Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath Sylvia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath Sylvia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 sierpnia 2014

Odcinek 1133: Sylvia Plath, 1961 rok

List Sylvii Plath do matki

Chalcot Sąuare 
Londyn, Anglia 
7 sierpnia 1961 roku
Sylvia Plath.
Droga Mamo,
(...) Perspektywa przeprowadzki z całym dobytkiem trochę mnie przeraża, ale wobec rozmiarów domu to, co posiadamy, i tak wygląda bardzo skromnie. Będziemy go musieli meblować stopniowo, pokój za pokojem. Żal mi trochę Londynu, jak zawsze, kiedy skądś wyjeżdżam, ale myślę z przyjemnością o wiejskiej ciszy i przestrzeni, jaka nas czeka w najbliższych latach. Ted jest w siódmym niebie. Nadal pracujemy na zmianę w gabinecie Merwinów — ja rano, Ted po południu — system świetnie się sprawdza, bo żadne z nas nie ma ochoty siedzieć cały dzień przy biurku.
Wszędzie zostawiłaś ślad swej obecności i dobroczynnego wpływu. Biorę po pięć witamin dziennie, codziennie po południu chodzę z Friedą na długie spacery, karmię ją siekanym mięsem i kartoflami...
Będę szczęśliwa, kiedy wprowadzimy się do tego domu i zacznę go urządzać. Jest on w zasadzie bardzo piękny, tak że na przyszłe lato przyjedziesz do uroczej wiejskiej rezydencji! Z radością myślę o próbowaniu własnych jabłek, smażeniu konfitur i oczekiwaniu na rozkwitające na naszym klombie żonkile. Myślę, że będziemy oboje  bardzo wydajnie pracować. O Włoszech nie chcę oczywiście na razie myśleć, liczę jednak, iż zdołamy odłożyć połowę stypendialnych pieniędzy, które na pewno się przydadzą.
(...) Bardzo nam Ciebie brak i liczymy na Twój przyjazd w lecie przyszłego roku. Dzięki za umożliwienie nam wyjazdów i znalezienia domu.
Mnóstwo serdeczności,
Sivvy
Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 393-394.

wtorek, 12 marca 2013

Odcinek 629: Sylvia Plath, 1962 rok


List Sylvii Plath do matki
 
12 marca 1962 roku
Ted Hughes z Friedą i Nicholasem.
Droga Mamo,
[...] Tak się wzruszyłam na myśl o tym, że dosta­nę Twoją śliczną, bawarską porcelanę — to ten ser­wis ze szlaczkami na ciemnozielonym tle, nieprawdaż? Córka jest w naszym poczuciu tą osobą, która po­winna cenić domowe przedmioty, ponieważ to ona ich używa. Wiem, że swoje skarby zachowam dla Friedy. Robię się sentymentalna na punkcie rodzin­nych pamiątek. Chciałabym, na przykład, mieć kiedyś dosyć pieniędzy, by móc sprowadzić biurko babuni. Mogłoby służyć Friedzie jako jej biureczko. Wiąże mi się z nim wiele różnych radosnych wspomnień, jest więc bezcenne, bo nigdy nie znajdę drugiego przed­miotu budzącego podobne skojarzenia.
Tak się cieszę na Twój przyjazd w lecie, że wprost nie potrafię usiedzieć na miejscu. Będzie to dla mnie wielkie święto, bo po raz pierwszy będę Cię gościć w moim domu, w którego znalezieniu i kupnie odegrałaś zeszłego lata tak pomocną rolę! Nie mogę się nim nacieszyć. Wczoraj zerwałam pierwszy bukiet żonkili, włożyłam do wazonu i przyniosłam Tedowi do jego gabinetu razem z podwieczorkiem.
Uznasz z pewnością, że żyjemy w strasznym pry­mitywie, choć od czasu wizyty Warrena szalenie się ucywilizowaliśmy [...] Pokój dziecinny (gdzie właśnie stukam na maszynie) będzie zabawny. Mam ochotę wstawić do niego własnoręcznie malowane meble, szaf­ki na zabawki i inne podobne rzeczy. Meble pomaluję na biało z deseniami w serca i kwiaty, kupię stare pia­nino i tym podobne. Jednym słowem zwariowany pokój. Na razie są tylko gołe deski, leżaki i poroz­rzucane zabawki Friedy.
Sylvia Plath z Friedą i Nicholasem.
 A propos, przygotowujemy się do ochrzczenia dzie­ci — 25 marca, w niedzielę po południu. Mimo nie­chęci, a właściwie pogardy, jaką mam dla pastora. Chyba Ci już pisałam o jego obrzydliwym kazaniu, w którym powiedział, że bomba wodorowa otwiera radosną perspektywę powtórnego zstąpienia Chrystu­sa i że my chrześcijanie jesteśmy o tyle szczęśliwsi od głupich pacyfistów i innych „wykształconych pogan”, którzy boją się całopalenia, i tak dalej w tym duchu. Czułam się winna, że samą swoją obecnością niejako popieram tego rodzaju szaleństwo. Ale chyba pozwo­lę dzieciom chodzić do niedzielnej szkółki. Marta Plumer przysłała mi tekst wspaniałego kazania unitariańskiego pastora z jej parafii na temat schronów atomowych, które wzruszyło mnie do łez. Gdybym wróciła do Wellesley, stałabym się prawdziwie reli­gijna... należę do kościoła unitariańskiego. Bardzo mi go brak. Tutaj nie ma po prostu żadnego wyboru. Albo ten kościół, albo żaden. Gdyby nie kazania, mogłabym, przyjąwszy pewne zastrzeżenia, usprawie­dliwić swą obecność na nabożeństwie. Ach, zresztą.
Jak już mówiłam, żyjemy nadal w prymitywie — podłogi skrzypią, kurki ciekną, tynki opadają, tapety odstają i tak dalej. Ale dom ma duszę — prawdziwą wielką duszę i serce i odwdzięcza się nam cudownie za każdy objaw troski. Bardzo lubię tutaj siedzieć i patrzeć, jak słońce zachodzi za kościołem. Kiedy zakwitną drzewa, chyba po prostu dostanę kręćka. Na bzach pojawiły się grube pąki. Myślę, że tym, co mnie najbardziej emocjonuje, jest fakt posiadania kwiatów i drzew!
Sylvia Plath z Nicholasem.
Nicholas jest szalenie silny. Potrafi leżeć godzinami z podniesioną główką, jak Sfinks, rozglądając się dokoła — to dlatego, że trzymam go zawsze na brzuszku. Będzie miał chyba piwne oczy, jak Ted — teraz są szaroniebieskie. Tak bardzo go kocham. Myślę, że nic nie dało mi w życiu tyle szczęścia, co dzieci. Chciałabym mieć ich nieskończoność.
[...] Znów korzystam rankami z krótkich chwil od­dechu w mojej pracowni. Cały dzień zmienia się dzięki temu nie do poznania. W porze podwieczorku nadal odczuwam zmęczenie i miewam wybuchy iry­tacji, ponieważ nie wykonuję tego, co bym chciała w sensie studiów i lektur. Ale moje ranki są pełne ciszy i spokoju, jakbym była w kościele — czerwony, puszysty dywan, a przede wszystkim poczucie, że tu odbywa się wyłącznie pisanie i myślenie [...]
Mam prawdziwe uczucie swego odrodzenia poprzez Friedę — jakby dopiero z nią rozpoczęło się w peł­ni moje prawdziwe, szczęśliwe życie. Myślę, że jest to kwestia uświadomienia sobie, czego się naprawdę pragnie. Dawniej nigdy właściwie nie byłam pewna. Chciałabym pozostać wiecznie „młodą" matką, taką jak Ty. Myślę, że praca i własne zainteresowania pozwalają dłużej zachować młodość. Mam też uczu­cie, że dopiero teraz zacznę naprawdę pisać. Łatwiej przychodzi mi pisać prozą; skupienie rozkłada się na długi czas, gdy tymczasem o udaniu się lub nie udaniu wiersza decyduje dzień pracy.
[...] No, muszę dać kolację mojej rodzinie. Mnóstwo serdeczności od nas wszystkich.
Sivvy

Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 426-428.

sobota, 19 stycznia 2013

Odcinek 577: Patty Goodall, 1963 rok

List Patty Goodall do pani Williamowej Norton, przyjaciółki Aurelii Schober Plath, matki Sylvii

19 stycznia 1963 roku
Sylvia Plath z dziećmi.
Droga Ciociu,
Wiedząc, jak bardzo Ty i pani Plath niepokoicie się o Sylvię (moja matka czułaby dokładnie to samo, gdyby chodziło o mnie), natychmiast do niej napisałam proponując, że wpadnę do niej w sobotę, 19 stycznia. Wspomniałam oczywiście o Twoim liście... ukryłam dodatkowo cel swojej wizyty, pisząc, iż w trakcie naszego spotkania John wybiera się z Susie do Regent's Park, a ja bardzo bym chciała pogadać z kimś z Ameryki, zwłaszcza znającym moją rodzinę.
Był straszny mróz, ale Sylvia   powitała nas w drzwiach z tak   promiennym uśmiechem i typowo amerykańskim entuzjazmem, że wizyta od razu stała się  przyjemnością. John  miał szczery zamiar ruszać dalej do parku, ale Sylvia stanowczo go zatrzymała i w rezultacie  przesiedzieliśmy przy herbacie  chyba ze  dwie  godziny ANI NA CHWILĘ NIE PRZESTAJĄC ROZMAWIAĆ! Wyglądała   dobrze, dzieci   też, chociaż przeszły podobno ciężką grypę. Grypa rzeczywiście bardzo się szerzy i daje wysoką gorączkę. W pewnej chwili wszyscy troje leżeli jednocześnie, Sylvia mówi jednak, że ma cudownego lekarza, który zajmował się nimi z największą troską. Czuje się bardzo uwiązana dwójką dzieci, nie mając ich z kim zostawić, gdy musi wyjść, i szuka młodej cudzoziemki na stałe...
Frieda jest uroczą dziewczynką o największych niebieskich oczach, jakie kiedykolwiek widziałam. Nicholas siedział w kojcu i od czasu do czasu włączał się do rozmowy wybuchając serdecznym śmiechem. Sylvia mówi, że ma niezwykle pogodne usposobienie i rzeczywiście z pogodą znosił naszą Susie, która stukała go w główkę i wykradała mu herbatniki, kwitując wszystko śmiechem.
Sylvia Plath z Friedą i Nicholasem oraz matką
Mimo wyjątkowo, nawet jak na obecną zimę, ponurej sobotniej pogody, w mieszkaniu panowała ciepła, miła atmosfera... Nie zdążyliśmy, oczywiście wyczerpać wszystkich tematów, ale liczę bardzo na dalsze spotkania. John wybiera się za jakiś tydzień w krótką podróż służbową do Stanów, więc mam nadzieję, że Sylvia przyjdzie któregoś wieczoru dotrzymać mi towarzystwa. Spodziewa się, że w najbliższym czasie założą jej telefon, choć to nic pewnego. W Anglii wszystko idzie okropnie wolnym trybem! Zawsze jednak zostaje poczta, a ja mam naprawdę wielką ochotę nawiązać z nią stały kontakt. Wolę, by Sylvia nie wiedziała, że zrelacjonowałam Ci naszą wizytę. Niech ma poczucie, że przyszłam z własnej ochoty, ponieważ chciałam ją poznać, zresztą w przyszłości będę ją widywać dlatego, że jest interesująca, zabawna i pełna uroku.
Sylvia nadal pisze, i, o ile wiem, miała ostatnio pewien sukces, gdyż przyjęto jej książkę do druku. Nie wiem, czy należy tę wiadomość przekazywać dalej, więc sama zdecyduj, czy mówić o tym pani Plath, czy nie. Może już wie. Sylvia niechętnie mówiła na ten temat, powiedziała, że drukuje pod pseudonimem — więc dalej nie wypytywałam.
Muszę pędzić, by jak najszybciej przesłać Ci wiadomość. Cieszę się bardzo, że do mnie napisałaś, bo przy okazji poznałam nową ciotkę i wuja. Całuję,
Patty
Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 475-476.

środa, 8 lutego 2012

Odcinek 231: Sylvia Plath, 1957 rok


List Sylvii Plath do matki
8 lutego 1957 roku
Najdroższa Mamo,
Sylvia Plath, zdjęcie z 1957 roku.
Jest dokładnie 10.30, właśnie wróciłam z porannego spaceru łąkami do Granchester. Słońce wlewa się do naszego salonu, ptaki ćwierkają, wszystko jest wil­gotne, topnieje i pachnie wiosną. Do tej pory nie mie­liśmy śniegu. Tak bym Ci chciała opisać ten piękny spacer. Wyruszyłam po wyjściu Teda i zrobieniu po­rządków w domu i nie spotkałam żywej duszy. Po­maszerowałam błotnistą, pełną kałuż ścieżką przez rozchwierutany, skrzypiący drewniany kołowrót i wędrowałam dalej — pola lśniły w słońcu srebrzysto-wilgotnym blaskiem, na niebie kłębiły się szare obło­ki i blade jak skorupka od jajka plamy błękitu, łąki błyszczały w obramowaniu ciemnych, nagich drzew rosnących wzdłuż rzeki. Po prawej stronie miałam rosochaty żywopłot z głogu, na którym połyskiwały czerwone owoce; a za żywopłotem, jak okiem sięgnąć, rozciągały się ogródki działkowe, pełne kapusty i ce­buli, przechodząc w nagie, zorane pola. Napotkałam drzewo zamieszkałe przez wiewiórki i widziałam, jak szara wiewiórka z puszystym ogonkiem wspina się i chowa w małej dziupli. Płoszyłam krążące stada wielkich czarnych gawronów o zakrzywionych dzio­bach i obserwowałam smukłą, połyskliwą, różowo-purpurową liszkę, która kurcząc i rozciągając swe półprzeźroczyste zwoje znikła w trawie. 
Tęcza nad King's College w Cambridge.
Przeleciał krótki ulewny deszcz, a potem słońce zalało świat srebrzystym światłem. Ujrzałam pastelowy łuk prze­lotnej tęczy nad malutkim miasteczkiem Cambridge - iglice King's College przypominały lśniąco różowe, lukrowe kolce na miniaturowym torcie. Przez cały czas wdychałam wilgotny zapach podmokłych łąk, mokrego siana i koni i syciłam wzrok widokiem sfa­lowanych łąk usianych kępami drzew. Że też można mieć taki piękny spacer na końcu ulicy! Czułam jak narasta we mnie głęboki spokój, cieszyłam się samot­nością i chłonęłam wszystko.
Poszłam też odwiedzić swoją głowę! Pamiętasz gipsową głowę, którą wyrzeźbiła M.B. Derr? Plątała się to tu, to tam, a ja nie miałam serca wyrzucić poczciwej staroci, do której dziwnie się jakoś przy­wiązałam. Ted zaproponował kiedyś, żeby pójść na łąki, wdrapać się na drzewo i umieścić ją na gałęzi, żeby mogła spoglądać na pastwiska i rzekę. Dziś wróciłam tam pierwszy raz i rzeczywiście tkwiła wysoko, na płaskiej gałęzi rosochatej wierzby, wpatrując się z niepojętym spokojem w urocze, zielone łąki. Miło mi pomyśleć, że w pewnym sensie zostawiam tu „swoją głowę”. Ted miał rację: ilekroć o niej teraz pomyślę, czuję bluszcz i listowie, które oplata ją jak odpoczywający na łonie przyrody pomnik. Napisałam nawet o niej długachny poemat (ale z innym zakończeniem), który przepiszę na sąsiedniej kartce i wyślę Ci.
[...] Ted wyraźnie polubił swoją pracę. Nigdy nie widziałam podobnej przemiany. Nie wraca już do domu doszczętnie wyczerpany tak jak poprzednio i opo­wiada mi z dumą, jak nauczył się utrzymywać dys­cyplinę i jak dobrze skutkują jego psychologiczne me­tody. Zainteresował się paroma chłopcami, daje im dodatkowe lektury itp. Czuję, że panuje nad sytu­acją, nie pozwalając, by praca wysysała z niego wszystkie siły, a chłopcy włazili mu na głowę. Na pewno go uwielbiają; ma tak silną, fascynującą oso­bowość w porównaniu z tymi niedojdami, które ich uczą. Opowiedział mi, że kazał chłopcom zamknąć oczy i wyobrażać sobie — bardzo żywą i dramatycz­ną — historię, którą im opowiadał, a kiedy rozległ się dzwonek, wszyscy jęknęli i prosili, żeby skończył. Więc cieszę się, że wywiązuje się z bardzo trudnej pracy, najlepiej jak tylko można.
Tak bym chciała wygrać na loterii. Pan (nasz do­mowy duszek) robi stałe postępy podając nam coraz poprawniejsze wyniki. W zeszłym tygodniu mieliśmy 20 punktów na 24 możliwych (za które co tydzień wypłacają fortunę w wysokości 75 000 funtów). Tłu­maczymy wciąż Panowi, że pieniądze są nam potrzeb­ne z dwóch powodów by móc spokojnie pisać i mieć mnóstwo dzieci... Gdybyśmy wygrali, mogli­byśmy złożyć pieniądze w banku i żyć z procentów pisząc w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie, bez rozpaczliwego szukania posad. Czuję, że mając wolny rok napisałabym dobrą powieść. Potrzebuje czasu i spokoju. Ot, miło sobie pomarzyć. Ale jednak życz nam szczęścia.
Sivvy 
[...]
Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 254-256.

sobota, 7 stycznia 2012

Odcinek 199: Sylvia Plath, 1956 rok

Pocztówka Sylvii Plath do matki

Nicea, Francja 7 stycznia 1956 roku
Vence.
Droga Mamo,
Wczoraj miałam chyba najcudowniejszy dzień w życiu. Wyruszyłam na skuterze słynną nicejską Promenadą des Anglais, pełną kawiarń na wolnym powietrzu, wspaniałych barokowych fasad, palmowych szpalerów i wędrownych muzykantów, po czym skierowałam się w głąb lądu, do Vence, by obejrzeć piękną, nowo zbudowaną katedrę Matisse'a, którą znam i kocham od lat z fotografii w moim magazynie sztuki.
Jak opisać piękno tego kraju? Wszystko jest tak małe, kameralne, wyszukane i bujne. Tarasowe ogrody na stromych stokach żyznej, czerwonej gleby; pomarańczowe i cytrynowe drzewa, gaje oliwne, różowe i brzoskwiniowe domki. Maleńkie Vence na ogrzanym słońcem wzgórzu — bez sklepów, senne, spokojne. Poszłam do katedry Matisse'a — mała, o czystych, wyrazistych liniach. Biała, z niebieską dachówką połyskującą w słońcu. Niestety, zamknięta! Dostępna dla publiczności tylko dwa dni w tygodniu. Dobroduszna, gadatliwa wieśniaczka opowiedziała mi o bogaczach, którzy przyjeżdżają codziennie wielkimi samochodami z Włoch, z Niemiec, Szwecji itd. i nie mogą się dostać nawet za wielkie sumy pieniędzy. Zrozpaczona, powędrowałam na tyły otoczonego murem klasztoru, skąd widać było narożnik kaplicy, rysowałam, obserwowałam gołębie i pomarańczowe drzewa, czując się jak Alicja za bramami ogrodu. Potem wróciłam przed fronton i wpatrywałam się z twarzą wciśniętą między pręty zamkniętej bramy. I rozpłakałam się. Wiedziałam, jak pięknie jest w środku, czysta biel i promienie słońca zza niebieskich, żółtych i zielonych szyb witraży.
Potem usłyszałam  głos: „Ne pleurez plus, entrez i matka przełożona wpuściła mnie do środka, odprawiwszy wszystkich bogaczy w samochodach.
Uklękłam w samym sercu rozsłonecznionych  barw nieba, morza i słońca, w czysto białym jądrze kaplicy, „Vous etes si gentille, wybąkałam.   Zakonnica   uśmiechnęła się: „C'est la misericorde de Dieu. To była prawda.
Całuję, Sylvia
Wnętrze katedry w Vence, zaprojektowanej przez H. Matisse'a.

Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 167-168.

czwartek, 29 grudnia 2011

Odcinek 190: Sylvia Plath, 1961 rok

List Sylvii Plath do matki  

Piątek, 29 grudnia 1961 roku
Ted Hughes i Frieda, 1963 rok.
Droga Mamo,
Siedzę w salonie przy kominku, w którym trzaskają polana, a na gzymsie barwią się wciąż czerwone świece i około pięćdziesięciu kart świątecznych; nasza mała, gęsta choineczka obwieszona srebrnym ptactwem, błyskotkami i sercami z piernika nadal stoi i po zaciągnięciu nowych czerwonych zasłon z welwetu, które świeżo uszyłam, pokój przywodzi na myśl miłosny bilecik...
Akuszerka poradziła mi, abym kupiła termometr do mierzenia temperatury w pokoju dziecka. Byłam zdumiona. Średnia temperatura domu — w holu i nieogrzewanych pokojach — wynosi około 5° (rano w naszej sypialni: 4,5°). Kiedy po włączeniu elektrycznego grzejnika dochodzi do 10—12°, robi nam się gorąco. Wszystko zależy od przyzwyczajenia.
Były to moje najmilsze, najpełniejsze Święta w życiu. W Wigilię ubraliśmy choinkę i rozłożyliśmy całe mnóstwo gwiazdkowych prezentów. Pierwszy Dzień Świąt rozpoczęliśmy we trójkę od regulaminowego talerza owsianki, po czym wprowadziliśmy Friedę do udekorowanego salonu, którego jeszcze w tym stanie nie widziała. Gdybyś zobaczyła jej minę! 
Ted musiał natychmiast przeczytać „Fox Book (Książeczkę lisa). Powiedział, że jest to najpiękniejsza książka dla dzieci, jaką zna; mnie też bardzo wzruszyła, ponieważ dzieje się w Nowej Anglii Z wszystkich prezentów najbardziej podobała mu się „Książeczka lisa i narzędzia od Warrena, których ani na chwilę nie wypuszcza z rąk. Dziś zamontował przy ich pomocy uchwyty do dywanu na schodach i twierdzi, że są wspaniałe i „bardzo amerykańskie, to znaczy poręczne.
[...] Resztę świątecznego dnia spędziłam w kuchni piekąc mego pierwszego, wprost cudownego, złotobrązowego indyka nadziewanego farszem Twego przepisu z bułki namoczonej w śmietanie, brukselki, kasztanów i żółtej rzepy (coś między dynią a pomarańczą), gotując sos z podrobów i robiąc jabłka w cieście — z resztek naszych własnych, starannie przechowywanych jabłek. Późnym popołudniem zasiedliśmy we trójkę do wspaniałej uczty, a Frieda pałaszowała wszystko, aż jej się uszy trzęsły. Potem spokojny wieczór przy kominku...

xxx Sivvy
Sylvia Plath i Ted Hughes.
Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 417-418.

piątek, 28 października 2011

Odcinek 128: Sylvia Plath, 1960 rok

List Sylvii Plath do matki

28 października 1960 roku
Sylvia Plath z córką, Friedą, 1962 r.
Droga Mamo,
To były chyba moje najlepsze urodziny. Obudziłam się wczoraj rano obrzucona intrygującymi, brzuchatymi pakunkami, obok tort z palącą się pośrodku świecą, a przy łóżku siedzi Frieda, którą podpiera Ted trzymając w rękach poranną pocztę oraz tabliczkę mojej ulubionej niemieckiej czekolady. Naprawdę przeszedł samego siebie; mam nowe, pluszowe pantofle, obszyte białą puszystą wełną, których bardzo potrzebowałam, d w i e pary plastikowych ochraniaczy na buty, jedną do wysokich obcasów — Ted chciał, żebym miała coś poręcznego na dżdżystą londyńską pogodę — zapiekane kurczę od Fortnuma i Masona (nasza ulubiona potrawa na specjalne okazje, butelkę szampana rosé, trylogię Tolkiena Władca pierścieni (dalszy ciąg naszego ukochanego „Hobbita” w wersji dla dorosłych) oraz trzy rodzaje nowych wspaniałych serów do wypróbowania: rozpływający się dojrzały Brie, cudownie pleśnisty Stilton i tłusta gomułka sera Wensleydale we własnym lnianym woreczku. Dziękuję za kartki i listy od Ciebie i Warrena, które sprawiły mi ogromną radość. Stos pidżam dla Friedy traktuję jako Twój prezent dla mnie, znacznie bardziej wolę dostawać coś dla niej... We wtorek wieczorem idziemy na doroczny bankiet z szampanem z okazji przyznania Nagrody Guinessa (Ted otrzymał ją w Ameryce), który powinien być zabawny. Mam nadzieję, że moja książka dotrze do Ciebie w dobrym stanie. Napisz, co o niej myślisz. Najserdeczniejsze ucałowania dla Ciebie i Warrena,
Sivvy
Sylvia Plath, Ted Hughes i Frieda, 1960 r.
 Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 370-371.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Odcinek 33: Sylvia Plath, 1956 rok

List Sylvii Plath do matki

25 lipca 1956 roku
Najdroższa Mamo,
[...] Twoje cudowne listy z podróży sprawiły mi ogromną radość, szkoda tylko, że na ostatni tydzień nie przyjechałaś do Hiszpanii. Gdybyśmy mogli prze­widzieć, że znajdziemy takie miejsce! Szkoda, że nie możesz nas w tej chwili zobaczyć. [...]
Sylvia Plath
Jak Ci przekazać tutejsze cuda? Po raz pierwszy od roku odnalazłam spokój. Przede mną dwa letnie miesiące. Wszystkie nowości i ekscytacje ostatniego roku, w którym pracowite semestry przeplatały się z jeszcze bardziej męczącymi wakacyjnymi podróżami nie pozostawiając ani chwili na prawdziwy odpoczy­nek, układają się stopniowo w jedną całość. Nasz dom jest chłodny jak studnia, cichy, ma kamienną posadzkę, widać zeń błękitnawe wzgórza, a nawet kawałek morza. Ganek od frontu jest ocieniony al­taną z winorośli i przepojony ostrym zapachem pelar­gonii. Mamy ciemne i ciężkie orzechowe meble, ład­nie kontrastujące z białym tynkiem ścian. Przez cały dzień nie widzimy ani jednego turysty.
Zaczynamy się stabilizować. Ułożyliśmy sobie dokładny plan dnia, który zaczyna się wreszcie reali­zować. Oto jak wygląda dzień piszących państwa Hu­ghes: o siódmej rano budzi nas chłodny powiew po­ruszający liście winorośli za oknem. Wstaję, zabieram z progu dwa litry mleka, które codziennie zostawiają nam w bańce, podgrzewam mleko, robię dla siebie cafe con leche, a dla Teda mleko z dodatkiem brandy [...] [do tego] pyszne, dziko rosnące banany z cu­krem. Potem wyruszamy wcześnie na rynek, naj­pierw po ryby [...], co jest fascynujące, gdyż każdy dzień przynosi inny połów. Bywają więc mule, kra­by, krewetki, maleńkie ośmiorniczęta, a czasami ogromne ryby sprzedawane w filetach. Na ogół ma­czam je w jajku rozbitym z cytryną, potem w mące i smażę na jasnobrązowy kolor. Potem sprawdzamy ceny warzyw, uzupełniamy zapas jaj, pomidorów, kartofli i cebuli (pilnuję, by każde z nas jadło co­dziennie po jednym jajku i dobrej porcji mięsa).
Szkoda, że nie możesz zobaczyć, jacy jesteśmy fan­tastycznie oszczędni. Po kartofle chodzimy do stra­ganu, gdzie za kilogram biorą 1.50, zamiast 1.75 pe­seta, znaleźliśmy też miejsce, gdzie masło jest o pe­seta (około 2 1/2 centa) tańsze. Obym nigdy więcej w życiu nie musiała się tak liczyć z każdym gro­szem. Pewnego dnia będziemy mieli mnóstwo pienię­dzy, jestem tego pewna [...] 
Ted i ja piszemy — on przy wielkim dębowym stole w jadalni (to nasz gabinet), ja przy stoliku do maszyny pod oknem — mniej więcej od 8.30 do 12. Potem gotuję obiad i wychodzimy na plażę, którą mamy wyłącznie dla siebie, gdyż w tym czasie wszyscy wracają do domów; odbywamy dwugodzinną sjestę i kąpiemy się. Później znów dwie godziny pi­sania, od 4 do 6, po czym robię kolację. Od 8 do 10 studiujemy języki, ja tłumaczę „Czerwone i czarne" i zamierzam w ciągu lata przerobić cały kurs fran­cuskiego, Ted zaś uczy się hiszpańskiego. Potem, jeśli nie jest za późno, idziemy przez zalane księży­cem migdałowe sady ku wciąż jeszcze szkarłatnym wzgórzom, skąd w dole można zobaczyć połyskujące srebrem Morze Śródziemne.
Przeszłam niezmiernie uciążliwy okres bardzo obfitej, niedobrej pisaniny dla odzyskania prozator­skiej weny podobnej do tej, jaką miałam pisząc „Mintonów" i te [opowiadania] dla „Seventeen" i zaczynam odzyskiwać wyczucie prozy. [...] Ted kończy ostatni rozdział najczarowniejszej książki dla dzieci, jaką kiedykolwiek napisano. Czyta mi codziennie jeden albo dwa rozdziały, była­byś
Ted Hughes i Sylvia Plath
zachwycona. Śmieję się i płaczę na przemian, tak są piękne. Jestem przekonana, że wejdzie do klasyki dziecięcej literatury.
Postanowiliśmy przed moim powrotem do Cambrid­ge wybrać się na tydzień do jego [Teda] rodziców i powie­dzieć, że wzięliśmy ślub. Jest mi bardzo nieprzyjem­nie, kiedy do nich pisze w taki sposób, jakby był sam, a i on żałuje teraz, że nie zawiadomił ich o na­szym ślubie, pisze więc do nich list i we wrześniu pojadę poznać moich teściów.[...] Czuję, że w przyszłym roku rozpiszę się na całego. W lecie powinnam napisać dziesięć opowiadań, a Ted naj­mniej dwie krótkie książki. [...] Nawet w tych chu­dych czasach jesteśmy bardzo szczęśliwi. Och, jak się cieszę na myśl o Ameryce, moich przyjaciołach i Cape w przyszłym roku! Ostatnie lata mojego ży­cia przypominają fabułę filmową: psychologiczno-podróżniczego, przygodowego romansu. Co za film. Pisz i dbaj o siebie
Ucałowania od nas obojga —
Sivvy
Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 222-225.