Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prus Bolesław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prus Bolesław. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 sierpnia 2014

Odcinek 1148: Bolesław Prus, 1895 rok

List Bolesława Prusa do żony, Oktawii

22 sierpnia 1895 roku 
Paryska ulica około 1895 roku.
Mój miły Ptaszeczku!
Na próżno czekam na liścik od Ciebie: widać, że do Paryża jeszcze gorzej chodzą poczty, aniżeli do Szwajcarii.
Siedzę tu już tydzień i — może posiedzę do końca sierpnia, czyli jeszcze z tydzień. Kto widział jedno duże miasto, ma wyobrażenie o innych i nie potrzebuje już zbyt głębokich robić studiów.
Paryż nie imponuje mi. Wszystko tu olbrzymie: ulice po kilka wiorst, place niby pola, domy po 6 pięter, pomniki jak domy, nareszcie wieża Eiffla!... Ale te ulice są brudne i śmierdzą, kamienice podobne do siebie jak krople wody i nudne.
Na bulwarze, mal. Jean Béraud, 1895 r.
Zdumiewa ruch na bulwarach środkowych, od kościoła Magdaleny do bram: St. Martin i St. Denis. Istotnie — ludzi i powozów tyle, jak u nas przy powrocie z wyścigów. Ale i to prędko nuży.
Sklepy są pyszne, ale — znowu po berlińskich nie bardzo imponują.
Słowem: Drezno jest milsze od Paryża, Norymberga ciekawsza, Berlin rozmaitszy pod względem budowli. Budownictwo paryskie prywatne, istotnie mizerne, przynajmniej z prawej strony Sekwany. Gmachy publiczne są wielkie, ale... ustępują mniejszym, drezdeńskim!...
Jestem kompletnie rozczarowany, choć zbiory są tu pyszne i wysoka cywilizacja. Ażeby jednak to poznać, musiałbym tu siedzieć miesiące.
W rezultacie popatrzę jeszcze na to i owo, kupię parę książek i w końcu sierpnia, z Bożą pomocą, wracam do domeczku. Wszystko to ładne, piękne, pouczające, ale — nie zastąpi mi Ciebie i naszego kochanego domeczku. Wierz mi, wierz mi, że w domu i w kraju najlepiej.
Całuję Ci rączki i nóżki. Psujaka ściskam, wszystkich pozdrawiam.
Twój
A. 

Paryż, (napisałem to, ażeby Ci zaimponować!) 
Adres: Paris, Avenue du Tróne, N 2. 
Dr J. Zieliński pour Al. Gł.
Bolesław Prus, Listy, oprac. Krystyna Tokarzówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1959, s. 246-247. 

niedziela, 27 kwietnia 2014

Odcinek 1031: Bolesław Prus, 1884 rok

„Kronika tygodniowa” Bolesława Prusa

„Kurier Warszawski, 27 kwietnia 1884 roku
[...] Następną nowość, także znaną, stanowi pewna szwaczka, która umarła z głodu. Pani zapytuje, gdzie?... Tu, w Warszawie.
Utrzymywała matkę i zarabiała 12 rs miesięcznie, naturalnie z szycia. Gdyby z nierządu, mogłaby zarobić 120 rs miesięcznie i utrzymywać zamiast jednej prawdziwej – kilka sztucznych matek.
Z owych 12 rs urwano jej w ostatnim miesiącu sześć. Dziewczyna zaczęła karmić się chlebem, no – i umarła, zgodnie z zasadami fizjologii, które opiewają, że człowiek oprócz chleba powinien jeszcze jadać mięso, mleko itd.
Nie myślę się rozczulać nad dolą tej niebogi, rozumiejąc, że śmierć z głodu w ciągu kilku dni jest dobrym interesem dla człowieka skazanego na umieranie z głodu przez kilka czy kilkanaście lat. Trafił się tu jednak szczególny wypadek.
W tym samym czasie, kiedy dogorywała szwaczka, doniosły dzienniki, że do Warszawy przybyła aż z Włoch kwiaciarka z matką i rodziną. Nie ma ona przecie zamiaru wyrabiać u nas sztucznych kwiatów, które „dzięki pomyślnemu rozwojowi tej gałęzi przemysłu” stanowią jeden więcej mostek do śmierci głodowej, ale – chce sprzedawać po ulicach bukieciki z naturalnych kwiatów, jak się to praktykuje we Francji, Włoszech, zresztą w całej Europie.
Weneckie kwiaciarki, mal. Antonio Paoletti.
Urząd takich kwiaciarek nie jest u nas nowością. Od kilku już lat widujemy kobiety wołające na chodnikach:
– Może pan kupi fiołków?... Nie? To może kalendarzyk kieszonkowy albo paczkę zapałek?...
Damy te jednak, może skutkiem ciągłego obcowania z kwiatami, tak mocno pokochały naturę, że nawet same siebie nie chcą wynaturzać za pomocą mydła i grzebienia, co trochę psuło ludziom smak do bukietów. Najczęściej zaś myjąca się między nimi miała znowu słabość karmić niemowlę i odsłaniać przy tym całą sumę wdzięków wprawdzie bardzo czcigodnych, lecz stanowiących nader posępne tło dla pączków róż, które były artykułem jej handlu.
Słowem, do sprzedawania kwiatów brało się u nas wszystko, co było starym, niezgrabnym, obwisłym i nie umytym. I dopiero owa włoska kwiaciareczka ma reprezentować u nas młodość, wdzięk i schludną odzież, co z pewnością zapewni jej pokaźny dochód.
Pytanie: dlaczego u nas młode i ładne dziewczęta, umierające z głodu nad maszynami do szycia, nie wzięły się do sprzedaży kwiatów? A – gdyż ten rodzaj zajęcia uważa się u nas za „nieprzyzwoity”. „Nieprzyzwoitość” zaś jest tak strasznym piętnem, że słyszałem o pewnym młodzieńcu, który wolał wyzyskiwać ubogą matkę, a nawet fałszować weksle, niż wziąć się do jakiej prostej roboty, która dla człowieka jego urodzenia była „nieprzyzwoitą”.
Jest to jedna z przyczyn, dla której do kraju przyjeżdżają cudzoziemcy nie obeznani z miejscowymi stosunkami i mimo to znajdują zajęcie, a jeżeli nie znajdują, to tworzą je sobie – i – robią majątki, podczas gdy ludzie miejscowi umierają z głodu, z przeszkodami lub bez przeszkód. [...]
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 1, oprac. Stanisław Fita, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 191–192.

sobota, 18 maja 2013

Odcinek 695: Bolesław Prus, 1875 rok


Kronika tygodniowa Bolesława Prusa

„Kurier Warszawski” nr 105; 18 maja 1875 roku
Ktoś był u mnie z prośbą o napisanie do „Kuriera” artykułu w rodzaju reklamy; dla kogo?... dla szpitala na Pradze.
Ani o wieku, ani o płci, ani o kondycji, ani o innych znakach szczególnych ktosia popierającego szpital praski nic nie wiem, rysopisu więc jego nie będę mógł przekazać najodleglejszej potomności. Natomiast z pozostawionej mi notatki dowiaduję się, że szpital praski jest przytułkiem dla wszelkiego rodzaju biedaków, że ma bardzo szczupłe fundusze i – że bardzo wiele zależy mu na tym, aby na mającą się odbyć w końcu maja loterią fantową publiczność zgromadziła się licznie.
Katedra św. Floriana na Pradze i zabudowania Szpitala Praskiego (z lewej), I poł. XX w.
Jakąż ja ci reklamę napiszę, uboga, a niekiedy ostatnia na tej ziemi gospodo ubogich i chorych? Powiem chyba na los szczęścia damom, że w czasie loterii deszcz nie zmoczy jedwabnych i gazowych sukien ani uszkodzi tynku, jakim pełnoletnie piękności przed niedyskretnymi spojrzeniami zabezpieczają swoje czarowne wdzięki.
Powiem wybladłym i ledwie na cienkich nożętach trzymającym się warszawskim frantom, że wśród zieleni młodych wierzb będą mogli zobaczyć, ale tylko zobaczyć, zdrowe (uf!) i czerstwe praskie dzierlatki w towarzystwie ojców i wujów bardzo biegle posługujących się dość smagłymi laskami. Powiem w końcu synom ordynarnego pospólstwa, że w czasie już tyle razy cytowanej loterii na szpital będą mogli wygrać niewinną i cienkoruną owieczkę lub dojną krówkę ze złoconymi rogami. Że będą mogli ścigać się w workach, zlatywać z welocypedów, podziwiać ognie sztuczne i przysłuchać się tak mile wpadającym w ucho strzałom armatnim. Powiem im wreszcie, aby czy tak, czy owak nie skąpili grosza na rzecz instytucji, do której każdy z nich dziś lub jutro zawinąć może. [...]
Duszą wszelkich filantropijnych rozrywek jest dobroczynność, której największe dozy matka natura umieściła w sercach dam naszych, do nich więc najenergiczniej odwołać się wypada.
O piękne panie! Wy, które nie wahacie się narażać na fluksją i reumatyzm podczas kwest wielkotygodniowych; wy, które tak chętnie płacicie nawet po 75 rubli srebrem za kapelusik, którego największą i najdroższą ozdobę stanowi zamiar przyjścia z pomocą podupadłej rodzinie dobrego tonu; wy, które sprowadzacie lekarzy dla chorych na niestrawność piesków waszych – raczcie się też zająć między innymi losem szpitala praskiego. Wszakże to w nim przytułek znaleźć może ten z kwiatkiem w dziurce u surduta elegant, który dla okazania gawiedzi swoich rozległych stosunków kłania się waszym powozom. Wszakże to stamtąd wyjedzie kiedyś na wiekuisty spoczynek ten eks-lokaj lub eks-stangret, który rozpróżniaczyl się i zniedołężnial we fraku ozdobionym guzikami uświetnionymi waszą cyfrą i herbem. Wszakże to tam sił do nowej pracy nabierać będzie ta szwaczka, która was stroi, a która niekiedy pół roku dopominać się musi o zwrot kilku rubli u chlebodawczyń swoich, zbyt zajętych czynami filantropijnymi, aby o podobnych drobiazgach pamiętać miały...
Wyczerpałem już wszelkie środki reklamy, lecz widzę ze smutkiem, że nie przydadzą się one do zapełnienia pustej kasy. O biedny szpitalu praski!
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 35–37.

środa, 27 czerwca 2012

Odcinek 371: Bolesław Prus, 1908 rok


„Kronika tygodniowa” Bolesława Prusa

„Tygodnik Ilustrowany” nr 26, 27 czerwca 1908 roku
[...] Już nie pamiętam, kiedy Warszawa, rumieniąc się i skromnie spuszczając oczy, wyszeptała po raz pierwszy: „Spodziewam się... tramwajów elektrycznych.” No i owo „spodziewanie się” trwało tak długo, że przez ten czas mogło przyjść na świat ze dwadzieścia słoni i ze cztery wieloryby...
Nareszcie zaczął zbliżać się „moment”... Więc naprzód wykopano stare bruki, a następnie ułożono je z powrotem, może być, że cokolwiek na innych miejscach. Potem zaczęto naprawiać stare szyny tramwajowe, ażeby wnet uprzątnąć je i zastąpić nowymi. Później – na najruchliwszych ulicach miasta – wyrosły niby kilkupiętrowe szubienice i zaczęło robić się ciemno z powodu napowietrznych drutów, tworzących coś pośredniego między siecią rybacką a olbrzymim parasolem...
Wkrótce zapowiedziano, że ruch elektrowozów rozpocznie się niebawem, następnie zrobiono poprawkę, że ruch jeszcze się nie zacznie. Potem odbyło się poświęcenie i pierwsze próby elektrowozów w remizach i na przyległych podwórkach... A potem zaczęto sobie życzyć z powodu rozmaitych uroczystości:
– Bodajbyś doczekał wypuszczenia tramwajów elektrycznych!...
Wtem... któż zdoła opisać zaciekawienie, radość i dumę warszawiaków, kiedy pewnego dnia rozeszła się wiadomość, że elektrowozy nareszcie wyjechały na ulicę... [...]
Kiedy pierwszy raz pokazały się olbrzymie, niby meblowe, wozy bez koni publiczność skupiła się na chodnikach tak gęsto, jak w czasie przejazdu nieboszczyka szacha perskiego. A kiedy pierwszy raz pozwolono dostać się do wnętrza, ludzie pchali się, jak po bilety loteryjne. I przez kilka dni należało do szyku, jeżeli mógł kto powiedzieć o sobie:
– Jechałem tramwajem elektrycznym!
Tramwaje elektryczne
na ul. Marszałkowskiej,
przed 1914 rokiem.
Takich szczęśliwców pokazywano palcami na ulicach.
[...] Publiczność z najwyższym zachwytem, z najgłębszą tkliwością powitała nowo narodzone dziecię Warszawy, myśląc: jaką by mu dać najpiękniejszą mamkę, najhigieniczniejszy smoczek, najładniej haftowane pieluszki. Aż tu naraz – ukochane niemowlę na jednej ulicy potrąca stójkowego, na drugiej obala stróża, tam kaleczy chłopca, ówdzie łamie rękę staruszce, a wreszcie – na czysto zabija kilka osób... Trudno też dziwić się, że wystraszona publiczność jednym głosem zaczęła wołać:
– Gwałtu!... ależ to nie jest niemowlę... to nie nadzieja miasta!... To rozjuszony tygrys... wściekły hipopotam... to gilotyna!...
Istotnie trochę za dużo krwi popłynęło na elektrowozowych chrzcinach. [...] Nasze elektrowozy w pierwszych dniach istnienia zapomniały o prawie stopniowego rozwoju, o konieczności tego, ażeby mieszkańcy Warszawy stopniowo przywykli do wielkich prędkości, lecz – od razu chciały jeździć... piętnaście wiorst na godzinę, w dodatku po ulicach ciasnych, zatłoczonych wozami, dorożkami, rowerami i automobilami, pędzącymi tak prędko, jak gdyby pragnęły w najkrótszym czasie dojechać do przystanku Jana Bożego.
Nie wątpię, że kiedyś elektrowozy będą u nas biegały po piętnaście wiorst, pod tym jednak warunkiem, że zaczną od ośmiu lub dziesięciu wiorst i prędkość tę będą powiększały bardzo stopniowo, może w przeciągu kilku miesięcy. Tymczasem miło mi zaznaczyć, że szalona jazda tramwajów elektrycznych osłabła, a jednocześnie ucichły wieści o przejechaniach. [...]
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 2, oprac. Stanisław Fita, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 193–195.

niedziela, 20 maja 2012

Odcinek 333: Bolesław Prus, 1895 rok

List Bolesława Prusa do żony, Oktawii

20 maja 1895 roku
Bolesław Prus w 1887 roku.
Moja miła Laluniu!
Piszę 20-go maja, o godz. 11 ½ w nocy, po powrocie... z W e n e c j i!... Tak jest. Około Tiergartenu jest ogromny plac zabudowany a la Venezia, pt. Wystawa włoska. Są tam wina, muzykanci, strażnicy, kwieciarki, kanały, gondole itd. — włoskie. I naprawdę można mieć złudzenie, że się jest jeżeli nie w Wenecji, to przynajmniej w jakimś włoskim Lubartowie.
Onegdaj zaś byłem ani mniej, ani więcej, tylko na... okręcie na morzu!... Jest to panorama tak łudząca, że na widok owego morza w pierwszej chwili cofnąłem się. Wnet jednak opanowany przez widziadło zapomniałem nie tylko o sobie, ale nawet o moich nerwach.
Boże mój, cóż to za cudowny widok morze, choć znam je tylko z panoramy! Sto razy czytaliśmy jego opisy i — żaden nie daje najlżejszego pojęcia. Jest to tak nowy świat wrażeń, że naprawdę można tylko uklęknąć, gdyby to godziło się z moim wiekiem.
Berlin, Friedrichstrasse między 1895 a 1900r.
Moje Złoto! Owa zagranica strasznie mi oczy otwiera. My strasznie jesteśmy biedni i żyjemy jak krety wobec ucywilizowanego świata. Powtarzam Ci: wiedziałem, że zobaczę coś nowego, ale o tylu i takich nowościach nie miałem pojęcia. A dziś o jednym tylko myślę: ażeby, daj Boże, za rok Tobie te cuda pokazać.
Dziś przeniosłem się do Charlottenburga. Mam pokoik czysty, elegancki, naprzeciw ogrodów, za... jedną markę na dzień! A jaka to ładna okolica... Wyobraź sobie mnóstwo ogrodów, pociętych lipowymi alejami jak w Puławach, a wśród tego — gmachy i pałacyki, koleje, tramwaje itd. Kończę, bo późno i nie skończyłbym pisać. Donoś mi o wszystkim drobiazgowo. Całuję Twoje rączki i nóżki. Psujaka [wychowanka, Emila Trembińskiego] ściskam i proszę Boga, ażeby pozwolił mi wywieźć Was...
Twój Al.
Adres: Charlottenburg bei Berlin Bismarckstrasse, 7. Al. Gł.
verte!
Nb. Wstąp do biura Wacka i powiedz, że zastanie jeszcze we Fri[e]drichshofie (hotel, Fri[e]drichstrasse) Gebet[h]nera, który Go do mnie dowiezie. Wacek może też mieszkać w Charlottenburgu, gdzie jest tani hotel i dużo mieszkań prywatnych.
Nb. 2. A jakie podłe jedzenie... Eleyson!...
List odebrałem; nóżki Tobie całuję.
Bolesław Prus, Listy, oprac. Krystyna Tokarzówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1959, s. 214-215.