Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pleban Danuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pleban Danuta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2014

Odcinek 1127: Danuta Pleban „Niuśka”, 1944 rok

Z dziennika Danuty Pleban „Niuśki, sanitariuszki w batalionie „Parasol”

1 sierpnia 1944 roku
Danuta Pleban „Niuśka”
Ponieważ w pełnym składzie służba sanitarna rozpoczyna pracę dopiero od wybuchu Powstania — pełnię ciągle jeszcze funkcję łączniczki. Urzęduję w mieszkaniu „Kopcia”. Podano mi dwa ogniwa systemu alarmowego, tj. od kogo mam przyjmować meldunki i komu przekazywać. Siedzę przy telefonie i czekam. O godzinie 10 wpada jak bomba do mieszkania „Zojda” i porusza sieć alarmową okrzykiem: „Powstanie!” O 14 cały oddział zbiera się w fabryce bielizny przy ul. Waliców 15, z całkowitym wyekwipowaniem. Jak nieprzytomna wybiegam na miasto, aby zdążyć jak najszybciej zawiadomić wyznaczone mi 4 punkty i samej przygotować się na czas na zbiórkę.
Całe miasto roi się od chłopców i dziewcząt dziwnie dzisiaj, w tak ciepły dzień, ubranych w grube skarpety, ciężkie buty, z plecakami na plecach. Każdy w gorączkowym pośpiechu dąży przed siebie, darząc w przelocie uśmiechem mijaną, podobną do siebie postać. Gdzieś od czasu do czasu ryknie trąbka samochodu z SS-manami, ale na nikim to dzisiaj jakoś nie robi wrażenia. Tak wielka radość rozpiera nasze serca, że chciałoby się skakać na ulicy i krzyczeć przechodniom, że wreszcie już nadeszła upragniona chwila... czujemy smak wolności! Rosjanie są już w Świdrze, więc najdalej jutro będą w Warszawie. Pozostali w Warszawie Niemcy czują się jakoś dziwnie niepewni. Stracili, tak nam się przynajmniej wydaje, swoją codzienną butę, a jej miejsce zajęły strach i panika. Długo na to czekaliśmy!
Sanitariuszki na podwórzu budynku przy ul. Mickiewicza.
Wybuch Powstania hamuje raptownie życie milionowego miasta. Syreny fabryczne wyją, ale oznacza to hasło do walki, a nie do pracy. Zdezorientowani ludzie biegną ulicami zdążając do swych domów. Tu i ówdzie rozlegają się pierwsze strzały, pokazują się młode postacie z biało-czerwonymi opaskami i literami AK na rękawach i próbują kierować zdezorientowaną ludnością. W jednej chwili dokonuje się podział: wojsko, to znaczy — my, i ludność cywilna, to jest reszta — potrzebująca na razie opieki i wyjaśnień.
W ostatniej chwili, przy akompaniamencie strzałów, dobiegam do skrzyżowania Karolkowej i Żytniej, gdzie przy Domu Starców zebrać się ma kilka oddziałów. Słyszę tylko suchy trzask wystrzałów i głos „Garbatego”: „«Niuśka» skacz!” Po chwili znajduję się wraz z wielką paką — częścią ekwipunku punktu sanitarnego — w gronie znajomych i radośnie podnieconych postaci. Wyciągają się do mnie ręce na powitanie. Ale jakże inaczej wyglądamy dzisiaj wszyscy!
Na razie panuje bałagan. Chodzimy nawołując i szukając się wzajemnie. Wreszcie prowadzą mnie do Domu Starców i w szybkim tempie zaczynamy rozlokowywać się i szykować punkt opatrunkowy. Niestety, nie zdążyłyśmy jeszcze tego uczynić, kiedy przynoszą nam już pierwszego rannego. Blada twarz wykrzywiona bólem każe przygasnąć radości. A więc tak trzeba płacić za wolność! Odzyskuję po chwili utracony spokój, ale więcej już dzisiaj śmiać się nie będę. Mija pół godziny i znów przynoszą kilku rannych. Widok ich robi na mnie silne wrażenie i wykonuję polecone mi przez „Akne” czynności zupełnie machinalnie. „Parasol” stawił się licznie. Szukam ciągle wzrokiem brata, aby upewnić się, że dotarł do nas na czas i aby odwrócić od siebie myśl, że może za chwilę zobaczę go na noszach. Zjawia się wreszcie „Skrzat” [stryjeczny brat autorki] w towarzystwie nieodłącznych kolegów „Żaka”, „Krajana” i „Garbatego” oraz kilku innych. Cieszą się, że mnie wreszcie odnaleźli, ale i na nich widok pierwszych rannych robi przykre wrażenie i szybko opuszczają punkt.
Zapada  zmrok,   a  wraz  z  nim  zaczyna   padać  deszcz. Pogoda nam nie sprzyja. Korzystam z wolnej chwili i idą do pobliskiej barykady. Szybko zbudowali ją nasi chłopcy przy pomocy ludności cywilnej z sąsiednich domów. Nareszcie jest ciemno i dzięki temu nie trzeba przy każdorazowym wychyleniu narażać się na strzał. Ale odwrotną stroną medalu jest również to, że nie widać Niemców. Ostrzeliwują nas wzdłuż Żytniej od Wolskiej. Coraz rzadziej słychać strzały. Słyszę głos „Kopcia” zwołującego swoich chłopców (2 kompania). Idą z akcją na Monopol zdobyć budynek, a z nim zmagazynowaną tam podobno przez Niemców broń. Siadam przy barykadzie na kamieniu i usiłuję uporządkować w głowie napór wrażeń dnia dzisiejszego. Panuje złowroga cisza przerywana tylko pluskiem deszczu. Zaczyna mnie ogarniać strach i zwątpienie. Pierwszy raz w życiu widziałam w krótkim czasie takie żniwo rannych. Świadomość, że mamy bardzo mało broni i że Niemcy na nasze strzały nie opuścili miasta, lecz stawiają  opór  — zasiewa  niepokój, czy cała  ta  nasza  akcja ma szansę powodzenia. Rozmyślania moje przerywają huki wystrzałów  i  gwizd  kul.   To   przywraca   poczucie  rzeczywistości. Po  co o  tym myśleć?  Trzeba  wypakować  swoją torbę  sanitarną  i  przygotować  się  do  nocnej   służby.  Od 2  w nocy do 6 rano mam z „Akne” służbę na barykadzie.
Cyt. za: Pełnić służbę... Z pamiętników i wspomnień harcerek Warszawy 1939-1945, red. Anna Zawadzka i Zofia Zawadzka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1983, s. 258-260.