Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyboś Julian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyboś Julian. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 sierpnia 2013

Odcinek 762: Julian Przyboś, 1921 rok

List Juliana Przybosia do stryjenki, Marii z Gondkowskich Przybosiowej

Gwoźnica, dnia l sierpnia 1921 r.
Muzeum biograficzne Juliana Przybosia w Gwoźnicy.
Najdroższa Stryjeńciu!
Mnie się tutaj szalenie nudzi, bo ten malarz nie przyjechał i zapowiedział się dopiero z końcem sierpnia. Kompanów mózgowych nie ma, jeden Piękoś  był wczoraj. Z parobkami i dziewkami trudno mi się dogadać. Siedzę w cieniu albo prażę się na słońcu i deliberuję metafizycznie, bo ze względu na to kapuściane serce staram się nie skakać. I to jest jeden z powodów, który mię trzyma na miejscu. Dlatego zaraz teraz tak łapes capes nie mogę fjurnąć do Was, bo zresztą floty mi brak; może koło piętnastego? Tymczasem może nadejdzie jaka wiadomość od Jana Apostaty [brata Juliana] albo co? Nie obiecuję „istnie", bo — wie Stryjenka — co za kłopoty i osaczenia szczerzą się, by z takiej „Gwoźnice" wyźrzeć. To to nie tak hop na schodki wagonu i jazda. Ale staram się! [...]
Krowa się ocieliła, ale będą ją sprzedawać, bo trzeba oddać pieniądze za nią. I taki circulus interesów gwoźnickich.
Wczoraj była sensacja: chłop zabił siekierą babę (żonę), bo „żyje" — „chodzi" do innej dziewki „kochanki". Silne tu natury, jak przesadzone z Walhalli. Jakieś Odyny i Czernoboki. Ja się tu podpuszczam do „dziwek" i zyskuję względy (ale to piszę tylko dla Stefana!).
Władek jest pierwszoklaśny tancerz i byciar w Gwoźnicy, hula po tłukach i muzykach jak wściekły pies. Rano we wszystkie poniedziałki musi suszyć koszulinę i gacięta na słońcu. Ociec rżną w polu, aż gnaty trzeszczą, Wojciech też i Władek też, tylko ja nie.
Co by tu jeszcze donieść: aha, ten chłop z przestrzeloną nogą umarł, Wojtek Kozimorczyk żeni się z Jagą z Budy, zawitką itd.
Całuję rączki bardzo pięknie
Julian
Stefanowi ślę pozdrowienie w imię Świętego Pańskiego Dionizego.
Listy Juliana Przybosia do rodziny: 1921-1931, opracował Adam Przyboś, Wydawnictwo Literackie 1974,  s. 50-51.

niedziela, 10 lutego 2013

Odcinek 599: Julian Przyboś, 1921 rok

List Juliana Przybosia do stryjenki, Marii z Gondkowskich Przybosiowej

Kraków, 10 lutego 1921 roku
Julian Przyboś, 1925 rok.
Najdroższa Stryjeńciu!
Stefan wczoraj w wielkiej błogości cieplnej jechał i przyjechał w kompanii Jankowej. Zdziwiłem się niepomiernie i bardzo nam wszystkim było miło. Wycałowaliśmy się z dubeltówki i zaraz opedziałem Stefanowi dokumentnie, co słychać. Przede wszystkim muszę stwierdzić, że przez ten czas wielce sieroco i jak sikora zmarznięty się czułem i cieleśnie, i dusznie. Okrutnie się też z animuszem urządzamy.
Ja przez ten tydzień obłaziłem wszystkie istniejące biblioteki i nazbierałem stosy ksiąg. Siedzimy i łykamy je tomami. Aha, muszę wspomnieć ów fakt otwierania pakunów nieco emocjonalnego. Więc Stef wyciągnął słodkości piernikowe i rzekł, że dla mnie od Stryjenki. Ogromnie dziękuję i wdzięczen.
Więc studiujemy i niech Stef poświadczy, jakiego narobiłem furoru czytania i czytania aż do łez w oczach, jak zaczyniłem w dzieży naszego żywota zaczynu strawy dusznej, mówiąc obrazowo. Obecnie Stef czyta Nietzschego i powiada mi, że rośnie na fotelu w nadczłowieka. Przy herbatce (i ciastkach Stryjenki) intonujemy hymn dyjonizyjski. — Słowem: wir życia pracowitego, żywioł, rozmach i rzut twórczy. [...]
Dzisiaj idziemy na wykład o formizmie i nowych prądach literackich. Trzeba z żywymi naprzód iść, nie można kostnieć w samych starożytnych Muzach.
Książki przewyborne i w tej dziedzinie dobywamy z [Biblioteki] Jagiellońskiej, gdzie dziś złożyliśmy kaucję i będziem czytać do woli w domu, nie narażając się na przeoczenia.
Teraz nieco o sprawach żywotowych: Kupiłem skóry w konsumie, Stefan kupi jutro. Sądzę, że się opłaca 350 mk kilo, choć nieszczególną wybrałem wskutek pośpiechu i dyletantyzmu w znawstwie spraw szewskich.
Z p[anią] P[ocieszyną] żyjemy w największej harmonii, żywieni w zamian cale suto, co Stefan musiał kolorystycznie zilustrować, a raczej powiedziałbym: empirycznie, bo opowiada, że się doma odżywił i z Bakchem był za pan brat. Żałuję, żem nie był, ale nie cofnąć przeszłości.
Jan na razie zniknął nam z oka; spotkamy się zapewne w niedzielę. Podobno przepoczwarczył się w uczonego taktykologa, bardzo mu to do brody — te, do twarzy. Stefan opedział mię dokładniusieńko o rzeszowskich przypadkach i wszystko wiem.
Gdy zajdzie nowy nurt żywotnych ciekawości, nie omieszkam wszytce wypisać.
Całuję bardzo rączki. Wszem wobec ucałowania!
Julian
Listy Juliana Przybosia do rodziny: 1921-1931, opracował Adam Przyboś, Wydawnictwo Literackie 1974, s. 30-32.

piątek, 7 października 2011

Odcinek 107: Julian Przyboś, 1943 rok

List Juliana Przybosia do Wacława Kubackiego

Gwoźnica, 7 października 1943 roku
Kochany Wacławie!
Twój dar zastał mnie w łóżku wygrzewającego grypę i marzącego o takiej właśnie wspaniałej lekturze. By Ci się odwzajemnić za „Pana Tadeusza”, musiałbym Ci chyba ofiarować „Wojnę i pokój” równie wielkie dzieło (choć nie wiadomo – jak każda powieść – po co pisane) („Pan Tadeusz” jak „Iliada” – wiadomo: dla zabawy). Za ogromny więc dar odwdzięczając się drobniutko, przepisuję Ci trochę mojej – tej wojennej – liryki.
Pewnie nie wiesz o tym, że ja „wówczas” [1940 rok] prawie przez cały rok nie zajmowałem się oficjalnie niczym innym, jak Mickiewiczem; przygotowałem i kierowałem urządzeniem Wystawy Mickiewiczowskiej we Lwowie, najpiękniejszej i najokazalszej, jaką oczy ludzkie na tym świecie oglądały. Lwów jest pierwszym miastem – Paryż drugim – w którym skupiono najwięcej rękopisów i pamiątek po M[ickiewiczu]. Przed wojną schronił się w Ossolineum rękopis Dzikowski, pieściłem go wielokrotnie, byłem świadkiem jego konserwacji i sporządzenia pięknej oprawy (przez znakomitego artystę-introligatora), na protokołach tych czynności widnieje m.in. mój podpis. Od tych czasów datuje się moje znawstwo i wielka miłość dla twórcy „Dziadów”. [...]
Rękopis „Pana Tadeusza” należący niegdyś do rodziny
Tarnowskich z Dzikowa i specjalna szkatułka z mahoniu
i kości słoniowej do jego przechowywania.
Ale rzeczywistość skrzeczy i liczę się z jeszcze jedną wojenną zimą; trzeba się zaopatrzyć, zebrać zapasy, kupić zboże, nie chcąc sprzedawać garderoby, chcę zdobyć pieniądze – w sposób bardziej produkcyjny, niebolesny. Chcę w b.r. – anno 1943 – wydać tom wierszy. Nakład w ilości 10 egzemplarzy rękopiśmiennych, z okładką sporządzoną przez artystę-malarza (znajdę takiego lub taką w Krakowie). Wybrałbym 20 liryk wojennych, każdy egzemplarz zawierałby śród tych samych 19-u – jeden utwór inny – każda okładka miałaby inną kompozycje. Tytuł ten sam: „Póki my żyjemy”. Co Ty o tym myślisz? Czy znalazłoby się 10 ludzi, którzy by byli skłonni wydać po np. 300 zł za tomik? Czekam na Twoją radę i zabieram się do „edycji”.
W tej chwili obudziła się Wandeczka i zaraz zacznie swoją poranną huśtawkę – kiedyż Ci przepiszę wiersze!
Serdecznie Cię ściskam, Pani Twojej się kłaniam
Jul[ian]

Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, Oficyna Wydawnicza C&S 1993, s. 139–140.