Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orzeszkowa Eliza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orzeszkowa Eliza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2015

Odcinek 2021: Eliza Orzeszkowa, 1897 rok



List Elizy Orzeszkowej do Lucyny Kotarbińskiej

31 marca 1897 roku, Grodno

Moja Najdroższa i Najlepsza Lucyś
Czuję potrzebę przesłania Wam obojgu choć kilku słów, tak Was kocham i tak Wam jestem wdzięczną. W gazetach czytuję zawsze korespondencje z Krakowa od początku do końca, myśląc, że znajdę w nich cokolwiek o występach lub pismach p. Józefa, o Twojej szkole. [...] Jak zdrowie Wasze? Często o Was myślę — jak o najzacniejszych w świecie sercach i najlepszych dla mnie. Wszystko, o czym wspomniałaś w liście, pamiętam, jakby było wczoraj: i salonik Twój, i pierwsze spotkanie, i rozmowę przy śniadaniu, i niewymownie miłe wrażenie, z którym Wasz dom opuściłam. Takie mi wszystko u Was wydało się śliczne, estetyczne, inteligentne, ciepłe. Pod wpływem tego wrażenia zapragnęłam bliższych stosunków z Wami i pierwsza napisałam do Ciebie, Lucyś — pamiętasz? Boże, jakie to dawne czasy! Dziesięć lat tylko, a zdaje się, jakby to było kędyś na innym świecie. Śmierć Stanisława przegrodziła mi życie tak, że to, co było przed nią, wydaje się zupełnie czymś innym, odrębnym od tego, co jest teraz. Jakiś był inny świat, inne życie, inna wcale istota, która nosiła to nazwisko, co i teraz, ale gdy je podpisuję na liście albo słyszę wymawiane, to pytam samej siebie: czy to ja byłam tą Elizą Orzeszkową, czy to mi się śniło, a jestem wcale, wcale kim innym? No, ale powtórzę Twoje słowa: „żyję, bo trzeba!” I wszystko robię, co trzeba. Zajmuję się interesami majątkowymi, które złe nie są wcale, ale zajęcia się potrzebują, aby takimi się nie stać; prowadzę korespondencję przymusowo dużą — mnóstwo nieznajomych do mnie pisuje i — tłumaczę Taine’a. Już jestem w drugiej połowie pierwsz[ego] tomu. Praca ta pochłania mi całe szeregi godzin i sprawia wiele dobrego. Zresztą wieczorami w domowym kółku czytujemy wspólnie po parę godzin. [...]
Przed 29-tu laty byłam jeszcze bardzo młoda i wszystko, co mogłam w króciutkiej przeszłości nazwać kochaniem czy kochaniem się, było dzieciństwem, chwilą, pustotą, nie naprawdę kochaniem. A od 29-ciu lat już innego nie miałam, jak to, które odeszło, czystą byłam jak łza wobec niego i choć go przed ludźmi nazywałam panem — nie było godziny, w której nie mogłabym w sercu i sumieniu szczerze i uczciwie nazwać go: jedyny. Więc się nazbierało!
Ale muszę Ci jeszcze napisać o wielkiej dobroci i grzeczności p. Miłosza. Wybrał wzory pomników, przysłał mi do wyboru, już jest wybrany i zamówiony. Będzie z granitu labradoru. Bardzo piękny kamień, prawie czarny w szare żyłki, z jakimiś tu i ówdzie tęczowymi połyskami. Kształt także bardzo artystyczny. Piękne ogrodzenie ze słupów takich samych i antab mosiężnych. Wszystko razem z ustawieniem wyniesie jako koszt około 1500 rubli, stosunkowo do piękności kamienia niedużo. Bardzo, bardzo wdzięczną jestem panu Miłoszowi, bo kto inny mógłby mi wybrać jakie straszydło.
Otóż i masz kilka słów z góry zapowiedzianych. Prawdziwie po kobiecemu. Powiedz panu Józefowi, że biorę obie jego ręce i ściskam je mocno, mocno, z tą najlepszą przyjaźnią, w której jest dużo i szacun­ku, i czułości, i dobrych wspomnień. Ciebie całuję po wiele razy. Napisz znowu do mnie, moja Miła i Dobra, o wszystkim, wszystkim, co Was się tyczę, o teatrze, szkole, pisaniu pana Józefa, projektach Waszych na lato i na później.
Sercem Wasza
El. Orz. Nah.

Eliza Orzeszkowa.


Eliza Orzeszkowa, Listy, t. 7, oprac. Edmund Jankowski, Ossolineum 1971, s. 80–82.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Odcinek 523: Eliza Orzeszkowa, 1899 rok


List Elizy Orzeszkowej do ks. Witolda Czeczotta

Grodno, 26 listopada 1899 roku
Najszanowniejszy Księże Profesorze
Za wszystko, co przyniósł mi list, przed paru dniami otrzymany, z uczuciem wdzięczności serdecznej i głębokiej dziękuję. [...]

Artykulik mój o emigracji napisałam pod wpływem oburzenia, które wznieciły we mnie artykuły o tymże przedmiocie p. Lutosławskiego, skądinąd zresztą człowieka niezmiernie zacnego i patrioty najlepszego. [...]

Co do mnie, stałej mieszkanki Litwy, od dawna już z trwogą serdeczną i podziwem bolesnym patrzę na niesłychaną obojętność, z jaką jedni opuszczają tę ziemię, a inni na opuszczoną i z sił najlepszych odartą patrzą, nic a nic dla zapobieżenia klęsce tej nie czyniąc.
Obojętność i opieszałość społeczna w tym względzie – i nie w tym tylko – przechodzi nieraz granice najbardziej nawet pesymistycznych przypuszczeń i prawdziwie tragicznym kontrastem staje wobec powagi i grozy momentu dziejowego, który przebywamy.
Ani pisane, ani mówione słowo nie pomaga nic; nic ostać się nie może wobec posady. A tu istotnie posad nie ma, lecz są pola do prac rozmaitych bardzo szerokie, które też mogłyby stać się bardzo żyznymi w plony natury różnej, lecz odłogiem leżą lub na niektórych spomiędzy nich już zaczynają siać i żąć Żydzi. Potem, gdy się im na tych polach, do których goniący za posadami przystąpić nie chcieli, powiedzie, wytworzy się z tego nowa pobudka do antysemityzmu, czyli nowe zło etyczne i nowa klęska publiczna.
Gorzko i okropnie patrzeć na to i – nic nie móc. [...]
Tymczasem trzeba tu żyć, aby widzieć w pełni skutki tej emigracji, tę pustkę, tę nędzą moralną i fizyczną, ten sen gnuśny i strach wiecznie drżący, który tu panuje u garści pozostałych, gdy wszystko, co młode, energiczne, zdolne do walki – na drugim końcu świata.
Co do emigracji włościan naszych, to nie wiem, czy słusznie, może mylnie, ale uważam ją za mniejsze nieszczęście publiczne od tak zwanej emigracji zdolności, bo przy silnym pomnażaniu się ludności szeregi ubywające łatwiej zastępowane są przez nowe, jakkolwiek i tu występuje groźna kwestia mieszanych małżeństw.
Emigranci w porcie Bremerhaven.
Co czynić? – Są to istotnie góry trudności, dla których przekopywania lub przenoszenia trzeba by potężnych wysileń zbiorowych, jednomyślnych i wytrwałych. Lecz po wielekroć, gdy o tym w Warszawie i gdzie indziej rozmawiałam z mężami narodowi przewodniczącymi, słyszałam, że prace zbiorowe są dla nas niepodobnymi, ponieważ jesteśmy narodem indywidualistów. Każdy z osobna, każdy na swoją rękę i każdy ku swojej chwale i korzyści.
Chyba Bóg nas wyratuje, jeżeli taką będzie wola Jego, bo my do narodów, które umieją ratować się, nie należymy! [...]
Mam też uczucie człowieka, któremu by rozkazano iść przez kamienistą pustynię i na kamienie rzucać kwiaty. Ponieważ rozkazano, więc idę i całym, jeszcze gorącym pragnieniem moim jest wydobyć z serca jakie takie kwiaty. Jeżeli marnie zwiędną na kamieniach, które w dodatku rękę mi sparzą chłodem lub okaleczą ostrym narożem, w tym już nie moja moc. Co trzeba, to trzeba, i tak długo, jak trzeba.
Proszę Szan[ownego] Ks[iędza] Profesora o przyjęcie wyrazów bardzo szczerego i głębokiego szacunku, serdecznej też wdzięczności za okazane mi uczucia życzliwe.
El. Orzeszkowa
Eliza Orzeszkowa, Listy, t. 7, oprac. Edmund Jankowski, Ossolineum 1971, s. 288–290.

środa, 13 czerwca 2012

Odcinek 357: Eliza Orzeszkowa, 1886 rok

List Elizy Orzeszkowej do kuzynki, Joanny Majewskiej

Grodno, 13 czerwca 1886 roku
Droga moja kuzynko,
Z całego serca dziękuję Ci za pamięć o mnie i list, którym mię obdarzyłaś. Po wiele razy myślałam o pisaniu do Ciebie, ale nie znając tegorocznego adresu Twego, uczynić tego nie mogłam. Cieszę się nad wyraz ze zdrowia Twego i Szanownej Twej matki, a mojej cioci, której życzliwej pamięci polecam się serdecznym ucałowaniem jej rączek. [...]
Ze mną nic nowego. Rok ubiegły po tym strasznym pożarze Grodna był mi bardzo i wielostronnie ciężkim. Miałam wiele pracy z pogorzelcami i oprócz strat majątkowych poniosłam wiele niewygód i kłopotów różnego rodzaju. Z powodu wielkiego braku mieszkań po pożarze wzięłam pierwsze lepsze w nowo odbudowanym domu, całą zimę przebyłam w zimnie i wilgoci, trochę też chorowałam. W tych dniach zmieniam mieszkanie na suchsze i cieplejsze, a za parę tygodni wyjadę na wieś, w te same miejsce, do którego od wielu już lat wyjeżdżam. O wycieczce do Warszawy albo gdziekolwiek w dalsze strony marzyć nawet nie mogę i z wielkim swoim żalem, ale z konieczności podobno długo jeszcze Waszej miłej Warszawki widzieć nie będę. Fortuna kołem się toczy, Droga moja Kuzynko, a dla mnie teraz odwróciło się złą stroną koło. Dziękuję Ci gorąco za pamięć o mojej kochanej, biednej matce, na której mogiłę wspomnienie Twe o niej poniosę. Karolina [służąca matki pisarki] nie tylko żyje, ale i za mąż wyszła. Wzięto ją zapewne nie dla wdzięków, ale dla posażku, którym ją moja matka w przedśmiertnym rozporządzeniu swym obdarzyła.
Całej rodzinie Twej, Droga Kuzynko, pozdrowienia najprzyjaźniejsze, a Tobie serdeczny i długi uścisk zasełam [sic!]. 
El. Orzeszkowa
Pożar Grodna w 1885 roku, drzeworyt według rysunku Czesława Jankowskiego.
Eliza Orzeszkowa, Listy zebrane, t. 7, oprac. Edmund Jankowski, Ossolineum 1971, s. 31–32.

środa, 7 marca 2012

Odcinek 259: Eliza Orzeszkowa, 1908 rok

List Elizy Orzeszkowej do Władysława Stanisława Reymonta

7 marca 1908 roku, Grodno 
Eliza Orzeszkowa.
Drogi, Szanowny Panie
Wielką i miłą niespodziankę zrobiła mi dziś karta Pana. Więc Pan pod niebem włoskim przypomniał sobie o mnie! Ani spodziewałam się, anibym przypuszczała. Dziękuję. Martwi mię, że Pan z powodu zdrowia opuścił Warszawę, ale cieszy to, że jest tam wkoło Pana błękitnie, słonecznie, kwiecisto i ciepło. Jak to dobrze, dobrze, że Pan ciszą, pogodą, swobodą, ciepłem oddycha. Tu zima srogą jest, nie tyle chłodami, ile chmurami. Już od miesiąca przeszło nie mieliśmy ani jednego dnia słonecznego. Świat jak wiekiem trumny nakryty czymś ciężkim, szarym, brudnym, śniegi ciągle padają, ale brzydkie, bo mokre, wichry szumią i czasem dokoła domu gwiżdżą, jęczą... Niech Pan do tego obrazu doda to, że od kilku tygodni mam w domu chorobę osoby bliskiej i kochanej. Dobrze pisze Biblia, że każde życie ma porę tańcowania i porę płakania. Te dwa niezapomniane razy, w których Pana tu widziałam, były dla mnie porą pierwszą, teraz nastała druga. Zapewne też przejdzie i nawet niezawodnie, tak czy inaczej, przejdzie. Pora płakania nie jest dobrą dla roboty pisarskiej (co prawda, to że i tańcowanie niezbyt jej sprzyja).
Niewiele więc piszę, ale za to wiele czytam. Chłopów 3-ciej części jeszcze nie czytam. Niepodobna powieści takiej, Pana powieści, czytać po kawałeczku, bo i irytacja to jest, i strata. Czekam, aby wydrukowanego było więcej.
Ale przeczytałam w dniach ostatnich Dzieje grzechu. Czy Pan to już zna? Wiele dałabym za to, aby wiedzieć, jakie jest o tym zdanie Pana. Moje brzmi tak: aj-aj-aj-aj! oj-oj-oj-oj! Szkoda! szkoda! szkoda! ratujcie! Talent wielki od rozkładu, społeczeństwo czytające od zatrucia ratujcie! Może to moje staroświeckie upodobania i przekonania tak przemawiają. Może to nie jest dekadencja literatury, ale mojego umysłu. Więc też nikomu o tym nie mówię; Panu powiedziałam i niech Pan to w sekrecie zachowa.
Jakkolwiek mam wielką, wielką ochotę do rozmawiania z Panem przynajmniej listownego, to jednak niechaj list ten Pana do wzajemnego listu nie obowiązuje. Proszę grzeczność na stronie zostawić i postąpić z tym tylko według chęci. Ja wiem, że często może się bardzo nie chcieć pisać listy. Ale jeżeli kiedy zechce Pan parę słów wieści o sobie na karcie w stronę Grodna rzucić, z prawdziwą, ze szczerą powitam je radością. Będą mi one miłym i pięknym błyskiem w ciężko pochmurnym dniu.
Ukłon uprzejmy żonie Pana, życzenia gorące pogód jasnych, błękitnych, ciepłych, uściśnienie dłoni serdeczne, przyjacielskie, mocne.
El. Orzeszkowa
Eliza Orzeszkowa, Listy zebrane, t. 6, oprac. Edmund Jankowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich  1967, s. 243-244.

sobota, 5 listopada 2011

Odcinek 136: Eliza Orzeszkowa, 1865 rok

List Elizy Orzeszkowej do Józefa Ignacego Kraszewskiego

5 listopada 1865 roku
Eliza Orzeszkowa, 1867 rok.
W ciszy wiejskiego zakątka Litwy, otoczona zupełnym milczeniem, patrzyłam przez okno na płynące w górze chmury jesienne i słuchałam wiatru, który przelatywał pod niebem, niosąc szum puszcz naszych, gdy — jakby głos z dalekiego świata — doszedł do mnie list Pana. Z prawdziwym wzruszeniem odczytałam jego wyrazy. — Któż zacnie myślący w kraju nie uznał i nie uczcił Pana zasługi? — i kogóż by nie wzruszył serdecznie mimowolny jęk drgający w Jego poważnym a smutnym słowie? Długą chwilę namyślałam się, czy mam przesłać Panu kilka słów z serca głębi. Obawiałam się narzucić korespondencję niezajmującą i mogącą tylko daremnie zająć czas Panu. Ale pobiegłam myślą w chwile przeszłości, gdym przy płomieniu kominka, w długie wieczory zimowe czytała Dwa światy, Chatę za wsią, Dziwadła itd., przypomniałam sobie, z jak miłym wrażeniem umysłowego zadowolnienia i sympatii dla redaktora brałam niegdyś do ręki Gazetę Polską, potem spojrzałam na smutny ustęp pisma Pana: "od blisko trzech lat więcej wyczerpałem siły niż całym może życiem dawniejszym" i — nie oparłam się chęci przesłania Jemu listem gorących wyrazów szacunku i podziału bratniego ręki uściśnienia.
Pseudonym pokrywa moje nazwisko — nigdy zapewne osobiście znać Pana nie będę, ale wiele dałabym za to — aby moje ubogie słowo mogło przynieść Panu choć króciuchną miłą chwilkę.
Tutaj — ciemno i smutno, pustka zaległa wokoło, tchnienie śmierci nas owiało i — czujemy — tylko bolesne konwulsje konania. Wiele by można o tym pisać — ale... ale... Czemu nie mam wyuczonej ptaszyny wschodniej, która by swobodnym lotem podniebnym przeniosła Panu moją kartkę!...
Jestem młoda. Rodziców nie mam ani braci, sióstr, nikogo krwią swego. Bardzo wcześnie wszedłszy w życie towarzyskie i samoistne niezupełnie byłam szczęśliwą — cierpiałam i rozmyślałam dojrzale wtedy, gdy moje rówienniczki bawiły się cackami dzieciństwa. W różnych przejściach życia praca umysłowa była mi pociechą, portem, zbawieniem.
Teraz wypadki krajowe i domowe osamotniły mię jeszcze bardziej. Wielu przyjaciół w mogiłach — lub w dalekich stronach wygnania; niektóre związki — ciążące — zerwałam sama. Byłam majętna; wśród społecznych przewrotów runął majątek, został mi tylko jeden cichy kątek litewski.
Wkoło ścian mojego domu szumią ciemne lasy sosnowe z jednej strony — na krańcu widnokręgu drga promykiem srebrny krzyżyk znad mogiły mojego ojca, którego nie znałam. Tutaj wśród trosk materialnych, tęsknoty i obaw o przyszłość mieszkam samotna jak zaklęta księżniczka z bajki. I znowu pociechą moją, wsparciem praca i nauka.
Próbuję pisać, często myśli cisną się pod pióro niepowstrzymanym potokiem, w głowie roją się obrazy, rodzą i kształtują postacie — a w piersi jakoś dziwnie i dobrze, i smutno razem, że poza zdrojem tych myśli i poczuć świat otaczający znika, kona. Dawniej, to jest przed trzema i dwoma laty — rymowałam, teraz poważne idee i postacie rysują wyobraźnią moją w formach, których rymem ująć nie zdołam — piszę prozą.
Czym jest ta struna drgająca w mojej istocie? Czy fałszywym tonem źle utworzonego instrumentu instrumentu, czy może... może pierwszym akordem jakiej pieśni potężnej?... Trudno wydać sąd o sobie, boję się roić śmiałe nadzieje — ale boję się też i wątpić. — Zdaje się, że gdybym zwątpiła — nić jakaś nieokreślona, ale żywotna, boleśnie by mi pękła w piersi. — Tymczasem znikąd rady, wsparcia, zachęty. Z własnej samotnej pracy — i z sił własnego serca trzeba snuć moc, odwagę i wytrwałość.
Kiedy po raz pierwszy owiała mię miłość wiedzy, miałam lat siedemnaście. Życie gwarne, towarzyskie, huczało wkoło mnie, co ranek stroiłam się w nowe sukienki, kwiaty wplatałam we włosy i na lśniących posadzkach salonów mojego domu przyjmowałam, bawiłam tłumy. Wtedy — otoczona młodymi towarzyszkami — wśród szmeru słów pochlebnych — miałam nieraz chwile tęsknoty — za myślą samotną — za książką i nieraz wymykałam się spośród gości, aby w cichym i ustronnym pokoju ukradkiem kilka kart przebiec wzrokiem — w niebo popatrzeć i pomyśleć — pomyśleć — choćby krótko — choćby wreszcie bez celu — byle samotnie — byle cicho! Oprócz towarzyskiego życia — inne okoliczności — przeszkadzały mi w pracy — odrywały od nauki. Stałam w położeniu, w którym im wyżej mogłam się wznieść umysłem, tym nieszczęśliwszą być musiałam. — W ośmnastym roku zapytałam siebie stanowczo: jak mam żyć? czy mam myśleć, czy bawić się jak dziecko i pełzać jak robak?... W tym samym czasie czytałam Hamleta i jak Szekspirowski bohater spytałam siebie: być czy nie być?... W salonach gwar huczał — weteranija rzucała anatemy na książki zgubne dla kobiet, młodzież wabiła słowami uwielbień, dewotki nieumiejętne obmawiały m ą d r ą k o b i e t ę — a w głębi serca mojego zrodziła się stanowcza, nieodwołalna odpowiedź. Myśleć, uczyć się — pracować będę — coraz dalej — coraz wyżej, na szczyty wiedzy, ku zdrojom światła, choćby serce bolało, choćby ludzie kamieniami potępienia rzucili — dalej, dalej, dalej. — Z myślą tą żyję i teraz...
List miał być krótki; — dlaczego to wszystko napisałam Panu?... Szczegóły — od nieznajomej nie obchodzą. Ale w imię węzła łączącego wszystkich miłujących światło, w imię świętego braterstwa łączącego dusze łudzi — nie mogęż, choć nieznana, nazwać się — Pana młodszą, pokorną siostrą, nie mogęż poprzez przestrzeń wyciągnąć dłoń z uściskiem współczucia i po uścisk współczucia do brata mędrszego stokroć — ale zawsze — brata?...
Jeżeli znudziłam i utrudziłam Pana, niech mi przebaczonym to będzie dla szczerej sympatii, jaką zawsze miałam dla nie znajomej mi osobiście — ale zacnej i zasłużonej w literaturze Jego postaci.
Żegnam Pana słowem serdecznego życzenia lepszej, jaśniejszej doli — i upewnieniem, że na naszej zalanej łzami, spustoszonej Litwie są jednak ludzie, którzy z czcią i współczuciem serdecznym wspominają Jego imię.
Niech Pan przyjmie raz jeszcze powtórzone wyrazy najgłębszego szacunku, z jakim mam zaszczyt zostawać dla Pana.
Gabriela Litwinka
Jeźlibym miała otrzymać odpowiedź, o czym i marzyć nie śmiem, adres mój ten sam: Mr Appollo von Ziegel à Grodno.
Widokówka z Grodna.
Eliza Orzeszkowa, Listy zebrane, t. 6, oprac. Edmund Jankowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich  1967, s. 7-9.