Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogier Charles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogier Charles. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 czerwca 2014

Odcinek 1087: Charles Ogier, 1635 rok

Z dziennika Charles'a Ogiera

Kwidzyn - Grudziądz, 22 czerwca 1635 roku
Zespół zamkowo-katedralny w Kwidzynie.
Z powodu takiego noclegu nietrudno nam było obudzić się o świcie. Ale tym co strząsnęło z nas całe nocne znużenie był przemarsz przed naszymi oknami regimentu piechoty wojewody bełskiego. Wojewodowie bowiem prowadzą ze sobą - czy to w trakcie wojny, czy w czasie pokoju - coś na wzór małych armii. Ponieważ ów bełski utracił niedawno swą małżonkę, przyodział własnym kosztem w czerń dwa tysiące ludzi będących u niego na służbie. Taki obyczaj panuje u wszystkich magnatów w Polsce. Otóż ten czarno odziany regiment maszerował w zwartym szyku. Przed chorążym szli równym krokiem trzej trębacze z doboszem, grając zgodnym taktem, tak że łatwiej było wziąć to za uroczysty orszak weselny niż za przemarsz oddziału. Ci co idą za sztandarem maszerują w bardziej rozwiniętych szeregach, a regiment przypomina z wyglądu klin. Regiment ten defilował przed swym wojewodą na miejsce noclegu.
Udałem się wraz z teologiem na zwiedzanie miasta. Szczególną naszą uwagę zwrócił kościół, niegdyś katedralny, a teraz zajęty przez luteranów. Jest on wielki i strzelisty. Nad dużym ołtarzem zawieszone są potężne organy. Samo miasto podlega władzy elektora brandenburskiego włącznie z pałacem kanoników i biskupim, jemu też podlegają ich dochody. Od zamku biskupa aż do rzeki [Liwy] ciągnie się długi portyk wsparty na wysokich ceglanych łukach, przydatny - jak sądzę - na wypadek wojny, albowiem u jego szczytu znajduje się otwór, przez który można wejść jedynie po sznurze. Wśród ludności krąży podanie, że pewien kanonik tego kościoła miał kochankę. Zganiony w końcu przez swego biskupa i współduchownych za sianie zgorszenia, udał, iż chce to odpokutować i wyraził się mało przyzwoicie, że postanowił nasrać na tę miłość. Jako człek zamożny, wybudował wówczas ten długi portyk wsparty na arkadach, na jego zaś końcu - a ciągnął się on aż do rzeki - wybudował ubikację na podobieństwo kwadratowej wieży o szerokości dwu lub trzech sążni, do której każdego dnia chodził. Płynąca w dole pod wieżą rzeka zwie się [po niemiecku] Liebe - czyli „miłość". Uważał, że skoro złożył przysięgę, aby „nasrać na tę miłość", więc tym sposobem uczynił zadość swemu przyrzeczeniu. A kontaktów ze swą kochanką nie zaprzestał. Myślę, że nie trzeba udawać się aż do wyroczni delfickiej z zapytaniem, czy to aby nie luteranie byli zdolni do wymyślenia tej całej historyjki? [...]
Charles Ogier, Dziennik podróży do Polski 1635-1636, tłum. Zenon Gołaszewski, Gdańsk 2010, s. 49-50.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Odcinek 1011: Charles Ogier, 1636 rok

Z dziennika Charles'a Ogiera

Gdańsk, 7 kwietnia 1636 roku
Ślub na obrazie gdańskiego malarza Antona Möllera.
Uroczyście obchodzono ceremonię zawarcia związku małżeńskiego Konstantego Holtena z Elżbietą Holten, krewniakami. Poseł wraz z nami wszystkimi został zaproszony na wesele, ale nie skorzystał ze sposobności, a to z powodu uczty weselnej, która ciągnie się zwykle przez sześć lub siedem godzin. Widzieliśmy jednak uroczysty orszak weselny. Na przedzie szli parami mężczyźni, osoby znakomite, a pan młody kroczył pomiędzy dwoma pierwszymi. Potem w niewielkim odstępie za strojnymi w różnokolorowe suknie pannami podążały kobiety, zaś między dwiema ostatnimi kroczyła panna młoda. Następne były kobiety w skromniejszych ubiorach. Cały kościół rozbrzmiewał muzyką organową i śpiewem rozdzielonym na głosy kilka grup chórów.
Tymczasem przyszedł z Francji list, w którym król nakazuje posłowi wrócić do kraju. Wielka radość zapanowała w całej naszej kompanii. Tylko mnie, który chciałem zająć się językiem i obyczajami gdańszczan, ogarnęła wielka żałość, gdy zobaczyłem, jak mi się odbiera nadzieję opanowania tego języka. Wcześniej bowiem poseł spodziewał się bawić w Gdańsku jeszcze przez sześć miesięcy.
Tego samego dnia otrzymaliśmy wiadomość o śmierci posła angielskiego [Douglasa], który poczuł się trochę niezdrów, racząc się podczas świąt wielkanocnych dość obficie przy stole. Kiedy mimo to chciał następnego dnia jechać dalej, popadł w wozie w sen na podobieństwo letargu. Gdy usiłował się z niego otrząsnąć, poczuł, że w biodrze i kolanie sztywnieje mu noga. Wbrew temu chciał nazajutrz ruszać dalej, bo był to człowiek zawzięty i bardzo niecierpliwy. Kiedy jednak z powodu zbyt dotkliwego bólu zmuszony został zatrzymać się w gospodzie w miasteczku... [w rkps wolne miejsce na wpisanie nazwy miejscowości, uw. tłum.] następnego dnia, to znaczy 25 marca, o godzinie trzeciej po południu zmarł nie odzyskawszy przytomności. Był dobrym żołnierzem i człowiekiem bardzo uczynnym, ale posłem niezbyt szczęśliwym, a raczej nieroztropnym, gdyż w słowach i czynach był niepohamowany. Zadufany bowiem w swą godność poselską, otwarcie wypowiadał się wobec wszystkich, choćby nie wiem jakim dostojeństwem obdarzonych, i to nie tylko wobec osób, ale - jak już o tym pisałem - występował przeciw królestwom i rzeczpospolitym. Jedynie wobec naszego posła zachowywał się nad wyraz stosownie. Szanował go za znajomość spraw i często podziwiał, a i nas przyjmował uprzejmie. [...]
Po całym mieście rozeszła się pogłoska i wydrukowano tę nowinę w tygodniku, że w miasteczku, w którym poseł zamknął oczy, przez wiele godzin dzwony kościelne dzwoniły same z siebie. Wszystko to dowodzi, że pogłoska ta nie była bajką.
Hipotetyczna rekonstrukcja zamku krzyżackiego w Gdańsku.
Odwiedziłem Zygmunta Kerschensteina, a ten mi opowiedział wiele — godnych zapisania — rzeczy o Krzyżakach, którzy niegdyś władali niemal całymi Prusami. W każdym prawie mieście mieli oni zamek warowny. Mieli taki i w Gdańsku, a jego ślady i szczątki można oglądać w pobliżu Targu Rybnego. Byli pełni zuchwalstwa i okrucieństw. Pewnego razu zdarzyło się, że zaprosiwszy na obiad czterech prokonsulów, czyli burmistrzów, trzem z nich ucięli głowy, a ciała ich porzucili w mieście. Czwarty, zwietrzywszy podstęp, wymknął się w porę z zamku, tłumacząc, że zanim zasiądzie do stołu musi zamknąć skrzynię, którą ma w domu. Zbrodnia ta opisana jest w inskrypcji na grobowcu burmistrzów w kościele głównym, co już wcześniej miałem sposobność przeczytać. W Inflantach byli znów inni rycerze, zwący się Kawalerami Mieczowymi. W końcu sprzysięgły się miasta przeciwko Krzyżakom i w ciągu jednej nocy zdobyto i zburzono czternaście ich zamków. Posiadłości po nich w części posiada król i Rzeczpospolita Polska, a w części elektor brandenburski, z czego wziął się podział Prus na Książęce i Królewskie. Można o tym przeczytać u Sleidana i innych. 
Charles Ogier, Dziennik podróży do Polski 1635-1636, tłum. Zenon Gołaszewski, Gdańsk 2010, s. 213-215.

niedziela, 3 listopada 2013

Odcinek 856: Charles Ogier, 1635 rok

Z dziennika Charles'a Ogiera

Gdańsk, 3 listopada 1635 roku
Czarownica, rycina z 1643 roku.
Naszego posła odwiedził burmistrz miasta, pan Jan Czirenberg. Ten starszy człowiek, którego towarzystwo sprawia dużą przyjemność, poruszając różne tematy, opowiadał też nam dziwne historie. Skwapliwie je notowałem, tym bardziej, że słyszałem je z ust człowieka bystrego umysłu, a przy tym kalwina, a więc osoby nie łatwowiernej. Pierwsza z nich była taka:
Antoni Meidel, Inflantczyk, admirał szwedzki za króla Jana, ojca Zygmunta [III] wędrował swego czasu przez Laponię z jednym lylko sługą i psem. Któregoś dnia, nie znalazłszy nic do jedzenia i picia, trafił wreszcie do chaty pewnej staruchy, wdowy. Kiedy poprosił ją o coś do zjedzenia, utrzymywała, że nie ma ani chleba, ani czegokolwiek, co by się nadawało do spożycia. A jednak kiedy wyszła z izby, on, szperając wszędzie, doszukał się na półce kawałów sera i ułamawszy kęs jednego, rzucił go swemu psu. Kiedy starucha wróciła, zauważyła to. Przygroziła mu, że spotka go nieszczęście i oto w tym momencie pies padł martwy. Przerażeni tym i on, i sługa nie odważyli się dalej jeść, sądząc, że pies stał się wystarczającą ofiarą zaspokajającą złość czarownicy. Przemogli się jednak, aby tę noc, przynajmniej do świtu, przeleżeć na słomie. Koło północy chwyciły jednak admirała tak straszne boleści, że wił się niby opętany lub oszalały przez całą godzinę. W końcu twarz mu tak się wykrzywiła, że ani mówić nie mógł, ani jeść. Tylko przez trzcinę można mu było wlewać do gardła polewki i napoje, o ile oczywiście w okolicy tej, pełnej dzikiego zwierza, można było przygotować odpowiednie i pożywne polewki. Kiedy po tej przemianie puścił się w dalszą drogę i dotarł wreszcie do szałasu jakiegoś starca, ten ulitował się nad jego przygodą. Spytał go, czy chce zaznać ulgi i odzyskać dawną twarz. Stać się to jednak może pod warunkiem, że zgodzi się, aby w czasie kuracji zaznał tego samego bólu, jaki dokuczał mu podczas napadu choroby. Kiedy nie tylko chętnie, ale wręcz pożądliwie wyraził zgodę, musiał o północy zmagać się przez godzinę z takimi samymi okrutnymi mękami. Ale po upływie tego czasu jego twarz istotnie przybrała poprzedni kształt, jedynie przez kilka godzin ciało jego owładnięte było ogromnym znużeniem. Czirenberg zapewniał nas, że tę niesamowitą historię usłyszał z usta samego admirała. [...]
Charles Ogier, Dziennik podróży do Polski 1635-1636, tłum. Zenon Gołaszewski, Gdańsk 2010, s.159-160.