Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odyniec Antoni Edward. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odyniec Antoni Edward. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 sierpnia 2014

Odcinek 1138: Antoni Edward Odyniec, 1829 rok

List Antoniego Edwarda Odyńca do Juliana Korsaka

Karlsbad, 12 sierpnia 1829 r. 
(Zum Pfeil. Nr 4)
Strój męski z 1829 r.
Od dwóch dni jestem z Adamem [Mickiewiczem] i dotąd jeszcze w Karlsbadzie. O ósmej ledwo wieczorem dowlekliśmy się tutaj onegdaj dzięki nie poruszonej niczym flegmie furmana Niemca, który ani sekundy nie pojechał prędzej, a trzy razy po trzy prawie godziny popasał. Adam blisko o milę wychodził na spotkanie i wracając, jak mówił, po raz pierwszy zły był na mnie. Fatalny to byłby prognostyk, gdyby się na mój widok nie udobruchał natychmiast. Ja też raz pierwszy w życiu miałem przecież sposobność odwdzięczyć mu de facto otrzymaną od niego naukę. Zastałem go strojącego się na tak zwane reunion, to jest wieczorne zebranie kąpielowych gości, które w Töplitz nazywa się balem. Dwie chustki był już odrzucił, których gładko zawiązać nie mógł. Ja więc zawiązałem mu trzecią, i to tym samym fontaziem, którego mię w Petersburgu nauczył. Za toż wziąłem dla siebie jedną z dwóch odrzuconych i o godzinie dziewiątej byliśmy już w sali balowej.
Pierwsze osoby, któreśmy, a raczej które nas u wejścia spotkały, były dwie prześliczne panny Łabędzkie: Zofia i Helena, które pewnie kiedyś widziałeś, a więc musisz pamiętać z Warszawy. Adam przedstawił mię im z żartobliwym konceptem, świadczącym o przyjacielskim między nimi stosunku, a który i mnie od razu przystęp do nich ułatwił. Żart, ma się rozumieć, był ze mnie, ale że przedstawiał mię tylko jako zdobycz nie tak dziką i trudną do wzięcia, jak by się zdawało z nazwiska, czułem, że mi to niewiele zaszkodzi. Jakoż śmiejące się panienki powitały mię zaraz imieniem don Alonza, mówiąc, że już mię znają z listów swoich kuzynek, to jest panny Heleny i Celiny Szymanowskich. Ja też odpowiedziałem nawzajem, że je znam z miary ich stopek, którą ich admiratorowie warszawscy zdejmowali z ich śladów po Ogrodzie Saskim. Tym sposobem od pierwszej chwili byliśmy już dobrze znajomi.
Karlsbad, rycina z 1830 r.
Adam miał wielką racją niecierpliwić się w Karlsbadzie. Od wejścia aż do wyjścia z sali nie było ani jednej minuty, żeby nie miał jakiego interlokutora, a nie widziałem po nim, iżby go który zbyt bawił. Zastawiał się więc mną jak puklerzem, rekomendując mię na prawo i na lewo. Ale i to nie pomagało. Co jeden zwrócił się do mnie, drugi wnet przystępował ku niemu. Dla mnie już nawet było to zanadto — chociaż może tylko dlatego, że te ustawne nowe znajomości nie dawały mi, jak bym pragnął, korzystać z najpierwszej. Ale wynagrodziłem to sobie wczoraj asystując im wraz z Adamem prawie przez dzień cały: rano u źródeł, w południe na Alte Wiese (miejsce ogólnej przechadzki), a wieczorem we własnym ich domu. Wyszedłszy dopiero stamtąd około godziny 10, puściliśmy się sam na sam ku „Posthof". Jest to najpiękniejsza tutejsza przechadzka, a była dla mnie i jedną z najmilszych, jakie sobie przypomnieć mogę. Droga samotna, cisza, noc ciepła, pogodna, miesięczna przypomniały mi nocne niegdyś przechadzki nasze po dolinie kowieńskiej. Adam kazał mi opowiadać z największymi szczegółami ostatnią bytność moje w Kownie w rok po jego wyjeździe, zapytując przy tym co chwila o tych i owych znajomych. W każdym prawie tym zapytaniu był już jakby charakterystyczny rys osoby, o.którą pytał: niekiedy z   lekkim   satyrycznym,   odcieniem,   z  przypomnieniem  różnych drobnych  śmiesznostek,   ale  zawsze  bez   cienia  goryczy.   Wspomnienia te obudziły w nim szereg innych.  Ożywił się i zaczął sam opowiadać — ale same tylko dawne i wesołe zdarzenia, Wilno i Kowno jakby stały przed nami. Nie tylko przyjaciele i bliżsi znajomi, lecz nawet wydatniejsze figury uliczne przychodziły mu koleją na pamięć.
Maryla Wereszczakówna.
O jednej tylko Maryli jak dawniej zawsze, tak i teraz ani nawet wzmianki nie było. Pytał mię o stu obcych, którzy dlań całkiem byli obojętni, o niej tylko i o jej rodzinie nie tylko wprost, ale nawet ani ubocznie nie wspomniał.  Wiedział przecież, w jak bliskich i przyjacielskich byłem z nimi stosunkach.. Uderzyło mię to i przypomniało, co słyszałem od pani Kowalskiej,  najbliższej  jego przyjaciółki w Kownie,  że przez lat tyle, będąc codziennym gościem w ich domu i mówiąc najotwarciej o wszystkim, nigdy o tym przedmiocie słowa przed nią nie wyrzekł. I ja też nie pytany wszczynać go nie śmiałem, chociaż często miałem, na myśli. Ale ze czcią prawdziwą podziwiałem w nim pamięć kochającego serca, która tak wszystkich i wszystko ogarnia, co się łączy z obrazem jego stron rodzinnych, nic zgoła nie odnosząc do siebie. Nie tylko bowiem ludzie, ale nawet zwierzęta miały udział w jego wspomnieniach. Pytał mię, co się stało z szalonymi końmi pana Kowalskiego, na których kiedyś, polecając się Panu Bogu, odbywaliśmy przecież konno romantyczną wycieczkę  do  Roman.  Co  z  gadatliwą  papugą jej  samej?  Co z ich ogromnym, brytanem, stróżem i ulubieńcem ich dziatwy? Co z tłustym a złym mopsem panien marszałkówien Siwickich, który tak nie cierpiał Adama, że go ciągle spod krzesła chciał kąsać za nogi, ambarasując tym niepomału swe panie, które się zarówno lękały obrazić faworyta, jak gościa.

Śniadaniowe przyjęcie, mal. Edwin Henry Landseer.
Mówiąc stąd o psach innych, że go zwykle lubiły, opowiedział mi wzruszające zdarzenie z Krukiem, wielkim czarnym psem jego rodziców, z którym w dzieciństwie żył w wielkiej przyjaźni. Raz dano mu na podwieczorek porcją chleba z masłem. Cząstkę chciał dać Krukowi, ale Kruk porwał ją całkiem. Malec rozpłakał się głośno,  czym widać  poruszony  czworonogi  .przyjaciel  chleb,   który  miał   już w paszczęce, złożył na jego kolanach — i podzielili się nim po połowie. W wiele lat potem w Kownie, gdy raz wedle zwyczaju spacerował sam w nocy w dolinie, zjawił się nagle, nie wiedzieć skąd, pies jakiś i zaczął się łasić do niego; ale tak był podobny do Kruka, że go to przeraziło nie żartem. Przyszła mu na myśl scena z  Fausta Goethego,  w której  diabeł  w postaci  czarnego pudla przyplątał się na przechadzce do Fausta, nim się w domu na koniec w Mefistofelesa przemienił. A wrażenie to tak było mocne,  że ledwo  szybkim krokiem doszedłszy do miasta  i  nie oglądając się poza siebie,  ochłonął powoli z  tej myśli,  że bies, nie pies prosty biegł za nim. [...]
Antoni Edward Odyniec, Listy z podróży, t. 1, oprac. Marian Toporowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1961, s. 89-95.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Odcinek 410: Antoni Edward Odyniec, 1829 rok

List Antoniego Edwarda Odyńca do Ignacego Chodźki

Drezno, 5 sierpnia 1829 roku
Pozdrawiam Cię znad brzegów Elby. Jestem zatem u celu najgorętszych życzeń — podróżuję.
Podróżuję — bom mądrych nauczony radą,
Bursztyn w ziemi rodzinnej wala się po piasku,
Lecz nowego w podróżach, gdy nabędzie blasku,
Za powrotem dziewczęta na piersi go kładą.
Tak mówił kiedyś sławny poeta perski Hafiz, i miła to zaprawdę perspektywa podróży! Co będzie w końcu z mojej, ja nie wiem, ale to już wiem z doświadczenia, że pierwszym jej tu wrażeniem była i jest jeszcze tęsknota. Nie czułem jej wyjeżdżając z Warszawy ani jadąc, ale za pierwszym wyjściem na ulicę spotkała mię jak dawna znajoma [...].
Geograficzny przewodnik po kobiecym sercu.

Cyt. za: Janina Kamionka-Straszakowa, Do ziemi naszej. Podróże romantyków, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 137.