Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przybyszewska Stanisława. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przybyszewska Stanisława. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 kwietnia 2013

Odcinek 668: Stanisława Przybyszewska, 1928 rok

List Stanisławy Przybyszewskiej do Iwi Bennet

20 kwietnia 1928 roku

Thea von Harbou.
[...] Przytrafiło mi się właśnie coś okropnego, o czym muszę przynajmniej opowiedzieć. Wszystko stało się przez to, że byłam bogata. Zgadza się przecież, że bogactwo oznacza niebezpieczeństwo i nie jest zgoła wielkim szczęściem, jak chciałoby się mniemać. A więc byłam dziś tak bogata, że mogłam nawet pójść do kina. Le cinema, j'en raffole [kino, szaleję za nim], prawdopodobnie właśnie z masochistycznych pobudek, że z każdego filmu tę odrobinę piękna należy najpierw mozolnie wygrzebać z gór odpadków, a nawet wtedy uzupełnić. Bo tutaj grają prawie wyłącznie filmy niemieckie i amerykańskie, w których happy endings jest obowiązkowe, jakkolwiek erotyczna słodycz stanowi sprawę główną i nawet reżyseria nie jest bezbłędna. Oczywiście filmy niemieckie nie są tak podłe jak amerykańskie; za to libretta do najlepszych filmów niemieckich, tych Langa, sporządza jego żona, osławiona Thea von Harbou. Kobieta ta nie napisała w życiu jednego wiersza; jej zawód to kraść dzieła innych i zabijać je; z martwych zwłok robi potem bezkształtne purée, które jako powieść i scenariusz filmowy wywołują następnie u publiczności zgorszenie. Czy oglądałaś — zresztą zarówno zadziwiającą, jak i żałosną Metropolis? Czy wiesz, że tępota, tworząca niestety literacką treść dzieła, to zamienione w purée i sacharyną osłodzone zwłoki... Wellsa(!)?
Bernhard Goetzke podczas charakteryzacji.
Tak, ale nie to było przyczyną mego nieszczęścia. Od dwóch tygodni chciałam zobaczyć rzecz z Schorrsieglem, ponieważ właśnie czytałam powieść (ale prawdziwą, nie libretto). Dziś pozwoliłam sobie na to. W obrazie z Schorrsieglem głównymi osobami są dwaj mordercy: jeden jest młodym rzeźbiarzem, który z zazdrości zastrzelił swego przyjaciela — drugi starszym (ok. 56) lekarzem, u którego szuka schronienia w obcym mieście zbiegły rzeźbiarz, dręczony zaburzeniami nerwowymi; ten z kolei zabił przed wielu laty szantażystę. Lekarz — de Geer — jest bardzo szczęśliwy, znalazłszy towarzysza niedoli, tak że do pewnego stopnia trzyma go uwięzionego w swoim domu; ale on sam jest stary, a ten drugi młody — cierpi więc okropnie pod brzemieniem, którego tamten drugi zdaje się w ogóle nie wyczuwać. W powieści sprawę omawia się bardzo delikatnie, przez połowiczne aluzje, które samemu należy rozbudować. [...]
Scenariusz naturalnie pogrubia i zniekształca problem, ale pozostaje gra poszczególnych osób. I zakochałam się w Goetzkem w roli de Geera.
I cóż na to poradzić? Spotkało mnie to nagle, całkowicie nieprzygotowaną. Teraz siedzę i nie potrafię o niczym innym myśleć jak o tym cudownym białowłosym olbrzymie. Coś takiego nie przytrafiło mi się od lat dwunastu. To wręcz boli. On przecież nawet nie grał wybitnie; tylko że wtedy może nie musiałabym się zakochać. Ale był cudowny, wspaniały. Męskie piękno wzrusza mnie dość często, nawet zachwyca — jest to jednak estetyczna, intelektualna radość, najwyżej z lekkim erotycznym odcieniem. Może się wprawdzie zdarzyć, że mnie chwyci — jak powiedziałam, tak rzadko, iż od dawna uważałam się za uodpornioną. Dziwnym sposobem postacie tak na mnie oddziaływające są prawie zawsze fikcyjne. Kilka lat temu szalałam za Budowniczym Sollnessem (nie znam właściwej ortografii nazwiska), nb. nie oglądałam go na scenie! Była to jednak zaledwie namiastka; całkiem okropnie zakochana byłam natomiast jako 12-letnia dziewczyna w... Wallensteinie, także jedynie z lektury.
Jest we mnie o wiele więcej niż naturalna odraza do starości, uczucia odczuwanego przez każdego człowieka; nienawidzę wszelkiej zgrzybiałości, wywołuje ona we mnie
Bernhard Goetzke, 1927-1928 rok.
kurczowy wstręt, wykraczający poza normalność. Prawdopodobnie ta przykra odraza jest jedynie zjawiskiem pobocznym niewiarygodnej seksualnej siły przyciągania, z jaką oddziaływuje na mnie „czysta" starość. Nigdy młody mężczyzna nie potrafi podniecić mnie erotycznie; za to 50-letni może stać się dla mnie zgubą w przypadku, gdy opór zdrowego ciała nie jest przełamany w jednym punkcie. I jak Wells przenikliwie zauważył — tacy mężczyźni istnieją dzisiaj, podczas gdy przed 30 laty prawie wcale ich nie było. Nierealny, tragiczny de Geer przeniknął mnie aż do krwi. Jakby potrzebne mi było jeszcze i to rozproszenie, kiedy przecież za wszelką cenę muszę powrócić na normalny tor pracy! Tak, raz jeszcze bądź zdrowa.
Obraz ten jest niestety niekorzystnym zdjęciem (pomijając niesmaczną przesadę mimiczną), ale daje wyobrażenie o tym, jak mylący jest jedyny typ mężczyzny, który mnie wzrusza. Powiedz — ale bez ogródek — jak Tobie się on podoba? Przyciągający, obojętny, czy odpychający? Podaj, o ile to możliwe, uzasadnienie swego poglądu. Mój pęd jest zbyt silny, abym mogła go zanalizować. Nie mam pojęcia, dlaczego już sama twarz, bez postaci i sposobu życia — podnieca.
Adieu.  St.
Obecny adres: Am Weissen Turm l, I, klatka schodowa, drzwi na prawo. (Dokładne podanie miejsca jest niezbędne, gdyż w przeciwnym razie listonosz odda list u woźnego, a ten we śnie nie pomyśli o tym, aby mi go doręczyć).

Stanisława Przybyszewska, Listy, t. 3, oprac. Tomasz Lewandowski, Wydawnictwo Morskie 1985, s. 84-86.

środa, 4 kwietnia 2012

Odcinek 287: Stanisława Przybyszewska, 1921 rok

List Stanisławy Przybyszewskiej do ciotki, Heleny Barlińskiej

Poznań, 4 kwietnia 1921 roku
Stanisława Przybyszewska.
Ciociu,
Dziękuję za kartkę. Jak widzisz odpisuję zaraz i mogę mniej więcej ręczyć, że odtąd nie będę milczeć miesiącami. Uregulowałam sobie życie definitywnie, w tej właśnie formie, o której pisałam, i teraz nie tak łatwo stracę równowagę.
Jutro zaczyna się szkoła i bardzom z tego rada. Cieszę się wyraźną przychylnością naszej dyrektorki, chociaż — nawet przy moim bardzo centralnym stanowisku, co się tyczy pedagogii szkolnej — mało się z nią zgadzam. Zawieram więc zwykły kompromis, polegający na średniej arytmetycznej naszych odmiennych zapatrywań.
Smutno tu u nas, ale cicho i wiosennie. Jak Ci pisałam, medytuję nad znanymi mi osobami i bardzo mnie to jakoś „dobrze usposabia. Nie umiem znaleźć właściwego określenia do orzeczenia. I lubię jeszcze jedno: przypatrywać się ludziom, gdy nie gadają, a nie myślą wiele, np. w tramwaju lub w jakiejkolwiek poczekalni. Wówczas bardzo wiele nieinteresujących ludzi nabiera wiele mówiącego wyrazu. [...] 
Piszesz mi, Ciociu, o niedomówieniach w moich listach. Przepraszam Cię za nie, ale to się doprawdy nie da uniknąć w listownym porozumiewaniu się. Obcując osobiście, też się wielu rzeczy nie domawia, ale bezustanna styczność ułatwia milczące porozumienie. A przecież użycie słów na każdym kroku zawodzi, bo jest cała moc rzeczy, których się nie tai, a które jednak określić trudno. Nie wiem zresztą, co szczególnie miałaś na myśli, może to było po prostu jakieś niejasne wyrażenie, z których ja zresztą jestem sławna, bo mi się strasznie trudno wyjęzyczyć.
Jest mi na ogół smutno, ale nie źle, bo to właśnie taki stan trwały, łagodny i o jednolitym zabarwieniu. Wielką pociechę daje mi matematyka. Przyłączyłam do niej w ostatnich czasach anatomię, korzystając z przysłanego przez Ciebie Nusbauma [podręcznik do zoologii] i kursu medycznego. A Boy, wiesz, podoba mi się — nie wiem, czyś się nad nim zastanawiała — bo jest moim zdaniem mądry, bardzo zrównoważony i ludzki. Rozumie wiele rzeczy i podaje je tak bezinteresownie i obiektywnie. Czasem w satyrze znać absolutną odrazę i wstręt, ale i wtedy bez krzyku i wściekłości. Zresztą satyry mniej lubię. Czytam też, trzymając się zasady korzystania z wszelkiej sposobności, parę rzeczy Żuławskiego. Ale to literacik. We wszystkim taka śmieszna niedojrzałość zdolnego młodzieńca. Artysta może być dzieckiem przez całe życie, ale nie lubię tych, którzy są ośmioklasistami przez całe życie. A tych jest, zdaje mi się, najwięcej.
Gawędzę sobie, bo mam czas, a miło mi tak siedzieć i pisać do Ciebie. Dokoła mnie znowu, jak zeszłego roku, podręczniki porządnie (przez Leszka) oprawione, linia, trójkąt, cyrkiel. [...]
Byłam dni kilka temu w kinotoppie (u Was się mówi podobno iluzjon) i jestem zbudowana. Wiesz, doprawdy jest w tym coś. (Może wyciągasz stąd fatalne wnioski co do stanu mojej kultury). Przede wszystkim: dramat głupi sam w sobie jak nóżka od stołu, zupełnie bez pretensji do sztuki, a więc nie pachnie atramentem, ani kombinacjami myślowymi; Naiwne to, jak commedia dell'arte. Przedstawiający grają dobrze i znowuż w zgoła nieartystyczny sposób. A rzecz najważniejsza to to, że się  n i c  n i e  m ó w i. To nadaje przy szybkości akcji pewną wytworność nawet. No mówię Ci, zachwycona jestem kinotoppem. (To jednakże nie znaczy, żebym miała tej uciechy nadużywać.) [...] No, ale już dość. Teraz biorę się do trygonometrii, a dzisiaj ją skończę. Może zacznę sferykę. Ciociu, jeśli jest w domu ta bajeczna logika z Krakowa, to bardzo o nią proszę. A teraz ściskam wszystkich i do widzenia!
St.
[...]
Błagam, błagam o podręczniki greckie!!
Stanisława Przybyszewska, Listy, t. 1, oprac. Tomasz Lewandowski, Wydawnictwo Morskie1978, s. 40-43.