Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pawlikowska-Jasnorzewska Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pawlikowska-Jasnorzewska Maria. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 listopada 2015

Odcinek 2041: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1944 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do Antoniego Słonimskiego

4 listopada 1944 roku
Drogi Antoni!

Nie myśl, Drogi Toleczku, że tak dawno nie pisałam przez zapomnienie czy
Janina i Antoni Słonimscy po wojnie.
obojętność. Przeciwnie – ci, co należą do mojego dawnego i własnego świata, są mi coraz drożsi. Ale żyję w takiej depresji i jestem tak ciągle chora, że nie masz pojęcia. Wszystko ma swoje granice.
Od roku jestem bez absolutnie żadnej wiadomości z domu. A te, co były przedtem, to wiesz jakie. Powiedz, czy ja miałam taką przyszłość wypisaną na twarzy? Czy można się było spodziewać, że zwykle dotąd miękki los takim okoniem stanie? Potęga ludzkiego zła jest jak mur. A przecież te bestie grzeszą dalej z uporem i upodobaniem, więc skąd ma przyjść polepszenie się ludzkiej doli? – O mojej samotności pojęcia nie masz. Nie mam tu przyjaciół, nie mam nawet znajomych. Mój zacny Lotek jest zawsze gdzieś daleko – w warunkach dla mnie niemożliwych i tak jest może dla niego i najlepiej, bo ja jestem przygnębiająca. Wojsko, które właściwie zawsze prowadziło, i w Polsce tak samo, życie raczej „nomadzie” nie zna takich ciężkich stanów tęsknoty za domem, ale naturalnie Lotek przyjeżdża i jest zawsze ten sam i przemiły. Na wsi angielskiej ogarnia mnie stara rozpacz. Jeszcze morze, jak granica jakaś, najlepsze jest. Ostatnio straciłam w Warszawie wszystko, cośmy mieli, a czego pilnowała i co uchowała dotychczas oddana nam osoba starsza. Miałam fortunę w obrazach dziadzi i tatki – ponad sto sztuk, cała galeria. Wszystko to poszło „borem-lasem”. Zresztą nic mi o to nie chodzi, aż dziwne! Najwięcej się martwię brakiem wiadomości. Dobre to były czasy, gdy przez Twoją kochaną siostrę, w Paryżu, tyle listów do mnie dochodziło. O, zacna, takich przysług nigdy się nie zapomni. Mam dla niej serdeczne uczucia i proszę Cię, pisząc do niej uściskaj ją ode mnie.
Często sobie powtarzam ten Twój wiersz o pluskwach. Ale się teraz opiły za wszystkie czasy! Antoni, w razie pojawienia się tej jakiejś strzygi V2, wiej Ty tu z Janką do mnie, będę się Wami cieszyć, będę się Was trzymać, w hotelach miejsca są. Biedni Polaczkowie już sobie wmówili, że rok 44 będzie rokiem cudów i niespodzianek pierwszej klasy. Polak, urodzony za wolnej Polski, ma kompleks cudów i pychę wraz z próżnością tak zabawną, że strach.
Boże, jakim bałkańskim kotłem stanie się nasza literatura! O czyjejś poezji będzie decydować to, że był np. w Tobruku, albo, że się odznaczył w Belgii czy gdzie. Ja będę żyć na starość z lekcyj angielskiego, jak miss Vichery, do której nawet jestem podobna z moją długą i coraz dłuższą gębą. W akademii będzie Chmurek (z tych, co zostali), a z tutejszych poeta żołnierz – już wiesz kto. Kilku. Jeden starszy. A ludzie uwierzą że poezja to coś niebywale nudnego i niepotrzebnego.
Raz jeszcze, Antoni baj-baj, ucałowania dla Janeczki, ślicznej.
Lilka

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Listy 1940–1945, Interim 1994, s. 69–70. W liście wspomniany jest wiersz Słonimskiego "Braciom emigrantom":
Wypełzamy – pluskwy spod ram –
Za obrazem skryci na ścianie,
Aby spijać po ciemku krew z ran
I znów skryć się, gdy przyjdzie świtanie.

Jaki może być roboczy bunt?
Chyba ten, że za krew, co się leje
Rząd angielski, zamiast płacić funt,
Pełną winien wypłacać gwineję.

Nie potrzeba nam obcych bóstw
Ani wzoru niepolskich postaci.
Co nas żywi? Krew naszych sióstr.

Co nas karmi? Krew naszych braci.

wtorek, 27 stycznia 2015

Odcinek 1202: Jan Lechoń, 1955 rok

Z dziennika Jana Lechonia

27 stycznia 1955 roku
Lilka Pawlikowska, zastrachana, zawsze świadoma swego ukrywanego garbu i
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
swego utykania, a zarazem tego, że jest cudowną poetką i że ma profil, jakich już nie ma, i oczy, jakich już nie bywa. W każdej rozmowie zlewająca na nas komplementy tak przesadne, jak dobre wróżby Cyganek. I nagle słysząc jakiś dowcip, jakąś złośliwość niebotyczną albo jakieś bardzo ryzykowne, ale bardzo zabawne świństwo – wybuchała śmiechem z całego serca, śmiechem bachicznym i okrutnym. I Lilka też jak Iłła była czarownicą, tylko inną, bardziej niebezpieczną, bo warzyła zioła z upajających zapachów, bo wabiła nie tylko uroczym smutkiem, ale nawet śmiechem. Bardzo dużo napisano o niej, ale wszystkim tym pochwałom czegoś brak: pisze się o niej, jak zawsze u nas, prawie jak o świętej. A to była czarownica. Rusałka to też znaczy czarownica.

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 554.

wtorek, 28 maja 2013

Odcinek 705: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1940 rok

Z dziennika Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

28 maja 1940 roku
27 maja ważyłam 48 kilo. Ładne buty. Bezkarnie się martwić nie można. Zauważyłam
już schudnięcie ramion, szyi, małość biustu, brak podbródka, zeschnięcie twarzy – ale myślałam, że to złe lustra. Powietrze jest tu bardzo złe, wilgoć, stęchlizna, kanały, no i amatorska kuchnia, którą prowadzę dla Lotka, a nie dla siebie, zrobiła widać swoje. W każdym razie jedno zmartwienie in plus. Odżywiam się więc od dzisiaj intensywniej. Tylko pod kloszem strachu jakże się dobrze czuć? Jakiż okropny niepokój, co za sytuacja! Leopold [król Belgii] oddał broń. Włosi iść mają na Francję, Szwajcaria może się poddać lada dzień. Lyon jest miejscem bardzo niebezpiecznym. Ja bez Lotka ruszyć się nie mam ochoty, komplikacje, zresztą nie bardzo mam za co jechać, bo pierwszy jeszcze nie zaraz, aż w sobotę. Rozłączenie się teraz z Lotkiem to bardzo ciężka rzecz i błagam św. Antoniego o pomoc. [...]
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939–1945, Agora 2012, s. 37.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Odcinek 544: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1939 rok


Z zapisek Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Niedziela 17 grudnia 1939 roku
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.
Mieszkamy w znakomitym hotelu Union Palace na ul. Kossowskiej. Europejska przyzwoitość tego hotelu budzi tęsknotę nieokreśloną (60 dinarów noc)... Co mnie uratuje od tej melancholii i tego okropnego ubrania, ubabrania, nie ubrania. Ile by to trzeba tysięcy (czego?), aby tę stajnię Augiasza, którą jest moja garderoba, przewalczyć. Zniszczyć płaszczysko ponure, suknię głupią niebieską i kapturek, szapturek ordynarny. Wszystkie te rzeczy są w złym guście, i już...

Trzy dni w hotelu Union Pałace w Belgradzie po 60 dinarów za pokój z jednym łóżkiem i kanapą. Środa, odjazd wcześnie rano, z towarzystwem Lamów z Warszawy (dr Stanisław). Jedziemy w mróz i niezłą pogodę. Kupiliśmy w Belgradzie 100 l benzyny po 6,20 dinara, później 20 l w Osijeku. Nocowaliśmy w Slatinie, Lamowie obok, ciepło i dobrze, 50 din. za pokój. Rano w piątek odjazd. Zgubiliśmy Lamów po drodze do Zagrzebia. Będą wściekli, a wszystko to przez ich szofera, który nie chce do Francji z obawy przed wojną i chce ich wstrzymać na granicy włoskiej lub szwajcarskiej. Lam jest załamany i boi się też jak cholery Paryża.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939–1945, oprac. Rafał Podraza, Agora 2012, s. 30–31.

niedziela, 22 lipca 2012

Odcinek 396: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1941 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do męża, Stefana

Środa [właśc. wtorek], 22 lipca 1941 roku
Kochany Loteczku!
Możliwe, że ten list przyjdzie do Ciebie niedopłacony i sam sobie zapłacisz za niego, mój Robaku, a to dlatego, że taką plajtę przeżywam, jak dawno nie pamiętam!
„Ta dama wydała 1 funta na swoje zęby.
Czyż nie były to dobrze wydane pieniądze?”.
Reklama gabinetu stomatologicznego.
Musiałam, bardzo nie chcąc, iść do dentysty, bo mi trzecia już plomba wypadła z przodu i przestraszyłam się, że mi nerw będzie potem chciał wyrywać, więc wyrywam ja ci do niego i mając całego majątku funta, mówię mu, że dziś jedna plomba i na tym koniec (10 szylingów). Tymczasem on się zabrał gracko i nic mi nie mówiąc (one były obok siebie te zęby), zaplombił mi dwa i zażądał sucho funta. Z nim żadnych targów nie ma, jest bardzo świetny dentysta, ale z walutą państwową obchodzi się stricte i poważnie bardzo. Z wielkim więc smutkiem wypłaciłam na stół cały stan posiadania i nie wiem, co jutro zrobię. [...] Taki bieg rzeczy ostatecznie zniechęca mnie do pozostawania tu bez Bajbaka, słowo Ci daję, że nie widzę żadnej możliwości na zdobycie kilku szylingów. Niech Bajbak natychmiast przysyła choć 10 szylingów w kopercie, może wytrzymam tak aż do Twojego przyjazdu. [...]
Przysłane moje pisma przez Ciebie bardzo mnie znudziły, nie masz racji, że mi wszystko tak odsądzasz. Uwagi pana Robaka bardzo interesujące i nawet zadziwiające, ale nie musisz mi Bajbak jakichś koszów redakcyjnych urządzać, bo tu chodzi o mój chleb także. Co do wysuszonych sklepów etc. to masz pełną rację i dziękuję za zwrócenie uwagi, bo to było bez sensu. A też i o słowikach – co racja, to racja. Ale wolałabym, abyś inne rzeczy ocenił lepiej. [...]
Papierosy dla Ciebie, mój Panku, mam, ale może będę zmuszona je wy sprzedać teraz po kawałku, bo nawet paczki nie mam za co wysłać. Ale plomby za to śliczne, nie powinnam się martwić zanadto, bo ten wydatek i tak mnie czekał.
Poza tym gotuję dużo bobu sama, radia nie wykupuję, bo nie wiem ile, zresztą w ogóle nic teraz finansować nie mogę. [...]
Ściskam Cię, dobra świnko, tylko mi nie rób dyktatorka, proszę Cię bardzo, a rób dobrego kotka białego, którego kocham. Dlaczego wszystko Ci się nie podoba? O samolotach, o słońcu, o tym i owym było ładnie. O Polkach i starych Polakach może być, że nie na czasie, ale powinieneś mi przyznać, że racy a. Jeszcze raz przyznaję, że słowa Bajbaka o wojnie są prawdziwie świetne i cała historia o wystawie, obrazie itd. Główka jak makówka, nie mówię, ale pisać to Ci się nie chce, a mnie się ma chcieć. Wcale się zresztą nie gniewając, naprawdę całuję ciepłą mają Robaczkę miliony razy i proszę pisać i przybywać niedługo.
Your wife, Ll.
PS Bądź spokojna, że nie poślę tych bzdur, wierzę Ci właściwie, tylko nie przesadzaj, aby nie popsuć sobie u mnie kredytu.
Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, oprac. Mariol Pryzwan, Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 110–111.

czwartek, 8 grudnia 2011

Odcinek 169: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1942 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do męża, Stefana Jasnorzewskiego

Wtorek, 8 grudnia 1942 roku
Imieniny, godzina siódma wieczór

Bajbaczku kochany. Mowa jest o futrze, które przyszło dziś o piątej przy podwieczorku. Kocham to futerko, bo jest ono cudnym podarkiem od Panka. Kocham je, bo dołączony jest do niego list gorący. I za to, że jest miękkie jak puch, leży jak nigdy nic innego nie leżało, ani najmniejszej poprawki być nie może. I za to, że w nim będę, jeśli nic nieprzewidzianego, od czego Boże broń, nie zajdzie, będę w nim chodzić po Krakowie z wesołą twarzą n[a] p[sa] u[rok]. I za to, że taką mi niespodziankę zrobiło, aż mi serce szybciej bije. Bo co jak co, ale tego nie przeczuwałam – dziś i tak nagle, i wspaniale.
I za to, że jest świadectwem, jaki to obermąż z pana Robaka, aż ludzie gęby pootwierały, gdy pokazałam trzy listy na imieniny jednego dnia – wszystkie od męża! Bajbaczku, wielkie dzieło to jest ofiarować komuś dzisiaj cudne pierwszorzędne futro. Nawet podszewkę ma z sajety niepodrabianej, panie dziejski, prawdziwa kitajka, mospanie. Nie masz pojęcia, jakie jest piękne, a list równie ciepły, miękki i złoty.
Upojona tym prawdziwym szczęśliwym wydarzeniem – najładniejsze futro w moim życiu dotychczasowym, ściskam, wzruszenie opanowując, pana Robaka mojego ślicznego, najlepszego. Zima w takim futrze już nie taka groźna. Może ono ją złagodzi pod każdym względem? – takie jest pogodne i amerykańskie, wyjątkowo piękne, naprawdę! Ależ Żyd się musiał zdziwić i ucieszyć. Pięknie zapakował w pudło i bibułki białe.
Prędko raz jeszcze ściskam i wysyłam list.
Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, oprac. Mariola Pryzwan, Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 113–114.

czwartek, 10 listopada 2011

Odcinek 141: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1941 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do męża, Stefana Jasnorzewskiego

Poniedziałek noc – na wtorek, 10 listopada 1941 roku
Stefan Jasnorzewski, 1934 rok.
Loteczku, moje świństwo, widzisz, jaki Ty jesteś: dziś ani wczoraj (bo niedziela) i przedwczoraj (bo sobota) nic od Ciebie. Nie napisałeś jeszcze, czy paczka doszła? Czy przed listem objaśniającym, czy po? Chciałam utrafić po. Okropny tu panuje niepogodas.
Nie ma Bajbaka, aby mi dziury pozatykał w oknie, „strawy nagotował” i gorące bańki puszczał do łóżka. [...] Czy mu nie wysłać swetra tego bardzo ciepłego, niebieskiego, himalajskiego? Może skórzany płaszcz? Zastanów się i napisz, poświęciwszy część listu kwestii opału, która jest poważna. Dochodzi do tego, że się jest w opałach bez opału.
Bajbaczku, dlaczego my się nie widujemy i co to za warunki, twarde i nieswoje. Ja się na jakąś egoistkę starokawalerską wykieruję. Sobie jabłko, sobie garnek na piecyku, a w nim brukselka dzisiaj a la orzechy włoskie na maśle roślinnym z cebulą i cukrem, i solą uduszone. Tobie nawet świństwo zrobione dobrze robi się świetne, ale co to za sens, panie dobrodzieju, nigdy nie byłam sobek-radek, sobek-sohn. Potem spacery znowu samemu albo z babą Molką [Mary Jowett, nauczycielka angielskiego] i co to ma być? Tak samo i Robas mi się może wypaczyć w tym oddaleniu.
Ale można się inaczej wypaczyć, np. ostatnio, gdy Bajboczek paczki wciąż przysyłał, to owszem było bardzo grzecznie. Może czosnek zwykły będzie tam przypadkiem u Ciebie, Robaczeńku, to mi go wyślij, bardzo się ucieszę. Cukier Ci wyślę w tych dniach trochę. [...]
Ściskam Cię, kochana moja – Ll.
Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, oprac. Mariola Pryzwan, Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 111–112.

czwartek, 15 września 2011

Odcinek 85: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1943 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do Jana Hulewicza


15 września 1943 r.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,
lata czterdzieste.
Drogi Panie!
Jestem strasznie, po prostu nie do zniesienia zatrwożona o Madzię, która do mnie od czasu śmierci Mamy (15 marzec tego roku) nie pisze wcale. Córka jej jest podobno uwięziona, może i Madzia też? Czy Drogi Pan nic nie wie i czy były jakie kwity od tego czasu (z Czerwonego Krzyża). Przepraszam, że Pana tak wciąż sobą zajmuję, ale Pan taki jedyny i kochany, może ma Pan dla mnie jakieś uspokojenie... Nigdy nie byłam tak daleko od swoich jak dziś po 4 latach. Dwoje najdroższych odsunęło się dalej, skąd już nigdy wiadomości nie przenikną, chyba przez obrzydliwą, nienawistną mi już pocztę snu i jej niezrozumiałe szyfry męczące. Została garstka, a w niej jedyny mój wielki afekt, Madziusia, biedna o bardzo słabym zdrowiu, nerwowa i wrażliwa. Czy wytrzymuje to wszystko? I czemu już nie tylko ona, ale nikt nie pisze do mnie? Ach, co za dolina Józefata, psiakrew.
Drogi Panie Janie, Kolin [wydawca] wciąż zapowiada i nie wydaje mojego tomiku, jeszcze mi tej złośliwej muchy wydawniczej brakowało. Nie chce też oddać rękopisów? Ani odpisywać. Coś strasznego, niebywałego w swoim rodzaju. I nie ma na to rady, wiem dobrze o tym.
Łączę najczulsze pozdrowienia - 
Maria Jasnorzewska

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Listy 1940–1945, oprac. Paweł Kądziela, Interim 1994, s. 63.