Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwid Cyprian Kamil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwid Cyprian Kamil. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 grudnia 2011

Odcinek 181: Cyprian Kamil Norwid, 1892 rok

List Cypriana Kamila Norwida do Marii Trębickiej

Berlin, 20 grudnia 1845 roku

Maria Trębicka, przyjaciółka Norwida.
Po niefortunnych oświadczynach poety
znajomość została zerwana.
Chcę odpowiedzieć na dwa listy, które już dobroć Pani spowodowała, że mnie doszły. Może się nie potrafię, jak bym pragnął, wywdzięczyć za tę pieczołowitość tak prawdziwie braterską, że niezawodnie byłbym w błędzie, gdybym inaczej ją był nazwał. Mówię, że może nie potrafię, bo nawet pismo moje ani tyle obszernym, ani tyle będzie zajmującym z powodu pewnych usposobień, prac, zatrudnień etc., które mię czynią nieudolnym do jasnego rzeczy wyłuszczenia.
[...] Nie nazbyt to wygodnie na tym fałszywym gruncie, którym jesteśmy otoczeni, tak niepowrotnie się osadzać - ale miałem już przykład, że lepiej jedno stracić życie pod rozłamanym drzewem, które się kiedyś zaszczepiło, niżeli błądzić po pustyni i na fata-morgana jako na sady swoje patrzyć. Jest to powieść odwieczna i nie znajoma Pani, napomykam ją tylko, bo tak przychodzi mi na pamięć jak żołnierzowi, że się ostał aż do ostatnich niebezpieczeństw i że nie wrócił się przykładem rozsądniejszego i praktyczniej umiejącego się zachować.
Ja nie jestem praktycznym i nie chcę być praktycznym na widnokręgu uczuć. Czasem mi myśl przychodzi, że tak życie wyczerpnę... ale dobrze! Na to jest ż y c i e, by je w y-ż y ć, lecz nie na to, by u ż y ć. O! Boże, jakże pragnę tę głąb serca mojego TYM właściwie dać poznać, którzy, o ile sądzić mogę - - -
Nie umiem Pani podziękować za wiadomość o zdrowiu i szczegóły z podróży Pani naszej [Marii Kalergi]. List Pani czasem jest okropny (tego serio nie mówię, tylko o tyle, o ile żartem takiego słowa użyć można) - jest tak o k r o p n y, jak ten Niemiec, który Paniom do Koten towarzyszył, człowiek, o ile sądzić mogłem, dobrze wychowany i przyjemny.
Jak to dobrze, że ludzie nie mogą w innych serca spojrzeć i wiedzieć szczerze, jakie echo rozmowy ich wzbudzają - byłbym często okropnie z towarzystw wielu usuwanym. Musiałbym strzelać się o każde sprofanowanie słów i uczuć, a piersi moje tak by były, jak owa tarcz Gorgony, która teraz, na wewnątrz kryć się musząc pod frakiem, skutki swoje wywiera przeciwko temuż oburzeniu i sama własną siłę znosi, zostawiając gorzką obojętność.
Cyprian Kamil Norwid.
Ale niech Pani mi daruje, że tak jestem otwartym i że tak śmiem być żartobliwym... [...] Gdybym wiedział, że Pani nie spojrzy więcej na me listy, jak w chwili odebrania, pisałbym szerzej, szczegółowiej i opowiedziałbym o różnych marzeniach moich i widziadłach, ale że wiem, jak przykro czy raczej nieprzyjemnie odczytywać na nowo, co tylko w chwili utworzenia ma swój byt rzeczywisty, przeto się wolę ograniczyć. Jest to także z a l o t n o ś ć (nie ta, o której pan Rzyszczewski tak wymownie wspomina), ale stylu-zalotność.
Bo co innego Pani - każdy szczegół najmniejszy tak wiele szczęścia mi przyniesie, że nie potrafię podziękować. [...] Śmiem sobie przeto wyobrażać, że Pani nie ma mię za człeka egoistycznych tylko szukającego wiadomości, albo że mój egoizm nie zabiera w siebie i przyjaciół. Usilnie przeto proszę o to, ażebym nie był pozbawionym wiadomości o   zdrowiu   i tym wszystkim, o czym mnie wolno będzie wiedzieć, a co Panią obchodzi.
Jeszcze, jeszcze dziękuję za każde słowo Pani i jeszcze, jeszcze proszę o kilka słów w następstwie.
Cyprian K. Norwid
Proszę w moim imieniu złamać opłatek z Panią [Kalergi] i proszę to oznajmić, że ja nie zapomniałem.
Życzenia świąt pomyślnych i rozpoczęcia roku niech Pani raczy przyjąć od prawdziwego przyjaciela.
Cyprian Kamil Norwid, Pisma wybrane, t. 5: Listy, oprac. Juliusz W. Gomulicki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1983, s. 33-36.

poniedziałek, 19 września 2011

Odcinek 89: Józef Kajetan Janowski, 1863 rok

Z pamiętników o powstaniu styczniowym Józefa Kajetana Janowskiego

19 września 1863 roku
Zamach na gubernatora Berga
Dnia 19 września dobrze po południu gruchnęła najniespodziewaniej wieść o zamachu dokonanym na namiestnika [Fiodora] Berga około kościoła Św. Krzyża. Groza padła na miasto. Istotnie, w chwili, gdy Berg wracał z jakiejś przejażdżki rannej do Zamku, z wielkiego domu hr. Andrzeja Zamoyskiego rzucono bomby na przejeżdżającego. Zamach się nie udał, bo Berg został nietknięty. Przestraszony wpadł we wściekłość. W pierwszej chwili wydał rozkaz zburzenia domu armatami. Zdołano mu wytłumaczyć niewłaściwość tego środka i że lepiej dom zachować, ale go zabrać. Zaraz po zamachu policja z wojskiem rzuciła się do wnętrza domu, by łapać winowajców. Ci jednak tyłami przez ogrody zbiegli. Zamknięto bramy i wszystkich mieszkańców domu, szczególnie mężczyzn, w liczbie stu kilkudziesięciu spędzono na podwórze. Tymczasem rabowano dom. Wszystkie sprzęty wyrzucano oknami na ulicę, a stosy nagromadzone kazano zapalić. Dom był zamieszkany przez ludność zamożną; wszystkie kosztowności, jakie tylko się tam znajdowały, zginęły w kieszeniach rabusiów. Z mieszkania profesora Kowalewskiego, znanego orientalisty, wyrzucono wszystkie jego nieocenione zbiory naukowe. Różne cenne pamiątki po Szopenie, przechowywane przez jego siostrę, panią [Ludwikę] Jędrzejewiczową, wraz z jego fortepianem, wyrzucono na ulicę i spalono. Rozbiegłe po całym mieście rozszalałe żołdactwo dopuszczało się gwałtów i nadużyć. Opustoszały ulice. Do późnego wieczoru trwał pożar, który musiano gasić, bo stawał się groźnym dla miasta. Wszystkich mieszkańców domu aresztowano i pognano do Cytadeli.
Cyt. za: Polska w latach 1795–1864. Wybór tekstów źródłowych do nauczania historii, oprac. Izabella Rusinowa, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne 1986, s. 276.

Cyprian Kamil Norwid, Fortepian Szopena

[...]
Rosjanie plądrują Pałac Zamoyskich.
VIII
Oto patrz, Fryderyku!... to – Warszawa:
Pod rozpłomienioną gwiazdą
Dziwnie jaskrawa – –
– Patrz, organy u Fary; patrz! Twoje gniazdo:
Owdzie – patrycjalne domy stare
Jak Pospolita-rzecz,
Bruki placów głuche I szare,
I Zygmuntowy w chmurze miecz.

IX

Patrz!... z zaułków w zaułki
Kaukaskie się konie rwą
Jak przed burzą jaskółki,
Wyśmigając przed pułki,
Po sto – po sto – –
– Gmach zajął się ogniem, przygasł znów,
Zapłonął znów – – I oto – pod ścianę
Widzę czoła ożałobionych wdów
Kolbami pchane – –
I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają... runął... runął – twój fortepian!

X

Ten!... co Polskę głosił, od zenitu
Wszechdoskonałości Dziejów
Wziętą, hymnem zachwytu – –
Polskę – przemienionych kołodziejów;
Ten sam – runął – na bruki z granitu!
– I oto: jak zacna myśl człowieka,
Poterany jest gniewami ludzi,
Lub jak – od wieka
Wieków – wszystko, co zbudzi!
I – oto – jak ciało Orfeja,
Tysiąc Pasyj rozdziera go w części;
A każda wyje: „Nie ja!...
Nie ja” – zębami chrzęści – –
Lecz Ty? – lecz ja? – uderzmy w sądne pienie,
Nawołując: „Ciesz się, późny wnuku!...
Jękły – głuche kamienie:
Ideał – sięgnął bruku” – –