Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcewicz Julian Ursyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcewicz Julian Ursyn. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Odcinek 1067: Julian Ursyn Niemcewicz, 1798 rok

Z dziennika Juliana Ursyna Niemcewicza

2 czerwca 1798 roku
George Washington.
Weszliśmy do domu. Generał Washington był na fermie, pani ukazała się po paru minutach, przyjęła nas niezwykle uprzejmie i kazała podać poncz. O drugiej nadjechał generał na siwym koniu, uścisnął nam ręce, zsiadł, uderzył konia szpicrutą, a ten pobiegł sam do stajni. Po krótkiej pogawędce generał poszedł się przebrać, a my — zwiedzić wnętrze domu. Wchodzi się przez perystyl, który dzieli dom na dwie części, i wychodzi na piazza. Jest on ozdobiony kilkoma rycinami Claude Lorraina. Rodzaj małej latarni z kryształu zawiera autentyczny klucz Bastylii. Ta relikwia despotyzmu została przysłana generałowi przez markiza de La Fayette (pod spodem znajduje się rysunek przedstawiający zburzenie tej potężnej twierdzy). Na piazza można oglądać model Bastylii, wysoki na półtorej stopy, wykonany ogromnie dokładnie i precyzyjnie w kamieniu pochodzącym z murów Bastylii; szkoda, że dzieci już go trochę uszkodziły. [...]
Mount Vernon, mal. Edward Savage.
Z drugiej strony domu jest duża odkryta galeria, wsparta na ośmiu pilastrach. Stąd odkrywa się najwspanialszy chyba w świecie widok: Potomac toczy dumnie swoje wody na przestrzeni od 4 do 5 mil; statki przepływające w jedną i drugą stronę tworzą nieustannie zmieniający się obraz; piękny, zielony trawnik urwistym stokiem prowadzi aż do rzeki przez gęsty las, w którym kiedyś były sarny i jelenie (niedawno przerwały ogrodzenie i uciekły), robins, meranges bleus, ptak z Baltimore, kosy, redbirds i goldbirds. Na tej galerii po obiedzie i wieczorem zasiada generał z rodziną i gośćmi, aby rozkoszować się pogodą i pięknym widokiem. Ja rozkoszowałem się nim bardziej niż wszyscy inni, gdyż od tej strony położenie Mount Vernon przypominało mi Puławy. Drugi brzeg rzeki, jej bieg, gęstwina drzew — wszystko złożyło się na to, aby wzmóc słodkie złudzenie. Cóż za wspomnienia. [...]
Po obiedzie wyszliśmy na galerię przeczytać gazetę. Wieczorem generał Washington pokazał nam ogród, dobrze uprawiony i starannie utrzymany; ogrodnik jest Anglikiem. Są tam wszelkie rośliny potrzebne w kuchni, porzeczki (currants), maliny (raspberry), poziomki (strawberries), agrest (gooseberry), mnóstwo brzoskwiń, wiśnie (dużo gorsze od naszych i w dodatku pożerane przez raszki, black birds i Murzynów, zanim dojrzeją), trochę maków [...].
Rodzina Washingtonów, 1798 rok, mal. Edward Savage.
Cyt. za: Ameryka w pamiętnikach Polaków, oprac. Bogdan Grzeloński, Wydawnictwo Interpress 1975, s. 48-49.

wtorek, 4 czerwca 2013

Odcinek 712: Julian Ursyn Niemcewicz, 1798 rok



Z dziennika Juliana Ursyna Niemcewicza


4 czerwca 1798 roku
Mount Vernon, mal. Isaac Weld, grudzień 1798 roku.
Jego majątek. Pojechaliśmy konno z p. Lawem, aby obejrzeć fermę generała. Mount Vernon było już dość dużą posiadłością, kiedy generał Washing­ton odziedziczył je po swym przyrodnim bracie. Po zaślubieniu pani Custis dostał 20 000 funtów posagu w monetach wirgińskich, co stanowi około 70 000 dolarów. Za znaczną część tych pieniędzy zakupił ziemie po 20 i 30 szylingów akr, co wynosi 4—5 funtów (dziś nie oddałby ich za dziesięć razy tyle). Ziemie jego w Mount Vernon liczą 10 000 akrów stanowiących jedną całość. Sprzedał ostatnio 23 tysiące akrów ziemi nad brzegiem rzeki Kauhowa po 8 dolarów akr, co czyni 184 tysiące na 6%. Ziemie te dostał od Korony za usługi poniesione w zwycięstwie nad generałem Bradockiem. Poza tym ma on posiadłości w dolinie rzeki Shenandoah w Barckley County, które właśnie wydzierżawił po 40 funtów za sto akrów, a także w Fredericks County.
Dziś z rana oglądaliśmy wielkie obszary pokryte rozmaitymi rodzajami zbóż. Sto akrów w całości pod grochem, dużo żyta, z którego destyluje się whisky (go­rzałkę), kukurydza, pszenica, len i rozległe łąki zasiane lucerną. Ziemia, choć w większości gliniasta, przy dobrej uprawie daje obfite plony. Wszystkie grunty są podzielone na cztery fermy: na każdej pracuje pewna liczba czarnych i jeden czarny nadzorca do pilnowania; całość znajduje się pod kontrolą p. Andersena, szkockiego fermera. Widzieliśmy bardzo duży młyn zbudowany z kamienia, wielce pomysłową amerykańską maszynę do przewietrzania mąki, wynalezioną przez Evansa, który wydał książkę o młynach. Wiele różnych gatunków zboża miele się na użytek domo­wy i pożywienie dla czarnych, a poza tym tysiąc beczek mąki pszennej rocznie na wywóz. Jeden buszel ziarna daje jeden buszel mąki; trzeba 5 buszli na beczkę; przy najniższej cenie 5 dolarów czyni to 5000 dolarów rocznie. Obcy, którzy przychodzą mleć w młynie, płacą jedną ósmą w naturze. Tuż obok jest destylarnia whisky pod nadzorem syna p. Andersena, gdzie destyluje się do 12 tysięcy galonów rocznie, Licząc galon po 4 szylingi wirgińskie, to już powinno dać 16 tysięcy dolarów. Nie wiem, dlaczego p. Anderson utrzymuje, że destylarnia przynosi zaledwie 600 funtów (można destylować 50 galonów dziennie, jeśli nie jest bardzo gorąco). Jeśli ta desty­larnia wytwarza truciznę dla ludzi, to w zamian daje ona bardzo delikatny i pożywny pokarm dla świń. Było ich tam 150 sztuk rasy gwinejskiej, o krótkich nogach, zapadłych grzbietach i tak zapasionych, że ledwie wlokły po ziemi swoje brzuchy. Ich dostojny i korpulentny wygląd przypominał mi nasze konwenty dominikańskie, których przeorzy wyglądali całkiem podobnie. Tu i ówdzie napotykaliśmy stada owiec: generał ma ich około siedemset. Są one mniejsze od angielskich. Różowy laur, często spotykany w tutejszych lasach, jest trucizną, od której dużo tych zwie­rząt zdycha.
Ilustracja do książki „Chata wuja Toma” Harriet Beecher Stowe.
Czarni. Wstąpiliśmy do jednej z murzyńskich lepianek, bo nie można nazwać ich domami. Są one nędzniejsze od najnędzniejszych chat naszych chłopów. Mąż i żona śpią na marnych wyrkach, dzieci na ziemi, mają kiepskie palenisko i trochę naczyń kuchennych, ale wśród tej całej nędzy są filiżanki i czajnik do herbaty. Chory 15-letni chłopiec leżał na ziemi w strasznych konwulsjach. Generał posłał po doktora do Aleksandrii. Opodal w maleńkim ogródku warzywnym było 5 czy 6 kur, z któ­rych każda prowadziła 10 do 15 kurcząt. Jest to jedyna łaska, z jakiej czarni mogą korzystać; nie wolno im chować ani kaczek, ani gęsi, ani świń. Sprzedają drób w Aleksandrii i kupują za to niezbędne rzeczy. Otrzymują tygodniowo one peck, to jest garniec kukurydzy, co czyni kwartę na dzień, o połowę mniej dla dzieci, i 20 śledzi miesięcznie dla każdego. W czasie żniw ci, którzy pracują w polu, dostają solone mięso, nadto jedną kurtkę i jedne spodnie z grubej wełny rocznie. Nie licząc kobiet i dzieci, generał ma 300 Murzynów, z których duża część należy do pani Washington. P. Andersen mówi, że tylko stu z nich wychodzi w pole. Pracuje cały tydzień, nie mając ani jednego dnia wolnego, z wyjątkiem świąt. Z tego widać, że położenie naszych chłopów jest nieskończenie lepsze. Na służących wybiera się zwykle Mulatów. Według praw obowiązujących w Wirginii, dziecko podziela zawsze los matki: synowie lub córki Mulatek i białych są niewolnikami, a potomkowie ich córek, choć biali, są wciąż jeszcze niewolnikami. Generał Washington traktuje swych niewolników dużo bardziej po ludzku niż jego współziomkowie z Wirginii. Większość tych panów daje swym czarnym tylko chleb, wodę i chłostę.

George Washington i niewolnicy.
Czy to z przyzwyczajenia, czy to z natury, Murzyni są skłonni do wesołości; prawie nigdy nie widziałem, aby byli smutni. Zeszłej niedzieli trzydziestu z nich podzieliło się na dwie grupy i bawiło w biegi z przeszkodami; były to takie skoki i susy, jak gdyby wypoczywali cały tydzień. Zauważyłem, że wszyscy mówili bardzo poprawnie po angielsku. Dlaczegóż więc czarni z kolonii francuskich nie władają nigdy dobrze francuskim i stworzyli sobie własny żargon? Jest to może tym spowo­dowane, że ich amerykańscy panowie rozmawiają z nimi i obcują częściej niż francuscy, którzy, jeśli chodzi o zarząd ferm, polegają całkowicie na czarnych zarządcach.

Ameryka w pamiętnikach Polaków, oprac. Bogdan Grzeloński, Wydawnictwo Interpress 1975, s. 49-50.