Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parandowski Jan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parandowski Jan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lipca 2014

Odcinek 1101: Jan Parandowski, 1962 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

Ustka, 6 lipca 1962 roku
Ustka w latach sześćdziesiątych.
Kończy się nam trzeci tydzień pobytu, za parę dni wyjeżdżamy, nie wiadomo, kiedy znów tu będziemy. Ostatni raz byliśmy w Ustce przed 11 laty. Teraz wydawało się nam z początku wszystko nieznane, ale każdy dzień, każdy spacer odsłaniał wspomnienie ulic, lasu, plaży. Lecz w tych wspomnieniach jest Ustka jakby smutniejsza czy przyćmiona melancholią. Dziś wydaje się nam bardziej ożywiona, piękniejsza.
Zastaliśmy tu przyrodę jakby o miesiąc młodszą: dziś jeszcze kwitną jaśminy, malwy rozwijają się z pąków. Ulice, domy po dawnemu wyglądają obco, nie może być inaczej tu, gdzie jeszcze tak niedawno wszystko było obce: styl domów, okien, teras, schodów zewnętrznych, balkonów z ich okuciami, tak samo wnętrza zachowały jeszcze meble, obrazy po dawnych właścicielach. Ale ten obcy język jest już stłumiony, za dziesięć lat nikt go nie posłyszy. Podobne  wrażenie  wyniosłem  ongi   z  pierwszej   podróży po Wielkopolsce (rok 1919) — i sam Poznań, i jeszcze bardziej Bydgoszcz lub Grudziądz tchnęły obcością. To nic, że wszyscy dokoła mówili po polsku i byli Polakami — niemiecka ręka ukształtowała mury miast. A któż by o tym pomyślał w dziesięć lat później!
Jak bluszczem mury obrastają tradycją i obyczajem tych, co je zamieszkują, o nie się ocierają, dzień bieżący ślizga się po nich jak  dłuto rzeźbiarza, nieznacznie a wytrwale, i ani się spostrzeżesz, jak wszystko będzie inne i już nieobce. Tak dzieje się w Ustce. Wiele się tu buduje i to, co jej przybywa, przysparza jej polskości. Łatwo i często zarzuca się nam złą gospodarkę, niedbałość, niechlujstwo, jakoby przyrodzone wady. A oto patrzę ze swojego okna: od  godziny  leje  deszcz,  po  tej  stronie  ulicy  jest niebrukowany chodnik, zalewają go przepastne kałuże.  Tak to zostawili  Niemcy.   Z  pewnością  ten chodnik zostanie pokryty płytami, tak jak tamten po drugiej stronie ulicy. I przyszli turyści nie dadzą sobie odebrać  przekonania,  że  to pozostałość niemieckiej zapobiegliwości. Nie dowierzamy sobie — nawet wbrew oczywistości.
Ustka, skwer przy ulicy Marynarki Polskiej. Lata sześćdziesiąte.
Nie wiem, czym Ustka była w czasach niemieckich, musiał tu być jednak i port, i musiała być jakaś miejscowość wakacyjna, ale ani jedno, ani drugie nie miało chyba większego znaczenia, świadczy o tym spora liczba mizernych domków, wiele ulic idzie krzywo, zabrukowane są „kocimi łbami". Przypuszczam, że w niedalekiej przyszłości wszystko się zmieni. Czy i kiedy to zobaczę? Zawsze odjeżdża się z podobnym pytaniem z każdego zakątka, w który się weszło na chwilę, jakby przypadkiem. Tak człowiek rozwiesza urywki swego życia po jakichś lasach, plażach, ogrodach, tak jak kiedy indziej po wieżach kościołów, stromych basztach, ośnieżonych wierchach, z którymi się zżywa na parę tygodni i przyćmiony ich wizerunek zamyka w pamięci jakby w pudle pamiątek rodzinnych.
A za parę dni będę w Warszawie. Po krótkim zamęcie wysiadania z pociągu i wyplątania się z tłumu na dworcu wsiądę do taksówki, a serce, jakby na to czekało, zacznie bić rytmem radosnego wzruszenia...
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s. 244-246.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Odcinek 1019: Jan Parandowski, 1951 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

15 kwietnia 1951 roku
Warszawski tramwaj, 1955 rok. Fot. Zbyszko Siemaszko.
Nasz świat jest pełny cudów. Opowiadano mi, co się zdarzyło dwa dni temu, w ubiegły piątek, w Warszawie. Tramwajem jedzie chłopiec i tak mówi do konduktorki:
— Nie mam na bilet, ale niech mi pani pozwoli jechać, bo muszę być w szkole.
Konduktorka powiada, że nie może jechać bez biletu, na to pani, która siedzi obok, płaci za chłopca. Przy niej siedzi oficer, który zaczyna robić jej wymówki: że nie można tak pochopnie, bo może chłopiec dostał od rodziców pieniądze i woli je zatrzymać dla siebie. Na to chłopiec:
— Ja nie kłamię, proszę pani. Ja nie mam rodziców. Mój tatuś był oficerem i zginął w 1939 roku, moja mamusia zginęła w powstaniu, a ja się wychowuję u biednych ludzi, którzy nie zawsze mają dla mnie na tramwaj. I ja mam przy sobie fotografię mamusi. Mogę pani pokazać.
Wyjmuje fotografię, na jej widok oficer krzyczy: moja żona! — i bierze syna w objęcia.
Taki jest nasz polski świat — świat krzyży i rozdroży.
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s. 98-99.

wtorek, 18 marca 2014

Odcinek 991: Jan Parandowski, 1951 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

18 marca 1951 roku
Dorsz zawładnął Polską — na wystawach, w sklepach, wszędzie go pełno i we wszelkiej postaci: mały i wielki, wędzony i marynowany, żywy i śnięty, w kawałkach i w całości. Daremnie staram się przypomnieć go sobie przed wojną. Niewątpliwie istniał ale go w cień usuwały szczupaki, karpie, sandacze, pstrągi. Ou sont les poissons d’antan? Czyżby dorsz wszystkie je pożarł i wytępił? Jeszcze węgorz czasem mu się wyśliźnie i zagości w Centralach Rybnych, jeszcze śledź z rzadka wypłynie i przyczai się w puszce blaszanej wśród przygniatających zwałów dorsza. Warszawski dowcip już dawno puścił w obieg przysłowie: „Jedzcie dorsze, g... gorsze”.
Dorsz, mal. William Merritt Chase.
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s. 96.





poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Odcinek 649: Jan Parandowski, 1951 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

1 kwietnia 1951 roku
Na prima aprilis radio zapowiadało pokaz telewizyjny. To daje miarę, jak daleko jesteśmy od telewizji, która może być u nas tylko żartem primaaprilisowym. Nie ma zresztą czego żałować, sądząc z tego, co pisze Eliot o telewizji w Ameryce (100 stacji, około 10 milionów odbiorników), jest to ostry protest przeciw głupocie i ohydzie programów,  piętnuje telewizję jako nową truciznę, od której najwięcej cierpią dzieci.
Po raz pierwszy program telewizyjny w Polsce nadano w październiku 1952 r.
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s. 97.

środa, 30 stycznia 2013

Odcinek 588 Jan Parandowski, 1949 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

30 stycznia 1949 roku. Niedziela
Julian Tuwim i Leopold Staff
podczas jubileuszu.
Dziś odbył się w Teatrze Polskim jubileusz Staffa. O pół do jedenastej przyjechał po nas Szyfman. Była wilgotna, jakby jesienna pogoda. Teatr pełny, już we czwartek sprzedano wszystkie bilety. To piękny hołd — żywa odpowiedź Warszawy na afisz z nazwiskiem poety. On sam jest tu po raz pierwszy od końca wojny. Chociaż tak się już odbudowała, wstrząsnęła go widokiem swych ruin, których wszędzie jeszcze pełno. Mówił mi to przez telefon wczoraj. Jubileusz jest zasługą Tuwima, on go właściwie zorganizował. I dziś czuwał nad wszystkim, wzruszająco troskliwy. Na scenie ustawiono parę rzędów krzeseł dla literatów i artystów. Przywitałem się ze Staffem, kiedy stał na brzegu sceny i kulis — kurtyna była jeszcze spuszczona. Bał się samotności. „Gdybym tak usiadł przy tobie! Coś byś mi szepnął od czasu do czasu, dodał otuchy. Najbardziej denerwują mnie ręce; drżą, psiakrew, nieustannie”. Ale dano mu z boku fotelik rokokowy, jasny, jakby z buduarku pięknej damy, i tak siedział przez cały czas. Rzeczywiście, ręce mu drżały.
Miałem miejsce przy stole prezydialnym, koło mnie siedziała Żeromska. Gdy się podniosła kurtyna, wprowadzili Staffa: Ćwiklińska, Solski, Tuwim. Teatr wstał, oklaski trwały długo. Tuwim otworzył akademię i oddał głos wiceministrowi Sokorskiemu. Drugim mówcą był Iwaszkiewicz, mówił świetnie, zakończył słowem „cześć”. Wręczono Staffowi dwie koperty, każda ze „skromnym darem”, jak to określano (sto tysięcy złotych), od Zaiksu i od Związku Wydawców.
Jubileuszowy afisz.
Patrzyłem na Staffa. Siedział skromnie, miał na sobie brązowe ubranie (innego, zdaje się nie ma), w klapie odznakę komandorii z gwiazdą, którą dostał wczoraj. Starannie uczesany, siwe włosy, przystrzyżona bródka, ta staroświecka, wzruszająca bródka, spokojny, ujmujący profil, bardzo cywilny, starszy pan, całkiem niepoetycki w potocznym wyobrażeniu. Żadnej pozy, żadnego gestu. Tak samo, gdy wypowiadał krótko i prosto swoje podziękowanie. Teatr znów wstał, znów zerwały się oklaski, wreszcie odprowadzono go do loży, gdzie już siedział do końca.
Po przerwie na scenie zasiedli przy stole artystki i artyści, którzy mieli odczytać wybrane wiersze Staffa. Na mównicę wszedł Solski, odczytał własną rzecz, miłe uczczenie jubilata, pełne doskonałych akcentów, przy których podnosił głos, niewątpliwie słaby, ale zawsze dobitny, i zakończył jak list lub dedykację: „niezłomny strażnik twojego Skarbu — Ludwik Solski”. Staff był wzruszony tym hołdem człowieka, który mógłby być jego ojcem. To w istocie niepojęte, jakiej mocy jest ten blisko już stuletni starzec.
Wiązanka wierszy, którą odczytano, nie była niczym szczególnym, w taki sposób można ułożyć poranek autorski byle jakiego poety — nie dano wrażenia całej skali poezji Staffa. Zadziwiła nas Ćwiklińska, która sobie znalazła wiersz Pocałunek, bardzo dla siebie stosowny, a trochę niespodziewany u Staffa.
Dzwoniłem do niego o ósmej wieczór. Mówi, że jest bardzo zmęczony, roztrzęsiony, upokorzony tremą, której nie mógł w sobie stłumić. Trzymał — powiada — na kolanach Kwiaty polskie Tuwima, jak talizman przeciw drżeniu rąk, ale nie pomagało.
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s. 54-56.

sobota, 15 grudnia 2012

Odcinek 542: Jan Parandowski, 1962 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

15 grudnia 1962 roku
Wenus i Mariner II.
Wczoraj o 9 wieczór Mariner II zbliżył się do Wenus i nadał wiadomości o tej planecie z odległości blisko 58 milionów kilometrów. Teraz umyka ku słońcu. Mariner II złożył wizytę Wenerze w piątek, w dniu jej poświęconym — dies Veneris. Może to oddziałać na wyobraźnię tych, co w takich rzeczach nie uznają przypadku.
Ktoś z kręgu Swedenborga... Ach, czemuż go nie mam pod ręką! Miałem niegdyś taką jego książkę, gdzie mówi o życiu na planetach, a właściwie podaje relacje z tego, co posłyszał od aniołów. Nie pamiętam szczegółów, ale to, co głosił o planecie Wenus, było nieporównanie bogatsze od suchych wiadomości Marinera II. Lecz już tacy jesteśmy, że jego powściągliwość bardziej nam odpowiada niż gadulstwo aniołów Swedenborga.
Ci jego aniołowie byli roztargnieni: żaden z nich nie zauważył planety Neptun, która istniała od tysięcy wieków, chociaż Leverrier dopiero w kilkadziesiąt lat po śmierci Swedenborga odkrył ją swoim genialnym obliczeniem. Swedenborg w naszych czasach uprawiałby może science-fiction, w XVIII w. musiał być filozofem, do czego z własnych skłonności dodał mgłę mistycyzmu. 
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s. 268-269 .

niedziela, 4 listopada 2012

Odcinek 501: Jan Parandowski, 1955 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

4 listopada  1955 roku

Leopold Staff.
Byłem wczoraj u Staffa. W lecie przeszedł zapalenie płuc z gorączką 40 stopni, teraz czuje się dobrze, nie wychodzi jednak z domu. Nawet do dentysty. W pokoju stoi „wiertaczka” dentystyczna, lekarz sam go odwiedza i coś tam dłubie w zębach trzonowych. Poldzio śmieje się, ten sam uśmiech, co za dawnych lat. Pracuje dużo: właśnie skończył tłumaczenie łacińskich poezji Kochanowskiego, ostatnio jakieś epinikia dały mu się we znaki. Miał też niemało roboty z tłumaczeniem nowel Tomasza Manna, którego barokowy styl o zawiłych zdaniach bywa katuszą dla tłumacza. W czasie naszej rozmowy przyszedł Gabriel Karski, by zapytać, czy może przyjść jak corocznie na Leopolda (15 XI) z kilku poetami i butelką wina. Staff się ucieszył, choć, jak mówi, nic teraz nie pije, a rozmowa z poetami „nie idzie mu do głowy”. Opowiadał mi jeszcze, czego nie wiedziałem, że przed 1914 miał willę w Brzuchowicach: spłonęła w czasie działań wojennych, a w niej cała jego biblioteka. Miał w niej po ojcu sześćset tomów Kraszewskiego, w którym rozczytywał się od dzieciństwa, chyba nikt dziś nie zna Kraszewskiego tak, jak on. Drugi raz wszystko mu się spaliło w 1944, na Koszykowej. Stracił wtedy i pamiętniki, a to co z nich ocalało, sam spalił, rozgoryczony dzisiejszą niechęcią do czasów i ludzi Młodej Polski. Teraz te spalone wspomnienia zaczyna odrabiać, bo go proszą o wydanie pamiętników. Gorąco go zachęcałem, bo byłby to kapitalny dokument i pyszna lektura. Narzekał, że mu „proza nic idzie” , przypomniałem mu, jak nie chciał przyjąć mego zamówienia na życiorys Michała Anioła i jak to potem dobrze wypadło. Nie chce wystawiać swoich dramatów. Wawrzyny były już w próbach w Krakowie, ale teatr musiał z nich zrezygnować, chciano by wystawić To samo, ale na to on nie chce się zgodzić, bo uważa tę rzecz za błahą i pospolitą, i płaską.
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s.160-162.