigreta, dobrego policjanta (który chciał być lekarzem, ale musiał przerwać studia, bo osierociał; sąsiad zaprotegował go do policji.Zawsze mnie to frapowało, że Anglicy, ojczyzna bobbiech, stworzyli postać policjanta idioty (Conan Doyle), a Francuzi - naród, który policji nienawidzi i gardzi nią, wystawili policjantowi pomnik trwalszy od spiżu.
[...] Pozdrowienia dla Małego Bola.
Bardzo  proszę o odwiedziny.

Łączę wyrazy głębokiego szacunku
Zbigniew Raszewski
Zbigniew Raszewski, Listy do Małgorzaty Musierowicz, Znak 1994, s. 89-91.

czwartek, 5 września 2013

Odcinek 797: Zbigniew Raszewski, 1991 rok

List prof. Zbigniewa Raszewskiego do Małgorzaty Musierowicz

5 września 1991 roku
Bardzo smutny.
Droga Pani,
[...] w sprawie Ludzkości zmuszony jestem założyć veto w imię prawdy. Pani próbuje bronić Ludzkości, twierdząc, że wydała Mozarta. O ile wiem, Mozarta urodziła mama, którą on bardzo kochał i którą się opiekował do jej ostatniego tchnienia. Natomiast Ludzkość pozwoliła mu umrzeć z głodu, a jego zwłoki pozwoliła wrzucić do dołu, którego dziś nikt nie umie zidentyfikować. Tak więc niezupełnie mnie przekonał Pani argument.
Ludzkość jest po prostu niezdolna do trafnego rozpoznawania wartości, choć muszę przyznać – niechętnie – że w pewnych wypadkach, gdy już nie da się wielkości ukryć ani poniżyć, jest ona uznawana. Na ogół dobrych ludzi, najbardziej godnych szacunku, mija się obojętnie, a dzieła prawdziwie oryginalne – z roztargnieniem. Kompetencje właściwego hierarchizowania ludzi i dzieł są udziałem osób, i to nielicznych, na tyle odważnych, że muszą się ogółowi narazić, Ludzkość ani nie rozporządza potrzebnymi do tego kryteriami ani nie ma najmniejszej ochoty naginać swojego lenistwa do niespodzianych wysiłków.
Nie przeczę, że poza sytuacją, którą opisałem w początku poprzedniego
Św. Rafał Kalinowski.
akapitu, zdarzają się wypadki jasnego rozeznania wielkości, od razu, za życia, mimo że jest bez blasku i nie grzmi. Ale to się rzadko zdarza. Tak jakby Pan Bóg od czasu do czasu specjalnie pozwalał tłumowi coś dojrzeć, żeby się opamiętał. Bł. Rafał Kalinowski, powstaniec, nauczyciel Czartoryskiego, w końcu karmelita, osiadł w Czernej pod Krakowem. Wkrótce zasłynął jako spowiednik, jak O. Pio, ale w przeciwieństwie do Ojca Pio nie czynił spektakularnych cudów, widocznych dla ogółu. Był człowiekiem cichym, jak by Norwid powiedział. A mimo to, ilekroć przyjeżdżał do Krakowa, ludzie na peronie momentalnie klękali i pochylali głowy. Niestety, jeszcze się nie zdarzyło, żeby po takim spotkaniu ze świętym Ludzkość stała się lepsza, choć każde jest chyba daniem jej szansy. [...]
Łączę wyrazy głębokiego szacunku
Zbigniew Raszewski

Zbigniew Raszewski, Listy do Małgorzaty Musierowicz, Znak 1994, s. 153–155.

wtorek, 14 maja 2013

Odcinek 691: Zbigniew Raszewski, 1991 rok


List prof. Zbigniewa Raszewskiego do Małgorzaty Musierowicz

Mądralin pod Otwockiem, 14 maja 1991 roku
Droga Pani,
p. Stachowski, aptekarz i ojciec czterech urodziwych córek, miał – jak już
Prof. Zbigniew Raszewski.
wspominałem – aptekę w Pogorzeli. Ale zanim tam osiadł, pracował u innych aptekarzy, w Poznaniu najpierw, jeszcze przed I wojną światową, na Chwaliszewie. Znałem go dobrze, wiec z własnych jego ust wysłuchałem opowieści o wizycie rosłego draba, który zażądał specyfiku „na miłość”. „Tylko niech pan nie mówi, że pan tego nie ma” – dodał z prostotą. Świat nie był jeszcze wtedy tak zepsuty, jak dziś, i wcale nie chodziło o to, co Pani sobie teraz pomyślała. Chodziło o lubczyk, o środek zjednujący przychylność. P. Stachowski był niewysoki i raczej drobny, drab duży, barczysty. Stwierdziwszy to p. Stachowski udał się na zaplecze, ukręcił kilka pigułek z czegoś absolutnie nieszkodliwego a łatwo rozpuszczalnego, ładnie to zapakował i sprzedał drabowi za drogie pieniądze. (Zbyt niska cena mogłaby wzbudzić podejrzenia.) „Zaprosicie ją na zabawę – tłumaczył – kupicie jej lemoniady, zawołacie »o, jaki dziwny ptak«, a kiedy odwróci głowę, nieznacznie wrzucicie jej to do szklanki”. Drab podziękował i zniknął. Po jakimś czasie wraca, rozpromieniony. „Panie działa! Jeszcze!” Nadszedł karnawał, p. Stachowski udał się na bal. W nocy wracał na Chwaliszewo sam, elegancki, w dobrym humorze. Na moście paliła się tylko jedna lampa. Kiedy ją minął, poczuł jak kilkoro rąk pozbawia go portfela, zegarka, kapelusza. Usta mu zatkano, nogi już przerzucano przez barierę, gdy posłyszał gromki głos: „Poczekajcie no, dajcie go tu, do światła.” A potem: „Co robicie, bałwany, przecie to nasz aptekarz!” W mgnieniu oka wróciły na swoje miejsce: kapelusz, portfel, zegarek, ubranie doprowadzono mu do porządku, nawet podprowadzono do domu. To się już nigdy więcej nie zdarzy – zapewniał go znajomy drab. A gdyby miał jakieś trudności, niech pyta o Leona. Opowieść tę spisuję z myślą o przygodzie Andrzeja. Może go pocieszy fakt, że Poznań nigdy nie był miastem zupełnie spokojnym, wbrew temu, czego by można oczekiwać. W każdym razie na przedmieściach obywatele, którzy nie byli aptekarzami, zawsze musieli się mieć na baczności. A co się działo w zimie 1945/46! To już oddzielny rozdział.
Bardzo mnie uradowała odpowiedź na moje uwagi. Od samego początku uważałem, że Pani jest prawdziwą pisarką, o czym świadczy także reakcja na krytykę, w szczególności życzliwą. Dobry aktor ma tremę, ale gdy wyjdzie na scenę, ogarnia go na widok publiczności bitewny zapał: ja wam pokażę! Podobnie jest z rasowymi pisarzami. Jeśli nie ma w nich za grosz chęci zwycięstwa, są stworzeniami zabłąkanymi w świecie literatury. Jak wezmą przeszkodę, to zawsze ich sprawa. Natomiast samo branie przeszkód jest zjawiskiem pożytecznym dla wszystkich. Koniec kazania, początek ważnego zastrzeżenia. I Makuszyński napisał piękną książkę, a mianowicie 120 Przygód Koziołka Matołka wraz z kolejnymi tomikami. Pyszna polszczyzna, bardzo potoczna, bogata jednocześnie i dowcipna, bardzo muzyczna, inwencja
zuchwała, bez dziwactw. Całość bardzo życiowa. Czy pamięta Pani, jak Indianie napadli na Koziołka? A on zaproponował ich wodzowi (był to Bizon Krwawy) szczególnego rodzaju pojedynek: „Zgódźmy się, że ten zwycięży, Kto z nas dwóch zje więcej trawy!” Pojedynek wygrał, po czym Indianie z pokorą zaoferowali mu następstwo po Bizonie Krwawym (który, jak wiadomo, „rozpuknął się w kawały”). Przysięgam Pani, że sam to wszystko przeżyłem! Najpierw Indianie wyrzucili mnie z Uniwersytetu Poznańskiego za nieprawomyślne poglądy, potem z łaski przyjęto mnie do Instytutu Sztuki, a potem, gdy prof. Starzyński umarł, Indianie pokornie zaproponowali mi, bym objął po nim dyrekcję. Dokładna znajomość książki Makuszyńskiego bardzo mi wtedy pomogła, bo odpowiedziałem Indianom słowami jego bohatera: „Tego jeszcze nie bywało, myśli Kozioł drżąc ze zgrozy”. (To znaczy wymigałem się; to wszystko było jeszcze za reżimu, jak lud mówi.) Więc jest to mądra książka. Ale nade wszystko zachwyca mnie jako dzieło sztuki. Powitanie tubylców, gdy Koziołek wylądował w Indiach – „Sziwa riwa, ecze pecze” – zawsze mnie wzrusza. Natomiast strasznie nabroił Makuszyński jako powieściopisarz, bo w tym fachu stał się więźniem własnego języka, przez siebie wymyślonego, i chyba już potem nie mógł inaczej pisać. W innym gatunku, w felietonie, spotkało to samo Wiecha, który zaczął przed wojną od autentycznych sprawozdań sądowych, cudownych, a po wojnie też skończył jako więzień własnego języka, bo żaden warszawski knajak tak nie mówił. Jest na ten temat naukowa książka, bardzo trafna moim zdaniem. Rzecz ciekawa, że zdarzała się również Makuszyńskiemu i proza, bo był np. interesują¬cym re- – C.D.N.
Łączę wyrazy prawdziwego szacunku 
Zbigniew Raszewski
PS Dlaczego się Pani uchyla od odpowiedzi na pytanie w sprawie van Eycka?
CIĄG DALSZY
cenzentem teatralnym. Znał się na grze aktorskiej. Bywał dowcipny bez pozy. Niezapomniana jego recenzja z warszawskiego debiutu Marii Modzelewskiej. Makuszyński znał obie panie, matkę i córkę, z ich czasów galicyjskich. Kiedy młodziutka Maria wystąpiła po raz pierwszy na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, napisał: Marysiu, jesteś już duża. Teraz powinnaś stawiać stopy na zewnątrz, nie do środka. Pamiętaj!
Zbigniew Raszewski, Listy do Małgorzaty Musierowicz, Znak 1994, s. 136–139.

niedziela, 10 czerwca 2012

Odcinek 354: Zbigniew Raszewski, 1989 rok

List prof. Zbigniewa Raszewskiego do Małgorzaty Musierowicz

Warszawa, 10 czerwca 1989 roku
Droga Pani,
Kościół dominikanów w Poznaniu.
bardzo dziękuję za list napisany w Boże Ciało. Boże Ciało w Poznaniu! Nie wie, co to za święto, kto go w Poznaniu nie obchodził. Moja mama pamiętała czasy, gdy chłopi z okolicznych wsi, pragnący uczestniczyć w procesji farnej, przybywali do miasta już poprzedniego wieczoru i przez całą noc koczowali na Starym Rynku paląc ogniska i śpiewając pobożne pieśni. A potem ten wspaniale śpiewający tłum (Twoja Cześć, chwała), z orkiestrą, ci poważni panowie z chorągiewkami (Idziemy! Stój!), te hejnały przy kolejnych ołtarzach. Pamiętamy oboje z żoną, jak próbowano to ludowi poznańskiemu odebrać i co z tego wynikło. Kościół dominikanów już stał, tylko nie miał wież. Od początku chodziła oczywiście procesja „akademicka”, bardzo nobliwa, prowadzona przez Ojców. Jeden ołtarz miała na Fredry, drugi na Bratniaku na św. Marcinie, trzeci na Collegium Minus (chyba), czwarty na Operze. Otóż z krzykiem i tupaniem zabroniono budowania któregokolwiek z nich. Bardzo straszono również i ciało, i studentów; że niby kto przyjdzie, sam sobie będzie winien. Był to pewno rok 1950? Myśmy przyszli, już jako ciało, ja byłem asystentem od 1949, a moja narzeczona (pobraliśmy się w 1951) na pracach zleconych. I co my widzimy. Ludzi aż brzydko. Orkiestra w cywilu (ale harcerska, duża i dobra, z kotłami). Dzwony dzwonią! Okazało się, że koledzy z Politechniki zainstalowali potężne głośniki na dachu i puścili z nich specjalnie nagrane na tę okazję dzwony św. Piotra w Rzymie. Ruszamy. Najpierw ciało, potem studentki, potem studenci, dziewczynki z kwiatkami, ministranci, baldachim, orkiestra. Ale gdzie ołtarz, mówimy sobie. Aż tu okazuje się, że stoi na skrzyżowaniu, a raczej u zbiegu Fredry, Mielżyńskiego i 27 Grudnia, na samym środku ulicy! Cała budowla! Ojcowie wchodzą poważnie, po stopniach, odprawiają, orkiestra gra hejnał, chór Stuligrosza śpiewa Ave verum, porządkowi machają chorągiewkami (Ruszamy!). Rusza i ołtarz! Był na samochodzie, stopnie były na klapach i składały się razem z klapami do środka, po czym całość przemieszczała się na św. Marcin. Straszny ścisk się w końcu zrobił, tak że mimo mojej godności zostałem wciągnięty do straży porządkowej i byłem w łańcuchu za baldachimem. Niezapomniany dzień. Ale bo też mnóstwo ludzi czekało w Poznaniu przez cały rok na to święto. W Bibliotece Uniwersyteckiej był szatniarz, który cały swój prestiż społeczny czerpał z tego, że na procesji farnej kiwał chorągiewką. Bardzo poważny człowiek. A procesje parafialne! Po południu jest chyba na Jeżycach? Pamiętam, jak kiedyś jechaliśmy tramwajem, właśnie na Jeżycach, i wóz stanął, a konduktor wszedł do przedziału i obwieścił poważnie: Koniec jazdy: Przeszkoda natury religijnej. Ależ się rozgadałem. Przepraszam! [...]
Łączę wyrazy głębokiego szacunku
Zbigniew Raszewski
Zbigniew Raszewski, Listy do Małgorzaty Musierowicz, Znak 1994, s. 38–41.

piątek, 22 lipca 2011

Odcinek 30: Zbigniew Raszewski, 1966 rok

Z dziennika Zbigniewa Raszewskiego

Warszawa, 22 lipca 1966 roku

Skwar. Idziemy z żoną na defiladę. Brat wystarał się dla nas przez znajomego z K[omitetu] C[entralnego PZPR] o karty wstępu. Mrowie ludzi. Dzięki naszym kartom przedostajemy się jednak przed Pałac Kultury. Stajemy na podwyższeniu, po lewej ręce trybuny. Widać stąd cały plac, na którym stoją oddziały szkół oficerskich wszystkich broni i służb. Po przeciwległej stronie też nieprzebrany tłum. Wiele osób posłusznych wezwaniom dzienników wzięło parasolki. Mężczyźni przeważnie sporządzili sobie dziecinne hełmy z gazet. Naprzeciw siebie mamy zatem całą armię w papierowych hełmach. Ścisk. Mój sąsiad z lewej zaczyna marudzić, że na niego napieram. Odpowiadam, że jestem z 1. Brygady. Zdetonowany, niewyraźnie coś mruczy w odpowiedzi. [...]
Zaczyna się defilada oddziałów w strojach historycznych. Są to nieduże jednostki piesze i konne. Wbrew temu, czego się można było obawiać po zdjęciach publikowanych w prasie, nie sprawiają wrażenia maskarady. Całość jest najwyraźniej zaprojektowana przez jakiegoś malarza czy malarzy, bardzo dobra pod względem kolorystycznym. Publiczność rozgorączkowana. Mój sąsiad, ten, co marudził, słysząc jak udzielam objaśnień mojej żonie, sam domaga się wyjaśnień. Wygłaszam je wobec tego do wszystkich w postaci zwięzłych zapowiedzi, gdyż oddziały dość szybko migają nam przed oczami. Najpierw idą tarczownicy z czasów piastowskich, za nimi drużyna konna, potem dwa oddziały z XV w.: pieszy (ten złożony z pawężników i kuszników) oraz konny (świetny). Doskonale prezentuje się oddział piechoty łanowej. Widzę Skrzetuskiego! - woła jeden z mych sąsiadów. I Wołodyjowskiego? A Zagłoba jest? - pytają go dalej stojący. Okrzyki te, jak się okazuje, wywołuje oddział husarii. [...]
Po krótkiej przerwie przechodzą szkoły oficerskie. Wszystkie prezentują się bardzo dobrze. Mundury bez wyjątku zgrabne, niektóre dokładnie według dawnych wzorów (lotnicze, strzelców podhalańskich), inne nawiązujące do tradycji wojennych (czerwone berety komandosów). Nowy krok wolny od przesady, która wkradła się do wojska polskiego za wzorem pruskim. Przejeżdżają oddziały komandosów, obrony wybrzeża, artyleria, czołgi, rakiety. Mój sąsiad, ten, co marudził, już zupełnie pokorny, wysłuchuje wraz z moją żoną wyjaśnień, które pozwalają mu odróżnić transportery opancerzone i działa samobieżne od czołgów. Nb. czołgi lekkie i średnie. (Ciężkie przypuszczalnie zniszczyłyby nawierzchnię). Znamienne reakcje publiczności. Wyczuwa się, że publiczność chciałaby się cieszyć, ale nie śmie. Czasem, zwłaszcza na wezwanie spikera, zrywają się krótkie oklaski, ale zaraz gasną. Wymowa tego zachowania jest w gruncie rzeczy rozdzierająca. [...] Po godz. 11 kończy się defilada wojskowa i część publiczności zaczyna się rozchodzić. Rusza defilada młodzieży i sportowców. (Z gazet dowiaduję się, że jechał w niej tort z młodych dziewcząt w rodzaju tych, jakimi popisywano się w berlińskich music-hallach około 1900 roku). Wracamy z żoną do domu. [...]

Zbigniew Raszewski, Raptularz 1965-1967, Znak 1996, s. 182-184.