Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pilch Jerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pilch Jerzy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 sierpnia 2014

Odcinek 1136: Jerzy Pilch, 2012 rok

Z dziennika Jerzego Pilcha

10 sierpnia 2012
Jerzy Pilch.
Na sześćdziesiąte urodziny kilka negatywnych reguł? Warum nicht? Jak nie pisać dziennika? Pięć kardynalnych grzechów wychwyconych w trakcie lektury Tagebucha 1990 Güntera Grassa; pięć elementarnych diarystycznych lapsusów rzetelnie spisanych, krótko skomentowanych i należycie uogólnionych przez dyplomowanego diarystę profesjonalistę:

1) Nie komentuj w dzienniku własnej twórczości, nie snuj planów twórczych, to zawsze wypada żenująco, zawsze wychodzi, że traktujesz siebie zbyt poważnie. Gombrowicz pisał o obecnym w wyborze pisarskiej profesji, trudnym do uniesienia aspirowaniu do wyższości; babrząc się publicznie we własnym pisaniu, aspirujesz do roli, bo ja wiem, maga słowa - żenada żenad.

2) Jeśli twój dziennik nie jest "Dziennikiem nałogowca", bądź ostrożny w ujawnianiu nałogów, nawet jeśli są niewinne. Nałogi (nawet niewinne) zmieniają proporcje, rozpychają się, zajmują znacznie więcej miejsca, niż im przeznaczono - prawdę powiedziawszy, zżerają wszystko dokoła. Grass jest żarłokiem i ten (niewinny?) nałóg rządzi dziennikiem; książka w zamiarach polityczna o mały figiel nie jest książką kucharską.

3) Jeśli już stało się, co się miało stać, jeśli na przykład twój dziennik polityczny przekształcił się w dziennik gastronomiczny, wykorzystaj to, uznaj, że metamorfoza jest po twojej myśli, pisz o potrawach i jedzeniu. Bądź przy tym - jak przystało urodzonemu kucharzowi - superdokładny. Trzeciego stycznia 1990 roku Grass notuje: "Pierwsza ryba w nowym roku z dodatkiem jarzyn - pomidory, cukinia, papryka, cebula i słodkie ziemniaki". A ryba jaka? Jak warzywa nazwane, to czemu ryba bezimienna? Potem się takie uszczerbki w realizmie nie zdarzają, ale i teraz nie powinny. "Nowy rok z dodatkiem jarzyn" również - tłumaczowi tej miary co Sławomir Błaut - nie powinien się zdarzyć. Nie powinien? Ależ po stokroć powinien! W końcu jest tu, niezamierzone, bo niezamierzone, ale jakże trafne, nazwanie sytuacji duchowej autora i jego (cienia złośliwości) kluczowych priorytetów - rok zjednoczenia Niemiec był dla Grassa "rokiem z dodatkiem jarzyn". Nic dodać, nic ująć.
Günter Grass.
4) To absolutnie zrozumiałe, że masz się za wybitnego znawcę polityki, a nawet za istne zwierzę polityczne - jesteś nim, jesteś nim w sensie ścisłym, bądź jednak ostrożny. Grass w dzienniku nie ukrywa ani swych poglądów, ani swej biegłości politycznej, pierwsze wyeksplikować niełatwo, przed drugim niech nas Pan Bóg broni! W sumie dobrze, że pisarz raczej o polityce pisał, niźli ją uprawiał, choć uprawiać się starał. Praktyka ta na szczęście wielkiego znaczenia czy jakichkolwiek konsekwencji nie miała.
Stara fraza, ale doprawdy, doprawdy strach pomyśleć, co by było, gdyby autor W drodze z Niemiec do Niemiec miał realne wpływy polityczne; co by było, to by było - pewnik jest jeden: Niemcy do dziś nie byłyby zjednoczone. Optujący za zjednoczeniem aksamitnym, partnerskim, niespiesznym i Bóg wie jak jeszcze kunktatorskim - pisarz uważał to, co się działo w 1990 roku, za zabór, czy wręcz Anschluss NRD przez RFN. Niechęci do ówczesnej błyskawicznej technologii zjednoczeniowej towarzyszyła, a może u jej podstaw spoczywała, kolosalna - delikatnie mówiąc - niechęć do Helmuta Kohla. To również jest powód, dla którego w zapisach diarystycznych polityki w zasadzie należy się wystrzegać - po cóż tracić czas, zdrowie i umiejętności na pozorowanie szlachetności, na maskowanie niechęci do tego czy owego? Tym bardziej że aby ten czy ów był godzien naszej niechęci, na ogół należy go pogłębić. Zadanie w absolutnej większości przypadków niewykonalne.

5) Jak masz dzieci - rozpatrzmy najprostszy przypadek - z paroma, na przykład z czterema kobietami, myśl o owych kobietach, co chcesz, oceniaj je samowolnie, na przykład oceniaj ich człowieczeństwo wyłącznie pod kątem: jak gotują, bądź dla nich sprawiedliwy, niesprawiedliwy, wyrozumiały, arogancki, czuły, zły, karz je, głódź, bij, zakuwaj w kajdany, bądź dla nich, jaki chcesz, pisz o nich, co chcesz, rób z nimi, co chcesz, ale jednego im nie rób: nie domagaj się od nich, byście co roku wszyscy do kupy - ma się rozumieć, z dziećmi i wnukami - spędzali razem Wigilię. Albo inne święto. A jeśli w sensie ścisłym nie możesz się opanować i przy specjalnych okazjach musisz taką rzeźnię bliskim ludziom sprawiać, przynajmniej tego nie odnotowuj. Zwłaszcza że "przychodzi ci to z trudem". Nie pokonuj tego trudu. Wszystko poza tym możesz odnotować - tego żadną miarą.
Źródło: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103089,15034381,_Na_szescdziesiate_urodziny_kilka_negatywnych_regul_.html?as=1

Za dzisiejszą notkę bardzo dziękujemy Ani (Czytanki Anki). 

środa, 2 lipca 2014

Odcinek 1097: Jerzy Pilch, 2010 rok

Z dziennika Jerzego Pilcha

2 lipca  2010 roku
Albert Camus.
Jan Kott w jakimś swoim autobiograficznym, a raczej autofantastycznym eseju wspomina, jak to pod koniec lat pięćdziesiątych wstąpił do paryskiego bistra, zamówił kieliszek calvadosu i po chwili rozpoczął rozmowę z siedzącym tuż obok mężczyzną o przenikliwym spojrzeniu i wyważonych ruchach. Wychylili po kolejce, przy następnej przedstawili się sobie: – Jan Kott. – Miło mi, Albert Camus.
Rozmawialiśmy – wspomina Kott – o Algierze, piłce nożnej i egzystencjalizmie. Ma się rozumieć! O czym innym można rozmawiać z przygodnie spotkanym Camusem? Przynajmniej, a może zwłaszcza, tematy urojonej pogawędki powinien (skądinąd znany przecież ze skłonności do blagi) Kott wymyślić staranniej. Za niestarannością fikcji idzie schematyzm i śmieszność. „Spotkałem na ulicy Sołżenicyna i zaczęliśmy rozmawiać o łagrach”. Niby nie może być inaczej, a gołym okiem widać, że może być wszystko, tylko nie to.
Jerzy Pilch, Dziennik, Wielka Litera 2012, s. 139.

niedziela, 25 maja 2014

Odcinek 1059: Jerzy Pilch, 2011 rok

Z dziennika Jerzego Pilcha

25 maja 2011 roku
Jerzy Pilch.
Na pozór oczywiste spostrzeżenie Zagajewskiego o pisarzach i artystach na ogół potępiających politykę nie daje mi spokoju. Choć nie sądzę, bym w pogłębianiu był najlepszy, w tym wypadku mam nieodpartą wolę pogłębienia, a przynajmniej dopowiedzenia.
Otóż niewątpliwie wedle komunału (zdaje się, nie tylko współczesnego) polityka jest czymś, od czego należy trzymać się z daleka, czym należy się brzydzić i czym należy gardzić. Komunał ten nie tyczy tylko ludzi sztuki, ale też na przykład sportowców, rolników, bankierów, rzemieślników, księży, taksówkarzy, królowych piękności, architektów, kierowców tirów, sprzątaczek, hodowców truskawek; szczerze mówiąc, tyczy wszystkich. Każdy, od profesora po kloszarda, złego jest zdania o polityce i każdy przed jej wieloraką nikczemnością gotów jest ostrzegać.
Więcej: sami politycy - zwłaszcza ci światlejsi - rozmaicie o swym zajęciu mówią, nieraz próbują dawać do zrozumienia, że są świadomi jego ułomności, nieraz jakiś dystans sugerują. Nie wypada to zbyt przekonująco - w większości są uzależnieni, a uzależnieni o swym uzależnieniu mało kiedy mówią wiarygodnie, chyba że z uzależnienia wyszli. W tym wypadku to nie działa, politykami, którzy z polityki wyszli, nikt się nie ciekawi.
Ale całą czynną resztą tak! I to jak! Jak zajadle! Jak namiętnie! I jak regularnie! Nikt tej strawy nie znosi, wszyscy na sam jej widok dostają mdłości i wszyscy się nią obżerają, wszyscy ją, aż im się uszy ze wzgardy trzęsą, pałaszują. Wszyscy, nie wszyscy... Tłumaczenie się w tym miejscu z wielkiego kwantyfikatora byłoby kolejną powtórką repetycji i rozdzielaniem włosa na sto; wiadomo, o jakich (licznych, bardzo licznych) zbiorowościach mówię. Mówię o tych, co nie znoszą, a obcują. Czyli  - ha, ha, ha - mówię o wszystkich. (Z wyjątkiem ludzi pióra i artystów, rzecz jasna, choć też nie do końca i na razie, a może całkiem nie na razie, bez przekonania).
Jerzy Pilch, Dziennik, Wielka Litera 2012, s. 353.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Odcinek 955: Jerzy Pilch, 2010 rok

Z dziennika Jerzego Pilcha

10 lutego 2010
Kornel Filipowicz.
W młodości odwiedzałem mojego przyjaciela i mistrza Kornela Filipowicza. Powiedzieć, że traktował żółtodzioba po partnersku, to nic nie powiedzieć. Siadałem po przeciwnej stronie olbrzymiego zagraconego biurka, Kornel częstował rozpuszczalną nescą, zapalał papierosa, najpierw powściągliwie zwierzał się z jakichś swoich problemów warsztatowych, potem podnosił głowę i pytał: A ty? Piszesz coś? Co piszesz? – Opowiadanie – ledwo artykułowałem, udławiony dumą, że klasyk ze mną jak pisarz z pisarzem gwarzy. – Opowiadanie – powtarzał. – Wieleż będzie miało stron? – Dwanaście – odpowiadałem. Kornel zamyślał się i po chwili mówił: – Piękny rozmiar.
Otóż Nie ma się czego bać Juliana Barnesa, ma rozmiar nie tyle piękny, ile taki jak Pan Bóg przykazał: trzysta stron z niewielkim hakiem. Piękny rozmiar – bez mała sześćset – jak na powieść, ma się rozumieć, ma inna jego książka Arthur & George. Nie czytałem, choć wiarygodne zachwyty o tym dziele – na przykład piórem Marcina Króla – zostały sformułowane. Nie czytałem, odkładam na później, odkładam, szczerze mówiąc, na czarną, a nawet najczarniejszą godzinę. Odkładam na specjalne, latem wykonane, przeznaczone na grube, a nawet bardzo grube tomy – regały. Tak jest: na wieczność je obstalowałem. Tak jak gromadzę zapasy gauloise’ów – gromadzę zapasy grubych, a nawet bardzo grubych książek. Sposób może nie na wieczność, ale na prolongatę ostatniego oddechu. Grube książki są twoimi Szeherezadami, olimpiadami, mundialami, twoimi podróżami, twoją wodą życia.
Tylko grube książki są w twoim zasięgu – w kosmos nie polecisz, w olimpiadzie już nie weźmiesz udziału, na mundial nie pojedziesz, w podróż dookoła świata nie ruszysz, nawet do Wenecji ci się już nie chce, masy rozmaitych rzeczy już nie dasz rady zrobić, ale nadzieję na przeczytanie grubej książki możesz mieć zawsze; choćbyś był nie wiadomo jak przyciśnięty do muru, zawsze możesz wziąć do ręki Historię Chin albo Annę Kareninę, albo wszystkie trzy tomy Millennium, albo Arthura & George’a i zawsze możesz mieć złudzenie, że przed końcem – dobrniesz do końca.
Jerzy Pilch, Dziennik, Wielka Litera 2012.

czwartek, 6 grudnia 2012

Odcinek 533: Jerzy Pilch, 2010 rok



Z dziennika Jerzego Pilcha

6 grudnia 2010 roku
Jerzy Pilch.
W swej najnowszej, świetnej książce Spiski. Przygody tatrzańskie Wojciech Kuczok czyni wyznanie  - tyczące pewnego gazdy, który nader ospale, mimo że mecz już trwa, uruchamia telewizor. „Być może wtedy właśnie nabrałem nieuleczalnej niechęci i dozgonnej nieufności do wszystkich mężczyzn nieemocjonujących się futbo­lem; być może niemiłosierne ociąganie się gazdy i jego brak zrozumienia dla mojej rozpaczy z powodu trace­nia pierwszych, jakże istotnych minut spotkania inau­guracyjnego (nawet początkujący eksperci i raczkujący analitycy wiedzą, że najwięcej bramek pada na początku i pod koniec każdej połowy, te zaś, którym zdarzy się paść w pierwszych minutach, mają szczególną moc ukła­dania meczu) spowodowały, że później zawsze stroniłem od piłkarskich ignorantów".
Dobrze powiedziane, ale do utrzymania trudne - o facetach, których piłka nie ciekawi, rozprawiał nie będę. W najbliższym moim otoczeniu wielu ich nie ma - szcze­rze mówiąc, jeden tylko występuje, a i on niebawem pewnym edukacjom zostanie poddany. Cóż jednak robić, gdy ktoś z mitycznej i duchowo najbliższej obstawy tak grzeszy? Na przykład silnie obecna w moim życiu babka Maria po sportowej transmisji radiowej, widząc moją rozpacz albo euforię, zadawała zawsze to samo pytanie: „Co z tego będziesz mioł?". Kochałem ją nadal, ale kryzysy bywały. (Nawiasem: Spiski czyta się świetnie, ale ani sam Wojtek nie przekona mnie, że gwara - nawet w minimalnych dawkach - jest w prozie do obrony)
Jerzy Pilch, Dziennik, Wielka Litera 2012, s. 236-237.

Za dzisiejszą notkę serdecznie dziękujemy Ani (Czytanki Anki).

wtorek, 19 czerwca 2012

Odcinek 363: Jerzy Pilch, 2010 rok

Z dziennika Jerzego Pilcha

19 czerwca 2010 roku
Kibice z wuwuzelami.
Naprawdę dajesz radę, Pilchu? Otóż nie. W każdym razie nie całkiem. Po pełnym tygodniu, po obejrzeniu dwudziestu meczów, trochę zacząłem trzeszczeć. Rzecz niedopuszczalna - jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta - na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie.
Jeszcze więksi frajerzy zaczynają oglądać od jednej ósmej, najwięksi od ćwierćfinałów; kto zaczyna oglądać od półfinałów, bardzo jest podejrzany, a kto ogląda tylko finał, ten - przywołajmy klasyka - paskudnym jest gwałtownikiem, strasznym rabuśnikiem, największym łajdakiem.
Przymierzyłem się do wszystkiego, nie dałem rady, łeb mi od nieustannego jazgotu zaczął pękać. Każdemu meczowi, nawet - hę, hę - trzeciorzędnemu ta sama akustyka towarzyszy. Jest tak, jakby każde zawody odbywały się w jakimś upiornym kokonie nad- a może pod-dźwięków, wewnątrz kosmicznego roju tropikalnych pszczół. Jest tak, jakby niemilknące afrykańskie stadiony miały nigdy nie zamilknąć, jakby miały huczeć jeszcze całe lata. Wuwuzele. Mundial jazgotliwych trąb nie do wytrzymania.
Jerzy Pilch, Dziennik, Wielka Litera 2012, s. 126-127.

Za dzisiejszą notkę bardzo dziękujemy Ani (Czytanki Anki).