Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poświatowska Halina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poświatowska Halina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2014

Odcinek 1131: Halina Poświatowska, 1958 rok

List Haliny Poświatowskiej do Ireneusza Morawskiego

wtorek [Jastarnia 5 sierpnia 1958 roku]
Halina Poświatowska.
chcesz zobaczyć, jak pachnie wiatr nad morzem czy jak moja skóra trochę słona trochę brązowa — pod nią niespokojne serce. Roztrzepotana mucha na lepie — motyl trzymany za skrzydło — wysoki pień sosny — bardzo kulista łagodna przestrzeń, w którą zachodzi słońce. Myślisz, że odnajdziemy tę chwilę — taką zwykłą nie przeganianą pośpiechem —
Ja nie wiem — ja wątpię, jak po trochu we wszystko, dlatego nie mogę się ucieszyć — dlatego nie mogę napisać — przyjdź — Zrób, jak zechcesz —
te ostatnie dni, kiedy trzeba trzymać w kupie całą rodzinę, nie są najłatwiejsze — z mamą całkiem kiepsko — [...] O motylach już wiesz — fruwają całe stada — na ścieżce ktoś rozdeptał gąsienicę. Byłam zmartwiona — do tego stopnia, że różni zaczęli mnie pocieszać — i pytali dlaczego? Przecież nie powiem, że to o tę gąsienicę — zieloną w brązowe paski — zdechłą. [...]
Trzeba się rozumnie zaciekawić swoją własną przyszłością i wreszcie raz tam wglądnąć. Już jestem spokojniejsza — a z tego okrętu prawdopodobnie będę patrzyła jak kawałek kamyka. Wstyd mi, że to tak monumentalnie wypada i że tyle sensacji — dla bliźnich. [...]
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 70.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Odcinek 892: Halina Poświatowska, 1963 rok

List Haliny Poświatowskiej do Caroline Karpinski

[Nałęczów] 9 grudnia 1963 roku
Sanatorium w Nałęczowie.
Kochana Caroline,
Święta już niedługo, a ja Ci jeszcze nie przesłałam życzeń i teraz nie wiem, czy zdążą przed Świętami. Pojechała do Ciebie także rosyjska książka z obrazkami i tłumaczenie angielskie też tam jest, piszę, żebyś je odnalazła. Przyjdzie gdzieś w połowie lutego pieszo przez ocean.
Mieszka mi się w sanatorium w Nałęczowie, gdzie wysłał mnie bardzo sprytnie profesor, żebym mu nie zawracała głowy w Krakowie, i chyba dobrze zrobił, bo odpoczywa mi się tu znakomicie i po trzech tygodniach pobytu powinnam chyba czuć się dużo lepiej. Moje serce musi się poprawić, bo przecież przyrzekłam Ci, że będę zupełnie zdrowa w przyszłe lato i że będziemy mogły iść sobie w Polskę.
Sanatorium jak to sanatorium, odludne i nieciekawe, grubi panowie zajmują wszystkie fotele, widok raczej przygnębiający estetycznie. Ja siedzę przy stole z rzeźnikiem (grubym) chorym na cukrzycę i z jednym tkaczem z fabryki płócien. To nie pornografia, to taki zawód, i wyobraź sobie, że obydwóm się podobam. Rzeźnik zresztą miły, bo ze względu na tę jego cukrzycę można zjadać wszystkie ciastka za niego. W pokoju mam babcię, chudziutką i okrutnie nudną, z jakimiś tam nerwicami... wietrzę ją przymusowo i staram się nie reagować na jej pojękiwania. Poza tym działam na niwie naukowej, bo tłumaczę koledze książeczkę Ducassa o przyczynowości. Tłumaczę już tydzień, a jeszcze potłumaczę ze dwa, ciężko zarabiać ten grosz.
Jeszcze jedna dobra nowina to to, że dostałam jednak staż na Uniwersytecie, wprawdzie nie przy filozofii, ale przy Zakładzie Filozofii Przyrody, niemniej to bardzo dobrze. Pracy mnóstwo, bo teraz już muszę nauczyć się całej matematyki i fizyki, tam siedzą sami fizycy, ale za to tysiąc złotych miesięcznie wpływa, no i jest nadzieja na asystenturę. To już w przyszłym roku. [...]
Halina Poświatowska.
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 285-286.

sobota, 9 listopada 2013

Odcinek 862: Halina Poświatowska, 1966 rok

List Haliny Poświatowskiej do Caroline Karpinski

[Paryż] 9 listopada 1966 roku 
Halina Poświatowska.
Caroline Kochanie!
List będzie po polsku, bo i deszcz polski (ach, jaki deszcz), i chandra (being blue) też polska, i Paryż właściwie polski z wszystkimi rodakami, co się po nim pętają, nie bardzo wiedząc po co i dlaczego. Lepiej się mam, pewnie, że lepiej, muzea dzielę sobie na parcele, zupełnie jak komuniści majątki ziemskie, i mówię sobie: dzisiaj tylko to — nie wolno być za bogatym, bo to brzydko i niesprawiedliwie. Coś w tym jest. Naraz rzeczywiście nie da się chyba cieszyć ani ogromnym majątkiem, ani niezmiernymi zbiorami. A jeśli się cieszy, to to nie jest rzecz realna, ale matematyka — abstrakcja czyli. Cyfry pozostają, ilość posiadanych dochodów (w cyfrach), ilość przemaszerowanych sal. Widzisz, tak oto sprytnie i filozoficznie leczę sobie zdrowotne kompleksy.
Więc miesiąc mamy już poza sobą, pozostały tylko trzy (cyfrą: 3) tygodnie. Dużo czy mało? Hm... Mało, jak na Paryż i na to, co by się chciało jeszcze zobaczyć [...] zakupiłam sobie już około dwudziestu książek, w których grzebię podczas przymusowego siedzenia w pokoju. Kupię jeszcze parę i straszną mam ochotę sprawić sobie kilka płyt, które są zupełnie tanie (osiem franków sztuka), tylko, na miłość boską, niech ten Strzetelski przyśle obiecane pieniądze. W liście napisał, że wyśle je pierwszego listopada, jak na razie jeszcze nic nie przyszło; czy myślisz, że mógł zapomnieć?! I czy, Kochanie, nie byłoby niegrzecznie, gdybyś Ty jeszcze raz do niego zadzwoniła i powiedziała, że będą mi bardzo potrzebne w końcu miesiąca i że bardzo proszę, żeby wysłali. Ja do niego napiszę także, ale może on nie czyta sam listów, ale telefon i list — to powinno być razem skuteczniejsze. Ja już naprawdę nie oszczędzam na jedzeniu i jem ile tylko mogę — znoszę sobie do chałupy całe kilogramy owoców i nawet ostatnio zaczęłam chodzić na bardzo fajne steki. I do kina maszeruję, żeby się trochę osłuchać z francuskim, i dziewczyny w hotelu zaczepiam (niech się męczą, myślę) i gadam z nimi, oczywiście po francusku. Chciałabym jeszcze pójść koniecznie do Muzeum d'Homme i do Comédie Française - pewnie powinno mi się udać. [...] Poezji warto by sobie też trochę kupić. Ale żeby mi się te marzenia spełniły, to muszę poczekać na przesyłkę Strzetelskiego.
Paryż, Galeria Lafayette, 1965 r.
A propos Kosińskiego jeszcze... po przeczytaniu podarłam tę książkę i wrzuciłam do kosza na śmieci. Pameli nie napisałam na ten temat nic. Zagniewana na mnie, że mam takie złe gusta w literaturze, no cóż, nie będę przecież kłamała, żeby się smarkatej podobać. Źle jest nie mieć pieniędzy, ale zaczynam się zastanawiać, czy nie gorzej jeszcze, jeśli się ich ma za wiele. Bo niewątpliwie płaszczyzną porozumienia pomiędzy nią a Kosińskim jest ten sam standard życiowy: są bogaci. I jakże się tu wtrącać. Kosiński jest bogaty, a zatem musi być genialnym pisarzem, sylogizm prosty i, niestety, Kochanie, bardzo amerykański. Głupia smarkata, może zmądrzeje jeszcze, a jeśli nie, no to trudno. Do panny Mary napiszę — z ręką na sercu, natychmiast — i prześlę Ci mnóstwo uścisków, i jeśli znajdę — to kupię Ci ten krem do rąk, co Ci się tak podobał, chyba że byłby kolosalnie drogi, to wtedy nie kupię. A teraz całuję Cię mocno, bądź zdrowa,
Kochanie, i jeśli będziesz miała chwilę czasu, to napisz parę słów do mnie jeszcze.


With much love — Halina

PS. Thank you so much for sending me shoes — I shall let you know, when they come. Will be most welcomed — it rains so much! [Dziękuję bardzo za wystanie butów — dam Ci znać, kiedy nadejdą. Będą bardzo mile widziane — bez przerwy pada!]
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 406-407.

wtorek, 21 maja 2013

Odcinek 698: Halina Poświatowska, 1958 rok

List Haliny Poświatowskiej do Ireneusza Morawskiego

[Częstochowa, 21/22 V 1958 roku]
Halina Poświatowska.
I
Czasami całuję listy, ale coraz rzadziej, właściwie zupełnie rzadko. Pocałowałam Twój list, bardzo mocno pocałowałam i położyłam pod poduszką, co jest czynnością zgoła głupią, zważywszy, że się temu przyglądam z boku. Ale przecież mówiłam już, że kocham każdy Twój list, każdy osobno i chyba także osobno od Ciebie. Pewnie dlatego, że Twoje listy są jak wspaniałomyślne lustro, można się w nich przeglądać.

II
W nocy.
Jestem taka strasznie sama z wiatrem i wiem, że na próżno mówię do Ciebie, bo przecież Ciebie nie ma. Chciałabym być skrzypieniem tej tarmoszonej furtki, jakimś umarłym drzewem, które sobie istnieje, gada, które jest dotykane, które przechytrzyło śmierć, które nie musi zasypiać ani budzić się, ani głupieć, ani mądrzeć. Chciałabym uciec od siebie w wiatr albo w Twoje ręce.

III
Edgar Degas, Tancerki w zółtych sukienkach.
Musisz być — nie za daleko, nie tak strasznie daleko, że nigdzie. To już chyba niedługo, myślę, że niedługo, bo nie przyglądałabym się w takim napięciu chwilom, nie pragnęłabym ich tak zachłannie. Jest tylko wiatr i wieczny ruch, i dławiący niepokój. Jest szybkie, bezbolesne więdnięcie kwiatów, umieranie kociąt, które jeszcze przedtem poskarżyły się nieco. Nie lubię jutrzejszego dnia, okropnie go nie lubię. [...]
Na obrazie Degas tancerki uśmiechają się końcami pantofli — czarownica pędzi niebem, wysoko unosi cienkie kolana, a Nikifor bardzo smutny umiera na gruźlicę w szpitalu. Na spłowiałe niebo o świcie wypełzają obłoczki, to tuż nad moją głową.

Całuję Cię.
Halina
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 56-57. 

sobota, 26 stycznia 2013

Odcinek 584: Halina Poświatowska, 1958 rok

List Haliny Poświatowskiej do Anny Orłowskiej

[Częstochowa, 26 I 1958] niedziela 
Halina Poświatowska.
Anni Kochanie!
Czasem żałuję, że moja Mamcia nie ma odrobiny Twojego opanowania. Wprawdzie, gdyby posiadała owo (zważ, że piszę piękną poprawną polszczyzną), zrodziłaby córkę o równie stalowych nerwach i wtedy to już nie byłoby takie ważne. Bardzo tu ślicznie — bardzo opiekuńczo — a jednak grymaszę. Grymaszę dosłownie i jeszcze w duchu. Cóż zrobić, kiedy mi wszystko wolno. [...] Najpierw sobie przeczytałam Przybosia i Różewicza. Potem się bardzo złośliwie cieszyłam. Bo i cóż ten Przyboś — poeta tęgi — metafora błyszczy — metafora jak błyskawica — ale jedna siedzi na drugiej i z wierszyka robi się szarada. Nawet konstrukcja ścisła jak w szaradzie. Zimne to jakieś — jednym słowem, smutno być Przybosiem. Z Różewiczem inna historia — Różewicz jest bardziej ludzki — bliższy — pozwala zajrzeć w to i owo — częściej po prostu wzrusza, nie zostawia Cię z otwartą gębą — ale obses(yjny?)(jonalny?) jak Gajcy czy Baczyński — nie może zapomnieć okupacji — ma to sobie za chlubę, że nie może zapomnieć.I to męczy — przynajmniej mnie. Popatrz, jaki śliczny jest Gałczyński, że w obozie pisał tylko liryki do żony i do Johna Burtona [lekarz, Irlandczyk, z którym Gałczyński zaprzyjaźnił się w stalagu Altengrabow], i nic — chociaż starszy i pewnie więcej widział. [...] Tak to sobie w cichości ducha rozprawiam się z tymi, którzy mnie mają sądzić. Żebyśmy w razie czego nie byli sobie dłużni. [...]
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 45.

piątek, 19 października 2012

Odcinek 485: Halina Poświatowska, 1966 rok

List Haliny Poświatowskiej do Jana Adamskiego

Paryż, 19 pażdziernika 1966 roku
Halina Poświatowska.
Jaś kochany,
Znowu byłam w dwóch ślicznych muzeach, panią z jednorożcem też widziałam [...] to już razem w czterech muzeach, i Dzielnica Łacińska, moja, prawie cała przemaszerowana, to chyba dzielnie jak na tego słabszego z dwóch Kisynów, co? I jeszcze wczoraj nie byłam pewna — a dzisiaj to już wiem, że Kraków jest najpiękniejszym miastem na świecie... Żeby jeszcze klimat miał inny, żeby to taki, jak tutaj, wiesz, wiatr musi przychodzić znad samego oceanu — szeroki taki i tak się nim dobrze oddycha i — to zupełnie dziwne — mogę chodzić, męczę się, ale szybko odpoczywam i łażę dalej. Miły, dobry wiatr...
Jaś — gdzie jesteś? Tęsknię za Tobą i za tym miejscem, gdzie jesteś, dlatego musisz mi powiedzieć, gdzie i jak to jest. Jeszcze ciągle nie ma listu od Ciebie — pewnie nie może jeszcze być — a ja już chodzę koło skrzynki i zaglądam. I czekam tak bardzo i... boję się tego listu, bo jeśli będzie w nim znowu za mało, to co, to co... To nic, nie martw się, Jaś, zapalę jeszcze jedną świeczkę w Notre Damę, przejdę jeszcze jedną, może dwie ulice — usiądę gdzieś sobie, przed czym ładnym usiądę. Z parku za Luwrem przyniosłam sobie dzisiaj liść klonu — ogromny — wisi nad lustrem teraz — na ścianie. Jeszcze ich zostało dużo, szeleszczą i pachną. Smutno jest mi coś — policzyłam dni — jeszcze 40 zostało, „jeszcze czy „już tylko. Nawet tego nie wiem. Całuję Cię [...] —
Halina
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 385.

czwartek, 17 maja 2012

Odcinek 330: Halina Poświatowska, 1967 rok

List Haliny Poświatowskiej do Jana Adamskiego

Kraków, 17 maja 1967 roku

Halina Poświatowska.
Jaś Kochany, mam ochotę wyjść z tego domu i usiąść na ulicy. Mam gdzieś taki dom, w którym Ciebie nie ma. Nie lubię tego domu, nie lubię mojego parszywego serca. Chcę chodzić, chodzić, chodzić, chodzić chcę. Profesor nie daje, mówi, że coś tam jest lepiej, ale mówi tak: parę miesięcy temu to było bardzo źle. Po co tak mówi? Ja wcale nie jestem aż taka mądra, żeby się nie martwić, znowu nie aż taka cierpliwa, żeby siedzieć w kącie barłogu i czytać, kiedy tam, za oknem, ciepło i kasztany właśnie kwitną, i konwalie sprzedają na każdym rogu, i... no wiesz, co na to zrobić? [...]
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 452.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Odcinek 67: Halina Poświatowska, 1959 rok

List Haliny Poświatowskiej do Ireneusza Morawskiego, przyjaciela poetki

[Yonkers], 28 sierpnia 1959 roku
Halina Poświatowska
pomiędzy dwoma brzegami jest rozhuśtana okrutnie, żywa woda — góry lodowe płyną z powrotem do Europy — są bardzo białe, srebrzyście białe — nad nimi półkolisty ruch skrzydeł mewy. Fruwały — wiesz — a fale obijały się o boki okrętu i na próżno. Najpierw przypłynęłam, potem przyfrunęłam, a teraz każą mi czekać zgoła idiotycznie i głupio. Więc czekam bardzo pokornie. [Od przyjazdu Poświatowskiej do USA, w sierpniu, aż do października, trwały badania i konsultacje lekarzy pozwalające ustalić najwłaściwszy moment na operację.]
A jednak jest w tym coś z bezwolności manekina, takiego pajaca, który, nakręcony, dzielnie przemierza stół i w pewnym momencie spada na dół — bo stół się dziwnie skończył. Mam wiele sentymentu dla pokrzywionych pajaców — boleśnie uśmiechniętych — dla podstarzałych kolombin — cieniutkich w pasie, z podkrążonymi oczyma. Czekam — czekam — to tak jakbym chodziła w kółko po bardzo pustej, zamkniętej przestrzeni — wszystko mnie mija — przechodzi jakoś obok — i na próżno staram się schwytać cokolwiek. Nie umieraj jeszcze - umieranie wcale nie jest takie dowcipne — a przynajmniej większość ludzi posiadająca normalne [...] poczucie humoru uważa, iż jest to rzecz ciążąca ku smętkowi. Krzywią pyski na nasze dowcipy — i chwalą sobie życie — miękkie, wygodne, przypominające wspaniały, wyściełany fotel z podnóżkiem. [...] Pisz dużo, pisz dla mnie, chcę mieć to Twoje pisanie — nienawidzę wszystkich listów, które nie są Twoimi. Na ucho mogę Ci powiedzieć, że jestem sama, zupełnie sama i że się boję. Jak mysz —
Całuję Cię. Halina

Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 80.